Psychologia Seks Związek

Bywają miłości tylko na chwilę. O ile mniej cierpienia byśmy przeżywali, gdybyśmy godzili się na to „na chwilę”, prawda?

Seksualnie
Seksualnie
2 stycznia 2016
Fot. iStock / BraunS
 

Nie każda miłość musi być na zawsze, nie w każdą wpisane jest dziecko, pies i wspólne mieszkanie. Nie każda musi mieć takie plany.Każda jest po to, żeby nas czegoś nauczyć. Może gdybyśmy wszyscy tak traktowali miłość byłoby łatwiej?

No wiesz, bez wielkich słów, ale też bez dewaluowania. Mniej cierpienia, więcej wdzięczności i dystansu. Dlaczego coś, co trwa chwilę, ma miłością nie być, jeśli ją czujemy? Daje ci to siłę, moc, albo jeśli – zwyczajnie – jest dla ciebie cholerną lekcją.

K. napisała z Zakopanego: „Leżę po seksie z nim. Jest mi dobrze. Ale wiem, że to miłość na chwilę”

Zaczęłam, oczywiście, zaprzeczać. Czemuż to ludzie (kobiety szczególnie?) nie potrafią się czasem po prostu zamknąć? Dać komuś coś powiedzieć, nawet jeśli to jest trudne. Albo nietypowe. Przyznasz sam, to trochę dziwne wiedzieć, ze ona jest zakochana, wiedzieć, że z nim uprawiała seks, a jednocześnie wiedzieć, że ona też widzi tego koniec.

Bo, że ja widzę to wiadomo. Jestem jej przyjaciółką, mam dystans. Jad charakterystyczny tylko wtedy, gdy sama jesteśmy pozbawione uczuć. Po prostu wiem wszystko. On jest taki, siaki, nie sprawdzi się. Ale, że ona to widzi? I to jeszcze po seksie.

„Dlaczego?” napisałam głupio. „Bo on chyba nie umie być z kimś w kryzysie. Ale, spokojnie, nie denerwuj się, biorę z tego tylko rzeczy dobre”. Uff. Nie wiem, kiedy ona tak dojrzała. Z mojej wiecznie rozdygotanej przyjaciółki stała się mądra, dobra, dająca i biorąca tyle, ile można. Bez szału, że więcej się nie da. Nawet mi to pisze: nauczył mnie, że wciąż jeszcze umiem coś czuć, cierpliwości, spokoju, to dużo, nie uważasz?

Przypomniałam sobie moment, gdy byłam na terapii w twojej sprawie.

Kochałam cię, a jednocześnie wiedziałam, że nie spędzę z tobą życia. Bardzo mnie ta świadomość martwiła ponieważ dziewczynkom wmawia się od urodzenia, że seks z mężczyzną musi oznaczać związek do grobowej deski. Bo nie uczy się nas oddzielania emocji od seksu. Bo nie uczy się nas, w końcu, że jest wiele rodzajów emocji.

Moje ciało kochało ciebie. Może znacznie bardziej niż mojego racjonalnego, aktualnego partnera. Czasem jest między ludźmi taka chemia, że nie da się jej nazwać, pomieścić w jakieś ogólnej rzeczywistości. Masz moment takiego odlotu, że niewiele więcej rzeczy się liczy. Oczywiście, nie chodziło o sam seks. Ty byłeś też czuły, dobry, przynosiłeś mi kawę do łóżka i robiłeś wiele innych rzeczy, które będę długo pamiętać. Jednocześnie wiedziałam, że chwila się skończy. Mogłam oczywiście wmawiać sobie, że jest inaczej, ale za bardzo racjonalna jestem. Nienawidzę lodowatych przebudzeń, wolę być świadoma na co dzień. Smucę się, że kobiety są tak mało świadome i potem cierpią. W sumie wszystkie powinnyśmy mieć mądrość K.

Na przykład M., proszę bardzo. On zostawił dla niej żonę, dziecko, a ona dziwi się, że potem zostawił też ją

Albo O. Poznała faceta z fochami i potem dziwiła się, że po fazie zauroczenia, on też zaczyna mieć fochy wobec niej.

