Listy do redakcji Związek

Każdy ma swój niewysłany list. „Miłość to dziwna rzecz, mój ukochany Eks Mężu”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 października 2019
Fot. Unsplash / Alex Hockett /
 

Drogi M., drogi Eks Mężu,

To było pięć lat temu, sama jestem zdziwiona, że ten czas tak szybko mija. Nadal nie wiem, dlaczego Cię zostawiłam. Chyba nie znałam innego scenariusza, wiesz? Znasz moich rodziców, dziadków – wiesz, że u nas miłość zawsze wiązała się z rozstaniem.

Przepraszam Cię za tamtą noc. Spakowałam ją, psa i siebie i zawiozłam do rodziców. Właściwie można powiedzieć, że uciekłam. Tak bardzo bałam się Twojego cierpienia, że po prostu uciekłam. Zawsze powtarzałeś, że jestem małą dziewczynką, a wiesz, jak to jest z dziećmi, one po prostu wychodzą, jak im się coś nie podoba. Ja wyszłam po cichu. Niewiele wzięłam, więc mogłam spokojnie bezszelestnie wyjść, abyś nie zorientował się, że tym razem na serio. Jak dziecko rzucałam słowa na wiatr, a Ty lekceważąco machałeś ręką. Byłeś pewny, że jak ktoś nie ma nic, to nigdy nie będzie miał odwagi odejść. To taki paradoks- może przez to, że miałam tak mało, nie bałam się wtedy?

Chodziło tylko o Maję. Miała 3 lata i ledwo Cię znała. Byłeś nieobecny, więc rozstanie jej z Tobą nie dręczyło mnie specjalnie. Bałam się tylko o utratę bezpieczeństwa. Pokoju. Kubka. Zapachu domu, który tak lubiła. Mogłam zaoferować jej w zamian łóżko ze mną, starą kanapę i kubek z Tesco. Dzieci nie potrzebują więcej, gdy nam ufają. Maja mi ufała, więc nie było ani chwili, by zapytała, kiedy do Ciebie wrócimy. To było, aż smutne widzieć, jak cały jej świat jest we mnie i ze mną, bo tak naprawdę nigdy nie byłam matką samolubną. Byłam matką samotną. Kobietą. Człowiekiem. Z powodu tej samotności odeszłam.

Prawdy i iluzje. Tak można by nazwać moje życie potem.Pierwsza iluzja? Na przykład taka, gdy zrozumiałam, że samotność jest we mnie, a nie w nas. Choć i Ty nie umiesz być blisko. Wybraliśmy się ze względu na tę wspólną cechę albo też nieporadność, mój terapeuta mówił „dysfunkcję”. Zabawne. Z powodu samotności się związaliśmy i z powodu niej się rozstaliśmy.

Iluzją było też myślenie o sobie, że jestem bezproblemowa w życiu codziennym. Kompromis był dla mnie jak wata cukrowa. Nic bardziej mylnego. Po prostu w związku z Tobą, w którym brakowało bliskości, kompromis był mało dręczący. Chodziło głównie o wybór filmu, który obejrzymy wieczorem, hotelu, do którego pojedziemy albo koloru auta. Potem zobaczyłam, że pary kłócą się o pieniądze, seks, brak rozmów, czułości. Zawsze dumnie powtarzałeś, że my się nigdy o nic nie kłócimy. To żaden powód do dumy mój kochany. Pustka to antonim konfliktu. Nie było się więc o co i po co kłócić.

To zaboli Cię, ale kolejną iluzją było to, że nie lubię seksu. Nie interesuje mnie lub też, jak to określałam, jestem zimna. Nieprawdopodobne, że kobieta może uwierzyć w swoją aseksualność. Ja po prostu nie lubiłam seksu z Tobą. Tego wiecznego trzyminutowego aktu, najlepiej jak leżałam na brzuchu, a Ty nie musiałeś patrzeć w moją twarz. Mówiłam wtedy „gra wstępna jest przereklamowana”. Jak ja to kocham dziś! Gdy ktoś całuje moją szyję, twarz, ramiona, gdy mówi do mnie w trakcie. Gdy leżymy nago i śmiejemy się z moich pieprzyków na brzuchu. Miałam wielu kochanków po Tobie i każdy seks był „lepszy”. Ale nie łudzę się, wspominasz mnie podobnie. Sama bym się ze sobą nigdy nie przespała wtedy. Doszliśmy do ściany oboje w tym temacie.

Nieprawdą było też to, że potrzebuję z Tobą spędzać każdą chwilę. Tak myślałam wtedy. Nie, nie potrzebuję. Lubię być sama. Rozumiem twoje potrzeby dopiero teraz. Gdy uciekałeś na hamak i czytałeś książki. Twoje wypady w góry samemu. Wiesz, że chodzę Twoimi szlakami? Ja, która nienawidziłam gór! Maja prosi też byśmy powiesiły hamak w domu; jest taka jak my. Lubi być sama i lubi czytać. Żałuję jednak, że nie udało nam się zrobić wielu rzeczy razem.

