Psychologia Związek

Zatracić się w związku z biorcą, znaczy tyle samo co stracić. Stracić siebie

Małgorzata Sessionbordercontroller.info
Małgorzata Sessionbordercontroller.info
4 stycznia 2016
Fot. iStock / Mlenny
 

Najczęściej wiemy, w jakiej jesteśmy roli. Intuicja podpowiada nam, że nie jest po równo. Ty pragniesz bardziej, ty dajesz więcej, kochasz mocniej. Jeśli w ogóle można mówić o miłości, gdy jest jej tak niewiele. Pocieszasz się, że jest. Zadzwonił przecież. Pamiętał, że Monika to twoja przyjaciółka. Zapytał, co u mamy. Wraca. Śmieszne, że nie mówisz o nim „przyjdzie”. On nie przychodzi, on wraca. Bo nigdy nie wiesz, czy będzie kolejny raz. Taka miłość niepewna, jednostronne chcenie, związek uknuty na twoim pragnieniu. A jedna trwasz zamiast odejść. Nie masz odwagi. Albo miłość rozrywa ci płuca.

Hanka:

– Byłam tak zakochana, że nie widziałam niczego złego w tym, że nigdy nie zapytał jak się czuję, nie nakarmił, nie przepuścił w drzwiach. Biegłam do sklepu i z ciężkimi siatami wracałam do jego mieszkania ugotować dla niego obiad. Lubił jak kroiłam cebulę w małe, równe kostki. Kiedyś odłożył widelec i powiedział, że nie da się tego jeść. Cebula była nie taka. Przemoc? Nigdy tak o tym nie myślałam. Mówił to z uśmiechem i charakterystycznym dla niego wdziękiem. Przemoc nie jest urocza, on był.

Szliśmy gdzieś razem, a on wyśmiewał mój strój. Nie miałam kasy i kupowałam niedrogie marki, bo nie było mnie stać na nic innego. Byłam samotną matką i wynajmowaliśmy mieszkanie po rozstaniu z mężem. Był tak piękny, że zapierało mi dech w piersiach. Czyściłam mu płaszcz przed wyjściem i nie czułam w tym nic niestosownego. W tym związku on błyszczał, a ja cieszyłam, że jestem tego częścią.

– Skąd go wytrzasnęłaś?- pytały koleżanki. Pęczniałam z dumy. Mój facet. Moja miłość. Pytasz, jaka wtedy byłam? Wstydziłam się tego, jak wyglądam, co ubieram i czego nie wiem. Był moim mezaliansem, który traktowałam jak dar. Mówiłam sobie „jeszcze chwilę bądź, zostań ze mną dzień dłużej”. Nigdy nie miałam wątpliwości, że odejdzie. Myślę, że gdybym była taka jak dziś – odeszłabym sama i skrobałby w moje drzwi. Nigdy jednak nie miałam odwagi odsunąć się ani na milimetr. Za bardzo się bałam.

Zosia:

Zwariowałam dla niego. Straciłam głowę kompletnie. Zostawiłam fajnego faceta, z którym byłam szczęśliwa. Wiem, wiem, nie mogłam być szczęśliwa skoro odeszłam, ale naprawdę było mi dobrze. Kończyliśmy remontować mieszkanie, myślałam o dziecku. Tomek był dla mnie wspaniały, gotował, dbał, zmieniał opony w aucie, robił mi niespodzianki. Jesteś moim cudem – mówił i tulił do siebie. Jedno spotkanie, milion SMS-ów i zniszczyłam wszystko. Chciał nawet poczekać, aż mi minie, ale ja byłam jak po narkotykach.

Tamten był piękny, pachniał cynamonem, czytał te same książki i imponował mi wiedzą. Wybrał mnie, tak tak, czułam się wybranką. A wiesz że w takiej sytuacji nie wolno zawieść? Byłam pod telefonem 24 na dobę, zbieranie go jak zapił traktowałam jako wyróżnienie. Zmywałam rzygi z podłogi jakby pachniały lawendą. Rano biegiem po leki na kac i boczek na jajecznicę. Płaciłam jego rachunki i za nasze wyjazdy. Paryż, Londyn, Barcelona. Wynajmowałam apartament mimo iż nie było mnie stać. Przestałam sobie cokolwiek kupować, fryzjera zamieniłam na tańszego, krem pod oczy z Biedronki.