Albo K. Była z młodszym, on ciągle opowiadał źle o byłych. I co ona myślała? Że kiedyś nie powie źle o niej? To jakieś takie neurotyczne i narcystyczne wierzyć, że my będziemy wyjątkowe.

Ktoś kto nie lubi dzieci – nie polubi ich nagle dla nas, nawet jeśli przez chwilę będzie to udawał (albo odurzony chemią zakochania sam w to uwierzy)

Ktoś kto zranił inne kobiety – zrani też nas, nawet jeśli przez chwilę będzie nam wmawiał, że nigdy aż tak nie kochał (i tak, wierzy w to, wiem)

Ktoś kto zostawił jedno dziecko – zostawi też drugie (bo dlaczego by nie?)

Ktoś kto pobił jedną kobietę, w końcu pobije i drugą. Jest chamski dla jednej, będzie chamski dla drugiej. A jeśli rozwodził się z jedną bez klasy, prawie na pewno rozwiedzie się z drugą tak samo mało kulturalnie.

Prawie na pewno, bo pewnie są wyjątki. Ale wyjątki jak to wyjątki – tylko potwierdzają regułę. Zresztą średnio w nie wierzę. Nie mam manii wyższości, jestem za to uważna i  spostrzegawcza. Niepokoił mnie twój chłód wobec byłych, dziwne zagrywki z córką i nerwowość w stosunku do jej mamy. Dzwony ostrzegawcze biły na alarm. Dlatego od ciebie odeszłam, a raczej się wycofałam miękko. Dlatego życzyłabym też innym kobietom zdolności do takiego wycofywania, bo bardzo się męczę, gdy widzę ich cierpienie. I to niedowierzanie. Że jak to?! On się tak zmienił? On się wcale nie zmienił tylko przez chwilę był inny. Niestety, mądra głowa nie zmienia uczuć.

Można więc wiedzieć, że ktoś jest na chwilę i jednocześnie za nim szaleć

Czasem ta świadomość, że na chwilę wynika z innych rzeczy. Bo zakochujesz się w kimś, kto jest w stałym związku, albo ty w nim jesteś, albo dzieli was odległość, albo charakter tak bardzo, że nie ma mowy o wspólnym „zawsze”. Ta chwila „razem” jest piękna. Będzie się do niej wracać podczas długich, bezsennych nocy, w zimie, w smutku i, pewnie, na starość. Ale jest cienka granica między: „było cudownie, ale już czas by to zamknąć”, a „Cholera, jestem po uszy w toksycznym związku. Więcej cierpię niż mam radości”.

Jestem z siebie dumna, że tak ją wyczułam. Powiedziałam ci potem, że zakochanie mi minęło, choć nie do końca to była prawda, stałam się zimna, choć przecież marzyłam o tym cieple, które między nami było przez długie miesiące. I nie potrafiłam ci wytłumaczyć tego, o czym piszę. Że są miłości na chwilę, na moment. Że drugi człowiek nie jest wtedy partnerem, ale nauczycielem. I jeśli tego nie rozpoznasz, za chwilę tkwisz po uszy w gównie. Nazwałbyś to, oczywiście, moim lękiem przed bliskością. Ja jednak widzę w tym znacznie więcej.

I jednak, wybacz, ale to ja w tej relacji byłam specjalistka od emocji, relacji i całej tej histerii miłosnej, więc przewracaj oczami, ale posłuchaj mnie.

Dziękuję ci cholernie za to, że po seksie nigdy nie pytałeś jak było, że nie lubiłeś słowa „wstyd”, że na wszystko mi pozwalałeś  i każdą część mnie akceptowałeś. Dzięki tobie ze smutkiem patrzę na ludzi, którzy mówią, że seks jest przereklamowany, bo wiem, że jest więcej niż ważny.

Dziękuję, bo dzięki tobie wiem do jakich emocji jestem zdolna, jak bardzo potrafię tęsknić, czuć i jak wiele wybaczać.

