Psychologia Związek

„Porzucona” zawsze dostaje dobre rady. Nie znam ani porzuconej ani tego mężczyzny ani ich związku. Milczę

Katarzyna Racisz
Katarzyna Racisz
17 października 2019
 

Małgosia Sessionbordercontroller.info zacytowała na swoim profilu na Facebooku, list od porzuconej kobiety. Ta pytała co ma co zrobić, żeby on wrócił bo dziś kiedy go nie ma, nie może spać, jeść i pracować.

‚Porzucona’ dostała mnóstwo rad. Kobiety chętnie dzieliły się swoją wiedzą i doświadczeniem, chcąc jak najlepiej wesprzeć tę, której właśnie zawalił się świat.

Kiedy sama chciałam coś dopisać, po dłuższym zastanawianiu zrezygnowałam. Nie znam ani porzuconej ani tego mężczyzny ani ich związku. Skąd wiadomo, które z tych rad są adekwatne, które pomogą a które mogą zaszkodzić. I czy pewne słowa, które standardowo padają w takich sytuacjach mają naprawdę sens?

„Nie płacz za nim”, „Nie ten, to inny’, ‚Miej na to wywalone”

Nie lubię takich rad. Wiem, naprawdę wiem, że one wszystkie są z dobrego serca ale mimo to nie lubię. Bo Ona płacze nie tylko za nim. Ona płacze bo ważny kawałek JEJ świata się rozpadł, bo to JEJ uczucia zostały zranione i odrzucone, bo on wychodząc z tego związku zabrał ze sobą kawałek jej samej. I za tym trzeba płakać. Tak, trzeba. Od kilku lat uczymy się, żeby dawać naszym dzieciom prawo do smutku, płaczu i żalu. Psycholodzy grzmią-‚nie bagatelizuj uczuć dziecka, zrozum je, daj mu się wypłakać’. I uczymy się tego dzielnie i staramy się być najbardziej empatycznymi rodzicami na świecie. Tylko dlaczego stosujemy tę zasadę tylko wobec dzieci?

Przecież my, dorośli też mamy prawo a nawet obowiązek wobec siebie, zaopiekować się swoimi uczuciami. Dać im przestrzeń i możliwość wybrzmienia. Z tzw. trudnymi uczuciami jest trudniej właśnie bo pojawia się w nas niejako naturalna tendencja do ucieczki od bólu. Tyle tylko, że w tym przypadku za ucieczkę przyjdzie nam słono zapłacić. Im dłużej będziemy wypierać i tłumić swoje emocje tym większe szanse na choroby somatyczne, psychosomatyczne, przedłużający się czas żałoby po związku, zamrożenie swoich uczuć, niemożność otwarcia się na coś nowego. Krótko mówiąc sprawy z których potem trzeba się czasem wygrzebywać miesiącami albo latami. Nie zagłuszajmy więc tych uczuć alkoholem, imprezami, nowym facetem, udawaniem, że jest dobrze chociaż nie jest.

Związki to jeden z ważniejszych aspektów naszego życia. Im ważniejszy był to dla nas człowiek, tym bardziej będziemy po nim płakać. I jest to naturalne i zdrowe, chociaż boli i nikt nie chce tego przeżywać. Ale naprawdę nie da się inaczej. Jeśli chce się zamknąć ten rozdział trzeba swoje wypłakać, mieć żal, czuć bezradność, niezgodę, bunt, gniew i jeszcze całą masę innych uczuć. Z pozytywnych informacji-to mija, naprawdę. Przeżyte uczucia w końcu znikają, robią miejsce na inne. Nowe, lepsze, przyjemniejsze w odbiorze;)

„Skoro odszedł to nigdy nie kochał”

Naprawdę?

Przypomnij sobie swoje związki i swoje uczucia. Czy nie kochałaś wcześniej nikogo poza tym z kim jesteś teraz? Kochałaś! Tak, czasem miłość bywa mylona z zauroczeniem ale bywa też, że miłość po prostu trwa określony czas. I to nie przekreśla jej ważności i prawdziwości. Potwierdzi to każda para, która rozstaje się z szacunkiem do siebie. Mówią- ‚Przeżyliśmy razem wiele dobrego, to była miłość i to uczucie było piękne. Teraz idziemy już oddzielnie ale nie odcinamy się od tego co było’. Ludzie dojrzewają, zmieniają się, oddalają się od siebie z wielu różnych powodów. Czasem da się taki związek uratować a czasem nie. Czasem można się już tylko rozstać ale to nie znaczy, że wcześniej nie było tam miłości.

