Związek

Opowiem ci o miłości, która miała być piękna i jedyna… Dziś nic już nie wiem

Z życia kobiety
Z życia kobiety
7 sierpnia 2016
Fot. iStock/fabianaponzi
 

Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach – zastanawiałam się czy to może się udać? Ale czemu by nie miało?

Nie ufałam mężczyznom, nie chciałam się wiązać. Po koszmarze, jaki przeszłam po swoim małżeństwie… Za miłość, która wtedy wydawała mi się tą największą, zapłaciłam załamaniem, depresją.

Tak długo budowałam siebie na nowo. Upadałam, krzyczałam, że już nie dam rady, że już nie chcę żyć… Gdyby nie dzieci… Nie wiem, czy miałabym wystarczająco sił, by szukać sensu życia. Tak, wiem – brzmi górnolotnie, ale kiedy mężczyzna, którego kochałaś, mówi, że na dobre i złe, i dopóki śmierć nas nie rozłączy, i ty mu wierzysz, bo dlaczego masz nie wierzyć? Dlaczego masz przypuszczać, że kłamie, że jego jedynym zamiarem jest cię skrzywdzić.

Ale tak się dzieje. Kiedy nie wraca do domu, kiedy wraca pijany, kiedy odpycha cię, gdy chcesz spytać, gdzie był, co robił. Gdy już wiesz, że ma cię za nic. Że liczy się jakaś inna kobieta, której będzie obiecywał, będzie przysięgł, że tylko ona, że nikt inny… Tak jak mi kiedyś przysięgał.

To się skończyło. Ta część mojego życia odkreślona, etap zamknięty, i wnioski – tak mi się wydaje wyciągnięte.

Minęło kilka lat. Rany się zabliźniły… Spotkaliśmy się na jakieś imprezie. Wystarczyło jedno spojrzenie, żebyśmy spędzili razem cały wieczór. Przegadany, prześmiany… Ja, która nie chciałam się zakochać, która mężczyzn traktowała z dużym dystansem i ostrożnością, poczułam ukłucie, gdzieś w środku. Niepokój, bo zaczęłam uśmiechać się do siebie, poprawiać włosy przeglądając się w wystawie  sklepowej i czekałam na telefon, na wiadomość…

Mieszkaliśmy w dwóch innych miastach, to jednak nie przeszkadzało mu wpaść na kolację, czy na popołudniową kawę.

Ja z przeszłością, on po przejściach. Szybko musiał dorosnąć, trudne dzieciństwo – ojciec alkoholik, matka nie chcąca wyzwolić się ze związku – poświęcająca szczęście własne i syna dla uzależnienia męża… Później krótkie małżeństwo. „Nie pasowaliśmy do siebie, nie umiałem sprawić, by była szczęśliwa” – tłumaczył, a ja zakochiwałam się coraz bardziej.

Kilka nieudanych związków, jeden – tak mówił, właśnie zakończony, choć jeszcze miał u niej swoje rzeczy, jakieś sprawy do zamknięcia.

Nie wiem, kiedy zaczęłam na niego czekać. Dzień podporządkowywać jego wizytom, telefonom. Wspólny weekend, kiedy dzieci były u ojca, jego zapewnienia, że nigdy nie spotkał takiej kobiety, że jak to możliwe, że się wcześniej nie poznaliśmy. I jak dobrze, że los dał nam szansę…

Myślałam, że to nie miłość naiwna, nie miłość w różowych okularach. Na taką byliśmy zbyt starzy, żeby oszukiwać, że jesteśmy lepsi niż w rzeczywistości. Pewni swoich słabości, świadomi własnych wad. Ale to przy nim chciałam być lepsza, chciałam kochać ponownie. Chciałam, by to uczucie znowu wypełniło mnie po brzegi. Ja, która miłości nie dawała szans, która zwątpiła w jej istnienie, która uważała, że to może wytwór naszego konsumpcjonizmu. Produkt, dzięki któremu lepiej sprzedają się filmy o miłości, romantyczne książki, wyjazdy weekendowe dla dwojga i cały ten sprzedażowy śmietnik mający wspólny mianownik zwany miłością…

Nie byłam już księżniczką uwięzioną w wieży, która czeka na swojego wybawcę. Nie byłam już kobietą, która swoje szczęście upatrywała przy boku innego mężczyzny. Dorosłam, a jednak targały mną emocje, o których myślałam, że zniknęły. Tęskniłam, niecierpliwiłam się, pożądałam. Nie było już niepokoju, była pewność, że tym razem, kiedy się otworzyłam, kiedy dałam sobie szansę na miłość, to już musi się udać.

