Związek

Żyjemy jak w bajce. Ciągle wierzymy, że seks zbliża ludzi, małżeństwo – cementuje, dzieci ratują…

Femme fatale
Femme fatale
17 września 2016
Fot. iStock/Onfokus
 

Jesteśmy jak dzieci we mgle. Tak bardzo chcemy w coś wierzyć, że potrafimy sobie wymyślić prawie wszystko. Kolejne tezy i złote przepisy na życie. Wymyślamy i wierzymy tak  mocno, że kolejne punkty naszych marzeń i wyobrażeń stają się celami.

Wierzymy w miłość, ale gdy ta nie przychodzi (a dlaczegóż to miała by sobie przyjść sama?) albo okazuje się rozczarowaniem zaczynamy wymyślać całą listę rzeczy, które (oczywiście poza nami) mają na to wpływ. A potem, konsekwentnie, uparcie, paprzemy sobie życia w imię wyższych (wymyślonych na daną okoliczność) idei.

Mitów, które niszczą nam życia jest całkiem sporo. I choć wszyscy jesteśmy tacy różni, lubimy wierzyć w podobne bajki.

Bajki o tym, że:

Seks zbliża ludzi

Bo usłyszeliśmy, i napisano w mądrym poradniku (albo tym całkiem niemądrym, ale jak wół stoi). A, że poza tym seksem nie ma nic – udajmy przed sobą, że nie wiedzieliśmy. W końcu żadni z  nas psycholodzy. A tak? Proszę bardzo. Miłość idealna. Do łóżka przecież chodzimy, choćby nie wiem co! A jak!

– Nie jest tak źle – mówi B. – przynajmniej wciąż ze sobą sypiamy,  raz w tygodniu.

A ja nie wierzę w to co słyszę (widzę?) i w to czego słucham na co dzień.  Owszem sypiają ze sobą pomimo tego, że on chętnie zamordowałby jej kota, ona w przerwie na lunch zakrada się jak w taniej komedii (a może tragedii) do kawiarni obok jego biura, że zobaczyć czy ON nie randkuje, gdy ona zasuwa w robocie. Ale…– Przecież mamy szanse, niektórzy SA na siebie tak obrażeni, że od lat nie dzielą łóżka – kontynuuje swoje wynurzenia B., a to pamiętne zdanie pada gdzieś pomiędzy tym, że K. czyli On, to dupek, co ona  w nim widziała, ach no tak, i że w tym roku na wakacje jadą oddzielnie, bo ona i tak na co dzień musi znosić jego chimery. Co mówi K. – nie wiem. Może myśli sobie, że żyje w udanym związku, bo wciąż jest w nim seks…

A reszta, phi… może nie jest IDEALNIE, ale jest coś, cokolwiek.

Małżeństwo cementuje

Bo to takie poważne, paper, pieczęć, notariusz … a może nawet i sam Bóg! No kto da więcej? Czy dałoby się mocniej pokazać ważność związku?! Hę? No heloł!

Nie rozumiem. Nie jestem w stanie pojąć sytuacji, w której ludzie zamiast się ze sobą rozstać, biorą ślub. I robią to w przekonaniu, że właśnie brak tego ślubu był przyczyną wszystkich ich kłopotów i awantur. Ale PO, to już będzie zupełnie inaczej…

Oj, będzie…

Niestety znam o wiele lepszy sposób na trwalszą nawet wzajemną relację dwojga ludzi – kredyt hipoteczny i o ironio komornik lepiej te zależność, gdyby tak się jednak nie udało, wyegzekwuje niż ksiądz, urzędnik czy sam Bóg (i wszyscy, którzy w temu ślubowaniu się przysłuchiwali).

Dlaczego wierzymy, że spoiwem dla dwojga ludzi może być coś, co już na początku ma najwięcej wspólnego z fikcją?

Dzieci ratują małżeństwa i związki

I wychodzi na to, że tylko idiota o tym nie wie. Już na pierwszy wręcz rzut oka widać, że takie dziecko (daj Bóg blond, z lokami, w dość jeszcze małych i pulchnych rozmiarach), to przecież istota z miłości zrodzona, kupidyn w ludzkiej skórze prawdziwy.

A jeśli się nie udaje jednak, to oczywiście nie wina błędnej tezy, tylko jakoś tak wyszło, ot tak – no przecież czasem mimo wszystkiego się po prostu nie udaje. Znam J. od dawna, bardzo dawna. J. energiczna (i już rozwiedziona) czterdziestolatka. W jej skróconym (tak, wiem i oceniającym) opisie trzeba zawrzeć następujące fakty: piękna, nieco strapiona, z trójką dzieci, złotą rybką i kilkoma latami „walki” o małżeństwo.