„To drań, jak on mógł Cię zostawić?!”

Naprawdę rozstają się tylko dranie? Pewnie, w fazie złości, myśli się a czasem i mówi różne rzeczy. Że to drań, że on jak on mógł, że cholerny egoista i kretyn i jeszcze wiele innych. Ta faza rządzi się swoimi prawami ale niech ta narracja nie zostanie nam na stałe. Kontynuując poprzedni punkt-bywa,że miłość się kończy i trzeba się rozstać. Dla tego, który odchodzi to też jest trudne. Łatwiejsze niz dla osoby zostawianej ale tylko tyle-łatwiejsze a nie łatwe. Bo to trudna decyzja do której długo się dojrzewa. Właśnie dlatego, żeby nie była pochopna, żeby mieć absolutną pewność, ze to konieczne. Zostanie z kimś kogo się nie kocha to przekreślenie szansy na swoje szczęście i szczęście tej drugiej osoby. Bo utrzymywanie związku na siłę, ze strachu przed wzięciem odpowiedzialności za swoje życie i ze strachu przed zmierzeniem się z bólem porzuconej osoby, to rozwiązanie, które dobrze działa tylko krótkoterminowo.

Każdy kto był w związku w którym była miłość wie jaką moc ma taka relacja. I wie też, że nie da się tego zagrać. Ani autentycznej radości z faktu, że jest się blisko ani czułości w spojrzeniu i dotyku ani tęsknoty. Można zostać z kimś fizycznie, dalej razem płacić rachunki, jeść kolacje, wyjeżdżać na wakacje, nawet spać w jednym łóżku i uprawiać seks. Ale to wszystko bez miłości traci smak. Czy można nie zauważyć tej zmiany z opcji ‚miłość’ na tylko ‚bycie obok’? Nie można. I wypieranie, udawanie, że się nie widzi, racjonalizowanie, że tak też jest ok, dalekie jest od szczęścia, którego zaznało się wcześniej. Może więc to nie drań odchodzi ale ktoś kto ani sobie ani tej drugiej stronie nie chce odbierać szansy na coś lepszego niż tylko trwanie obok?

„Nie walcz o niego, miej swoją godność”

I tak i nie.

Dlaczego nie? Bo w walce o to co dla nas ważne nie ma nic złego ani mało godnego. Miłość to potężna siła. Śmiem twierdzić, że co najważniejszego ze wszystkich dóbr tego świata. Miłość, odczuwanie miłości, kochanie i bycie kochanym. I o to zawsze warto walczyć. Ale walczyć mądrze. Przeanalizować dlaczego doszło do rozstania, co nie zagrało i zmierzyć się z tym. Bo bywa, że ludzie, którzy się rozstają nadal się kochają tylko brakuje im kompetencji potrzebnych do wspólnego życia. I wtedy warto walczyć. Spróbować jeszcze raz. Nie liczyć na cud, że samo się zrobi. Iść na terapię, warsztaty obłożyć się książkami, wyjechać na tydzień i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Szukać rozwiązania tego co wcześniej się nie udało. Jest wiele par, które zawalczyły i dziś są razem i żyją szczęśliwie. Nie ma nic niegodnego w powiedzeniu do ukochanej osoby-‚kocham cię, spróbujmy jeszcze raz’. To przecież piękna słowa!

A dlaczego tak?

Bo bywa, że mylimy miłość ze strachem. Ze strachem przed samotnością, samodzielnością, nieznanym. Albo chcemy z kimś być tylko dlatego, że wydaje nam się ze już nikt nigdy nas nie pokocha, że nikogo lepszego nie spotkamy. Zdarza się, że kochamy kogoś kto nie jest dla nas dobry. Bo mamy taką matrycę związku(zakodowaną w dzieciństwie jako DDD czy DDA) bo miłość kojarzy nam się z bólem(też z dzieciństwa) i odtwarzamy jakiś krzywdzący nas kod relacji. Wtedy nie warto walczyć o związek ale warto walczyć o siebie. Zrozumieć, że to nie miłość tylko destrukcyjny schemat. Coś co można przepracować na terapii na przykład. Z całych sił warto zawalczyć wtedy o siebie, żeby dać sobie szansę na nowy, tym razem zdrowy i dobry związek.