Zaproponował, żebyśmy razem zamieszkali. Dość szybko, ale po co czekać. Mamy tyle lat, że szkoda udawać, że nam nie zależy. Bawić się w jakieś gierki.

Byłam zaskoczona, ale cieszyło mnie, że to on wyszedł z inicjatywą, że sam to zaproponował…

I nie wiem, co się stało. „Osaczasz mnie” – powiedział. „Daj mi złapać oddech” – zaczął powtarzać. Postanowił zamknąć sprawy poprzedniego związku. „Nie mogę z tobą zamieszkać, dopóki tego nie uporządkuję” – tłumaczył, a ja mówiłam, że nie chcę słuchać o jego byłej kobiecie. Nie było to dla mnie komfortowe – wysłuchiwanie, jaka ona jest, co się między nimi wydarzyło…

„Dlaczego wspominasz o swoim mężu” – kolejna pretensja i wątpliwości, czy on jest w stanie zaakceptować, że mój były mąż będzie zawsze w moim życiu obecny. Co by się między nami nie wydarzyło, jest ojcem moich dzieci, nigdy go nie wykreślę, nie wyrzucę ze swojego życia. Próbowałam tłumaczyć nie rozumiejąc, co się dzieje. Między nas zaczęły się wkradać jakieś żale, skargi.

Mówiłam: „zamieszkajmy razem”, ale on znajdował kolejną wymówkę. „Nie zmuszaj mnie” – powtarzał, a przecież to nie był mój pomysł, to on chciał wejść na stałe w moje życie. Miłość, która naprawdę była dla mnie idealną, zaczęła rozbijać się o jego niechęć… Zaczął się wycofywać, przyjeżdżać rzadziej. Pytany, co się dzieje, mówił, że nie może tak szybko, że nie może tak bardzo, że potrzebuje wolności, swobody, że dusi się w ograniczeniach.

Nie rozumiałam… Już kochałam, już tak bardzo chciałam, żeby on był blisko, na stałe. Taka miłość nie może być pomyłką. Nie może ot tak, z powodu lęków, strachu się schować. Nie, kiedy ja dałam jej szansę.

Dzisiaj go nie ma. Zadzwonił, że tak nie może, że nie chce, że zachwiałam jego równowagę, jego spokój. Nie rozumiem, co się stało? Nie umiem tego wytłumaczyć. Przecież było idealnie, było dobrze. I to nie moje wyobrażenia, to jego słowa jeszcze sprzed kilku tygodni. Nie wierzę, że odejdzie, że się podda. Obiecałam, że będę czekać, że dam mu czas, że chcę z nim być, bo on sprawił, że znowu byłam szczęśliwa, że chciałam się śmiać, że poczułam się ponownie kobietą.

Miłość istnieje. Czy istnieje? Czy mogę jej zaufać ponownie? Czy mogę być pewna, że on kocha – przecież zapewniał, mówił… Dziś znowu nic nie wiem… Znowu się boję.


Związek

„Kochany, chciałabym ci powiedzieć, że kiedyś odejdę…”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
10 sierpnia 2016
Fot. iStock/AntonioGuillem
 

Kochany,

chciałabym ci powiedzieć, że kiedyś odejdę. Dzisiaj to wiem. Właściwie jestem tego pewna. Tak daleko jesteśmy od siebie. Czytam o tych wszystkich burzliwych rozwodach, o zdradach, o kłótniach, o walkach o dzieci, o majątek i o samotności w związku, i myślę o naszym osamotnieniu.

Nasz rozwód będzie spokojny. Moje odejście bez trzaskania drzwiami, ze spakowaną od dawna walizką. Odejście do naszego życia, do tego, w którym będę żyć tak, jak chcę. Nim przestanę cię lubić, nim zacznę cię nienawidzić.

