Psychologia Związek

Wybaczyć czy odpuścić?

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
5 sierpnia 2016
 

Wybaczanie zdaje się być obecnie trendy. Gdzie się nie obrócę, czego nie otworzę, tam czytam o tym, jak szybko i łatwo wybaczyć tym, którzy nas skrzywdzili. Albo o tym, jak wybaczenie uwalnia. I że nie ma rozwoju bez przebaczenia naszym wrogom. Nęcą mnie tytuły typu „Jak poradzić sobie z nieprzebaczeniem w siedmiu krokach” lub „Wybacz mu, to proste! Powiemy ci jak”. Rozmaite grupy religijne potrafią całe kazania produkować na temat tego, jak niezbędna to jest sprawa i że jak my nie wybaczymy, to Bóg nam nie przebaczy, czy coś równie pokrzepiającego i motywującego.
I mam z tym problem, a w zasadzie dwa:

Pierwszy – wybaczenie nie jest łatwe ani miłe. To piekielnie trudna sprawa. Szczerze mówiąc, to chyba najtrudniejsza, z jaką przyszło mi się w życiu zmierzyć. Na to nie ma przepisu. Wszystkie te poradniki, zachwalające, że można to zrobić za pomocą kilku prostych posunięć, nie wiedzą, o czym piszą. Im bardziej nas zraniono, tym większy problem mamy z przebaczeniem.

Drugi – słowo „wybaczam” oznacza, że druga strona wyraziła skruchę. Jak możemy wybaczyć komuś, komu przez gardło nie przeszło „przepraszam”? Moje „wybaczam” to reakcja na czynny żal drugiej strony! Tego elementu brakuje mi najczęściej w tych wszystkich cudownych poradach i kazaniach. Jak ktoś do mnie nie przyjdzie i nie poprosi, żebym mu wybaczyła, to jak mogę to zrobić?

Bo często to mylimy i uważamy za synonimy: wybaczenie komuś a odpuszczenie mu win. Przebaczam – gdy uwalniam drugą stronę. Odpuszczam – gdy chcę uwolnić SIEBIE; gdy stwierdzam, że już nie chcę, by dręczył mnie gniew i rozpamiętywanie, gdy – jak ujął to chyba Hemingway – nie zamierzam już mścić się na moim zdrowiu za cudzą głupotę.

Co śpiewają małe (i ciut większe) dziewczynki w Polsce najczęściej, gdy chcą się wzmocnić? „Mam tę moc, mam tę moc, mam tę moooooc”. A jak brzmi ta pieśń w oryginale? „Let it go, let it go, let it gooooo”, „Odpuść sobie”, trzaśnij drzwiami i odetnij się od tego. To jest moja praca nad sobą – umiejętność zamknięcia bolesnego rozdziału. Wyrzucam z mojej głowy wszelkie złe myśli, które mnie ograniczają, trzymają niczym kula u nogi. To moja własna, prywatna bitwa z moją głową.

Wybaczenie – to praca z drugą osobą. To ona decyduje, czy chce, by jej wybaczyć, czy ma świadomość podłości i okrucieństwa lub totalnej głupoty, którą zrobiła. To ona musi powiedzieć „przepraszam”. Dopiero wtedy ja decyduję, czy wybaczam. Jeśli wcześniej nie odpuściłam, to pewnie nie będę potrafiła wybaczyć…

Przepraszanie musi być ważnym elementem rozwoju i nie każdego na nie stać. Nie bez przyczyny we wszelkich terapiach taki nacisk stawia się właśnie na to – ale np. w najsłynniejszym programie 12 kroków wychodzenia z uzależnień, gotowość do przeproszenia i zadośćuczynienia tym, których się skrzywdziło, to dopiero krok 8! Bo dopiero ludzie świadomi tego, jak zniszczyli swoje życie, są w stanie uznać, że po drodze mogli je zniszczyć także innym. A jedynie nieliczni są w stanie szczerze, prawdziwie przeprosić – i ponieść ewentualne konsekwencje swoich czynów. Potrzeba dojrzałego, odpowiedzialnego za siebie człowieka, żeby umial się przyznać do błędu. „Przepraszam” – małe, trudne słowo, które oznacza „źle zrobiłem, przykro mi, więcej tego nie zrobię”.
I potrzeba dojrzałego, współczującego człowieka, żeby umiał wybaczyć, kiedy ktoś go o to prosi.

