Psychologia Związek

Przemoc psychiczna? Przecież nie bił, nie pił. Zawsze miły. W rękę całował…

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 lutego 2016
Wybaczyłam mu, ale nigdy nie zapomnę tego, co mi zrobił. Piętno ofiary przemocy zawsze będę nosić w sobie
Fot. iStock / Elisabetta Stoinich
 

Nakarmiłam córkę, miała kilka dni, weszłam z nią do kuchni, mąż akurat mył naczynia. Dałam mu ją na ręce: „A teraz ją zabij”. Spojrzał zaskoczony. „No zabij ją, co za różnica, czy jak była u mnie w brzuchu, czy teraz, jak już ją urodziłam”.

Klasyka. Ja wyrwana ze związku z alkoholikiem, z pięcioletnim synem. A on tak szarmancki, opiekuńczy. Z poczuciem humoru. Tak bardzo byłam spragniona miłości i uwagi. Przegrałam, a teraz znowu dla kogoś byłam ważna.

„Jak ty wyglądasz?”

Zaczęło się niewinnie, od uszczypliwych uwag. „W tej kiecce chcesz iść, żeby koledzy się ze mnie śmiali”, mówił, gdy wychodziliśmy na wigilię służbową. Taki żart. Byłam w ciąży, trudno było wybrzydzać w ubraniach. Ale zawsze dbałam o siebie, by dobrze wyglądać. Wiedziałam, że to dla niego ważne. „Chyba lodówkę ci zamknę na klucz”, powtarzał. Ciąża to trudny czas, hormony buzują, huśtawka nastrojów. Nie wiedziałam – śmiać się czy płakać.

„To nie moje dziecko”

Po urodzeniu Szymka, szybko zaszłam w drugą ciążę. Zupełnie nieplanowaną. „Myślisz, że uwierzę, że to mój bachor?”, usłyszałam po zrobieniu testu. „Pewnie gdzieś łazisz i się ku**wisz. Widziałem jak sąsiad na ciebie patrzył. Cooo? Przychodzi, jak jestem w pracy?”. Byłam w szoku. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Bo przecież ciąża, dziecko, a tu… Trzasnął drzwiami. Wrócił po kilku godzinach z kwiatami. Przepraszał. Że to dla niego szok, stąd taka reakcja.

Ale to nie był koniec. W szale kazał mi usuwać ciążę, mówił, że zleci badania DNA, że nie chce tego dziecka. Że wystarczy mu jedno i „ten bachor” do wychowania – mój syn z pierwszego małżeństwa. Nie wiem, jak dotrwałam do porodu…

Tak wiem, powinnam odejść, nie pozwolić na takie traktowanie. Czasami podnosił na mnie rękę, ale nigdy nie uderzył. „Nie bije, nie pije, co się czepiasz”, nawet nie wiedziałam, jak głęboko miałam to w sobie zakorzenione.

Bo przecież był miły i dobry. Pomagał mi sprzątać. Bawił się z dziećmi. Pracował. Ja mogłam spokojnie wychowywać maluchy w domu.

Ze szpitala musiałam wrócić taksówką, bo nie przyjechał po mnie i córkę. Traktował nas w domu jak powietrze. To wtedy powiedziałam: „Zabij ją, nienawidzisz jej – proszę. Mi kazałeś ją zabić jak była w brzuchu? Co za różnica jeśli zabijesz ją teraz?”.

Nic nie czułam. Mógł ją wziąć. Nienawidziłam? Nie wiem. Stałam i patrzyłam mu w oczy. Przez chwilę, przez niego, ja też nie chciałam tego dziecka.

„Mam jeść te pomyje?”

Przez wiele lat nie pomyślałam, że to przemoc. Trudny charakter, wybuchowość. W końcu, że to moja wina. Że za mało się staram, jestem poszarpana po związku z alkoholikiem i nie umiem kochać tak, jak on na to zasłużył. Nikt nie nauczył mnie miłości i tylko teraz ja krzywdzę… To nie jego wina, że tak do mnie mówi, że tak mnie traktuje. To ja jestem winna, muszę więcej z siebie dawać.