„Nie pokazuj mu jak cierpisz”

Czy przed osobą z którą było się dłuższy czas i która nas świetnie zna, naprawdę można ukryć swój ból? Po pierwsze nie można. Bo ten ktoś dobrze wie, że cierpimy i nie łyknie żadnego teatru pt-‚bawię się świetnie na Majorce, żałuj, że cię tu nie ma'(podpis pod zdjęciem wrzuconym na fb). Po drugie-po co to robić? Tak, ludzie cierpią po rozstaniach. Tak wygląda prawdziwe życie i prawdziwy człowiek. Cieszy się, płacze, wkurza. Ma uczucia, nie jest robotem. Oczywiście dojrzałość emocjonalna sprawia, że wiemy gdzie i przy kim na jaki rodzaj płaczu możemy sobie pozwolić(pamiętacie jak cudnie płakała Diane Keaton w komedii ‚Lepiej późno niż później’?;) ale nie musimy zgrywać robocopa w spódnicy. On wie, że ty cierpisz i jakby mógł zrobiłby coś, żebyś nie cierpiała. Teatr zostaw więc prawdziwym aktorom i nie wstydź się tego, że ci źle. To ‚źle’ to część ciebie. I nie ma żadnego powodu, żeby udawać, że jej nie ma.

Oczywiście wszystko to co powyżej dotyczy normalnych ludzi;) Z uczuciami, emocjami, jakimś wglądem w siebie, przyzwoitością. Dotyczy facetów, którzy nie ranią ot tak. Rozstają się, gdy naprawdę nie ma innej możliwości ale nie porzucają przy okazji swoich dzieci, nie udają ze cię nie znają, pomagają jeśli masz problem już po rozstaniu, sprawiedliwie dzielą się majątkiem, nie grają dziećmi, itd. Tak, są tacy faceci i nie jest ich wcale tak mało. I nie zasługują na to, żeby wrzucać ich do jednego worka z tymi niefajnymi.

O tych niefajnych powinien pewnie powstać oddzielny tekst. Bo takie rozstanie rządzi się innymi prawami i powoduje znacznie więcej strat niż rozstanie przyzwoitych ludzi, którym po prostu(?) nie udało się być ze sobą na zawsze.

Rozstania są trudne. Bolesne i okropne. Burzą nasz porządek, poczucie bezpieczeństwa, odbierają sens(chwilowo, nie na zawsze), wiarę i nadzieję. Na szczęście to wszystko mija a my wracamy do formy. Jakkolwiek byśmy się na to nie wściekali, rozstania są częścią naszego życia i każdy z nas czasem to przechodzi. Warto więc dla własnego dobra, nauczyć się jakoś w tym odnajdywać. Postępować tak, żeby nie szkodzić samej sobie. Po rozstaniu zajmijmy się więc sobą jak najlepszym przyjacielem. Szukajmy wsparcia i pomocy. Nie idźmy w stronę destrukcyjnych zachowań ani wobec siebie ani eksa ani jego nowej rodziny. To wszystko na nic. Bólu nie ukoi a nas oddali od wewnętrznej równowagi, którą tak bardzo chcemy odzyskać. Skupmy się na konstruktywnych metodach radzenia sobie z takim kryzysem. One naprawdę działają i naprawdę mają sens.

Wszystkim, którzy przeżywają teraz ten trudny czas, życzę szczęścia i nowej, dobrej miłości.


Psychologia Związek

Każdy ma swój niewysłany list. „Nauczyliście mnie, że furczeniem i wrzaskami można osiągnąć więcej”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
17 października 2019
„Mam dosyć słuchania, że muszę kochać swoje niedoskonałe ciało. Dajmy sobie prawo do rozpaczy"
Fot. Unsplash / Jairo Alzate /
 

Droga Mamo!

