Psychologia Związek

Wydawało mi się, że z każdej lekcji wyciągam wnioski. I dobrze mi się wydawało, aż spotkałam mojego męża

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 czerwca 2017
Fot. istock/MilosStankovic
 

Wydawało mi się zawsze, że potrafię uczyć się na błędach. Bo przecież już nigdy nie zafarbuję włosów w domu tą farbą, która na opakowaniu obiecywała piękny, jasny blond, a wyszło… jak wyszło. Już nigdy nie wrócę do pracy u znajomej, która nie płaciła mi pensji przez trzy miesiące, twierdząc, że to wina banku. Nie pójdę na ważne spotkanie w nowych butach, które miały podkreślać moje długie nogi, a zamieniły te kilka godzin w bolesne doświadczenie, z którego pamiętam jedynie desperackie poszukiwanie najbliższej apteki i zakup plasterków z Kubusiem Puchatkiem. Wydawało mi się, że z każdej lekcji wyciągam wnioski. I dobrze mi się wydawało, aż spotkałam mojego męża.   

Nikt nie jest doskonały, to dość oczywiste. Każdy zasługuje na drugą, trzecią, a czasem nawet czwartą szansę. Niektórzy naprawdę się zmieniają. Ale inni – nie. A mimo to, to właśnie w tych innych wierzymy bezgranicznie i z ich powodu popełniamy ciągle jeden podstawowy błąd: pozwalamy im do siebie wracać, pozwalamy karmić nas niczym uzasadnioną nadzieją, że tym razem będzie inaczej. I co? I nic. Po chwili, zwanej w psychologii „miodowym miesiącem”, wszystko wraca do normy, a my kolejny raz obiecujemy, wymyślając sobie w myślach od idiotek, że to był naprawdę ostatni raz.

Ten pierwszy błąd był naprawdę zaskakujący. Kochający, czuły, troskliwy facet, którego znałam zamienił się w obcego człowieka, człowieka, którego nie interesują ani jego własne dzieci, ani samopoczucie żony, a jego irytacja na widok tych właśnie, trzech osób dawno przekroczyłaby poziom zenitu, gdyby to tylko było możliwe. Człowieka, który potrafi skrzywdzić, nie tylko słowem. Człowieka, na którym nie można już polegać, z którym nie można planować – ani codzienności, ani życia. Zmiana, która dokonywała się na moich oczach, zamiast jednak zaświecić mi w głowie czerwony neon z napisem „UCIEKAJ”, rozłożyła mnie na łopatki na długie miesiące odbierając rozum i zdolności analityczne, zwane rozsądkiem.

Z zaskoczenia i bezradności wyszłam po kilkunastu tygodniach, z poczuciem, że jednak przecież nadal kocham, że dzieci, że dom, że kredyt, że nad związkiem trzeba pracować, a on się tak bardzo stara. I że korporacja to straszne zło, które niszczy w tym, wspaniałym, mężu i ojcu wszystko co najlepsze, zabiera całe dobro i nie pozwala mu kochać tak, jak dawniej. Powiedziałam: wróć, spróbujmy.

Ten drugi błąd, mniej zaskoczył mnie swoją formą, co faktem, że w ogóle miał miejsce. Bo przecież, było obiecanie poprawy, była wspólna terapia i łzy i skrucha. I kilka przeczytanych książek o tym, co zrobić, żeby było lepiej. I całkiem udana Wigilia, a nawet wakacje. I naprawdę nic nie zapowiadało tego, to znów miało się wydarzyć. To znaczy, ja nadal nie odrobiłam lekcji i nie zauważyłam symptomów. Dwója po prostu, a nawet jedynka.

Przemoc przybiera różne formy, nie każdą potrafimy nazwać po imieniu, zwłaszcza gdy spotyka nas ona ze strony najbliższej osoby. „Nie, to na pewno nie to, to jedynie słabszy dzień” – wmawiamy sobie za każdym razem z coraz mniejszą wiarą w to, że mamy rację. Chyba tylko po to, by nie przyznawać się do kolejnego błędu. I znowu łzy i znowu skrucha, więc powiedziałam: wróć, spróbujmy.

Ten trzeci błąd, zatoczył koło jak bumerang i ze dwojoną siłą puknął mnie w czoło, tak, że w końcu oprzytomniałam i zrozumiałam. Że, do cholery, są dzieci, które na to wszystko patrzą. Patrzą i chłoną – każde słowo, gest, każdą nieobecność na urodzinach „bo tak”, każdą dotkliwą karę tam, gdzie kary na pewno być nie powinna, każdy siniak, każde wulgarne słowo. Czwartego błędu nie będzie, bo ile można?

