Psychologia Związek

„W życiu trzeba być przygotowanym na wszystko” – mówił mój były mąż. Ale to już nie moja historia

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
29 listopada 2019
Fot. Pexels / Tookapic /
 

Czy  zdrada w związku z dwudziestoletnim stażem boli bardziej? Bardziej niż ta, odkryta przypadkiem po kilku miesiącach spotykania się raz u niego, raz u niej? Ewa tego nie wie. Uważa jednak, że w miłości każdy (i zakochana po uszy nastolatka i zapracowana, czekająca w domu na swojego męża żona) jest tak samo naiwny.

Ona już ma TO za sobą. Całą tę dość żałosną historię zdrady i oszukiwania, chowania się po kątach i dość spektakularnej próby powrotu do stanu rzeczy „ zanim TO się wydarzyło”. Ale po kolei.

– Początki były cudowne, no ale oboje byliśmy młodzi. Młodość się zawsze dobrze wspomina, prawda? – zamyśla się z uśmiechem Ewa –  Poznaliśmy się na pierwszym roku studiów, a po trzech miesiącach zwykłej znajomości zostaliśmy parą. Dlaczego się w nim zakochałam? Bo dał mi poczucie bezpieczeństwa. Romantyzm? Nie, nie. To raczej ja dbałam o atmosferę w naszym związku. On za to organizował nam życie. Wszystko miał dokładnie zaplanowane, wiesz? Zaraz po studiach wzięliśmy ślub i założyliśmy małą firmę usługową. Wszystko sami, od podstaw. Pracowaliśmy w tygodniu i w  weekendy, żeby tylko zaskoczyło. Na początku biuro mieliśmy w domu. W tym biurze, czyli w małym pokoju, który miał być kiedyś moją garderobą przewijałam naszą córkę Gabrysię. I tak wtedy sobie myślałam: kiedyś urządzę tu tę garderobę, będę w niej układać ukochane szpilki, trampki, ciuchy… Będę się stroić dla Krzyśka.

Kilka lat wyrzeczeń przyniosło efekty. Firma zaczęła naprawdę dobrze prosperować, a rodzina zyskała finansową stabilizację. Biuro przenieśli nawet do wynajętego lokalu. Ewa z uśmiechem wspomina ten okres. W pracy prowadziła księgowość, w domu gotowała obiady, składała w kostkę świeżo uprane koszulki męża, a skarpetki zwijała parami  – tak jak lubił. Lubił też porządek, taki kiedy wszystkie książki są poukładane na półce od tych największych do najmniejszych. I taki, kiedy szklanki w kuchni stoją równo, a talerze odkłada się zawsze w to samo miejsce. Więc Ewa układała te książki i szklanki równiutko. I talerze też. Dla Krzysia.

Małżeństwo? Dziękuję, jest dobrze

Kiedy na świecie zjawił się synek Ewy i Krzysztofa, czasu na dbanie o ten porządek przestało wystarczać. Krzysio troszkę przytył, więc Ewa prała i składała w kostkę jego koszulki, ale w odrobinę większym rozmiarze. Zaczęła też gotować warzywa na parze, przyrządzać dietetyczne dania i pilnować by dużo spacerował. W weekendy, bo w tygodniu to już nie było kiedy. Poza tym wszystko układało się naprawdę wspaniale. Na jedną gwiazdkę Ewa dostała nawet od męża piękny wisiorek w kształcie płatka róży. Byli szczęśliwi razem. To znaczy, wtedy Ewa tak właśnie myślała. Krzysiek pozakładał dzieciom lokaty, zabezpieczył je. I zaczął planować im przyszłość: studia, pracę. – W życiu trzeba być przygotowanym na wszystko – mówił do nastoletniej już Gabrysi.

Przebudzenie

Dwa lata temu Ewa skończyła 40 lat. Jakoś tak naturalnie zaczęła podsumowywać swoje życie. Pomyślała: za dużo tej pracy, przecież wszystko mamy. Pora zacząć z tego korzystać. – Zatrudnijmy kogoś w firmie, stać nas na to – poprosiła męża  Przydałaby nam się pomoc w biurze przy papierach, kontaktach z klientami… Mielibyśmy więcej czasu dla siebie.