Mówią, że do trzech razy sztuka… Gdy on chciał odchodzić, i już się waliło nawet to, co od dawno leżało… ona ratowała. A cóż lepiej przywiąże drugiego człowieka niż dziecko? Pokaże mu piękno domu, rodziny, ciepło domowego ogniska?

Narodziny dziecka to przecież okres magiczny, pomagający człowiekowi przewartościować swoje priorytety. I tak o to:

Za pierwszym razem – zgodnie uznali, że ich kłopoty wynikają z niepełności ich rodziny. Wtedy uratował ich Antoś. Zrobił to tak dobrze, że nawet nie zdążyli się choć na chwilę powyprowadzać. Niestety Antoś (psia mac, że też się taki felerny trafił) okazał się nie posiadać żadnych magicznych właściwości, albo wyczerpały się one w okolicach jego 6 miesiąca życia. Wtedy ta niepełność, pustka i jeszcze większe awantury powróciły. Trwało tak z dobry rok, kiedy to doszli do wniosku, że tak żyć nie można…

I za drugim razem, aby scementować związek i go uratować, już pełnowartościowa rodziną 2+2, zmajstrowali Zochę. Już chwilę po narodzinach, okazało się, że Zocha również jest wybrakowana, bo jakoś zupełnie ich nie klei. WTF? Miała być jak prawdziwa guma arabska na ich skołatane nerwy i wykrzyczane żale. Ale Zocha, okazała się być gwoździem do trumny…

Potem poszły już w ruch papiery rozwodowe. Prawnicy. On wyprowadził się. I nie żeby rozbijanie rodziny było im po drodze. Bo pomiędzy jedną a drugą rozprawą, jak poważni i odpowiedzialni ludzie postanowi ten trzeci i ostatni raz spróbować ratować swój związek. Nie wyszło. Gdzieś w 20-tym tygodniu ciąży eks-mąż poszedł po rozum do głowy i orzekł, że to się jednak nie uda…

No zdarza się – dziś mówi J., przynajmniej myśli, że zrobili wszystko, żeby siebie ocalić. A próbowaliście terapii – dopytuję. – Nie no daj spokój, on w życiu by się na to nie zgodził. Dziś tylko zastanawiam się co mnie u diabła podkusiło na to trzecie dziecko – dodaje J. A ja szczerze się zastanawiam,  czy  J. naprawdę nie myśli co ją podkusiło na dwa poprzednie?

Piszemy sobie te bajki na kartce i przyklejamy tak blisko przed oczami, żeby nie dostrzec niechcący w jak złym kierunku podążamy, z tego pragnienia miłości. Brniemy, pędzimy, budując  sobie światy bez miłości, ale za to z całym olbrzymim bagażem smutku, rozczarowań i problemów. Niestety zbyt często w te bajki wciągami innych, całkiem niewinnych bohaterów.

Przykre jest tylko to, że te wszystkie mity wciąż istnieją tylko z jednego powodu, to my tak bardzo boimy się prawdy i ciężkiej pracy jaką jest życie, że wciąż podsycamy je na nowo. Bo zawsze łatwiej jest się oszukiwać, niż spojrzeć prosto w lustro.


Związek

Znasz mnie od 20 lat, a jednak nie znasz wcale. To jakbym w ogóle nie istniała

Femme fatale
Femme fatale
29 września 2016
Fot. iStock / Joey Boylan
 

Znasz mnie od 20 lat, a jednak nie znasz wcale.

Jest noc. Leżę wpatrzona w sufit… i płaczę. To nie pierwsza i nie ostatnia taka noc, chciałabym przestać… To taki moment w moim życiu, w którym zostałam całkiem sama, choć tak wiele razy myślałam, że samotność znam na pamięć.

Znam cię od 20 lat, nawet nie wiesz, jak to dziwnie wybrzmiało w mojej głowie, przecież wciąż chcę myśleć, że sama niedawno tyle miałam. Znam cię przez większość mojego życia. Wiem, że zawsze dosładzasz sobie herbatę, nie lubisz jeść makaronu, że najbardziej lubiłeś grać w Mario, gdy byłeś chłopcem. Wiem, że nie lubisz nadmiernego dotyku, że ciężko ci się otworzyć. Że marzysz po cichu, jak mały chłopiec o nowej konsoli – a jeszcze bardziej o czasie na nią, i o takim czasie dla siebie, trochę poza życiem, które przyszło nam dzielić.