Biłam się bardzo mocno z myślami o to, czy w ogóle napisać do Ciebie, bo – wbrew pozorom – komunikowanie czegokolwiek Tobie wcale nie jest łatwym zadaniem, niezależnie od formy zawsze towarzyszył mi duży stres. Mimo, że łączą nas więzy krwi i znamy się od kołyski, rozmowa nigdy nam się nie kleiła. Stąd też pomysł napisania listu, towarzyszył mi on już od lat i wracał jak bumerang, o różnych porach roku, z różną siłą. Teraz jest właśnie taki moment, kiedy te myśli dokuczają mi na tyle mocno, że nie dają spokoju i powodują wielki ból. Może dlatego, że zbliża się Boże Narodzenie i wspomnienia wracają ze zdwojoną siłą? A może dlatego, że docierają do mnie strzępy informacji na temat tego, co się dzieje między Tobą a Ojcem, i nie są to pozytywne wiadomości? Nieraz wahałam się, czy nie przyjechać do rodzinnego domu, by porozmawiać z Tobą twarzą w twarz, ale obawiałam się kolejnych oskarżeń i ataków, które na pewno popsułyby mój plan tego, co chciałabym Tobie powiedzieć. Nie gniewaj się więc o to, że wyrażam moje odczucia w takiej formie, ale jest mi dużo łatwiej przelać to na papier listowy, o czym na pewno bardzo dobrze wiesz, bo w pisaniu „zawsze byłam dobra”.

W tym momencie mam ponad trzydzieści lat, ale nadal nie potrafię bez strachu spojrzeć w przeszłość, więc staram się tego nie robić zbyt często. Czasami jednak muszę się z tym zmierzyć, mimo że nie jest to przyjemne doznanie. Najczęściej czynię to w kontekście rozmów z innymi osobami, by przestrzec je, aby nie fundowali swoim najbliższym takiej patologii, jakiej – niestety – doświadczałam na co dzień dzięki Tobie i Ojcu. Nie oskarżam żadnego Was o to, że zawiedliście na całej linii tworząc rodzinę i niszcząc ją jednocześnie, od samego początku jej trwania. Cieszę się jednak, o czym Tobie już kiedyś mówiłam, że dzięki tej patologii szybciej się usamodzielniłam i zaczęłam żyć.  Z tego faktu też jesteś (bądź byłaś) bardzo dumna, skoro „wyszłam na ludzi” dzięki Tobie.  Owszem, przyczyniłaś się do tego bardzo mocno i na tyle skutecznie, że nie mam ochoty ani przebywać w Twoim towarzystwie, ani nawet z Tobą rozmawiać przez telefon. Po wielkiej awanturze, którą zafundowałaś ojcu i braciom po mojej obecności na Wigilii kilka lat temu doszłam do wniosku, że próba kontaktu z Tobą, nawet sporadyczna, jak przy okazji składanie Tobie życzeń np. urodzinowych, byłoby wielką hipokryzją i postanowiłam tego więcej nie robić. Mimo, że prosił mnie o to kiedyś Ojciec lub robią to do tej pory moi bracia. Możesz sobie dopisać do listy sukcesów fakt, że Twój mąż od wielu lat posłusznie nie utrzymuje kontaktów ze znienawidzoną przez Ciebie córką. Wbrew Twoim przypuszczeniom, Ojciec nie rozmawia ze mną, ani ja z nim, więc możesz spać spokojnie i przestać inwigilować wszystkie bilingi telefoniczne. Nic w nich nie znajdziesz.