Gotowałam, to co lubił. Dom zawsze wysprzątany. Dzieciaki ogarnięte, jakby ich właściwie nie było. Podawałam mu obiad, a on odchodził od stołu albo rzucałam talerzem pełnym zupy do zlewu: „Mam jeść te pomyje? Myślisz, że taka świetna z ciebie kucharka?”. Przepraszałam, że nie wiedziałam, że może coś innego. „Zjem na mieście” i wychodził. Ale w weekend zabierał nas do restauracji, albo na pizzę. Byliśmy szczęśliwą rodziną.

„Nie wpuszczę cię do domu”

Wróciłam do pracy. Dzieci poszły do przedszkola. Najstarszy do szkoły. Bałam się wyjść z domu po takim czasie. Do ludzi. Zobaczyłam, że dom, i dzieci, i mąż to był mój świat, bez znajomych, spotkań. Kiedy to zaniedbałam? Nie chciałam pamiętać awantur po każdej imprezie, tych wyzwisk, jaką jestem szmatą, dziwką i że z każdym poszłabym do łóżka.

Pracowałam w szpitalu na zmiany. Miałam wrażenie, że wracam z jakieś dalekiej podróży. „Czemu lecisz do domu tak szybko?”, pytały koleżanki. „Dzieciaki czekają”, mówiłam, a żołądek podchodził mi do gardła na myśl, że mogę się spóźnić. Raz wyszedł i zostawił dzieci same. Dostałam w drodze do domu SMS-a: „Taka jesteś twarda, wychodzę, nie czekam”.

SMS: „Oli dzieci się rozchorowały, muszę zostać dłużej w pracy” – żadnej odpowiedzi. Nie mogłam się skupić na pracy. Kiedy po północy wróciłam, nie mogłam wejść do domu. Wymieniony zamek. Nie dzwoniłam, dzieci na pewno spały. Jego telefon wyłączony. Siedziałam na przystanku autobusowym i płakałam. Z bezsilności. Ze strachu o dzieci. Z niemocy. Chciałam nie żyć. Zapaść się, zniknąć. Już nigdy nie wracać. Tylko dzieci. Tak bardzo za nimi tej nocy tęskniłam. Do domu wpuścił mnie o czwartej nad ranem… Przytuliłam się do Zosi i zasnęłam.

„Gówno cię to obchodzi”

Do domu wracał coraz później. „Gdzie byłeś, martwiłam się” – spytałam, kiedy nie wrócił na noc. Zaśmiał mi się pogardliwie w twarz. „Myślisz, że jesteś wyjątkowa?”. Nie rozstawał się z telefonem. „Zdradzasz mnie? Odejdę”. „Kim ty jesteś, żeby mi grozić. Popatrz na siebie. Kto cię zechce, z trójką bachorów. Ciesz się, że to ja ciebie nie wy**łem z domu. Ciężko nawet splunąć w twoją stronę”.

Nie wiecie, co czuje kobieta. Co ja czułam. Chciałam być lepszym człowiekiem. Lepszą wersją siebie. Chciałam zasłużyć na tę miłość. Im bardziej mnie poniżał, tym ja bardziej się starałam. Nawet na siebie w lustrze patrzyłam z pogardą: „Kim ty jesteś, żeby on cię kochał”. Chowasz się. Zapadasz w siebie, bo przecież nic nie jesteś warta. Poniża cię w kuchni, przy znajomych wyśmiewa, w łóżku traktuje jak dziwkę spełniającą jego zachcianki. Ciebie nie ma. Bo przeglądasz się w jego oczach. Gdzie jest dno?

Dno jest tam, gdzie opadasz z sił. Kiedy nie masz siły wstać z łóżka. Kiedy paraliżuje cię dźwięk otwieranych drzwi, a po każdym geście czułości spinasz się przed atakiem. Bo wiesz, że on przyjdzie. Kiedy myślisz, żeby uciec, ale nie wiesz, gdzie i jak? Spakowanie rzeczy cię przerasta.

Wyzywał mnie. Nie wiem już za co. Podniósł na mnie rękę, a ja osunęłam się po ścianie. I wtedy zobaczyłam strach w oczach mojego syna. Podał mi wodę. Bał się. To jest dno. Już niżej nie mogłam upaść.