Dziś jak patrzę na zdjęcia z tamtego czasu, przecieram oczy. Chuda ściśnięta twarz i ten sam płaszcz przez dwa lata. Dlaczego przestałam siebie szanować? Myślę, że trwałabym przy nim, gdyby sam nie odszedł. Śmieszne, bo ona nic dla niego nie robi, a on nagle okazuje się, że potrafi uruchomić zmywarkę, zrobić jajko na miękko, przelew. Rok mi zajęło, by dojść do siebie, ale wierz mi, oddałam wszystko, co przypominało mi tamten czas. Kochałam go bardziej niż siebie.

Stracić głowę w miłości to piękne. Ale tak samo piękne ją odzyskać. Bycie dawcą może być przyjemne, pod warunkiem, że jest w tym równowaga.

Dajesz – otrzymujesz.

Kochasz – jesteś kochany.

Piękno słowo „zatracić się” w przypadku bycia z biorcą znaczy tyle samo co „stracić”. Stracić siebie. Niemal wszyscy dawcy mówią o tym samym: „znikam”, „nie istnieję”, „nie ma mnie”. Jak może więc być interesujące bycie z „niebytem”, kimś kto sam siebie nie widzi? Jak więc ma go dostrzec drugi człowiek, szczególnie gdy jest bardzo egocentryczny? Najczęściej wiemy w jakiej jesteśmy roli. Jak sami tego nie dostrzegamy, to dostrzegają to inni. Mówią „żal mi ciebie”, „to egoista jakich mało”, „zasługujesz na więcej”. A ty trzymasz się swego zachwytu, bo tylko ono staje się źródłem dobrych uczuć do siebie. I boisz się odejść. Bo lepiej mieć cokolwiek niż nic.

I tu się mylisz. „Cokolwiek” jest bardzo blisko „nic”. „Nic” jest przypisane tylko takiemu związkowi. „Wiele” albo „wszystko” czeka, jak zamkniesz te drzwi. A za nimi jest ktoś bardzo piękny, kto zniknął na jakiś czas, bo o nim zapomniałaś. Ty.


Psychologia Związek

Najdroższa córeczko, będziesz kochać za chwilę. Moja lekcja miłości

Małgorzata Sessionbordercontroller.info
Małgorzata Sessionbordercontroller.info
4 stycznia 2016
Fot. i Stock / Imgorthand
 

Moja najukochańsza, najdroższa córeczko,

Dziś zrobiłam ci zdjęcie i przez ułamek sekundy zobaczyłam w tobie piękną, dorosłą kobietę, którą powoli się stajesz, aż wzruszenie złapało mnie za gardło.

Pomyślałam,że będziesz kochać za chwilę, ty, moja malutka córeczka, zakochasz się po raz pierwszy i zobaczysz, że miłość ma tyle odcieni, ile to wielkie pudełko kredek, które dostałaś kiedyś od dziadka, pamiętasz? Byłaś oszołomiona, wzięłaś do ręki złoty ołówek i powiedziałaś: „Mogę wreszcie narysować prawdziwą tęczę”. To była tęcza z twojej wyobraźni, mieniła się kolorami, a ty jeszcze nie wiedziałaś,  że będziesz rysować tak swoją miłość przez wiele lat, aż znajdziesz takie połączenie kolorów, które będzie jak tynk naszego domu, jak moja bluzka turkusowa, w którą lubiłaś tulić nos, gdy byłaś mała, jak kolory naszych spacerów, gdy w Podkowie była jesień i kładłyśmy się na liściach robiąc orły.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Kolor miłości, której będziesz szukać będzie tym wszystkim. Mną, twoim Tatą, naszym kochaniem, momentami, gdy cię rozczarowaliśmy, gdy nie rozumieliśmy, nie słuchaliśmy uważnie, gdy podejmowaliśmy decyzje, a ty nie mogłaś na nie wpłynąć, gdy cię chroniliśmy, broniliśmy, wracaliśmy, będzie kolorem naszej niedoskonałości.

Chciałabym, by ktoś pokazał ci tę pierwszą miłość jako najpiękniejszą, antytezę samotności. Byś rozumiała dzięki niej, że związek to wartość, o którą trzeba walczyć, a żadna samotność nie jest lepsza niż relacja z drugim człowiekiem. Jeśli ktoś mówi inaczej, to znaczy, że szuka wytłumaczenia dla swojego cierpienia i uwierz mi, tęskni, jak my wszyscy za tym, aby kochać prawdziwie i z wzajemnością.

