Psychologia Zdrowie Związek

Gdy jestem jak motyl, czyli złości na złość

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
14 marca 2017
Fot. iStock / borchee
 

Ja wam mówię: jest dobrze,
Jest dobrze, jest dobrze,
Ale nie najgorzej jest.

Andrzej Grabowski „„

Drogi P.,
Egoistycznie cieszy mnie ta obustronna bezsenność, która umożliwia nam wymianę opowieści o dziwnych porach. Dawno nie było nikogo w moim życiu, który umiałby rozmawiać ze mną do rana. Miła zmiana.
Jedna z kilku w moim życiu, jak wiesz zresztą.

Niedawno M. wyraziła opinię, żebym się nie cieszyła rozwodem, że jak zobaczę przed sobą papiery z odpowiednią adnotacją sądu, to dopiero wtedy dopadnie mnie poczucie życiowej porażki. I mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością już dzisiaj, że się niezmiernie myli.

Uczucie klęski już przerobiłam w pełnym wymiarze – nie ma głębszego psychicznego dołka i przerażenia większego niż wtedy, gdy – mając męża – leżysz samotnie pod chemią lub siedzisz na kucki w korytarzu na onkologii, z milionem dziur po igłach w rękach, i podnieść się nie możesz. Jeśli wcześniej rzeczony mąż obiecywał, że przyjedzie i pomoże, i nagle przestał odbierać telefony, to poczucie złych życiowych wyborów dopada Cię wtedy mocniej niż kiedykolwiek. Albo gdy sprzedajesz kolejne sprzęty czy pierścionek po babci, żeby mieć na podstawowe leczenie, podczas gdy wybranek wyjeżdża na kolejny weekend z nową ukochaną lub kupuje jej biżuterię. Albo gdy słyszysz od podpitego partnera po ponad 10 latach, telefoniczne życzenia rychłego zgonu, najlepiej w samotności. I wtedy Cię dopada najbardziej żywe objawienie, że kawał życia zmarnowałeś na jakąś podróbkę szczęścia i normalności made in China.

Klęskę życiową już oswoiłam i zamknęłam w pokoju, do którego nie zaglądam. Przestałam sobie sama wymierzać karę za to, że ufałam i kochałam, a do tego wierzyłam, bo to przecież nie o mnie świadczy źle. Nie biję się w tym temacie z myślami ani nie kopię się po kostkach, sycząc „oj, głupia ty”.

Ostatnio, gdy ta stara wróżka uparła się postawić mi tarota, długo wpatrywała się w te wszystkie karty z wisielcami, diabłami czy kochankami i po jakimś czasie wykrztusiła w końcu: „Ale dlaczego Ty się, Dziecko, rozstajesz, skoro Wy się kochacie?”. A Ty spojrzałeś na mnie rozbawiony i z lekkim niedowierzaniem. Ja się uśmiechnęłam też, bo już to również przerabiałam.
W moim połączeniu z mężem palce dyskretnie maczała Cyganka, a podczas tych lat wiele było na pozór ponadnaturalnych znaków, mających świadczyć o tym, że jesteśmy gdzieś tam sobie pisani i idealnie dobrani. Tylko że nie ma Losu ani Przeznaczenia, które do życia pchałoby nam się z butami, na siłę, wbrew nam samym. Jeśli sami bezmyślnie niszczymy to, co piękne, to żadna Siła Wyższa nam nie pomoże.
To już też jakiś czas temu zrozumiałam – uparcie przechodzić będę na drugą stronę ulicy, gdy go zobaczę oraz odcinać się od niego gdzie tylko mogę, ponieważ niezależnie od moich uczuć, nie można pozwolić się niszczyć. Owszem, wiem, że go kocham i w jakimś sensie zawsze będę, ale to nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ on mnie niszczył i skoro miałam wybór jedynie pomiędzy nim a sobą – to musiałam postawić na siebie. Jestem wręcz pewna, że nikt nie będzie go kochał tak jak ja, bo nikt mu nie wybaczył tyle, co ja, a to jest chyba jakaś tam miara pojemności serca i powagi uczucia – ale jednocześnie jestem pewna, że w imię żadnej miłości nie wolno dawać się poniżać i niszczyć. Dla mnie ważne jest to, że udało mi się samą siebie ocalić od nienawiści, a myślałam, że będzie to niemożliwe. A jest zadziwiająco proste. I też już wiem, że uczucia to jedno, a myśli i słowa to czasem drugie – nie wiem jak wyjaśnić paradoks, że pomimo wyrozumiałości do niego, powiedzieć za dużo dobrego bym nie mogła, więc nie mówię prawie nic. Nie słucham. Omijam miejsca. Nie uciekam, a daję przestrzeń.
Wierzę w karmę. Ja zebrałam swoje żniwo, to złe i to dobre. Nie obchodzi mnie nic ponad to, że wiem, iż wszystko jest po coś. Nic się nie zdarzyło bez przyczyny, będzie widoczny efekt wszystkiego.