Wiem, że masz duży żal o to, że nie składam Tobie życzeń urodzinowych/imieninowych/na dzień matki/święta i temu podobne okazje. Lata temu rysowałam Tobie słodkie laurki, rwałam kwiatki na łące, deklamowałam urocze wierszyki, itp. po to, żeby sprawić Tobie przyjemność w tych wyjątkowych dniach. Dbałam o to, żebyś była wtedy radośniejsza i bardziej uśmiechnięta. Mniej zła niż na co dzień. I to się nawet udawało, miło było widzieć wówczas tę odrobinę radości w Twoich oczach, tę łzę wzruszenia, tę miękkość w głosie: bo, choć pojawiała się na krótko, to dawała nadzieję, że tak będzie zawsze. Niestety, sielanka nie trwała długo… Ten krótkotrwały epizod, który rozpalał małą iskrę pod domowym ogniem, ginął bardzo szybko pod naporem szarej rzeczywistości, z jej codziennymi problemami. Tego, że pewne sytuacje nas wtedy przerastały, i trudno było o taki entuzjazm, jak w trakcie świętowania dzień wcześniej. Jasne, bo przecież w końcu takie jest życie. Dorosłość to problemy. Dzieci to problemy. I byłaś wówczas znowu zła na nas wszystkich, warcząca, opryskliwa, nieuprzejma. I to bolało… Bo być może nie spełniałam Twoich oczekiwań, jakiekolwiek by one nie były, ale błędy, które wówczas popełniałam, nie były  adekwatne do tych kar, które swoim postępowaniem wymierzałaś we mnie, co – niestety – robisz nadal, i choć nie jestem z Tobą na co dzień, to boli mnie  to tak samo, jakby doświadczała tego bezpośrednio.

Boli mnie, jak wypominasz moje błędy młodości w obecności ojca czy moich braci, jakby oni mieli jakoś wpłynąć na przeszłość, której przecież już i tak nie da się zmienić! Błędy, które miały miejsce kilkanaście lub kilkadziesiąt lat temu, a nie mają przełożenia na to, jaką osobą jestem teraz. Nadal na pewno nie wierzysz w to, że się bardzo zmieniłam i nie masz już do czynienia ze zbuntowaną nastolatką, z którą „użerałaś się”, kiedy mieszkałam pod Twoim dachem. Na szczęście, dla mnie i dla innych, byłoby to tylko Twoje przekonanie… Nie rozumiem, dlaczego z taką zaciętością pielęgnujesz te – Twoim zdaniem – złe wspomnienia o mnie, a nie potrafisz przejść nad nimi do porządku dziennego? Bo to już historia, nawet jeśli boli: zamierzchła, pokryta kurzem, do której się powinno wracać tylko w kontekście wyciągniętych wniosków. A takim przykrym i bolesnym wypominaniem robisz właśnie krzywdę. Może byłoby inaczej, gdybym jako nastolatka uciekała ciągle z domu, kradła, ćpała, puszczała się na prawo i lewo, przynosiła wstyd Tobie i Ojcu na każdym kroku. Ja – wzorowa uczennica. Od obcych ludzi słyszę do dzisiaj komplementy, że jestem „ładnie wychowana”. Czy na pewno myślimy i mówimy o tej samej osobie – Twojej jedynej i pierworodnej córce?

To, że pyskowałam, musisz to przyznać, Mamo, wynikało z faktu w jaki sposób Ty i Ojciec komunikowaliście się ze sobą, a prawda jest taka, że od wielu lat nie rozmawiacie, tylko warczycie na siebie. Nawet jeśli Ojciec mówi do Ciebie czasem per „Rybko” i czule trzyma Ciebie za rękę przy wieczornym oglądaniu telewizji, między Wami nie ma ciepła, życzliwości ani troski o to, by tej drugiej stronie było jak najlepiej. Nauczyliście mnie, że furczeniem i wrzaskami można osiągnąć więcej. Być może były sytuacje, kiedy się „rozmawiało” zamiast warczeć, nie wykluczam tego. Wiem jednak, że były to zdarzenia sporadyczne, ale nie dowód na to, w jaki sposób odnosiliście się do siebie i do nas na co dzień. To były wyjątki potwierdzające regułę. Wiem, że to brzmi jak zarzut i może Ciebie zaboleć, i na pewno teraz w myślach przeklinasz raz po raz, i pojawiają się w Twojej głowie teksty: „A Ty co? Kim Ty jesteś? Jak będziesz miała swoje dzieci, to będziesz mi mówić jak mam żyć”, i temu podobne. Słyszałam to tyle razy od Ciebie, więc i ten kolejny różnicy mi nie zrobi. Zgadza się, niewiele wiem o życiu i na pewno niejedno mnie w nim zaskoczy. Nic nie wiem o małżeństwie, o byciu razem ani o wychowaniu dzieci. Bo skąd? Od zawsze jestem singlem, którego „pies z kulawą nogą nie będzie chciał”. Ale wiesz co? Nie żałuję tego, że ominęły mnie fajerwerki życia małżeńskiego, które Ty i Tata fundujecie sobie od przeszło trzydziestu kilku lat, nie zważając na to, że świadkami tych nieuprzejmych i patologicznych zdarzeń są osoby, które oboje świadomie powołaliście do życia: WASZE DZIECI!  Daliście nam, niestety, kiepski przykład na to, jak być razem. Wybacz, ale nie trzeba podręczników psychologii do tego, żeby ocenić, kiedy się cierpi w relacji z drugim człowiekiem, a kiedy radość sprawia fakt, kiedy przy jajecznicy na śniadanie rozmawia się o pogodzie. I boli mnie to, że dorośli ludzie, którzy niejedno wspólnie przeżyli, tak destrukcyjnie działają na siebie i tkwią razem w wątłym związku, w jakim lada moment znowu pojawi się kryzys i ta „sielanka” zawali się pod lawiną pretensji, krzyków i ataków. Jeśli na tym polega bycie razem, Mamo, to ja – wybacz – wolę pozostać starą panną.