Dziękuję, bo dzięki tobie nauczyłam się dorosłości. Nie wystarczy mieć dobrego seksu i fajnej więzi, żeby spędzić razem życie. Dzięki tobie poznałam też jakąś prawdę, którą dziś przypomniała mi K. „miłość na jakiś czas”.

Trochę złagodziło to moją złość, że zniknąłeś i nie potrafisz mi przebaczyć.

To, że nie ma cię teraz w moim życiu wcale nie znaczy, że nic nas nie łączyło. I nie znaczy, że to nie było ważne.

Dobrego Roku, kochany!


Psychologia Seks Związek

„Byłam w rozpaczy, w stanie zero, potem nagle się zakochałam. Nie traćcie nadziei”. Apel samotnej do niespełnionych w miłości

Seksualnie
Seksualnie
4 stycznia 2016
iStock/teksomolika
 

Moja droga, kochana, samotna,

Byłam tam gdzie ty, znam wszystkie miejsca i stany samotności.

Byłam w rozpaczy po rozstaniu z ojcem mojego syna. W weekendy nie wstawałam z łóżka, a każda najmniejsza czynność wydawała mi się wyczynem. Czekałam, aż dziecko zaśnie, żeby móc znów płakać.

Zawalił mi się świat i nie ma znaczenia, że to ja powiedziałam: „Wyprowadź się”.  Nie ma też znaczenia, że zachowałam twarz przy większości znajomości i mówiłam, że to ja zdecydowałam. Ma znaczenie, kto bardziej cierpi, jest upokorzony, zniszczony. W tym przypadku byłam to ja.

Byłam w stanie „dam radę”

Ogarnę się finansowo, mieszkaniowo i ogólnoludzko. Bo, niestety, czas po rozstaniu to był czas, gdy czułam się najbrzydszą, najgłupszą kobietą świata. I nijak nie rozumiałam, gdy ktoś mówił: jesteś śliczna. Zamieszkałam w rozciągniętym dresie. Włosy spały pod zniszczoną chustką, kobiecość wyemigrowała.  Ale w stanie „dam radę” załatwiłam wiele spraw zawodowych. Pokazałam sobie, że potrafię być niezależna. Na pewno też to znasz – gdy po nieprzespanej nocy zbierasz się siłą woli i idziesz w końcu załatwić nowy dowód do urzędu. Czy robisz inną „banalną” rzecz, a potem oddychasz z ulgą, że jednak to potrafisz. Że żyć dalej potrafisz.

Byłam w stanie zero

Ani na haju ani w smutku. W każdym budziłam się w nastroju jako takim, nawet dobrym. Dalekie to było od szczęścia, ale ja cieszyłam się, że już mogę po prostu oddychać. I nic mi się nie śni (no wiesz, on mi się nie śni).

Byłam w stanie pełnym nadziei

Na nową miłość, oczywiście. Zachowałam się jak głodny pies, który wszędzie szuka jedzenia, choćby to miały być nawet resztki ze śmietnika. Wmawiałam sobie nawet, że to nie są resztki tylko prawdziwy niedzielny obiad.

Umawiałam się z mężczyznami (aż tak wielu ich nie było, nie bój się),  o których czułam, że nie zrobiliby dla mnie wszystkiego. Boże, wszystkiego? Za jednym sama targałam walizkę, drugi nie rozliczył się ze mną za wyjazd, trzeci pojawiał się i znikał. Każdy mało pytał co u mnie i to bardziej ja skakałam koło nich.

Potem byłam tak zdesperowana, że uwierzyłam, że kocham mojego przyjaciela od 20 lat, który nigdy mnie nie pociągał. Ja za to pociągałam jego. Tego wieczoru, gdy wyznawał mi miłość czułam się nawet lepiej (to było chwile po tym, gdy znikający zniknął na dobre, a moja godność znalazła się milion metrów pod ziemią). Kilka tygodni później pytałam się samą siebie, czy oszalałam. Straciłam przyjaciela, nie zyskałam kochanka.