Kiedy kochasz bardziej niż trzeba, uczenie się na błędach kosztuje cię dużo więcej i trwa o wiele dłużej. Ale jest dla ciebie szansa. Pomaga to, co najtrudniejsze – dystans. I świadomość, że w szkole życia błędy kosztują więcej niż mogłaś się spodziewać. I że ten koszt rozkłada się na kilka osób, także na te, za które jesteś odpowiedzialna.


Psychologia Związek

Nic tak nie wkurza kobiety jak… wszystko, a szczególnie głupi mężczyzna

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
27 czerwca 2017
Fot. iStock/knape
 

Porządnie wkurzyć kobietę, nawet jeśli zazwyczaj jest ona aniołem cierpliwości, nie jest trudno. Wydaje wam się, że do białej gorączki doprowadzi ją legendarna deska w toalecie? A może stos nieposprzątanych naczyń, który odkryje w domu po powrocie ze służbowego wyjazdu? Otóż nie. Ten, kto myśli o nas w ten sposób, najwyraźniej nas nie docenia. Żeby doprowadzić kobietę do szewskiej pasji trzeba spełnić inny warunek. Należy być głupim facetem. Celowo nie użyłam słowa „mężczyzna”. Mężczyźni głupi nie bywają. Ale faceci, owszem.

Więc, drodzy panowie, jeśli wybranka waszego serca właśnie przestała być wybranką waszego serca albo jeśli lubicie ryzyko i po prostu chcecie przetestować jej cierpliwość – mam dla was krótki poradnik o tym, jak być głupim facetem i wkurzyć kobietę. Najlepiej, na jakiś czas (stosowny, by osiągnąć zamierzony rezultat – tu: uwaga, może być nieodwracalny), wcielić się w jeden z czterech najczęściej spotykanych przedstawicieli gatunku. Do wyboru, do koloru. Możecie być:

1. Facetem, który kłamie i myśli, że jego kobieta jest na tyle głupia, by się nie zorientować

To nie jest trudne. Idź ze znajomymi po pracy na piwo, wróć przed północą i ziejąc alkoholem wmawiaj jej, że przed dwudziestoma minutami wyszedłeś z biura, a ten intensywny zapach i zachwiany krok jest konsekwencją działania leków przeciwbólowych. Albo zaproś bliską znajomą (najlepiej tę bardziej atrakcyjną) na kawę. W skrajnych przypadkach niech wspólny wieczór zakończy się śniadaniem. Potem, jak gdyby nigdy nic zadzwoń do swojej ukochanej i powiedz jej, że nigdy nie uwierzy, ale w nocy wylądowałeś na ostrym dyżurze, prawie umarłeś, dlatego nie mogłeś odebrać od niej jej 107 połączeń. Na szczęście już jest wszystko w porządku i za 20 minut będziesz w domu. Możesz też zrobić coś bardziej ambitnego i jak były mąż mojej sąsiadki przez pół roku udawać, że nadal pracujesz. Codziennie rano wychodź do pracy i przez cały dzień szlajaj się po mieście nie zważając na to, że jakiś znajomy cię w końcu zobaczy. Pieniądze na pensję pożycz od znajomych swojej żony.

2. Facetem naprawdę głupim

Nie musisz właściwie bardzo się starać. Jeśli tylko masz wrodzone predyspozycje, zachowuj się naturalnie.

3. Facetem, który tylko udaje, że jest głupi

Kiedy ona tłumaczy po raz setny rzeczy, które są dla niej ważne, kiwaj zgodnie głową, żeby pięć minut potem popełnić ten sam błąd. W towarzystwie jej koleżanek i twojej mamy, „przez przypadek” powiedz, że te długie rzęsy to nie natura, tylko bardzo droga odżywka albo robota kosmetyczki. Mów bezmyślne rzeczy, które sprawiają jej przykrość, doprowadzaj ją do płaczu wspominając „nieumyślnie” najlepsze wakacje twojego życia, spędzone z twoją poprzednią partnerką. Na koniec dodaj: „Przecież tylko żartowałem, żeby cię wkurzyć. Tak naprawdę doskonale wiem, o co ci chodzi”. I przyszykuj się na prawy sierpowy.

4. Facetem, który pozwala odejść fantastycznej kobiecie ze swojego życia

Naiwnie wierząc: „nie ta, to następna”. Nie doceniaj jej, umniejszaj jej sukcesy, porównuj ją do swoich „byłych”, zapominaj o ważnych datach i ważnych momentach w jej życiu. Przestań się starać, kładź się spać tuż obok niej w koszulce, w której byłeś w pracy. Obrażaj się o byle co i nie rozmawiaj z nią o waszych problemach. Pozwalaj, by to ona pielęgnowała wasz związek za was dwoje. Spędzaj więcej czasu ze swoimi znajomymi niż z nią. Krytykuj jej wygląd i kpij z jej marzeń. A kiedy pewnego dnia wrócisz do pustego mieszkania, nie bądź zdziwiony.