Odeszłam po 12 latach. On prześladuje mnie do dziś. Przemoc psychiczna? Przecież nie bił, nie pił. Zawsze miły. W rękę całował… I taki elokwentny w sądzie… przy mnie zastraszonej.


Potrzebujesz pomocy? Skontaktuj się z

TELEFON ZAUFANIA (22) 621 35 37, dyżur psychologa: od poniedziałku do piątku, oprócz czwartków w godz. 10.00-16.00, dyżur prawny: czwartki w godz. 10.00-16.00


Psychologia Związek

Kobiecy biznes, dziewczęce marzenia i przyjaźń od kołyski. Historia dwóch przyjaciółek pachnąca cukierkami

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
2 lutego 2016
Fot. Materiały prasowe
 

Gdy były małymi dziewczynkami, nie było nic, no prawie – przynajmniej w sklepach. Ale miały siebie. Ich mamy przyjaźniły się ze sobą, więc Sandra i Monika od małego były blisko, szły ramię w ramię. Owszem, były Barbie – pachnące zachodem i przywożone z Niemiec, prawdziwe statuetki wolności i niezależności – ale to nie było to samo. Piękne i nienaturalnie długonogie blondynki, niczym nie przypominały ich – małych dziewczynek. Te Barbie nie znały ich świata. Były fajne, może czasem prestiżowe – ale należały zupełnie gdzie indziej, nie pasowały…

Były i gumowe (zapewne radzieckie) bobasy, ale to też nie były „prawdziwe” dziewczynki. A im marzyły się młodsze siostry i przyjaciółki. Pyzate i podobne do nich. Czasem poczochrane, ubrane jak na bal – albo zupełnie inaczej niż wszystkie lale – w dres, taki w jakim one biegały na podwórko. Takie, które mogą być prawdziwymi towarzyszkami zabawy. Dobrze mieć siostrę prawda? A taką siostrę bliźniaczkę?

Dlatego zaczęły je rysować.

Tak powstał pierwszy projekt. Na kartce z bloku, narysowany kredkami, dłońmi dziewczynek. Nie wiedziały wtedy, że kiedyś tchną w niego prawdziwe życie.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

 

Szczecin pachnie cukierkami

Ten niezwykły zapach dzieciństwa wysyłany jest dalej. Starannie zapakowany w różowe pudełko z niebieską wstążką. W środku – urocze bibułki i oczywiście serce – czyli La Lalla i strój dla jej nowej opiekunki, siostry bliźniaczki. Lalki – narodziły się własnie w Szczecinie,a właściwe to tu, zrodził się pomysł na niecodzienny biznes. A dlaczego towarzyszy im zapach cukierków?

Bo La Lalle, to lalki stylizowane tak, aby wyglądały jak ich właścicielki – i do tego pachnące cukierkami. Ot co! Prawda, że cudownie?

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

linia 5x

Pani Monika Krawczyńska i Sandra Mianowska znają się praktycznie od zawsze, jednak realizację wspólnego biznesu zaczęły, gdy każda z nich niezależnie stąpała twardo po swojej zawodowej drodze. I można śmiało powiedzieć, że  nie był to klasyczny biznesplan – bo ile z nas odważyłoby się na powrót do dziecięcych marzeń, w świecie twardej waluty? To dość nietypowy sposób.

Jak w przypadku wielu dobrych pomysłów – tych które wypaliły – zaczęło się od pasji, marzenia i impulsu, bodźca, który pchnął je do wykonania pierwszego kroku.

A były nim narodziny dziecka Sandry.

To właśnie wtedy nie było już odwrotu. Serce matki stworzyło już podwaliny pod niejeden dobrze prosperujący interes. Młodej mamie zamarzyło się spełnić własne marzenie dla swojej córeczki. Tak, aby ona miała swoją lalę, przyjaciółkę. Taką jak być powinna – idealną. Taką, z którą doskonale się zidentyfikuje – bo taką jak ona sama. Zaczęły się pieczołowite i długie poszukiwania. Bo jak coś robić – to porządnie i z głową!

Zaczęłyśmy poszukiwania lalki idealnej, czyli fabryki która ja stworzy. Okazało się, jednak, że nie takie to proste, miałyśmy dość wysokie wymagania, nie tylko dotyczące wyglądu lecz jakości, materiału itp. Finalnie udało się ;). – opowiadają dziś nasze bohaterki.