Mojej wielkości lub małości nie mogę na razie zmierzyć. Za to dotarłam do punktu, w którym mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że odpuściłam paru osobom. Zatrzasnęłam drzwi i już nie wrócę. Moje blizny urosły razem ze mną, ale już nie bolą. Odrobiłam moje lekcje.

Najważniejsze, to wyciągnąć wnioski. Nawet jeśli nie możesz w tej chwili wybaczyć – odpuść, przede wszystkim sobie. Reszta się ułoży.

„Przebaczaj swoim wrogom, ale nigdy nie zapominaj ich nazwisk”.
John Fitzgerald Kennedy


Psychologia Związek

Jak przetrwać chorobę? Poradnik osobisty, w czterech krokach

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 sierpnia 2016
Jak przetrwać chorobę? Poradnik osobisty, w czterech krokach
Fot. iStock / Don Bayley
 

Miało być o śmierci, smutku, zagubieniu. O strachu, który mnie opanowuje coraz mocniej z każdą wizyttą w szpitalu i każdą wziętą tabletką. O utracie kontroli. Ale nie będzie.
Bo mam coś innego, znacznie ważniejszego, do przekazania: mam dużo szczęścia. Cały ogrom.
Czerp z niego i Ty.

Po pierwsze:

Lecz własne problemy problemami większymi. Cudzymi, znaczy się. Tak, mało u mnie sympatycznie – ale poznałam bardzo wiele osób, którym jest znacznie gorzej: są podłączeni do maszyn, deformuje się ciało, zniekształcają emocje, są sami i zgorzkniali. Nie, nie chodzi o to, że cieszy mnie cudze nieszczęście – chodzi o to, że DOCENIAM MOJE SZCZĘŚCIE. Na przykład: tak, ścięłam włosy, ponieważ wypadały garściami – ale mam nadal komplet zębów, rzęs, zdrowe paznokcie, żołądek, etc. Poznałam osoby, które od lat karmione są dożylnie – ja jem normalne posiłki. Tak, smaki mi się osłabiły, ale znaczy, że np. mogę zjeść tajską zupę krewetkową w wersji oryginalnej i nic mi nie wypali w paszczy. Mój guz nie jest złośliwy, co oznacza, że mam szanse na pokonanie go. Niektórzy słyszą tylko wyrok śmierci, mi dano realne recepty na walkę. Ja zakwalifikowałam się na leczenie przez NFZ, a poznałam ludzi, którzy tyle szczęścia nie mieli, co oznacza walkę o wielkie kwoty na ratowanie życia lub wyrok śmierci.

Po drugie:

Inwestuj w ludzi. Nie w sprzęty, osiągnięcia, pracę. Nawet nie w doświadczenia – w ludzi. Trudne czasy pokazują, co w innych siedzi. Znajdź osoby, które są Ci przychylne. Inwestuj jednak mądrze – w tych, którzy mają w głowie właściwe priorytety, w sercach właściwe uczucia, które są dojrzałe i życzliwe Ci.
Ja nie mogłam zrozumieć, jak mężczyzna, który spędził ze mną 10 lat, na wieść o tym, że jestem w szpitalu lub jest ze mną źle i potrzebuję realnej pomocy, może powiedzieć na przykład, żebym skontaktowała się z jego kochankami. Lub że ma wizytę u fryzjera. Człowiek, który opowiadał, że zawsze mogę na niego liczyć, okazał mi najmniej wsparcia.
Ale nagle okazało się, że jest cały sztab ludzi krążących gdzieś dookoła mnie, którzy mogą wszystko rzucić, żeby mi pomóc w sposób namacalny, fizyczny. I jest dużo większy nawet tłum ludzi, którzy nie mogą być ze mną osobiście i mnie trzymać za rękę podczas kolejnych badań czy pilnować, czy biorę leki – ale są zawsze obecni myślą, słowem, wsparciem telefonicznym, mailowym, smsowym. Takiego ogromu pozytywnej energii nie dostałam chyba nigdy od nikogo, jak w ciąglu ostatnich tygodni. To naprawdę wielka sprawa.