Właśnie, moja kochana, zawsze z wzajemnością. Żadne bardziej lub mniej. W sumie, nie wiem, co jest gorsze. I nie szukaj słów dla braku uczuć, nie wymyślaj oddzielnych kategorii: „miłość braterska”, „przyjacielska”, „więź”. Miłość to miłość. Nie rozum. Nie rachunek prawdopodobieństwa. To sygnał prosto z serca jak te strzały, które rysowałyśmy w kolorowance o księżniczkach, a ty upierałaś się, aby zakleić je brokatem. Miłość musisz czuć. Rozumieć nie zawsze. Ale zawsze czuć, bo inaczej twoje serce będzie puste i żaden człowiek nie wypełni twojej samotności. Bywałam samotna w swoim życiu będąc w związkach i to jest samotność najgorsza. Bo nieprawdziwa. Jak brzydka wklejka na dziurawej ścianie. Od takich miłości braterskich są przyjaźnie. Nie myl tych pojęć.

Nie mów, proszę, nigdy, że ty możesz za dwoje. Że wypracujesz to uczucie. Że jak będziesz cierpliwa, to ona przyjdzie. Kochaliśmy cię z Tatą tak bardzo, żebyś miała to porównanie do końca życia. Nie jesteś robotnikiem na budowie, ani nie startujesz w żadnym maratonie – miłość ma być ci dana. Dana, rozumiesz? A potem możesz włożyć wysiłek, by na jej bazie powstał dobry związek. Ale miłość/uczucie jest prosta jak cep. Pojawia się lub nie. Jeśli czujesz, że jej nie ma po drugiej stronie, wracaj do domu.

Zdziwisz się może, ale zaraz za miłością pojawia się też strach. Jak brat bliźniak przywołany telepatycznie. To taki lęk, że kogoś stracisz. Niestety, córeczko, jak bardzo kogoś kochasz, to zawsze też się boisz. Bo utrata miłości boli bardzo. A ludzie czasami odchodzą. Wybierają kogoś innego. Chorują. Umierają. Miłość na końcu zawsze wiąże się z rozstaniem, bo ktoś musi odejść pierwszy.

Będziesz też miłością rozczarowana. Bo niestety ona się zmienia, powszednieje, jej kolory stają się płaskie, a nawet czarno-białe. Trzeba wtedy brać w ręce pędzel i malować. Nad miłością trzeba pracować, jak nad wszystkim, na czym nam zależy. Ludziom się nie chce. Dziwią się, że jak to? Przecież miało być na całe życie. Ty kochaj pracowicie. Nie daj sobie wmówić, że nie masz wpływu, a wszystko mija z czasem, uczucie też. Tylko leniwi ludzie tak usprawiedliwiają swoje porażki.

Im będziesz starsza, tym twoja miłość będzie bardziej odpowiedzialna. Bo związki dorosłych są też zobowiązaniem. Teraz myślisz, że to nudne, ale wierz mi, to jest niezwykłe – być wzajemnie zobowiązanym do tego, by o siebie walczyć. Bo w sumie tylko o to chodzi, by się nie poddawać za szybko.

Poznasz także inne synonimy miłości. Potrzeby. Kompromis. Tolerancję. Dobro. Wybór. Tęsknotę. Przebaczenie.

Poznasz jej antonimy. Ból. Samotność. Kłamstwa. Zdradę. Zło. Pustkę. Oby nie. Oby nie.

Będę blisko, gdybyś zabłądziła. Jak będzie ci źle, wracaj do domu. Chciałabym ci tyle powiedzieć, ale tak naprawdę nie ma mądrej lekcji o miłości. Jest nią tylko dobra miłość.

Kocham cię najbardziej. Mama


Psychologia Związek

„Kim chcesz być jak dorośniesz? Sobą”. Piękne rzeczy, których powinniśmy uczyć się od Amerykanów

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
4 stycznia 2016
Fot. iStock / Onfokus

Nowy Rok nie zaczął się gładko. Wręcz przeciwnie. Wysadzili nas z samolotu przed wylotem, bo techniczne problemy nie pozwoliły na rozpoczęcie podróży.

W środku nocy  musieliśmy się przemieścić z Miami do Fort Lauderdale, przy czym było po sylwestrowej północy i na drogach aż kipiało od niezliczonej ilości samochodów. Hotel, jaki udało nam się załatwić, z lekka był parszywy, ale dobre i to, skoro mieliśmy zaledwie 3,5 godziny snu przed sobą. O 6 rano znowu lotnisko i w sumie  12 godzin różnych lotów i oczekiwania zanim wreszcie zasiedliśmy w fotelach samolotu lecącego do San Diego. A obok nas ona. Irenka z Princeton. Duża, amerykańska kobieta z historią na całe sześć godzin lotu. Historią niczego sobie. Taką z serii tych, które mają tendencję rozwijać się nadmiernie z każdą upływającą minutą. A było to tak….