Toksyn z organizmu trzeba się po prostu pozbywać. Dopiero wtedy płynie to, co zdrowe. Uśmiecham się więc do wszystkich dobrych ludzi i rzeczy i wiem, że nic nie poszło na marne. Z każdym kolejnym wschodem słońca, odwiedzonym miejscem, zapachem dobrej kawy, szczeknięciem psa, mruczeniem kota, każdą zagraną nutą, napisanym zdaniem, przeczytaną stroną – wiem, że jest dobrze. Każda wbijana igła, bezsenna noc, łykana tabletka, każdy wsparty o kulę krok czy siniak po badaniach – przypomina mi, że nawet to, co nieprzyjemne, kończy się kiedyś. Rzeczy dobrych jest więcej niż złych.

Nawet dzisiaj.

Chodźmy spać, Drogi P., jutro szybciej przyjdzie.

J.

P.S., już nie do P. – dziękuję wszystkim za maile i listy, zapytania, oferty i wsparcie. Na wszystkie odpowiem (jak najszybciej). Nie mogę zrozumieć, skąd tyle zainteresowania mną i moimi problemami od osób, których nie znam. Bardzo dużo dobrej energii od Was dostałam, dziękuję.


Psychologia Zdrowie Związek

Oda do wdzięczności. Jak mogę być wdzięczna za to, co mnie spotkało? Za chorobę, rozwód, samotność, ból?

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 czerwca 2017
Fot. iStock/AlexBrylov
 

Jestem szczęśliwą posiadaczką dokładnie 36 cudownych plasterków na boleści wszelakie. W Kubusie Puchatki (bo kocham), w Świnkę Pepę (bo wciąż na topie), w Hello Kitty (bo kobiecie nigdy za mało różowego), w nieskończoną ilość bohaterów kreskówek, których już nie znam (za stara i zbyt zajęta, żeby nadrobić braki telewizyjne). Plastry nowe, gotowe do użycia w razie potrzeby; naklejone na kartkę, dodatkowo ozdobioną tajemnymi malunkami, nie zawsze łatwymi do rozszyfrowania; własnoręcznie narysowane na niezliczonych laurkach. Nie mogłam się przekonać jedynie do pozostawienia w kolekcji tych chyba najcenniejszych, to znaczy odlepionych bezpośrednio z rączek i nóżek, z ran prawdziwych i wyimaginowanych, z zadrapań i strupków – przekazanych mi w dobrej wierze, jako już sprawdzone środki lecznicze. Przy przekazywaniu tych szamańskich podarków zwykle następuje ten sam rytuał: niewielkie dłonie chwytają moją twarz, delikatnie, oczy patrzą głęboko w moje, a z usteczek padają słowa: „To dla ciebie, Ciociu, żebyś już nie chorowała. Ten plasterek wyleczy wszystko, nawet złamane serduszko”.

Takotsubo. Tak to nazywają Japończycy. Gdy wywołany żalem i przeszywającym bólem potężny, nienaturalny impuls elektryczny powoduje ściśnięcie serca i jego ciągłe skurcze, aż do stanu, gdy przypomina ono pustą, niepotrzebną skorupę. Tak, istnieje coś takiego, jak śmierć z powodu złamanego serca.

Tak naprawdę jednak  niewielu dotyka ta jednostka chorobowa. Najczęściej zabijamy się sami, trzymając się żalu, urazy, smutku, wspomnień, złości. Jesteśmy jak zombie, niby żyjemy, ale tak naprawdę jedynie popędy nami rządzą. Idziemy, krok za krokiem, mózg niby funkcjonuje, ale serce nie czuje nic.

Trochę czasu mi to zajęło, ale znalazłam już metodę na moje takotsubo: odpuszczenie, wdzięczność i miłość.