Wiem, że będziesz cierpiał, bo na swój sposób mnie kochasz. Bo jestem stałą, choć niepewną w twoim życiu. Czujesz to gdzieś podskórnie. Gdy mówię: „nie słuchasz mnie”, „rozmawialiśmy już o tym”, atakujesz, bo ja też nie jestem uważna. A może nie chcesz czuć się winny tego, co między nami się dzieje.

Dobrze mi było przy tobie. Jesteś cudownym ojcem dla naszej córki, fajnym kumplem na wakacjach, świetnym gościem na imprezach. Ale kiedy zamykamy się w czterech ścianach naszej codzienności nie ma nas. Spotykamy się przy porannej kawie. W weekend przy śniadaniach i obiedzie. Wieczorami, siedząc na kanapie, ja czytając książkę, ty szukając czegoś w Internecie nie jesteśmy w ogóle razem.

Nasz związek to taka prosta, bez fajerwerków. Tak, wiem – nie o fajerwerki tu chodzi. Tyle razy pytałeś: „Co mam zrobić?”, a ja tyle razy ci powtarzałam: „Zadbaj o siebie, zaskocz mnie, zainspiruj”. A dzisiaj? Nawet nie mogę stawać się lepsza przy tobie, dla ciebie, bo już bardziej się nie da. Bo wtedy zostawię cię daleko za sobą. Ty już nie nadążysz. A ja nie chcę na to patrzeć…

Tak, zmieniamy się. Mamy różne priorytety, różnie widzimy naszą przyszłość. Ktoś powiedział: „Daj spokój, o co ci chodzi, czego jeszcze chcesz?”. A ja chcę od życia więcej i bardziej, a tobie jest wygodnie tu i teraz i nigdzie nie chcesz się iść. Jeszcze jakiś czas temu buntowałam się przeciwko twojej stagnacji, przeciwko twojemu zamknięciu, przeciwko twojej potrzebie rutyny, zwykłej codzienności. Wychodzenia do pracy, ubierania tych samych dresów po, oglądania stale tych samych seriali i ulubionych filmów do znudzenia.

Nie chcę, żeby było zwykle. Nie zależy mi na nowym samochodzie, mam w nosie nowy stół do kuchni. To, co mamy, wystarczy. Ja jestem głodna wrażeń, jestem pełna ciekawości świata i ludzi, dziecięcej naiwności, że jeszcze tyle przede mną, choć tyle za nami…

Kochany, tak bardzo chciałam, żebyś zrozumiał, że szczęścia nie daje mi spokój, przewidywalność, że nie umiem zakotwiczyć i zadowolić się tym, co jest. Tak bardzo chciałam, żebyś poszedł ze mną, żebyś złapał mnie za rękę rozumiejąc i akceptując, żebyś nie trzymał mnie kurczowo za koszulkę nie pozwalając sięgać po to, o czym marzę.

Wiesz, to takie etapy. Mówiłam ci kiedyś o nich. Kiedy wydaje ci się, że jesteś panem świata i tak wiele przed tobą. A to wiele z czasem sprowadza się do tej miłości i do miłości dziecka, które w twoim życiu się pojawia. To wtedy zamykasz się na siebie, to, co w tobie – zagrzebujesz głęboko, bo stajesz się odpowiedzialna za kogoś innego, bo tej bezradnej istoty potrzeby są najważniejsze. Jej bezpieczeństwo, wyznaczone granice, rutyna. Zapominasz o sobie na jakiś czas. To normalne, ja zapomniałam.

Nasza córka za chwilę skończy 12 lat. Razem z jej dorastaniem we mnie budzi się na nowo to, o czym przez jakiś czas nie pamiętałam, co odłożyłam wysoko na półkę, żeby móc kiedyś do tego sięgnąć. Uwierz – nie wiedziałam, że tak się stanie. Nie wiedziałam, kim będę, ale kiedy siadam pochylona nad kartką papieru próbując zebrać myśli, wszystko układa mi się w jedną całość.

Oszukaliśmy siebie nawzajem. Ja ciebie, że wystarczy mi stabilność i poczucie kontroli tego, co dzieje się w naszym życiu. Ty mnie okłamałeś, że kochasz zmiany, wyzwania, ryzyko, że też chcesz iść do przodu. „Będę zdobywać szczyty” – pamiętasz, jak powiedziałeś to mojemu tacie, kiedy spytał, zapewne martwiąc się o córkę, co chcesz robić w życiu?