Boli mnie to, że na Twoje agresywne zachowania typu rzucanie laptopem, pilotem od telewizora, rozwalanie drzwi albo bolesne i wulgarne obelgi, nie ma żadnego sposobu. To, w jaki sposób postępujesz, jest złe. Za przemoc w domu idzie się do więzienia, o czym doskonale wiesz. I, niestety, do dziś pamiętam, jak dostałam od Ciebie potężne lanie za to, że ośmieliłam się powiedzieć, że nie masz prawa nas bić. Bo nie miałaś prawa nas tknąć! To, co nam zafundowałaś, było niepotrzebne i złe! Jak można karać swoje dziecko, lejąc je bez opamiętania? Jak można podnosić rękę na kogoś, kto jest mniejszy i słabszy psychicznie i fizycznie od Ciebie? JAKIM PRAWEM? Nie jesteśmy ani nigdy nie byliśmy Twoją własnością. Dziecko nie jest przedmiotem. Boli mnie fakt, że zamiast miłości i ciepła, dałaś nam na start dużo strachu, bólu i niepotrzebnego cierpienia. Co z tego, że mam teraz twarde plecy, skoro nie otrzymałam w życiu ciepła od osoby, która powinna być najbliższa i najważniejsza?

Najbardziej w tym wszystkim boli świadomość tego, że to, o czym pisałam do tej pory, wcale nie stanowi o Tobie do końca, bo w końcu jesteś kobietą, w której zalegają tony ciepłych uczuć, pozytywnych emocji i radości, którą w łatwy sposób można sprzedać innym. Bo się potrafisz wzruszać (widziałam nie raz) i pięknie pisać o uczuciach (czytałam nie raz). Nie umiesz ich tylko okazać i tym właśnie tłumaczę Twoje wszystkie wybryki. Bo, wyobraź sobie, że cały czas, jednak i mimo wszystko, Ciebie tłumaczę. I mimo mojego głośno mówienia o tym, że nie wierzę już w Twoją metamorfozę, to w głębi serca mam nadzieję, że stanie się coś, co wstrząśnie Tobą mocno, a na niebie pojawi się słońce.

Może się tak stać i wiem nawet, w jaki sposób.

I to będzie moje – do tej pory niewypowiedziane – życzenie z okazji wszystkich przeszłych i przyszłych rocznic urodzinowych, Twoich imienin, Świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia, Nowego Roku i tych uroczystości, w czasie trwania których ośmieliłam się zignorować całkowicie Twoją osobę. Zrobię to być może pierwszy, tak naprawdę szczery, ale i ostatni raz:

Życzę Tobie, Mamo, żebyś w końcu zrozumiała, że masz problem alkoholowy, który zdominował Twoje życie i spowodował, że najbliżsi odwrócili się od Ciebie.

Życzę Ci, Mamo, cywilnej odwagi do tego, byś stanęła przed lustrem i powiedziała sobie: „tak, jestem alkoholiczką, nie chcę tak dalej żyć, nie chcę zostać sama, będę walczyć, bo brakuje mi mojej rodziny.”