Potem mówiłam, że faceci są straszni

To najgorsza faza samotności, bo robisz się tak gderliwa i złośliwa, że nieznośna. Oczywiście, czasem nikomu nie mówisz, że wszystko strasznie cię złości. Ale przecież wiesz, że to tak naprawdę wcale nie ty. Nie jesteś tą zołzą, która widzisz w lustrze. Zołzą, która mówi, że w ogóle nie brakuje jej seksu, a z braku seksu zieje jadem.

Potem byłam w stanie: wszystko mi jedno

I czułam to, przestałam potrzebować bliskości. Kupiłam sobie psa, zorganizowałam sobie życie bez miłości – wszystko dobrze działało.

Aż w końcu, po kilku zajęciach z terapii dla kobiet po rozstaniu, poczułam, że ja już nic nie muszę. Tak głęboko, w sercu. Że nie boję się chodzić do znajomych, że nie czuję potrzeby tłumaczenia wszystkim, że jestem szczęśliwa. Że lubię ciszę, spokój i mam fajną relację z synem.

I wtedy (obiecuję, że niedługo potem) poznałam jego. Dziś nazywam go Właściwym. Nie było w tym żadnego teatru, żadnego szaleństwa. Nie było internetu, pracy i wszystkich wyjść, o których mówiono mi, że muszą być, żeby coś się stało. „Facet nie wpadnie ci przez okno” – żartowała znajoma. No cóż, Właściwy niemal wpadł przez okno, a raczej pojawił się w moich drzwiach.  To był nowy sąsiad z dołu, któremu zalałam łazienkę.  Miałam tłuste włosy, byłam w dresie, bez makijażu, a on został na kawę mimo to (no proszę).

I następnego dnia napisał SMS, że chciałby spotkać się na drugą kawę (nie musiałam czekać trzech dni, czy debatować sama: odezwać się czy nie, co naturalnie miałam wcześniej w zwyczaju). Wszystko było bardziej niż proste. Byłam przy nim sobą, nie stroiłam się, nie udawałam mądrzejszą niż jestem, a przede wszystkim się nie bałam. Że on zniknie, że nie jestem dostatecznie dobra, że syn go nie zaakceptuje. Przestałam robić sobie ciśnienie i nic złego się nie działo.

Każdego dnia odkrywałam świetnego, dobrego faceta. Mogłam sobie gdzieś schować teorie o głupocie mężczyzn, o własnej niezależności, o tym jak będę już ostrożna. Nie musiałam być ostrożna.

Minął rok od naszego spotkania. Wciąż jestem szczęśliwa, choć nie czaruję, że to spotkanie księżniczki i księcia. Ale wiem prawie na pewno, że…

– każda samotność kiedyś się kończy

– ludzie spotykają się w najmniej spodziewanych okolicznościach

– dostajesz miłość zwykle, gdy już o niej nie myślisz

– miłość nie wymaga napięcia, to nie jest spotkanie w sprawie pracy, gdzie musisz zachowywać się doskonale i być doskonale oceniona

– nie ma sensu marnować czasu na noszenie za kimś walizek. W podróży, i w życiu

– ile, by się nie mówiło o racjonalnych wyborach to miłość jest jednak kwestią intuicji. Najczęściej słyszymy ostrzegający głos, ale za bardzo chcemy kochać, by go usłyszeć. Jeśli intuicja nie ostrzega – wygrałaś ( prawie na pewno)

Jeśli jesteś nie czujesz tej miłosnej mocy, jesteś sama, nie wpadaj w depresje. Kto może ci pomóc jak nie ja, kobieta, która też to przeżyła. Odetchnij milion razy, zajmij się czymś innym na chwilę. Dobra, na dłuższą chwilę. Obiecuję ci, twoje życie jeszcze się nie skończyło, choć nie raz tak myślisz 😉

P.S. Oczywiście, nikomu o tym nie mówisz, wiem.