Gdzie dzisiaj jest twój szczyt? Zdobyłeś już wszystkie? Masz pracę, dom, dziecko, fajny samochód, kilku kolegów, od czasu do czasu wyjedziesz gdzieś, choć specjalnie tego nie planujesz, bo przecież masz mnie. Ty tylko mówisz: „A może…”. I to „może” dziś jest twoim szczytem, a moim rozczarowaniem.

A ja swoich wszystkich szczytów jeszcze nie zdobyłam. Za każdym kolejnym pojawia się następny, jeszcze atrakcyjniejszy, jeszcze lepszy, jeszcze piękniejszy. I chcę tam iść, nie chcę podziwiać go tutaj z doliny, przez szybę – nie chcę tak patrzeć na swoje życie. Na okazje niewykorzystane, na stracone szanse. Stracone, bo ty nie chciałeś, bo tobie nie starczyło sił, bo tego nie rozumiałeś. A ja chciałam, żebyśmy zawsze szli razem, ramię w ramię, jak kiedyś, jak dawno temu… Nie chcesz podróżować, nie podejmujesz wyzwań, nie chcesz ryzykować, nie korzystasz z szansy, która jest na wyciągnięcie ręki. Chcesz, by było wygodnie. Bez wysiłku. A ja coraz bardziej się w tym duszę…

Tak, wiem, że usłyszę, że to egoizm, że jak mogę myśleć o sobie, jak mogę skupiać się tylko na własnych potrzebach… Ale ja cały czas, kochany, byłam dla ciebie, starałam się podążać drogą przez ciebie wytyczoną. Aż zobaczyłam, że mnie nie ma…, że jeśli ja o sobie nie pomyślę, to ty na pewno tego nie zrobisz.

Dawniej krzyczałam. Prosiłam. Płakałam. „Zróbmy coś. Hej, pamiętasz, jak marzyliśmy, jak planowaliśmy, co robiliśmy?”. Pamiętałeś. Zanotowałeś to skrzętnie i te wspomnienia tobie wystarczają, nie potrzebujesz nowych.

Kochany, ale ja ich potrzebuję. Nadal. Patrzę na ciebie i wiem, że za mną nie pójdziesz, że nie podasz mi ręki… A ja już nie chcę czekać. Odejdę.

Jeszcze chwilę, może odetchniesz z ulgą, że już nikt nic nie będzie wymagał od ciebie, że usiądziesz sobie spokojnie jednego wieczoru, i drugiego i setnego. Bo tak ci jest dobrze, bo tak rozumiesz szczęście. W końcu to zrozumiałam, zaakceptowałam. Ale nie chcę by stało się to w moim udziałem. Dziś to wiem.

Dlatego odejdę. Zrobię te wszystkie rzeczy, o których kiedyś rozmawialiśmy, a których dziś nie chcesz spróbować. Wykąpie się w oceanie, wdrapię się na jeden z ukochanych szczytów, zamieszkam tam, gdzie będę czuć się szczęśliwa, gdzie zapuszczę w końcu korzenie. I będę jedno po drugim realizować swoje marzenia. I tak mi źle, że nie chcesz tego zrobić ze mną… Ale już dłużej nie mogę czekać, nie mogę liczyć na to, że coś się zmieni. Tyle razy próbowaliśmy… Nie udało się.


Związek

Gdy odchodziłam, mówiłeś, że bez ciebie jestem nikim… Zobacz, kim dziś jestem

Z życia kobiety
Z życia kobiety
18 lipca 2016
Fot. iStock / CoffeeAndMilk

15 lat, cztery miesiące i dwa dni. Tyle byliśmy razem. Policzyłam dokładnie, jakby miało mi to dać namacalny dowód tego, że w ogóle byliśmy. Przeliczyłam to na dni, a później na godziny. Myślałam, ile czasu straciłam, ile minut swojego życia poświęciłam dla kogoś, kto nie był tego wart. 

Tak cię kochałam. Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz – wiedziałam. Nigdy nie umiałam tego wytłumaczyć, a ty się śmiałeś, gdy o tym opowiadałam. Wiedziałam, że będziesz moim mężem. Jakoś tak podskórnie. Ty wtedy przez ułamek sekundy podając mi rękę zatrzymałeś wzrok na mojej twarzy.