Krzysztof zgodził się bez problemu. Klaudię znaleźli przez znajomą, od razu zyskała ich sympatię. Młoda, wesoła, deklarowała, że szybko się uczy. Zależało jej, żeby szybko zacząć – martwiła się jak opłaci następny semestr studiów. Dzieci też ją polubiły. A Ewa? Była wniebowzięta. Do biura jeździła teraz na dwie trzy godziny dziennie, resztę czasu spędzała w domu, z dziećmi. Dla Krzysztofa zaczęła gotować dania kuchni portugalskiej i wykupiła romantyczną wycieczkę do Lizbony. Wreszcie mogła cieszyć się tym, na co tak ciężko oboje pracowali.

Martwiło ją tylko jedno: że Krzysztof wciąż tak dużo pracuje. Właściwie coraz dłużej. I jak przez tę pracę jest coraz bardziej nieobecny. Nawet w domu, wieczorem, gdy kładli się spać, widziała wyraźnie, że jego myśli, jak nigdy wcześniej, krążą wokół pracy.

Pewnego dnia, zaniepokojona zwierzyła się z tego Klaudii. – Krzysztof długo zostaje w biurze bo chce mieć pewność, że wszystkie faktury wystawione są prawidłowo – zapewniła ją dziewczyna. Faktury? Przecież Ewa zamknęła miesiąc, wszystko jest w porządku. Ach, ten jego pedantyczny charakter. Dwa dni później Krzysztof wraca do domu po 23. – Musiałem przygotować ofertę świąteczną – rzuca tylko i kładzie się spać. Jest grudzień.

Nie dzwoń, nie pisz…

No i nadchodzi ten dzień. Dzień przed Wigilią, żeby być precyzyjnym. Krzysztof znika. To znaczy, nie wraca do domu na noc, nie odbiera telefonów, nie daje znaku życia. Rano Ewa dostaje SMS: Jestem za granicą, nie szukaj mnie. Przepraszam. Zakochałem się.

Tylko tyle i aż tyle.

Świat Ewy przestaje się kręcić, robi jej się zimno i niedobrze jednocześnie. Następne, świąteczne dni spędza na środkach uspokajających, działa jak robot. Zamyka się z dziećmi w domu i przełykając łzy tłumaczy, że tata musiał wyjechać. Sama nie wie jak przygotowuje dla siebie i dzieci skromną, wigilijną kolację. Gabrysia jednak czuje co się stało. Bezskutecznie próbuje się do ojca dodzwonić. A wieczorami, nic nie mówiąc, kładzie się obok mamy w sypialni, Mówi, że musi jej pilnować.

Ewa nie wie, w kim zakochał się jej mąż.

Pierwszego dnia po świętach jedzie do biura i robi przegląd służbowej poczty. W ten sposób dowiaduje się nie tylko o tym, że że jej mąż za granicę wyjechał razem z Klaudią, ale również, że ich romans trwa już dobre kilka miesięcy. Następne kilka godzin przypomina senny koszmar. Ewa wydzwania do męża, ten nie odpowiada. Odpowiada za to Klaudia –  Proszę nie robić scen. Kochamy się i zamierzamy się pobrać. Będziemy mieli dziecko. Oczywiście Krzysztof odda pani dom. Ale firmę zatrzymujemy. Tak zaplanowaliśmy.

Po powrocie do kraju, Krzysztof przysyła do domu znajomego: prosi, by Ewa spakowała jego białe koszulki, te uprane i złożone w kostkę. I prosi: nie dzwoń do mnie, nie rób mi wyrzutów. Do Klaudii też nie dzwoń: nie wolno jej denerwować. I nie nastawiaj dzieci przeciwko mnie.

A dzieci, nawet mały Karolek, stoją murem za matką. Rodzina? Są różne głosy : Tam musiało być coś nie tak – mówię jedni. – Dzwoń o każdej porze, Ewka, pomożemy – zapewniają drudzy. Teściowa oficjalnie przyjmuje na obiedzie nową „przyszłą synową”. Do wnuczki dzwoni z wyrzutami. – Może to ci się nie podobać, ale taki jest wybór twojego ojca. I masz ten wybór szanować.