Wiem, że chciałbyś choć na chwilę znów mieć naście lat – ja nie. Wiem, że nie lubiłeś ciasta, które piekłam, ani żadnego innego, ale Kasztanki – te uwielbiasz i zjadasz je po świętach trochę w ukryciu, bo tak bardzo nie możesz się powstrzymać.

Wiem, że boisz się dużych wysokości i że chciałbyś mieć kota. Że gdy piszesz wiecznym piórem odruchowo podwijasz mankiet – zupełnie jakbyś żył sto lat temu i używał kałamarza. Chyba nawet wiem, co chciałbyś dostać na urodziny albo na święta i wiem, co nie jest twoim marzeniem, ale by ci się przydało.

Pewnie też wielu rzeczy nie wiem, ale jestem pewna tego, co znaczy twoja pulsująca skroń, kiedy powstrzymujesz łzy i dlaczego tak nagle czasem znikasz. Wiem, kiedy odpuszczasz, żeby się nie kłócić – a kiedy odpuszczasz, bo szkoda ci czasu, bo coś nie jest dla ciebie ważne. Wiem, co zazwyczaj kryje twoje milczenie.

A co ty wiesz o mnie?

W zeszłym tygodniu umarł mój ojciec, a ty naprawdę pytasz, dlaczego płaczę? Potem minął miesiąc, trudny miesiąc, a ty nadal nie wiesz dlaczego, nadal zapominasz. Masz rację, skąd masz wiedzieć kochany, skoro w ogóle cię w tym moim miesiącu nie było.

Żałoba to taka trudna lekcja w życiu, uczy cię, że wielu rzeczy nie możesz. I każe ci myśleć, nie pozwala przestać. Leżę i wiem, że odszedł on, ten jeden z najważniejszych w moim życiu, na zawsze – a ciebie dalej nie ma i może już nigdy przy mnie nie będzie. Leżysz obok taki odległy, jakby mój świat w ogóle nie istniał. To taka moja podwójna żałoba, samotność ściska mocniej za gardło, gdy znikają ci, którzy już zawsze mieli być, a ci którzy obiecali, że będą, są zbyt daleko, żeby cię usłyszeć.

Gdy już nie możesz uciec przed moją rozpaczą, dotykasz mojego ramienia. Tak, jak przytula się obcego człowieka, który zaczyna przy tobie płakać. Mieszając niezręczność sytuacji z chęcią ucieczki.

Twoją obcość widzę w małych rzeczach i nie wiem czy w ogóle potrzebnie. Przecież to tak nieważne szczegóły, a jednak gdzieś głęboko składają się w jeden obraz. Obraz tego, jak ciągle coś nie wychodzi, jak starasz się, a ja tego w ogóle nie doceniam,jak tego starania nie rozumiem. To smutne. Żyjemy tak blisko siebie, a ty jeszcze nigdy nie sprawiłeś mi radości prezentem.

Nie znasz mnie, gdy kupujesz mi raz do roku na urodziny biżuterię, której nie noszę, której nie lubię. Książki, których nigdy nie przeczytam, te wszystkie rzeczy, które są zaprzeczeniem mnie, tego co lubię. Trochę jakbyś magicznie i instynktownie wybierał wszystko to, czego nie chcę, nie potrzebuję albo nie rozumiem.

Nie znasz mnie, gdy od tych dziesięciu lat pod jednym dachem, nadal  nie wiesz, jaką lubię kawę i że nie słodzę herbaty, albo że wsypuję odrobinę cukru – gdybyś był bardziej ze mną, wiedziałbyś, że ta odrobina to pół łyżeczki. Taką lubię najbardziej.

Nie wiesz, jak pachnę – jak lubię pachnieć. I czego się wstydzę, też chyba nie wiesz. I gdy ci  to wszystko gdzieś przez lata opowiadam, ty nie chcesz tego zapamiętać.  Pomyślisz pewnie, przecież to tylko rzeczy, szczegóły, drobiazgi, przecież mamy tak wiele poza tym wszystkim.