Jak mogę być wdzięczna za to, co mnie spotkało? Za chorobę, rozwód, samotność, ból? Mogę. Gdyby nie to wszystko, nie byłabym w tym miejscu, gdzie jestem. Nie spróbowałabym nowych rzeczy, nie poznałabym pasjonujących ludzi, nie widziałabym cudownych miejsc. Nie przekonałabym się, komu mogę ufać. Nie wiedziałabym, ile mam siły.

Chcesz zobaczyć, jakie masz szczęście? Spróbuj jeden dzień funkcjonować poruszając się na wózku. Zasłoń sobie oczy i sprawdź, jak sobie poradzisz z codziennymi obowiązkami. Zostań wolontariuszem w hospicjum. Nikt nie nauczy cię więcej miłości i radości życia niż dzieci, które umierają – tak powiedziała mi moja znajoma pielęgniarka, zabierając mnie do Przylądka Nadziei, gdy się nad sobą użalałam. Zadziałało bardzo skutecznie.

Czasami nie mogę wstać z łóżka w ogóle. Czasami jeżdżę na wózku lub chodzę o kulach. Okresowo szpikują mnie sterydami i hormonami tak, że wyglądam i ruszam się jak ludzik Michelina. Kiedy indziej przychodzi chemia, SOL-u, transfuzje, osocza – i jestem szkieletor. Blizny wszędzie. Neurologia płata figle. I dzięki temu wiem, jakim cudem jest oddech!

Jak mogę być mojemu ex wdzięczna za to, co mi zrobił? Spieram się o to regularnie ze znajomymi. Oczywiście, że wolałabym, żeby tego nie było. Ale się zdarzyło. I trzeba iść dalej. Wiecie, ile drzwi otworzył przede mną mój uroczy Miś Pyś? Ilu ludzi jego ruch zmotywował do szczerej, niewymuszonej niczym pomocy? Nagle musiałam sobie też poradzić sama, z poziomu łóżka. Przeorganizować swoje życie. Przeżyć w pojedynkę z tykającą bombą zegarową w ciele. I mam tę moc! Byłam w miejscach, w których z nim bym nie była. Próbowałam rzeczy, których przy nim bym nie pomyślała, że są dostępne. Odważyłam się realizować na nowych polach. Postawiłam w końcu SIEBIE na pierwszym miejscu. Przeżyłam! Bo jest życie PO!

Tego uczy mnie też moich sześćdzisięcioro maluchów – kiedy przychodzę do nich, a one tulą się, patrzą głęboko w oczy i wlewają w moje przez jakiś czas puste serce bezwarunkową miłość i akceptację.

Tego uczą mnie ludzie, którzy przyjeżdżają w środku nocy, by potrzymać mnie za rękę, gdy mam atak i mówią „Nie martw się, nie puszczę”.

Mój kot, który leży przy mnie, gdy wracam ze szpitala i liże moje rany po radioterapii.

To pokazuje mi moja rodzina, która maluje mi i dekoruje sypialnie, żeby było mi przyjemniej, gdy nie mogę wstawać z łóżka, okleja szafki w kuchni, żeby mi się podobało, gdy mogę się poruszać, która wozi mnie na wózku, gdy trzeba i chodzi na spacery, gdy mogę.

Moi lekarze, którzy nie pozwalają się poddać, obracając każdy przerzut czy atak w żart i nierówność na asfalcie w drodze do wyzdrowienia.

Cudowni Krewni i Znajomi Królika, którzy zabierają mnie w nowe miejsca, podróżują ze mną, gdy mogę, uprawiają sporty, wożą do teatru czy na wystawę, pokonują kilometry, żeby chwilę być ze mną.

Współpracownicy dający mi zajęcie lub chwilę wytchnienia, gdy potrzebuję.

Słońce za oknem.

Zapach kwiatów.

Spełniające się marzenia.

Skupiamy się obłędnie na tym, czy szklanka jest do połowy pełna, czy pusta, pomijając to, że W OGÓLE JEST SZKLANKA.