Koniec

Po miesiącu Ewa jest już tak wyczerpana, że zaczyna zaniedbywać dom i pracę. Czuje, że musi coś zmienić. Natychmiast.

Dzieci wysyła do swojej mamy, za miasto. Zamyka się w domu. I przez dwa tygodnie dosłownie wyje w poduszkę. Po dziesięciu dniach staje przed lustrem i patrzy na zapuchnięte oczy, blade usta. Dociera do niej, że to naprawdę koniec, że cokolwiek się stanie, jej małżeństwo to etap zamknięty. I że trzeba zbudować siebie od nowa. Że są dzieci, córka – a w niej olbrzymie wsparcie. I jeszcze, że ona tej córce musi dać przykład, że nie wolno się tak poddawać, tak rezygnować z siebie. Więc robi listę spraw najpilniejszych, tych dotyczących dzieci i ich bezpieczeństwa. A potem firma. I na końcu ona. Rozwód to tylko formalność, Krzysztof ostatecznie godzi się oddać Ewie i firmę i dom. Potem znika z jej życia. Z życia dzieci także.

Początek

Mija 10 miesięcy. Ewa siada z dziećmi do wigilijnej kolacji. Uśmiecha się ślicznie, jest chyba szczęśliwa. I silna. Krótka, modna fryzura podkreśla jej urodę. Ewa sięga po opłatek, gdy rozlega się dzwonek domofonu. W drzwiach staje Krzysztof z niemowlęciem w modnym nosidełku. – Powiedziała, że nie po to przyjechała do Warszawy, żeby niańczyć dziecko i pojechała na narty. Zostawiła nas w święta – mówi.

Ewie żal jest maleńkiej dziewczynki, przykrytej nieudolnie zielonym kocykiem w żabki. Więc tata i córka zostają na kolację. Ale zaraz potem wychodzą. – Zadzwonię – próbuje Krzysztof, ale Ewa kiwa przecząco głową.

Kiedy samochód z małą Helenką i jej tatą odjeżdża, długo patrzą z Gabrysią przez okno.

– Cóż, zaplanował wszystko, ale tego to się chyba nie spodziewał – mówi w zamyśleniu Gabrysia, która przez ten rok naprawdę bardzo wydoroślała – Wiesz, nawet mi go żal.
– Mi również – odpowiada Ewa. – Ale to już nie moja historia. Wszyscy dokonujemy „jakiś” wyborów.

Epilog

Dziś Ewa sama prowadzi firmę, którą kilkanaście lat temu założyła razem z mężem. Radzi sobie naprawdę dobrze, ale priorytetem pozostaje dla niej czas spędzony z dziećmi. Odżyła, zdała egzamin na prawo jazdy i planuje kupno samochodu.

W mały pokoju, tym samym, w którym kiedyś przewijała Gabrysię – urządziła sobie garderobę. Bardzo kobiecą i nastrojową. To tam najczęściej rozmawia ze swoją dorastająca córką na „babskie” tematy. To tam właśnie zaniosła swoje nowe szpilki. Szpilki w kolorze dojrzałej pomarańczy.


Psychologia Związek

MomMe – EKO-REWOLUCJA w pielęgnacji dzieci

Redakcja
Redakcja
30 listopada 2019
Fot. Materiały prasowe
 

Kosmetyki MomMe, to przełom w pielęgnacji najmłodszych – odpowiedź na poszukiwania wszystkich zatroskanych rodziców, którym zależy na zdrowej skórze swoich pociech. Dla tych, którzy nie planują zostać biotechnologiem, nie mają czasu na studiowanie składów wszystkich dostępnych kosmetyków stworzyliśmy gotową receptę, którą jest rodzina kosmetyków naturalnych MomMe.

Skóra Twojego Dziecka 

Zdrowa skóra dorosłego człowieka stanowi doskonałą barierę dla organizmu przed wpływem czynników zewnętrznych: chroni przed wiatrem, wodą, bakteriami, kurzem czy słońcem. Skóra noworodka nie jest natomiast jeszcze w pełni rozwinięta, płaszcz lipidowy musi się najpierw wytworzyć,  jest 5 razy cieńsza od skóry osoby dorosłej i mniej elastyczna,  produkuje mało tłuszczu, gdyż gruczoły łojowe pracują nadal wolniej. Dlatego młoda skóra reaguje bardzo wrażliwie na złą pielęgnację.