Żona przy mężu – tak o nas mówiono. Ty, dobrze zarabiający, awansowałeś z roku na rok. Ja przy dzieciach, w domu, gdzie, jak twierdziły moje koleżanki – opływam w luksusy. Po studiach tylko chwilę pracowałam, bo zaraz ślub, urodził się Dominik. Mówiłeś: „Gdzie ci się spieszy, naciesz się macierzyństwem”, a potem: „Kto to ogarnie, jak nie ty, poczekaj jeszcze, niech dzieci będą większe”. Niecałe dwa lata po Dominiku urodziła się Kornelia. Ja w garach, pieluchach, katarach, a ty w tych swoich schludnych garniturach, z teczką w ręce wychodziłeś do pracy. Przyjaciółki mówiły: „Ty to masz szczęście, siedzisz w domu, wszystko masz, nie musisz przy dwójce lecieć do pracy, możesz poczekać aż pójdą do przedszkola”. I ja tak się czułam – szczęśliwa matka dwójki dzieci, wpatrzona w męża jak w obrazek.

Taka byłam naiwna. Ty na kolacje służbowe, wyjazdy w delegacje i ja z pretensjami, że ciągle jestem sama, że już wariuję, że chcę do ludzi. „Zapisz się na fitness” – mówiłeś. A ja w dupie miałam fitness, chciałam coś ze sobą zrobić, a nie tylko być twoją ozdobą, żebyś mógł przy rodzinie się pochwalić: „Zobaczcie, jak Aśka wygląda po dwójce dzieci. Ja to jestem szczęściarz”. Już wtedy czułam się jak rzecz. Ale nie umiałam zareagować, sprzeciwić się. Gdy prosiłam: „Nie mów tak”, śmiałeś się, że przecież możesz chwalić się piękną żoną. Tylko piękną, bo jak się okazało później – głupią dla ciebie.

Ty naprawdę myślałeś, że jak zamkniesz mnie w wieży z kości słoniowej, dasz kasę na zakupy i zabierzesz na wakacje, to mi wystarczy?  Wiesz, ja chyba wtedy też tak myślałam.

Ciąża, poronienie. I kolejna ciąża. Idealny świat ze skazą. Stałam się niespokojna, płacząca. Bałam się,  że stracę to dziecko. Urodził się Maurycy. Był moim oczkiem w głowie, ale to dzięki niemu otworzyłam szczerzej oczy. Potrzebowałam twojej pomocy. Tego, żebyś chociaż Dominika i Kornelię zabrał na spacer. Ale ty wiecznie nie miałeś czasu. Mówiłeś: „Ubierz się, zobacz, jak wyglądasz. Zrób coś ze sobą, bo strach z tobą wyjść”.

„Dzieci podrosną, wszystko się zmieni, będzie łatwiej” – słyszałam. I czekałam. „Chcę iść do pracy” – powiedziałam przy kolacji. Zakrztusiłeś się i wybuchnąłeś śmiechem: „Ty do pracy, a po co?”. Patrzyłam na ciebie… „Chcę, bo zwariuję, siedzę z dziećmi pięć lat. Dominik zaraz pójdzie do szkoły, a ja? Jestem niańką, sprzątaczką i kucharką”. „I świetnie się właśnie w tym sprawdzasz” – rzuciłeś i wstałeś od stołu zaznaczając, że skończyłeś tę rozmowę.

Już dawno nie było między nami czułości. Ty, dyrektor dużej spółki. Często jadałeś poza domem. W weekend albo spałeś, albo siedziałeś z nosem w komputerze. Wyjeżdżałeś. Na tydzień. Czasami na kilka dni. Przestałam pytać, co w pracy, bo słyszałam: „I tak nie zrozumiesz”. A ty nie pytałeś, co robiłam, bo ile razy można mówić: „Maurycy zrobił kupę na nocnik, Kornelia narysowała pięknego motyla, dwa prania wstawiłam”. I tak cię to nie obchodziło. Dzwonił telefon, ważny SMS i już byłeś nieobecny.