Wczoraj było szpitalne łóżko. Dzisiaj jest znowu dom. Siadam w pachnącym resztkami wiosny ogrodzie, z książką i filiżanką herbaty, kot wskoczył na kolana i mruczy, a ja wystawiam dzisiaj moją prawie łysą głowę do słońca, mrużę oczy i myślę, że dziękuję, że żyję. Dziękuję za nowy start. Chorobie za to, że mnie nadal nie zabrała. Mężowi wysyłam dobrą energię i życzenia, aby i on kiedyś był tak szczęśliwy, jak ja teraz. A moje serce pewnego dnia napełni się do końca miłością…


Psychologia Zdrowie Związek

Nie chcę kochać byle jak

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
6 grudnia 2016

„Kochać można byle jak i byle kogo…
Kochać można byle jak i byle za co…
Kochać można byle jak i mimo wszystko…

A ty nie chcesz nawet tak pokochać mnie.
A ja właśnie ciebie wymyśliłem na miłość swą
I boje się wciąż dnia,
Dnia, w którym kochać bym cię miał
Też byle jak…”

Maria Czubaszek

Mężczyzna naprzeciwko mnie ma oczy jak mój ulubiony czarny kot: brązowo-zielone, tajemnicze i nawet podobnie do mojego kot je mruży. To kocie podobieństwo nie działa jednak na jego korzyść, albowiem ten mój rzeczony pupil, choć mnie uwielbia, to i tak za miseczkę sardynek by mnie sprzedał. Siedzę więc, patrzę w te oczy przecudne i myślę: „Mój drogi, w ładne oczy to już się raz w życiu wpatrzyłam i nie skończyło się to dla mnie dobrze, pod żadnym względem”.
Dziękuję więc grzecznie za zaproszenie na spotkanie, uśmiecham się serdecznie, staram się dać kosza najłagodniej jak potrafię.
„Rozumiem… Poczekam na Ciebie, chcesz?” – słyszę.
Nie, nie czekaj na mnie, ani na nikogo w ogóle, po prostu znajdź kogoś, kto na uczucie odpowie. Nie marnuj życia na czekanie, proszę Cię! Z autopsji też wiem, że im dłuższe czekanie, tym większy żal, gdy wyczekane uczucie okazało się ułudą.

Żegnam się grzecznie i gaszę oburzone spojrzenie mojej przyjaciółki: „Jak możesz tak potraktować… lekarza?”. Tak jak mogłam potraktować tak samo aktora, mechanika, prawnika, księgowego, barmana; mężczyzn wysokich i niskich, grubych bądź chudych; wiecznych kawalerów lub kawalerów z odzysku; bezdzietnych i zakochanych w pociechach tatusiów; nudnych bądź interesujących. Nie ma dla mnie znaczenia żaden przymiot zewnętrzny, wewnętrzny ani nabyty, dopóki za ich oczami – błękitnymi, brązowymi czy szarymi – nadal będę jeszcze widzieć to samo: zdrady, kłamstwa, rozczarowanie, ułudę, projekcje.
Oczywiście, mogę zrobić jak mój Miś Pyś i na trzy – cztery poszukać branki z łapanki, żaden problem w czasach Sympatii, Badoo czy Tindera. Tylko, pomijając mój niepewny stan fizyczny obecnie, ja wiem, że wchodząc w nowy związek w tej chwili, choćby z osobą najcudowniejszą na świecie, tak naprawdę nadal będę powielać ten sam schemat. Dopóki sama siebie w środku nie poukładam, nie dowiem się, kim tak naprawdę jestem, to kolejny związek ma szansę w wielu aspektach być kalką poprzedniego.
Oczywiście, można też pójść w drugą stronę – można wziąć sobie kogoś skrajnie innego od Pana Byłego, takie co to w niczym prawie go przypominać nie będzie i mieć nadzieję, że to klucz do sukcesu. Zależy co kto rozumie pod hasłem „Zaczynać od nowa” – można uciekać przed tym, co się znało, oswoiło i według czego żyło i mieć nadzieję, że jak zmienię moje ścieżki i poglądy o 180 stopni, to tym razem mi się uda. Osobiście uważam, że w wieku lat 36 jestem już osobą o dosyć ukształtowanym światopoglądzie, budowanym przez lata, mam konkretne wartości, według których żyję, stałe zainteresowania – mogę coś nowego dodać do tego wachlarza cech i znaczeń, ale dlaczego mam się tego wypierać tak nagle? Czy jak będę żyła wbrew sobie, to będę szczęśliwsza?

Nie wiem, naprawdę.

Ale póki się nie dowiem, nie będę fundować sobie ani nikomu innemu przejażdżki na oślep. Choćby oczy miał najbardziej kocie, a mówił do mnie sutrami lub sonetami.

Mogę się mylić, ale jeśli się nie nauczysz żyć w zgodzie sama za sobą, to zawsze jest ryzyko, że będziesz kochać byle jak i byle kogo.

A moja miłość docelowo niech nawet wygląda tak:


Нашел в интернете нужный интернет-сайт , он описывает в статьях про Трибулус danabol-in.com
Levitra en ligne