Irenka w korzeniach ma matkę Polkę. Polską Żydówkę konkretnie, która po wojnie z Polski uciekła, choć w trochę jakby przeciwnym kierunku, bo przez Rosję, do Chin. Podobno Chiny w tamtym okresie czasu z dużą ochotą Żydów przyjmowały, więc mama Irenki spędziła w krainie Mao jakąś tam część swojego życia. Grunt, że po Chińsku całkiem dobrze potem mówiła. Kiedy los wreszcie do Ameryki ją przywiódł i kiedy rodzinę założyła z pewnym gojem, rozsmakowała się niezwłocznie w amerykańskiej rzeczywistości możliwości nieograniczonych. Tak mama Irenki zaczęła rozrabiać na miarę fantazji nieustalonego pochodzenia.

Na sam początek wysmarowała list do chińskiego rządu dziękując za otwarcie serca dla żydowskiej uciekinierki. Rząd odpowiedział. Nie żartuję. Na dwa tygodnie zaproszenie dostała jako swego rodzaju gość honorowy. Spędziła tam następnie wystarczająco dużo czasu, żeby książkę popełnić o życiu swoim nie byle jakim. Książek w sumie popełniła kilka. Jedną z nich Irenka wiozła ze sobą, a więc okazała nam ją na dowód. Anna Lincoln. Od tych prezydenckich Lincolnów. Tak się mama zwała.

Irenka z kolei może aż tak brawurowego życia nie miała, w końcu rodzona w wolnej Ameryce była, niemniej jak ją spotkaliśmy, tak leciała na konferencję do San Diego, gdzie zamierzała promować musical, jaki spłodziła była o Bogu. Finalny cel: Broadway. A że to Ameryka, to zapewne i cel do osiągalnych należy. W życiu Irenki jest mąż i trójka dzieci. Profesor na Florydzie, córka finansistka i syn numer trzy: magik. Tak, magik, taki co czary mary czyni.

A że podróże jak wiemy kształcą, tak nasunęła mi się pewna myśl…

Myśl, która w Polsce ciągle jeszcze nie do końca jest swobodna.W każdym razie za moich czasów taka nie była. Wtedy to bowiem, wizja tego kim w życiu zostanę i co takiego porabiać będę, podlegała ścisłej kontroli całej rodziny. To z reguły mama i tata najlepiej wiedzieli, kim jest i chce być ich córka. Opcji miałam przy tym zaledwie kilka: prawnik, ekonomista albo anglista. Historyk sztuki, psycholog czy dziennikarz nie wchodzili w grę. O magiku czy twórcy musicali nie wspomnę. Idea zaś, że mogłabym słać listy do chińskiego rządu, nie tylko rodzinie, ale i sąsiadom i konduktorowi i pani z polskiego wydawać się mogła tylko absurdalną. No bo na poważnie nikt by jej nie wziął, ja sama zaś nie miałam w tamtych czasach takiej wyobraźni i potencjału aby na nią wpaść.

Zostałam więc prawnikiem i wyrosłam na człowieka, który boi się własnej duszy

A konkretnie tych drgających w niej marzeń, pragnień i poczucia, że robię w życiu coś co jest moje i wychodzi z samej istoty mnie. Kiedy więc dotarłam wreszcie do Ameryki, tak bladego pojęcia nie miałam co dalej. Nie tylko zresztą wtedy nie wiedziałam czego tak naprawdę od życia chcę. Przez całe kolejne lata żyłam w tej niewiedzy choć coś jakby świtać mi zaczynało. Powoli blokady w głowie puszczały, systemy kontrolne wpuszczały przecieki, aż dnia pewnego rozwrzeszczała mi się dusza jak jakaś wariatka nie do okiełznania.

Wtedy też zobaczyłam, na czym między innymi polega różnica pomiędzy tu i tam. Na poczuciu własnej wartości i wiary w siebie, które to w Ameryce są cechami pielęgnowanymi i pożądanymi, wpajanymi dziecku od dziecka. Rośnie więc sobie taki mały człowiek i z każdym rokiem coraz bardziej w siebie wierzy. Coraz bardziej też zbliża się do prawdy o samym sobie. Kiedy też już dotrze do sedna swojego istnienia, idzie do takiej Irenki na przykład i z entuzjazmem i błyskiem w oku oświadcza: mamo, zostanę magikiem. Zwrotnie słyszy: to cudownie synu! Na pewno będziesz doskonałym magikiem.