Po trzecie:

Problemy tłumacz na swoją korzyść. Szukaj tego „drugiego dna”, tego pierwiastka komizmu i pozytywnego wydźwięku.
Mówią mi: „Ma Pani unikać przeciągów”, ja sobie wyobrażam, jak tłumaczę: „Nie, no ja nie mogę umyć tych okien, lekarz powiedział, że to mnie zabić może”. Oni: „Nie wolno Pani dźwigać”, ja: „Ależ MUSISZ iść ze mną na zakupy, żeby ponieść mi tych pięć par butów, to zalecenie lekarskie!”. Maria Czubaszek mówiła, że jest pesymistką, ale pogodną – ja zdecydowanie jestem optymistką, tylko nieco skwaszoną, staram się więc tą moją wrodzoną pogodę ducha wydobywać spod błota smutnych doświadczeń i lęków.

Po czwarte:

Upraszczaj. Proste jest piękne. Nie baw się w knucie, w kłótnie o nic, w walkę dla dziwnych idei. Jak odrzemy życie z naszych histerii, emocji i przeintelektualizowania, okaże się, że jest mało skomplikowane. Miłość też jest prosta, to my ją komplikujemy. Kocha Cię ten, kto się o Ciebie troszczy i chce Cię chronić, nie wmawiaj sobie, że jest inaczej, bo w czasie trudnej choroby – trudna miłość to za dużo do znoszenia. Toksyczne relacje wyssą z Ciebie resztki sił, potrzebne do walki na ważniejszym polu. Czytaj proste książki, oglądaj filmy z happy endem. Nie zalewaj się cudzymi problemami. Po prostu żyj.

Za stara jestem, żeby umrzeć młodo. Za młoda, żeby umrzeć ze starości. Pozostaje mi tylko dotrwać do wieku, w którym zejście z tego świata nie będzie już takim wielkim faux pas. Np. 77 lat.


Psychologia Związek

Przemyślenia z poziomu łóżka. Kiedy boli tak bardzo, dopada cię poczucie nieuchronności zdarzeń

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 lipca 2016

„To życie jest jak szpital, gdzie każdy opętany jest pragnieniem zmiany łóżka. Ten wolałby cierpieć przy piecu, a tamten wierzy, że wyzdrowieje przy oknie. Zawsze wydaje mi się, że będzie mi lepiej tam, gdzie mnie nie ma, i problem tej przeprowadzki jest jedyną sprawą, o której rozmawiam z moją duszą”
Charles Pierre Baudelaire

Na dłoni, która głaszcze mnie po twarzy, jest gruba, stwardniała blizna, między małym palcem a palcem środkowym. Poza tym dłonie wypielęgnowane i gładkie, mogę się mylić, ale chyba pod stałą opieką profesjonalnego manikiurzysty. Ręka ociera mi z czoła pot, trzyma głowę, gdy wymiotuję, pozwala wbijać w siebie pomalowane na bordowo paznokcie, kiedy ból staje się nie do wytrzymania. Dawka chemii, którą we mnie wrzucili, rozsadza mnie.