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Ale powoli i do przodu. Aż w końcu się udało. Lalka idealna zagościła w Szczecinie i skradła serce małej dziewczynki. Pierwszej oficjalnej modelki .

Hania – córka Sandry, dostała swoją cukierkową siostrzyczkę, gdy skończyła rok. Warto było poczekać, bo dziś niezmiennie La Lalla towarzyszy jej w życiu przedszkolaka. To właśnie jakość  użytych materiałów i staranność wykonania, na którym tak bardzo zależało projektantkom (oczywiście oprócz innowacyjnego wtedy pomysłu), pozwoliła lalkom bliźniaczkom zawojować rynek oraz serca dziewczynek i ich mam.

Marzenia się spełniają? Same nie, trzeba mieć odwagę po nie sięgnąć

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Można się rozmarzyć. Bo przecież kochać swoją pracę – to ogromne życiowe osiągnięcie. Rzadko w życiu się zdarza, żeby te marzenia spełniały się same. I w przypadku , zaczęło się od mozolnej pracy. Początkowo biznes był dla nich zajęciem dodatkowych. I Sandra i Monika uprawiały swoje zawodowe poletko, a po godzinach dopieszczały pracę „na swoim”. Nie bez znaczenia była poczta pantoflowa i żmudne rozpowszechnianie marki – rozkładały ulotki i dbały by o La Lalli usłyszało jak najwięcej osób. Aż nagle zdarzyło się to coś i sprawy zaczęły galopować.

Na początku najbardziej przełomowym momentem było zaproszenie do Dzień Dobry TVN, dzięki czemu mogła o nas usłyszeć cała Polska, kolejnym takim przełomem było nagrania przez nas własnej reklamy telewizyjnej i jej emisja na kanałach dla dzieci takich jak: MiniMini , Nickelodeon, Teletoon , Disney Chanel oraz Disney Junior.

Dla nas prywatnie najbardziej przyjemnym momentem telefon w którym Pani powiedziała nam, że w szkole „Panuje moda na i jej córka koniecznie musi taką mieć 🙂 „.

Firma jest na rynku od czterech lat i bardzo rozwinęła skrzydła. Z przyjacielskiej spółki projekt zamienił się w miejsce pracy dla innych. –  Zespół powiększa się sukcesywnie, przybywa nam pracowników i ten stan będzie się utrzymywał, nasze potrzeby stale się zwiększają.​ – dodają właścicielki.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Dzięki dużemu zainteresowaniu naszymi produktami, początkowa zabawa rozwinęła się już w prawdziwy biznes, jednak nadal dobrze bawimy się projektując stroje i realizując zamówienia, wkładamy w to dużo serca i traktujemy to z przyjemnością.

Jesteś jak ja, dlatego tak dobrze się rozumiemy. Niezawodny przepis na sukces – być prawdziwym!

Bez tego ani rusz. Szczególnie, gdy tworzy się dla dzieci. Dzieci to najsurowsi sędziowie – szczerzy do bólu.

Jakość – można powtarzać to jak mantrę. – Kto dziś może pozwolić sobie na produkcje bubli? – zapytacie. Jednak i jakość, może mieć bardzo szerokie znaczenie.

For. Materiały prasowe

For. Materiały prasowe

Lalki produkowane są w Hiszpanii. Właścicielki długo szukały idealnego ucieleśnienia La Lalli – niestety żadna z polskich firm nie była w stanie zaoferować im, tego o czym marzyły. W Lalli obowiązuje bardzo ważna zasada – „Zero plastiku!”. Lalki wykonane są przyjaznego winylu, akcesoria – np. szafa i wieszaczki – są drewniane, choć pewnie byłoby i taniej i szybciej, gdyby zdecydowały się na powszechne sztuczne materiały. Ale tu nie ma miejsca na kompromisy. I bardzo dobrze.

to tak naprawdę lalka oraz identyczne ubranie dla lali i dla dziewczynki (ba! niektóre modele są dostępne i w wersji dla mamy) są natomiast szyte w rodzimej szwalni.