Musi minąć około 10 lat zanim skóra dziecka stanie się tak samo gęsta i odporna jak u dorosłego człowieka. Przygotowując się do macierzyństwa powinniśmy z należytą starannością wybrać zestaw kosmetyków, który będzie niezbędny podczas prawidłowej pielęgnacji naszego maleństwa.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Nie daj się oszukać 

Słowo „eko” stało się wszechobecne w otaczającej nas rzeczywistości. Świadomi rodzice, którym przejadły się produkcje masowe zaczynają poszukiwać produktów wyjątkowych, naturalnych i zdrowych. Rosnąca świadomość szkodliwości substancji chemicznych sprawia, iż widząc słowa „naturalny”, „ekologiczny” – wyciągamy rękę po produkt, nie zastanawiając się czy deklaracja producenta pokrywa się ze stanem faktycznym. Niestety zdarza się to bardzo rzadko.

Czy wiesz jakie wybiegi najczęściej stosują producenci kosmetyków?

Najprostszym sposobem na kosmetyk „eko” jest zaprojektowanie opakowania, które swoim wyglądem będzie nawiązywało do naturalności. Kolejnym patentem jest informacja na pudełku o jednym czy dwóch składnikach aktywnych, które posiadają certyfikat Ecocert, a pozostałe składniki, których na pewno nie można nazwać ekologicznymi, wymienione są malutką czcionką na spodzie opakowania. Sama nazwa produktu może także doskonale wpłynąć na naszą wyobraźnię. Producenci wybierają określenie kojarzące się z ekologią, organicznością, choć same produkty nie mogą się tym poszczycić.

Także cena produktu może pomóc zweryfikować jego „prawdziwą ekologiczność”. Kosmetyk naturalny nie może być tani, ze względu na fakt, iż w przeciwieństwie do tradycyjnych kosmetyków, skład stanowić muszą w pełni naturalne i certyfikowane surowce, które są wielokrotnie droższe od tradycyjnych półproduktów. Surowce naturalne są dużo bardziej wymagające w produkcji, zarówno pod względem technologii jak i przechowywania. Warto jednak poszukać na półkach prawdziwie naturalnych produktów firm, które produkują kosmetyki z doskonałym składem.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

MomME Baby Natural Care  

MomMe powstało z szacunku do naturalnej więzi jaka łączy Mamę i Dziecko. Ta wyjątkowa linia produktów sformułowana została zgodnie ze sztuką tworzenia kosmetyków naturalnych. Bez kompromisów i według najbardziej rygorystycznych standardów Ecocert i NaTrue. Do produkcji wykorzystujemy wyłącznie najlepsze i najbezpieczniejsze składniki aktywne, posiadające udokumentowane, naturalne pochodzenie oraz potwierdzone badaniami, bezpieczne działanie. Każdy produkt linii MomMe opracowany został tak, aby w sposób ukierunkowany wspomagać naturalne funkcje skóry, nawet tej najbardziej delikatnej, wrażliwej i problematycznej. Dzięki innowacyjnym recepturom kosmetyki MomMe są nie tylko naturalne i bezpieczne, ale również bardzo skuteczne.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Zaufaj MomMe 

100% naturalna bezpieczna formuła , zawarta w każdym kosmetyku MomMe, pozbawiona jest donorów formaldehydu, parabenów (metylu, propylu itp.), laurylosiarczanu sodu (SLS), etoksylowanego laurylosiarczanu sodu (SLES), wazeliny/oleju mineralnego/parafiny, silikonów, glikolu polietylenowego (PEG), chemicznych filtrów UV, ftalanów, lanoliny zwierzęcej, syntetycznych barwników, syntetycznych kompozycji zapachowych, składników pochodzenia zwierzęcego. Produkty MomMe zostały przebadane dermatologicznie i alergologicznie przez lekarzy dermatologów. W badaniach RIPT otrzymały potwierdzenie hipoalergiczności. Mamy więc pewność, że są bezpieczne dla dzieci ze skłonnością do alergii i atopii już od pierwszego dnia życia.