– Ciii, to minie, przyzwyczaisz się…
Głos jest spokojny i cichy. Raczej bardziej profesjonalny niż czuły, ale mogę się mylić, bo słuch działa, ale zmęczony, naszpikowany lekami mózg odmawia normalnego przetwarzania informacji.
– Opowiedz mi, jak mi to zabiją – proszę.
– Jeszcze raz?
– Tak, do znudzenia, aż to oswoję. Tylko tą część o śrubach w czaszce pomiń, już tego nie chcę słuchać.
– Dobrze. A więc: dadzą ci znieczulenie, miejscowe, ale będziesz przytomna, będziesz kontaktować, wszystko będziesz widzieć. Włożą cię do kapsuły, jak do statku kosmicznego. Unieruchomią. Laser wejdzie w mózg, głęboko, precyzyjnie, rozbijając chore komórki. Nic nie poczujesz. Potrwa to kilkadziesiąt minut. I będzie po guzie, promieniowanie go zniszczy na wieki wieków.
– Będę miała uprząż na głowie, tak?
– Tak, taka nowoczesna wersja „Mechanicznej pomarańczy”. Przy… hmmm… przymocowana na nieruchomo. Mocowania nie powinnaś czuć pod znieczuleniem.
– Blizny będą?
– Nawet nie. Takie dziurki w czole, potem znikną. Możesz mówić, że to po rogach.
Nawet się uśmiecham. Słyszę to po raz dziesiąty, te rogi nadal wydają mi się zabawne.

Myślę, że bylibyśmy dobrym małżeństwem z rozsądku. Zachciało mi się wiązać z miłości…
Miałam jakiś czas obsesję – wręcz histerycznie zastanawiałam się, w którym miejscu skręciłam w złym kierunku, że moje życie jest teraz w miejscu, w którym jest. W obolałej głowie w kółko odtwarzałam sobie własną wersję „Przypadku” Kieślowskiego – czy gdybym tam nie pojechała, nie poszła, nie zgodziła się, etc., to wszystko potoczyłoby się inaczej? Gdzie jest ten „punkt zwrotny” w moim życiu, który to był? Gdybym mogła cofnąć czas i zmienić jedną rzecz w mojej historii, to co by to było? Takie rozważania szaleńca na moment przed zamknięciem w zakładzie dla obłąkanych… Może miałabym u boku mężczyznę, którego czułość byłaby teraz lepiej adresowana, niż uwaga właściciela głosu i dłoni. Może moje dzieci by nie pomarły, bo nie żyłabym w ciągłym stresie. Może nie miałabym poczucia, że jestem na jakiejś drodze bez odwrotu. Może…

A może byłoby dokładnie tak samo, jak w filmie „Sliding doors” – bo może swojego przeznaczenia nikt nie uniknie.

Kiedy boli tak bardzo, fizycznie i psychicznie, dopada cię poczucie nieuchronności zdarzeń. Ale twoja data przydatności do użytku może się zmienić, myślisz. Wymieniasz sobie w myśli rzeczy, które jeszcze możesz zrobić, jak tylko nie będzie boleć. A potem z kwaśną miną zauważasz coraz większe sterty coraz to silniejszych leków przeciwbólowych i innych, mających ułatwić funkcjonowanie, i czujesz, jak przez żyły przepływa ci jedna wielka tablica Mendelejewa. Bunt niby jest na miejscu, ale zastanawiasz się, czy może lepiej przyjmować to z pokorą? Przecież wiesz, że mogło być gorzej! Że rokowania są dobre! Że to się skończy dobrze! Ale jak tak mdli, huczy i powala na łóżko, to o spokój bywa trudno. Jastrun napisał w swojej książce, że jak ból jest nie do wytrzymania, to samobójstwo nie jest żadnym heroizmem, tutaj odbywa się wielka walka naszego instynktu samozachowawczego z naturalnym odruchem unikania cierpienia. Myślę o rozwiązaniach ostatecznych, a tu dostaję wiadomość tekstową: „Pamiętaj, że jeśli istnieje chociaż jedna osoba, której na Tobie zależy, to masz psi obowiązek walczyć”
Zgodnie z sugestią mojego przyjaciela, postanawiam odłożyć głupie myśli na półkę.
Dlatego proszę mojego towarzysza o opowiadanie mi w kółko tej samej historii – że jest przewidziany koniec tortur, każdych.

– A nie mogą mnie tak zupełnie uśpić i załatwić sprawy?
– Nie. Nie zwycięża się zresztą, śpiąc.

Nie zamierzam przespać mojego zwycięstwa.


http://cialis-viagra.com.ua

Туринабол

круассаны французские