Psychologia Seks Związek

„Każdej młodszej kobiecie powiedziałabym: szukaj dobrej miłości”. Dziękuję za nią mojemu mężowi

Seksualnie
Seksualnie
30 grudnia 2019
Fot. iStock / AleksandarNakic

W szufladzie w kuchni wciąż trzymam opakowanie po białych tabletkach na lęk. Pamiętasz? Pierwszego napadu paniki dostałam kiedyś w markecie. To było dwa lata po ślubie. Nie mogłam oddychać, zabrałeś mnie do szpitala. Mnie dziewczynę, która nienawidzi tracić kontroli i boi się słabości.

„Nie bój się, to nic takiego, to się leczy” – mówiłeś i trzymałeś mnie za rękę, choć świat lęków to przecież obcy dla ciebie świat. Dawkowałeś potem mi pastylki, zajmowałeś się naszym dzieckiem, gdy strachy znów mnie dopadały, zaciskały się na mojej głowie, robiły ze mnie wariatkę, która boi się wyjść na ulicę, boi się, że umrzesz, że umrze nasze dziecko. Bałam się, że w końcu wyląduję w szpitalu psychiatrycznym. Dopiero ostatnio, dzięki działaniom K. na Facebooku zrozumiałam, że choroby głowy są jak inne choroby. Przychodzą, odchodzą, można je leczyć. Ty to wiedziałeś dużo wcześniej: „Hej, najwyżej tam będziesz, co z tego, ludzie mają różne dolegliwości” – mówiłeś.

Wspierałeś mnie, gdy bałam się iść do psychologa i psychiatry, i powiedzieć otwarcie, że boję się żyć. Że widzę i czuję więcej, i to mnie czasem (często) niszczy. Ta emocjonalność. Pani doktor mówiła kojąco. Mam prawo się bać, mam prawo być słaba, pogubiona. Żyję w stresie, dużo pracuję, nie przerobiłam rzeczy, których doświadczyłam w rodzinnym domu. Są gdzieś poupychane we mnie i wyskakują niespodziewanie w postaci lęku. Poczułam się bezpiecznie. Nie jestem wariatką. Mam prawo. Lubię ci powtarzać, że pięknie dzieciństwo przeżywam dzięki dziecku. Oczami naszego syna oglądam dobre małżeństwo rodziców, przewidywalność, szczerość. Wiem w końcu, jak wygląda spokojny dom. Czasem trochę nudny, czasem zwyczajny, ale dający najważniejszą rzecz – siłę. Lubię tę pewność naszego syna, tę, której nigdy nie miałam i mieć nie będę, bo nawet twoja miłość nie uleczy mojego złamanego serca i pobitego ciała.

Pamiętasz, jak mówiłeś, że tak ci przykro, że tyle złych rzeczy przeżyłam? Jak w łóżku próbowałeś dać mi ulgę, jak ją dawałeś w codzienności.

To wtedy zrozumiałam, czym jest dobra miłość. To taka miłość, gdy nie kalkulujesz, nie boisz się, nie myślisz, co powiedzieć, a czego nie, bo możesz powiedzieć wszystko. Możesz być sobą – wplątana w różne układy nie wiedziałam kiedyś, że to takie proste. Nie ma ocen: „za gruba”, „za chuda”, „beznadziejna”, „niedobra”, jest moc i napęd, który dostajesz. Nie ma dobijania się do drzwi, czekania, samotności i cierpienia.

Mija dwanaście lat naszego małżeństwa. I zobacz, byliśmy razem wszędzie. Przeżywaliśmy najlepszy seks i najgorsze kłótnie. Kiedyś te kłótnie były gorętsze, dziś jest w nich zapowiedź zgody. I pewność, że następnego dnia się przeprosimy.

Z takim zrozumieniem podchodzimy do własnych słabości. Milion razy tłumaczę ci, że masz zadzwonić do mamy, ale nie ma już we mnie dawnego niezrozumienia, dlaczego nie przychodzi ci do głowy dzwonienie do niej. Nie zauważam rzeczy, na których inni się skupiają– tego, że bywasz czasem zamknięty w sobie, że wygłaszasz różne teorie tonem nieznoszącym sprzeciwu, że bywasz męczący. Dla siebie i dla innych.