Chyba nie mamy. Siedzę obok ciebie, jakbym w ogóle nie istniała. Gdy jesteś, to naprawdę nieważne – ale wiesz, odkąd umarł tata, widzę jeszcze mocniej, że gdy kogoś nie ma, te wszystkie drobiazgi stają się najważniejsze. Bo już nic innego nie masz, nic. I wiesz, że niczego już nie dostaniesz. A ty kochanie, od dobrych ośmiu lat, nigdy naprawdę nie wróciłeś do domu.

PS: Jeszcze tu jestem, na pewno będę przez dłuższą chwilę. Tak piszę, gdybyś jednak chciał mnie naprawdę poznać. Zrób mi wtedy proszę moją ulubioną herbatę, w tym dużym kubku. I wiesz co, możemy kupić tego kota…


Związek

Miłość albo jest albo jej nie ma. I nie ma niczego pośrodku oprócz zwykłych kłamstw

Femme fatale
Femme fatale
21 sierpnia 2016
Fot. iStock / wundervisuals

Miłość albo jest albo jej nie ma. A jeśli jej nie ma, jeśli tylko ktoś cię oszukuje, nigdy sama tej miłość nie wytworzysz. Nie dajcie sobie wciskać tych wszystkich kitów, nie mówcie „no tak, ale z nami będzie inaczej” albo „jeszcze tylko…”, bo potem przecież wszystko ma się zmienić. Tylko to potem ucieka za każdym razem, gdy masz je już złapać chociażby koniuszkiem palców.

Ledwo zdołasz musnąć swoje szczęście i okazuje się, że musisz na nie jeszcze poczekać. Ale przecież miłość jest tego warta, prawda? Tylko czy to miłość, gdy…?

Alfabet miłości

A. niewysoka blondynka, eteryczna i zmysłowa, bogini – mówią o niej inne i łypią z zadrością. Taka, która mogłaby (ponoć) mieć każdego. Ale nie ma. Ma JEGO. A właściwie nie ma, bo ON należy do zupełniej innej, tej samej, z którą dumnie oznacza się, raz po raz na Facebooku. „Wreszcie wakacje” – a pod spodem plażowa fotka prosto z Grecji, ponton, płetwy, pasiasty ręcznik z hotelu, dwójka dzieci i ONA… żona… nie A.. No co się dziwić, jak wyjeżdża człowiek raz do roku na ten upragniony urlop lubi się pochwalić. Tak ten sam urlop, którego już dla A. nie starczyło (sorry mała, wiesz jak jest, szef patrzy nieprzychylnie 10 dni to i tak dużo, chyba rozumiesz, dzieci i w ogóle…).

Na następnym zdjęciu żona uśmiechnięta, drink z palemką jak na all inclusive przystało. Psia mać – myśli A., gdyby w moim związku był taki kryzys, to:
po pierwsze: nie zgodziłabym się takie wakacje
po drugie: nie szczerzyłabym tak zębów, raczej korzystała z części „drinki nielimitowane”.

Zresztą jak u licha ona to wytrzymuje. W domu piekło, rozwód wisi na włosku i wspólne wakacje? Utopia? Nie pozabijali się tymi przeklętymi japonkami na plaży?!

Ależ droga A., dlaczego nnie zastanowisz się, czy ONA w ogóle wie o jakimś kryzyzsie w swoim małżeństwie? Może odpowiedź na to pytanie jest dla ciebie ważniejsza niż myślisz.

B. – inteligenta, oczytana, nieco cudaczna w swoich zamiłowaniach do bałakańskiego kina, wina, którego nazwy nie potrafi nikt wymówić i wieczornych lekcji baletu, dzieli swoje życie pomiędzy zawrotną lecz mile łechcząca karierę, kota Fuksa i spotkania z Panem Dupkiem. Już tak ma. Działa na drani jak płachta na byka albo batony czekoladowe na trzylatka bez opieki. Ciagną do niej od zawsze, a ona z lubością katuje się kolejnymi miłosnymi tragediami.

Bo kocha (tak po swojemu, oryginał prawdziwy jak samorodek złota), tylko wiesz, on jest taki niepokorny. Taki dziki facet, który wytarmosi cię w łóżku i porwie na noc na plażę, może się potem przez 3 tygodnie nie odzywać. Wolność (jego) ponoć warta zawsze jest najwyszej ceny, nieprawdaż? (nie droga B., nie jest).