Życzę Ci, Mamo, żebyś zapisała się na terapię odwykową i uwolniła się od źródła tego, jaką osobą się stałaś.

Życzę Ci, żebyś potem potrafiła z dystansem spojrzeć w przeszłość i z wielką ufnością w dobre jutro.

I Żebyś cieszyła się życzliwą codziennością.

Bo, w swojej wielkiej naiwności, nadal wierzę, że autorem tych wszystkich zachowań, którymi zabiłaś moje dzieciństwo i dorastanie, była wódka, a nie Ty.

Twoja Córka


Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi .

Listy wysyłajcie na adres [email protected] – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest


Psychologia Związek

Poproszę o urlop od dzieci, na weekend, jeden dzień. Jestem zmęczona. Mam dość

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 października 2019
Fot. iStock

Matka Polka czy może być Zmęczona? W opinii innych, pewnie nie bardzo, bo przecież bycie mamą zobowiązuje. Tymczasem zbliża się weekend, a ja marzę o wolnym od dzieci. Dwie doby tylko dla siebie, to moje największe dziś marzenie. Książka, koc, wino i cisza…

Tak, jestem zmęczona. Wyciągam jakieś rezerwy cierpliwości, uśmiechu i chęci odpowiadania na milion pytań i pomocy w tysiącach rzeczy.

– Mamo, zapomniałem, że dziś kanapki robimy w szkole, muszę mieć warzywa i pieczywo (na szczęście wszystko w domu jest)

– Mamo, z czym kanapki do szkoły? Z serem?!? Ale ja nie chcę z serem (przedwczoraj zjadł, mówił, ze dobre)

– Mamo, skończył mi się zeszyt/wypisał długopis/nie mogę znaleźć ołówka (oczywiście wszystko tuż przed wyjściem do szkoły lub dzień wcześniej, ale o 21:00)

– Mamo, pamiętaj, że dziś mam trening, przyjedziesz po mnie?

– Mamo, mogę bajkę obejrzeć/pograć na komputerze (i tłumaczenie, dlaczego nie)

– Mamo, dziś jestem rycerzem, potrzebuję strój (dwie godziny przed wyjściem do szkoły)

– Mamo, mogę spać dziś u Dominika (i po raz kolejny tłumaczenie, że to już nie wakacje, że wrócimy do rozmowy w weekend)

– Mamo, muszę na jutro mieć wysuszone liście, zapomniałem, dasz radę je jakoś wysuszyć? Może żelazkiem? (i dostaję garść zielonych liści prosto z drzewa)

– Mamo, skoczysz do biblioteki, bo muszę lekturę przeczytać, a w szkole już tej książki nie ma

– Mamo, nie rozumiem tego zadania, wytłumaczysz?

AAAA. Chce mi się krzyczeć. Czuję się osaczona, co chwilę ktoś coś ode mnie chce. Mam szczęście pracować w domu, co jednak bywa czasami przekleństwem, zwłaszcza kiedy dzieci są w domu cały dzień. Rano ogarniam śniadania, kanapki, brakujące do szkoły rzeczy i komunikuję wszystkim „Siadam do pracy”. Nakładam na uszy słuchawki z ulubioną muzyką, żeby nie słyszeć, jak chłopcy biegają po schodach i kłócą się o coś w swoim pokoju. „Mnie tu nie ma”, mówię, ale to nie przeszkadza kolejnym:

– Mamo, widziałaś gdzieś taśmę klejącą (tak, zakleiłam wam nią ostatnio usta)

– Mamo, nie ma tu mojej książki (nie, no oczywiście wzięłam sobie do czytania „Kajtkowe przygody”)

– Mamo, mogę zjeść jogurt (od kiedy pyta?)

– Mamo, co mam dziś założyć? Zimno jest? (etat synoptyka przyjmę)

Te wszystkie pytania padają oczywiście razy dwa, bo żaden z chłopców nie może czuć się pokrzywdzony uwagą matki skierowanej tylko ku jednemu z nich.