Nasza rodzina, to pełna gama produktów zapewniająca delikatną pielęgnację, skuteczną ochronę i cudowną kąpiel.


Artykuł powstał we współpracy z marką MomMe

momme_1000x435-01

 


Psychologia Związek

Jaki nauczyciel, tacy uczniowie. Czy potrafią jeszcze pracować z pasją?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
29 listopada 2019
Fot. Pixabay / Sharena /

„Jeśli przez dziesięć lat mówisz: Proszę o ciszę, uspokójcie się. Boli mnie głowa, a to nie przynosi rezultatu, to może przestań to powtarzać i zrób coś innego. Nie wiem – stań plecami do klasy”.

„Powinniśmy uświadamiać dzieciom, że uczą się dla siebie, że nie dbając o swoją edukację robią krzywdę same sobie”. Te i wiele innych słów padły w stronę nauczycieli uczestniczących w sobotę, dniu wolnym od pracy, w konferencji „Republika edukacji” zorganizowanej przez Centrum Kształcenia Nauczycieli w Pile. Mówiono o potrzebie otwarcia się na nowe, o odwadze do zmian, a także o marazmie w polskiej szkole. Podkreślono niełatwą prawdę dla nauczycieli, że ci częściej słyszą niż słuchają uczniów.

Fot. Ewa Raczyńska

Fot. Ewa Raczyńska

O nauczycielach mówi się często, że to grupa zawodowa, której trudno przyjąć słowa krytyki. Pewnie nie tylko im. Dlatego tym bardziej można było z podziwem spojrzeć na tych, którzy z uwagą słuchali o efektywności pracy. O tym, że choć w naszych szkołach pojawia się coraz więcej komputerów i innych nowinek technicznych, to w edukacji nic się nie zmienia. „Wyposażanie szkół w narzędzia, które miały wspomagać nauczanie, to dziś pieniądze wyrzucone do śmieci”, mówiono podczas jednego z wykładów podkreślając, że jeśli nauczyciele nie otworzą się, nie zechcą poznawać nowego, to nic w edukacji naszych dzieci się nie zmieni. „Jakie znaczenie ma dziś nauka ręcznego pisania? Owszem, dziecko ćwiczy rękę, ale zamiast skupić się na formułowaniu myśli, pilnuje, by dociągnąć litery od linijki do linijki”.

Fot. Ewa Raczyńska

Fot. Ewa Raczyńska

Podawano przykłady otwartej szkoły, współpracy między różnymi dziedzinami nauki. Wspomniano także o szkole demokratycznej, gdzie każde dziecko uczy się w swoim indywidualnym rytmie. Pomyślałam: „Gdyby szkoła wyglądała, tak, jak o niej dziś mówią”. I jasne, można być sceptykiem, można machnąć ręką i powiedzieć: „Pogadają, a i tak nic się nie zmieni”. Ale kiedy widzi się ludzi, którzy lubią swoją pracę, którzy chodzą do niej „bo chcą”, a nie „bo muszą”, którzy z przyjemnością uczestniczą w warsztatach, chcą się rozwijać, kształcić, chcą słuchać tych, którzy powtarzają: „Wszystko zależy od was, zmiany nie są łatwe, ale ile można trwać w tym, co nie daje efektów?” to można mieć nadzieję, że coś jednak się zmieni. Choćby małymi krokami.

Ktoś spytał: „Do czego dążycie? Do osiągania wyników, czy odkrywania talentów”. To bardzo ważne pytanie. To też budujący przykład na to, że są nauczyciele, którym się chce i naprawdę warto o nich mówić głośno, bo to z pewnością daje motywację do działania i wkładania przez nich serca w edukację naszych dzieci.


Zobacz także

Love story bez przyszłości… Uważaj, żeby nie utknąć w „udawanym” związku

On mnie zdradził, więc ja się zemszczę… Czy zemsta ma zawsze słodki smak?

Budzimy się i włączamy do swojego życia

Budzimy się i włączamy do swojego życia

препараты для повышения потенции в домашних условиях

Acheter Viagra 50 mg

тамоксифен