C., to zupełnie inna historia. Nie ma tu żadnych żon, cudzych, własnych, kochanek, zdrad i podwójnego życia. Poznali się jakiś czas temu, tak zwyczajnie, jak wielu innych ludzi wpada na siebie. Były randki, pierwszy i kolejny seks, kwiaty i to wszystko. I w pewnym momencie jak zostało tak trwa… rok… i trochę – jak mawia C., bo przez gardło nie przechodzi już  reszta. Trochę, czyli – i 11 miesięcy. Tak dwa lata. Dwa lata telefonów, litry wypitego wina, nie wiem ile kilometrów kwadratowych wyciętych na chusteczki lasów, ale na pewno grubo już ponad kreską jej wytrzymałości (i mojej), niepokojąco daleko poniżej minimum jej marzeń i oczekiwań.

A wszystko to, „bo on kocha, ale…”.

Ona też kocha – więc każde „ale” wypłakuje nam przy winie, żeby on się nie zraził, nie odszedł, nie wziął jej za wariatkę. My to co innego, choć nieustannie wszystkie z wiernego grona czarownic tłuczemy jej, że tylko wariat tak by się dawał krzywdzić:

„bo on kocha, ale…”
– to najgorszy szantaż emocjonalny,
– to pułapka, w której trwa lata bez żadnej perspektywy zmiany. Tak, bo dwa lata, bez żadnego postępu, kompromisu, kroku w stronę tego, czego ona oczekuje – to dwa lata zamrożenia,
– to związek, który robi bardzo wiele, ale w żadnym wypadku nie daje jej szczęścia. Gdy pytamy, czy jest szczęśliwa, C. mówi: „nie, ale ja go kocham”. To związek okupiony jej frustracją, cieprieniem, samotnością we dwoje – a wszystko w imię „miłości”. Miłości, która jest kartą przetargową, miłością do siebie (ale tylko jego), miłością która w imię strachu przed samotnością, kosztuje o wiele więcej niż życie singielki (a nawet złowrogobrzmiącej starej panny) z kotem.

Tak właśnie rozpoczyna się alfabet miłości… tej miłości „na trochę” albo „tylko trochę”.

… a potem tylko jest:

To nie tak miało być

I ogromny żal. Żal – nie do niego, żony, matki, wymówek, kolegów i kręgli, które były bardziej atrakcyjne, od wizji romantycznego we dwoje. Żal do siebie. O to, że te wszystkie miesiące, lata lub całe życie – dawały się oszukiwać. Za swoją zgodę, z milczeniem, z czekaniem na to, aż cos się zdarzy (samo)…

Z milionem:
– muszę
– będzie inaczej
– to nie jego wina
– bla bla bla – wpisać dowolną wymówkę i usprawiedliwienie, która tak naturalnie mnożą się w naszych głowach.

Jedyną osobą, którą zawsze uda ci się oszukać, jeśli się postarasz – jesteś TY sama

Bo jego kłamstwa i uniki wcale przekonywujące nie są. Gdyby ta historia przydarzyła się komuś innemu, tylko zadziwiona pokiwałybyś głową. Bo w życiu różnie bywa, ale:

– jeśli ma odejść, to odejdzie (i nie będzie tego planował za 10 lat),
– nawet jeśli potrzebuje na to czasu, dąży do celu. Pewne rzeczy się zmieniają, idą do przodu, a problemy się rozwiązuje. Nawet wtedy, gdy to trudne. Gdy jest żona, jest dziecko, kredyt hipotetyczny. Jeśli kocha, to szuka sposobu, by nie krzywdzić nikogo z tych kochanych (nawet kochanych kiedyś, jak żona), bo miłość celowo nie rani i nie udaje,
– miłość ma ogromną siłę, jej się nie każe czekać, poświęcać, żeby było bardziej teatralnie,
– miłość ma łączyć ludzi, a nie ich dzielić – jeśli jest inaczej trudno o historię z happy endem.

Bo wiele warto poświęcić dla miłości, ale gdy już na początku przypomina zamiast radości, namiętności i siły, która zdaje się nie mieć granic – jest tylko próżnia, taka w której nie widać nawet cienia przyszłości – to czy to naprawdę jest miłość?

A gdy już zrobisz ten pierwszy krok, żeby żyć i być kochaną naprawdę, by uwolnić się od grania przed sobą – przez chwilę mocno zaboli, a potem poczujesz się tak dobrze, jak nigdy. Gdy zapytasz „kiedy?”, kiedy będzie pora dla ciebie, już bez tych wszystkich „ale”, „musisz zrozumieć” i usłyszysz konkretną odpowiedź, będziesz wiedzieć, czy jesteś blisko nowego domu.


www.steroid-pharm.com

препараты для потенции

сиалис побочные