Jak jesteś niewłaściwym człowiekiem w niewłaściwym miejscu, to niestety płacisz za to aż nadto

Wiem. Ktoś zaraz powie, że to szalone jest podejście, i że bez przesady. Z czegoś przecież trzeba żyć, więc zawód należy mieć konkretny. Taki, który pieniądze przynosi. Rzecz w tym, że magikowi, o którym mowa, zawód przynosi dostatecznie dużo i to nie tylko pieniędzy, ale i trochę małej sławy. Żyje sobie ten magik doskonale robiąc sztuczki tu i tam. Bo tak mu w duszy od dziecka grało.

Wychowana w polskiej rzeczywistości dopiero uczę się tego mentalnego tricku. Wymaga przemeblowania całej mentalności, ale już wiem, że warto słuchać wewnętrznego głosu, który wie najlepiej, jaka winna być moja rola w tym życiu. Każdy z nas ma przecież swoje indywidualne talenty. Tą unikalność, która czyni nas niezwykłymi. I co tu dużo gadać skoro prawda jest taka, że tylko niektórzy z nas mają wystarczający potencjał i talent, by zostać znakomitym prawnikiem, ekonomistą czy anglistą. Po co więc ci, którzy „bluesa” nie czują pchają się w tym kierunku dla nich nieoswojonym?

Głupota to totalna, a wynika z tego idiotycznego przekonania, że zawód synu musisz mieć konkretny. Syn potem może i zawód konkretny ma, ale cóż z tego skoro zaledwie na papierze. W duszy natomiast syn raperem chce zostać, albo malarzem nadmiernie ekspresyjnym. Taki bowiem talent po prostu ma i potencjał, który z pewnością dałby mu większe szczęście niż praca na zesłaniu w znienawidzonym biurze, banku czy w klasie pełnej niezainteresowanych dzieci.

Życie przy tym zawsze weryfikuje nasze wybory w genialny niemalże sposób. Jak jesteś niewłaściwym człowiekiem w niewłaściwym miejscu to niestety płacisz za to aż nadto. Jeżeli jednak zaryzykujesz i pomimo przeszkód wszelakich zrobisz pierwszy krok w tym kierunku, który w duszy ci gra to nie przesadzę jak powiem, że sprawy prędzej czy później potoczą się torem właściwym. Poniekąd przy tym wiem to na bank, bo życie jak dotąd dało mi wystarczająco dużo dowodów.

Ostatnim jest moja książka. Pomysłu i pieniędzy na wydanie nie miałam. Cóż, kiedy dziś książka jest wydana i nawet pierwszy dystrybutor się zainteresował. Wszystko co musiałam zrobić, to ją napisać i uwierzyć w to, że warto oddać ją czytelnikom. Że jestem dobra w tym, co robię i że nie muszę, a nawet nie powinnam zasłaniać się fałszywą skromnością wpojoną w moją polską głowę. Ta część mojej mentalności wymaga najbardziej drastycznych prac remontowych jako, że owo „nie wychodź przed szereg”, to strasznie jest wredne przekonanie. Mocno w człowieku siedzi i podcina mu skrzydła. Do tego dorzuciłabym jeszcze brak wiary w siebie, polską cechę narodową, która zrobiła z mojego pokolenia pokolenie ludzi zasadniczo niespełnionych. Szkoda słów, doprawdy.

Na szczęście dla wszystkich, czasy się zmieniają. Także nasze polskie dzieci pewnie coraz częściej słyszą, że są doskonałe. A jeśli nawet nie są, to życie, jak czas przyjdzie, dobrze to wszystko zweryfikuje. I jasne, że niejeden może poczuć się rozczarowany. Życie przecież składa się i z rozczarowań. Różnica polega na tym, że jedni mają całe spektrum narzędzi do radzenia sobie z niepowodzeniami, a inni od dziecka tkwią w niemocy.

Zastanówmy się zatem dobrze, zanim znowu skarcimy siebie czy dziecko w momencie, w którym przemówi dusza. Jeżeli chcemy mieć życie pełne wrażeń, takich które w historię na długi lot się złożą, musimy zrobić sobie tę przysługę i zostać sobą. Bądźmy magikami na miarę własnych dusz i pragnień i zachęcajmy nasze dzieci do tego by szły za głosem serca. Taki wybór, wybór siebie, nie może się przecież nie powieść.


Zobacz także

On nagle się od ciebie oddalił, a ty czujesz, że coś jest nie tak. Co możesz zrobić?

Psycholodzy ujawniają 11 sztuczek, których używają panowie, by zdobyć uwagę kobiety

A jeśli jest z tobą tylko dla dobrego seksu?

http://220km.net

www.220km.net

www.wowstyle.com.ua