Bo ja bywam też przecież. I dzięki tobie nie muszę udawać, że tak nie jest. Nie muszę przeskakiwać siebie. Zmniejszać się do rozmiaru 36, udawać mądrzejszą niż jestem, że lepiej znam języki i jestem lepszą matką, niż naprawdę jestem.

Naszego małżeństwa nie da się wsadzić do jednej szuflady. Nie pasuje do szuflady z napisem: „stabilizacja”, „dobra żona” też niekoniecznie. Ciągle się rozwijamy, przemieszczamy, nieustannie coś sobie przebaczamy. Może gdyby nie ja, to małżeństwo byłoby prostsze. Bardziej pachnące świeżymi bułkami niż moim niepokojem.

Wokół nas rozwodzą się pary, ktoś powtarza wciąż te same błędy, porzuca i rani. Patrzymy na patchworkowe rodziny i jeszcze bardziej jesteśmy wdzięczni losowi za siebie.

Wczoraj powiedziałam: „Zobacz, kochamy się, mamy dziecko to dziś rzadko idzie w parze”. Powiedziałeś: „Tak, to rzadkie, ludzie tak łatwo się dziś porzucają”.

Wybaczyłeś mi tyle rzeczy, ja tobie też. I nawet tego nie zauważamy, bo to wybaczanie jest dla nas jasne i oczywiste. Jest też może egoizmem, obroną własnego terytorium, bo chcemy mieć szczęśliwą rodzinę. Bo kiedyś, obiecywaliśmy sobie, że będziemy ze sobą na dobre i na złe. No wiesz, wtedy w kościele. Dużo było ludzi, pięknie było, to był mój najszczęśliwszy dzień w życiu, nie miałam żadnego w sobie niepokoju, chociaż przecież z niepokoju się składam. Więc to była chyba dobra decyzja, ten ślub. I my.

Kiedyś, dawno temu, moja mama powiedziała, że namiętność w małżeństwie to często przypływy i odpływy. Doświadczamy tego na co dzień. Choć teraz uciekliśmy przed światem, mamy swój romans w pięknym mieście, znów pijemy wino nad rzeką, jemy sery i winogrona,  i gadamy, i kochamy się jak ludzie, którzy dopiero się poznali.

Nie ma kredytów, chorób, które zostawiliśmy, niepokoi naszych bliskich. I nawet naszych nie ma.

Lubię patrzeć na siebie twoimi oczami. Dla ciebie nie jestem niezorganizowana– jestem artystką, nie mam chaosu– mam talent. Nie jestem pogubiona – jestem urocza. Nie mówię kiepsko po hiszpańsku – mówię uroczo. Nie jestem gruba – jestem seksowna. Nie jestem kiepska w pracy– jestem emocjonalna, co dla ciebie jest moją siłą.

Ech, kochany. Dlaczego dobra miłość jest tak mało literacka?

Za to jest tak niezbędna w życiu. Jesteś moim najlepszym przyjacielem i dziękuję, że mogę mieć z tobą dom. Dom, w którym odnajduję spokój, którego ludzie tak w życiu szukają. A to przecież nie jest tak trudne.

Ważne, żeby w zimowej zwyczajności, pośpiechu, nudzie, stresie nie myśleć, że wszystko co dobre już za nami. Bo wystarczy tylko odrobina dobrej woli ich obojga, by znów odlecieć i znaleźć to, co było na początku.

Dziękuję, że wciąż to znajdujemy. A gdy czasem budzi się mnie dawny strach, gdy plotę rzeczy, których nikt nie rozumie, ty łapiesz mnie za rękę i mówisz, że jesteś. I będziesz. Każdej kobiecie chciałabym powiedzieć, że to nieprawda, że powinnyśmy być samowystarczalne, mocne, niezależne. Albo inaczej: to nie tylko prawda. Jedną z najważniejszych rzeczy jest znalezienie dobrego partnera. Wspierającego, kochającego, pozwalającego oddychać i żyć. Jeśli, oczywiście, w ogóle zależy nam na relacjach intymnych.