Od początku chciałyśmy, żeby była duża różnorodność lalek, ale zaczynałyśmy od 4 modeli (blondynki, szatynki, rudej i złotowłosej). Dość szybko jednak poszerzyłyśmy nasz asortyment – dzisiaj mamy 17 modeli!

Dziś możecie przebierać do woli. Kilka odcieni blondu, chłopiec czy dziewczynka (bo przecież taki brat też jest niczego sobie!), lala ciemnoskóra czy o azjatyckiej urodzie. Przeglądając stronę internetową gołym okiem widać, jak prężnie rozwija się firma.

Lalki mają wysokość 32 centymetrów (w sam raz dla rączek trzylatka). Proporcje ciała 5-6-cio letniej dziewczynki. Rumieńce na policzkach. Fryzura i kolor oczu są dopasowywane tak, aby lala przypominała swoją właścicielkę.

Szczerość zawsze się opłaca. Jeśli deklarujecie jakość – nie można na niej oszczędzać, a i polityka cenowa nie żeruje na klientach. Ceny są przystępne, a możliwości komponowania według własnych potrzeb bardzo szerokie.

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Gratulujemy odwagi i wiary w powodzenie – bo bez tego nie było by tej niezwykłej historii i tego zapachu cukierków.

A co dalej? – pytamy.

Oczywiście, zawsze są jakieś marzenia do zrealizowania. Dopóki jej mamy, czujemy, że żyjemy i że jeszcze coś wspaniałego czeka nas w życiu :). Nic więcej nie zdradzę ;). – odpowiadają z uśmiechem.


*Artykuł powstał dzięki współpracy z – dziękujemy Sandrze i Monice za rozmowę.


Psychologia Związek

W domowym zaciszu bez makijażu jest zwyczajną Kaśką, ale na Fejsie… Kim jesteś naprawdę?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
1 lutego 2016
Fot. iStock / Stefano Tinti

Kiedy większość czasu zajmuje ci kreowanie swojego wizerunku w wirtualnym świecie, trudno wygospodarować chwilę na  rozwój osobisty i rzeczywiste stawanie się „kimś”. Gdy w twojej własnej głowie  zatraca się granica między tym kim jesteś, a tym jak chcesz być postrzegana zaczyna już być niebezpiecznie. Czy naprawdę nie wyobrażamy już sobie życia bez poddawania się ciągłej ocenie innych, w większości jedynie internetowych znajomych? Po co nam to wszystko?

Bez negatywnych komentarzy, proszę

K. dzień zaczyna od sprawdzenia Facebooka. Zanim wstanie, zanim zrobi sobie kawę i zacznie szykować się do pracy, zawsze spędza jeszcze jakieś 15 minut w łóżku przeglądając ten właśnie portal społecznościowy. A właściwie swój własny profil na tym portalu. Patrzy ile przybyło „lajków” pod wczorajszymi statusami i jakie są komentarze. Dziękuje za te pozytywne (emotikon „smile”), a negatywne ignoruje lub usuwa (zależy od tego jak bardzo nie przypadną jej do gustu, najgorsze są te „ośmieszające”). Przy porannej kawie ogląda profile innych znajomych. O, koleżanka właśnie pochwaliła się dwiema kreskami na teście ciążowym. Można dać „lajka”. I serduszko. Nie, żeby ją to jakoś szczególnie obchodziło. Ale warto dać znać, że się jest, zaznaczyć swoją obecność. Tylko tyle, bo nie ma dziś siły na wymyślenie jakiegoś zabawnego komentarza.

W ciągu dnia, w pracy czasem zmiana statusu. Zdjęcie paznokci w nowym kolorze, uderzających stuk-puk o firmową klawiaturę. Albo oznaczenie koleżanki z pokoju w ulubionym lunch-barze, z krótkim opisem menu. W czasie pracy znów liczy rosnące „lajki” i promuje emotikonem „smile” zasługujące na to komentarze. Byle do 17-tej. Po powrocie do domu K. siada na kanapie i zjada kanapki. Kanapki nie nadają się na Facebooka, nic o tobie nie powiedzą. No chyba tylko tyle, że jesteś całkiem zwyczajna… A nie o to w tym wszystkim chodzi.