I ktoś, kto pomyślał: „Kobieto, daj spokój, zaraz odpoczniesz, idzie weekend”, to nawet nie wie, co mówi. Weekend przynosi odpoczynek owszem, ale od tygodnia wyznaczonego rytmem planu lekcji, treningów, dodatkowym angielskim i kółkami zainteresowań w szkole. Jednak nie od dzieci.

– Mamo, jakie ciasto upieczesz w sobotę (babkę – nie, karpatkę, kopiec kreta, może jabłka z kruszonką – tjaa najpierw trzeba wypracować domowy kompromis)

– Mamo, pójdziemy na pizzę, lody (a ja akurat w ten weekend po całym tygodniu nie mam ochoty nigdzie już się ruszać)

– Mamo, a pojedziemy do kina (jw.)

– Mamo, zadzwonisz do Tomka, Dominika, Piotrka, Wiktora, Mikołaja, Kacpra, żeby przyszli (kocham kolegów moich dzieci, często u nas goszczą, także w tygodniu po lekcjach, zamiast siedzieć w świetlicy są u nas, ale jeśli pada deszcz to koledzy=hałas i niekończące się kubki do picia, a ja choć jeden dzień pragnę ciszy)

– Mamo, zrobisz pizzę/kluski leniwe/pierogi (ile kosztuje kucharka?)

– Mamo, nudzę się (bo zapomniałam, że przecież jestem organizatorką ich wolnego czasu)

Jak już marudzę to na całego, więc nie sposób do żalów Matki Zmęczonej dodać powtarzanych do znudzenia codziennie, 24 godziny na dobę, siedem razy w tygodniu:

– Posprzątajcie proszę pokój (zdarza się kilka razy dziennie)

– Odrobiliście lekcje (niemal codziennie) +sprawdzanie tych lekcji

– Umyliście zęby (chyba powieszę kartkę z tym pytaniem na drzwiach)

– Spakowałeś się na trening/basen (bo przecież ja ich pakować nie będę)

– Dałeś rzeczy do prania (norma raz dziennie)

– Powieś kurtkę (kilka razy dziennie)

– Ułóż buty (nie jestem niczyją służącą)

Dziś piątek, chłopcy w szkole, jeszcze trening po południu jednego z nich. I jak pomyślę o weekendzie, to mam ochotę nie wychodzić z łóżka. Nie łagodzić konfliktów, nie tłumaczyć, dlaczego nie spędzamy całego dnia przed telewizorem, nie irytować się pytając po raz piąty, czy ułożyli swoje rzeczy do szafy.

I nie, tu nie wystarczy wyjście do kina z przyjaciółką, czy samotne zakupy, albo super koncert. Nie. Chcę ciszy, spokoju, zasnąć, wstać, wypić kawę, iść pobiegać, nie robić obiadu, nie myśleć co na kolację. Chcę odpocząć od bycia mamą, na chwilę. Zgodziłabym się na co szósty wolny weekend. To by wystarczyło. Naprawdę.

Bo oczywiście, że kocham moje dzieci, że martwię się i rozpływam, gdy mówią „kocham cię” i pytają, czy zrobić mi kawkę, kiedy pracuję. Ale tak jak ich kocham, tak czasami marzę, żeby od nich odpocząć. Jak dzisiaj. By zatęsknić i z uśmiechem w poniedziałek zrobić ich ulubione kanapki do szkoły.

Pozdrawiam
Matka Polka Dziś Zmęczona


Zobacz także

"Jak byłam młodsza często wołałam mamę przez sen. Teraz się budzę i myślę: Alka, sama jesteś, ogarnij się. Musisz z tym żyć". Eurosieroty też mają serca

„Jak byłam młodsza często wołałam mamę przez sen. Teraz się budzę i myślę: Alka, sama jesteś, ogarnij się. Musisz z tym żyć”. Eurosieroty też mają serca

Lubisz mówić do siebie? Świetnie! Masz zadatki na geniusza

Kiedy śmiejesz się przez łzy... Co się kryje za twoimi emocjami

Kiedy śmiejesz się przez łzy… Sprawdź, co się kryje za twoimi emocjami

http://xn--80adrlof.net/shop/town-poltava/dlya-poliva/veernye-dozhdevateli/

как лечить опухоль