Powodzenia. Wybrankom serca współczuję. Albo właściwie cieszę się ich szczęściem. Właśnie zaczynają nowy, wspaniały etap swojego życia.


Psychologia Związek

„Odejdź, jesteś głupia”, czyli czego uczy chłopca zły stosunek ojca do jego matki

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
15 maja 2017
Fot. iStock/Peopleimages

Jedna z moich znajomych udostępniła kiedyś na swoim owym profilu taki cytat : „Najlepsze, co mężczyzna może dać swojemu synowi, to pokazać mu jak bardzo kocha jego mamę”.  W pierwszym momencie zgodziłam się w myślach z tymi słowami, ale potem pomyślałam, że przecież nie zawsze tata dziecka kocha jego matkę, a czasem kocha ją, ale to jest zła miłość, ta, która bardziej krzywdzi, niż uszczęśliwia. Poza tym, rolą ojca jako rodzica jest przecież jest cała masa zupełnie innych rzeczy, składająca się na wychowanie. A co do jego relacji z matką syna czy córki, najważniejsze, co można w tej sprawie dziecku przekazać, to szacunek.

Moja przyjaciółka rozstała się właśnie ze swoim partnerem i samotnie wychowuje trzyletniego synka. Chłopiec chodzi do przedszkola, jest wesoły, czuły i bardzo kocha swoją mamę. Tatę kocha też, choć trochę się go boi. Z mamą jest dobrze, spokojnie. Ale kiedy jej syn się złości, w emocjach wykrzykuje słowa, dobrze znane, bo słyszane wiele razy, kiedy jeszcze jego rodzice mieszkali razem. „Odejdź, jesteś głupia” – wypalił ostatnio, na placu zabaw, kiedy zdenerwowany (bo Piotruś jest bardzo nerwowy) rzucił w moją przyjaciółkę łopatką, a potem stanął przy niej blisko i patrząc jej w oczy zawołał: ”Podnieś to, szybko, niezdaro”. Łzy płynęły po jej policzkach, ale opanowała je szybko i jak zwykle, ze spokojem wzięła go za rękę i ukucnęła tak, by ich oczy znalazły się na tej samej wysokości. „Piotrek, nie wolno tak mówić do mamy. Nie wolno w mamę niczym rzucać. Ty wiesz, że to bardzo niedobre zachowanie i rozumiesz, dlaczego”. Tak, on już trochę to wie. A jednak stale się uczy, że to, co widział w domu, było złe.

Dlaczego moja przyjaciółka zareagowała tak spokojnie? Bo wie, że to nie jego wina. Piotruś od najmłodszych lat widział, że jego mama jest „kimś gorszym”, rodzajem służącej w ich domu. Że z jej łzami i uczuciami nie ma się co liczyć, że można ją łatwo zranić, że skoro tata tak robi, to widocznie tak trzeba. Widocznie tak już jest. Mamę można uderzyć, kiedy jest się zdenerwowanym, a potem obwinić za swój zły humor. Tatę nie, tata jest duży i silny. A ten, kto jest silny, ma rację. Ten kto jest silny – decyduje. To Piotrek wie już od dawna.

Jego ojciec bardzo go kocha, okazuje mu czułość, rozmawia z nim, chodzi na spacery. Ale zawsze sam, nigdy w obecności byłej parterki, a mamy Piotrusia. Bo ona tego nie chce. Nie chce być poniżana w obecności swojego syna, bo wkłada ogromną pracę (razem z psychologiem) w to, żeby jego zachowanie zmienić. Głównie miłością i konsekwencją.

Takich opowieści jest mnóstwo. Ojcowie, którzy w obecności dzieci upokarzają ich matki wyrządzają olbrzymią krzywdę swoim synom. Oczywiście, córkom też, ale to synowie będą w przyszłości powielać zachowanie zaobserwowane u mężczyzny, który odgrywa w ich życiu kluczową rolę. Mężczyzny, który powinien pomóc im wejść w dorosłe życie, nauczyć rozróżniać dobro od zła, wybierać priorytety, podejmować słuszne decyzje, szanować drugiego człowieka. Szanować kobietę. Tę, która go wychowuje i tę, która pewnego dnia zostanie jego partnerką. Tę, która pracuje jako kasjerka w hipermarkecie i tę, która sprząta jego biuro. Tę, którą spotka na imprezie u znajomego i tę, z która się kiedyś rozstanie. Tę, z którą będzie miał dziecko, niezależnie od tego, czy wciąż ją kocha, czy już nie. Czy naprawdę tak trudno to zrozumieć?