Zdjęcie prawdę ci powie… ale nie zawsze przyjemną

Makijaż wyjątkowo dobrze dzisiaj wyszedł, więc K. fotografuje się jeszcze w łazience zanim go zmyje. Zdjęcie przerabia umiejętnie na Instagramie. Trochę inne światło, trochę inaczej wyeksponowana twarz, już lepiej. Można zrobić wrzutkę. „Korpo-gwiazda” podpisuje fotkę K. zostawiając na końcu trzy kropkeczki. Nerwowe oczekiwanie. Przez godzinę marnych kilka lajków. Po 20-tej zaczynają się komentarze. „Piękna”. Emotikon „smile”. „Nic się nie zmieniasz”. Emotikon „smile”. „To naprawdę ty?” Stop. To komplement? Nie wiadomo. Bo może ten komentarz miał oznaczać, że to niemożliwe, żebym mogła wyglądać tak dobrze – zastanawia się K. . Na wszelki wypadek kasuje.

Goniąc „lepszą wersję siebie”

Czy to brak pewności siebie, czy może pustka, którą odczuwamy i brak satysfakcji z naszego życia popychają nas ku „tworzeniu siebie na nowo” na portalach społecznościowych? Skąd bierze się tendencja na pokazywanie się w lepszej, ale nieprawdziwej wersji? Psychologowie nie mają na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.

„Z jednej strony osoby o wysokiej, stabilnej samoocenie mogłyby chętniej dzielić się swoimi zdjęciami, bo są odporne na krytykę internautów. Z drugiej jednak strony osoby o niskiej samoocenie mogą jeszcze chętniej angażować się w „samo promocję”, aby podwyższyć swoje mniemanie o sobie – mówi Agnieszka  Sorokowska z Uniwersytetu Technicznego w Dreźnie*.

Czy K. jest niepewna siebie? Raczej nie. W jej firmie na pewno nikt by o niej tak nie powiedział. A sama siebie nie potrafi już ocenić. Musi mieć jakiś punkt odniesienia, czyjąś opinię. Tego nauczyło ją korzystanie z portali społecznościowych. I jeszcze tego, że jak cię widzą inni, tak o sobie myślisz.

Dwa lata temu szerokim echem odbiła się sprawa ukradzionej przez jedną z użytkowniczek Facebooka, tożsamości. Trzydziestolatka kradła zdjęcia z profilu innej osoby, zapisując je na swoim dysku. Następnie nawiązała internetowy romans z nieznajomym mężczyzną. Nie akceptując swojej powierzchowności, ale posiadając bogatą wyobraźnię, zamieniła sobie po prostu ten jeden element na taki, który jej bardziej odpowiadał. Żyła życiem nieświadomej niczego mieszkanki innego miasta. By uwiarygodnić swoją postać, była gotowa na bardzo wiele. Dosłownie stawała się „tą drugą”. Ukradziona tożsamość dawała jej złudne poczucie, że ktoś ją podziwia, docenia, że jest warta uwagi. W rzeczywistości oczywiście podziwiana była postać, którą wykreowała.

Amerykańskie badania* nad owymi wizerunkami obnażają smutną prawdę o współczesnych nas: coraz częściej to jak postrzegamy siebie zależy od tego jak odbiera się nas w przestrzeni wirtualnej, zgodnie z wizerunkiem, który tworzymy, by wpasować się w „jakieś” ramy. To, na ile potrafimy się z tego wyrwać, albo na ile nas to nie dotknie zależy przede wszystkim od jakości naszych relacji z najbliższymi. Na ile są szczere? Czy pozwalamy bliskim na konstruktywną krytykę? Jak często słyszymy od nich wyrazy uznania, podziwu, a przede wszystkim akceptacji?

K. wyrazy podziwu słyszy głównie w pracy, ale to za mało. Nie jest obecnie w żadnym związku, a wolny czas spędza na stawaniu się lepszą wersją siebie. Ale tylko w Internecie. W domowym zaciszu, bez makijażu jest zwyczajną Kaśką.


*  

**


Zobacz także

związki na odległość

Związki na odległość i magia rozstania

Iwona Firmanty: „Mężczyzna musi mieć poczucie, że może chronić i opiekować się swoją kobietą”. Pozwólmy im w końcu na to

Czy naprawdę trzeba robić siku po seksie?