Wtedy, przy tym stole dostałam w twarz. Twoje słowa były jak wymierzone razy. „Do niczego się nie nadajesz. Co chcesz robić? Nie myśl, że załatwię ci pracę u mnie w firmie. Nie chcę problemów” – mówiłeś. A ja coraz bardziej zapadałam się w krzesło. No tak, rok pracy po studiach… I to wszystko. Jak mogłam to przegapić. Jak mogłam być tak ślepa, umiem tylko gotować, prać i sprzątać.

Nie mogłam zasnąć. Serce waliło mi tak, jakby chciało wyskoczyć. Gorączkowo myślałam: „Co ja umiem, jestem nikim” i „Weź się w garść, masz dzieci, pomyśl, myśl, myśl” – mieszały się ze sobą. Śniło mi się, że w fartuchu w kwiatki i w wałkach na włosach ogromną miotłą zamiatam ogromną halę… A ty stałeś na górze i śmiałeś się z mnie: „Tyle jesteś warta”. Obudziłam się z gorączką.

„Co chcesz robić” – spytała rzeczowo przyjaciółka. „Nie wiem”. Nic nie wiedziałam. W głowie dudniło mi „Co ty potrafisz, beze mnie jesteś nikim”. Podsyłała mi linki z ofertami pracy. Jej znajoma szukała kogoś do biura na pół etatu. Rozkręcała swój własny biznes. Zgodziłam się, tylko nie wiedziałam, jak to tobie powiedzieć. Śmiałeś się: „Komu chcesz coś udowodnić? Ile ty tam zarobisz? Proszę cię, nie bądź śmieszna. Telefony będziesz odbierać? Co z dziećmi, z domem? Za nianię więcej zapłacę”.

Chciałeś, żebym czuła się nikim. Ty byłeś panem sytuacji, ty dałeś sobie prawo kierowania moim życiem. Ja ci na to pozwoliłam…

Kiedy powiedziałam, że odchodzę, wpadłeś w szał. Cedziłeś przez zęby słowa, których nie chcę pamiętać. Byłam niewdzięczną suką… „Wrócisz do mnie na kolanach” mówiłeś powtarzając, że zginę, zdechnę bez ciebie. Wtedy wiedziałam, że kogoś masz. Dowiedziałam się ostatnia. Podobni przez te wszystkie lata było ich kilka, tylko ja tego nie widziałam. A nikt nie chciał mi burzyć obrazu sielanki, którą próbowałeś mi wmówić.

I chociaż tak bardzo się bałam, to wiesz – nie uwierzyłam ci. Nie uwierzyłam, że jestem nikim, że nic nie jestem warta, że bez ciebie nie przeżyję ani jednego dnia. Praca dała mi tę pewność i ludzie których tam spotkałam. Dla nich nie byłam matką i kurą domową. Byłam Agatą, która wiele potrafi, która miewa dobre pomysły… Oni otwierali mi nieświadomie oczy. Zobaczyłam, gdzie byłam przez te lata. Dla ciebie nikim, a dla nich po kilku tygodniach kimś, kto jest wartościowy, kto ma poczucie humoru i potrafi załatwić rzeczy niemożliwe. Odważyłam się zrobić jeden krok, on dał mi odwagę zrobić drugi.

Przyjaciółka dała mi klucze po mieszkaniu swojej babci. Z trójką dzieci na trzech pokojach. O takim luksusie nawet nie marzyłam. Rozwód poszedł gładko, choć groziłeś, że mnie zniszczysz, ale ty już budowałeś sobie nowy świat, ja już cię nie obchodziłam. Tak szybko się z tym pogodziłeś, nie próbowałeś walczyć w ogóle, dzieci zabierasz co drugi weekend.  Kornelia przytuliła się do mnie jakiś czas temu: „Wiesz mamo, lubię, jak się uśmiechasz. I lubię, że jesteś szczęśliwa. Jesteś najlepszą mamą na świecie”.

Nie wierzcie, jeśli ktoś wam mówi, że jesteście nikim, że nic nie potraficie, że na nic was nie stać. To nieprawda. Oni chcą, żebyście uwierzyły, ale to tylko słowa. Siła jest w was i ogromna wartość, która pozwoli wam zrobić choć jeden mały krok do przodu. Każdy kolejny będzie łatwiejszy. Obiecuję.