Miałam wiele chwil, gdy żałowałam tamtej decyzji. Chciałam cofnąć czas, przeprosić, błagać o wybaczenie. Chciałam mieć rodzinną sklejkę. Bo przecież wiem, że nigdy nie bylibyśmy naprawdę razem, bo też nie byliśmy wcześniej. Chodziło mi o tą nieudolną sklejkę, która robi wrażenie rodziny. Chciałam jeść obiad w Ikei razem, chciałam ponarzekać innym na męża, chciałam być żoną, chciałam się pozastanawiać nad kolejnym dzieckiem. Wiesz, jak lubiłam iluzje, nadal lubię to robić. Nie byłoby nic ponad te iluzje.

Niektórzy mówią, że nadal mnie kochasz. W końcu nie ułożyłeś sobie życia z kimś innym.To miłe tego słuchać, ale w głębi serca uważam, że jestem Twoją tarczą przed światem, przed kobietami, intymnością, której tak cholernie się boisz. Wreszcie masz porządne alibi: kocham byłą żonę, więc nie mogę kochać nikogo innego. Śmieszne, że oboje to robimy. Zastanawiałam się, dlaczego tak długo nie mogliśmy się rozwieść. Chyba z tego właśnie powodu: oboje lubimy te sklejki, prawda? I wcale nie jest nam łatwo żyć z innymi.

Przyznam ci się, że to było okropnie trudne zrozumieć, że nie jesteś wszystkiemu winny. Kłopoty wracają. A życie nie układa się w cudowny sposób. Może nawet więcej spieprzyłam w tym związku niż Ty? Przepraszam Cię za to. Dziś wiem, że nie jest łatwo być ze mną. Jestem narcystyczną egocentryczką, która wpada w kolejne schizy na swoim punkcie i nie znosi krytyki. Jestem autystyczną samotnicą, której przeszkadzają inni. Jestem chorobliwie ambitna, choć głęboko to ukrywam. I sfrustrowana, gdy nikt się mną nie zachwyca. Może w wydaniu dziecka było to urocze, ale wierz mi jako dorosła baba bywam nie do zniesienia.

Ale, mój ukochany, jedna dobra rzecz, która się stała dla mnie – to dojrzewanie. Nie jestem już małą dziewczynką. Przestałam grać w berka i chowanego. I choć dorosłość bywa nudna i męcząca i już mnie tak wiele rzeczy nie śmieszy, jak kiedyś, to jest mi tak dobrze ze sobą dzisiaj. Tak mi dobrze naprawdę. W moim małym mieszkaniu, które udało mi się kupić na kredyt. Jestem dumna jak paw, gdy robię Ci kawę z własnego ekspresu, na który zarobiłam. Jestem dumna z siebie.

Po naszym rozstaniu stała się jeszcze jedna piękna rzecz. Maja odzyskała ojca. Zmieniłeś się niewiarygodnie! Uwielbiam na Was patrzeć razem i już nawet mogę umierać spokojna, że dasz radę, a tak się tego kiedyś bałam. Pamiętasz jak panikowałam w samolocie? Właśnie z powodu tego strachu. Musiałam żyć dla Majki. Dziś już nie muszę, mogę żyć też wreszcie dla siebie. To taki komfort mieć w Tobie oparcie jako rodzicu.

Dużo lepiej nam się dziś rozmawia, prawda? Ostatnio nawet robiliśmy wspólne biznes. I jak się śmialiśmy na ostatniej imprezie, gdy tylko Ty rozumiałeś moje anegdoty o tym łysym w czarnym swetrze, pamiętasz? Miłość, to dziwna rzecz, mój kochany Eks Mężu. A małżeństwo, to dziwna instytucja. Chyba podświadomie zawsze czuliśmy w tym temacie niedopasowanie. I pamiętasz, jak oboje zaraz po ślubie zdjęliśmy obrączki? Może kiedyś spotkamy się ponad wszystkimi definicjami i znajdziemy na nowo? Nie wiem. Nie myślmy o tym teraz. I tak zobaczymy się jutro rano. Zrobię Ci pyszną kawę.

Z.


Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi .

Listy wysyłajcie na adres [email protected] – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest


Listy do redakcji Związek

Nie możemy być całe życie szczęśliwi, to jest niemożliwe – o tym, jak ważny w naszym życiu jest smutek

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 października 2019
Fot. IStock/martin-dm
 

W naszym cyklu rozmów o emocjach było już o złości, tym razem z Bartoszem Szymczykiem, psychologiem i psychoterapeutą, rozmawiamy o smutku, o tym, czy sobie na niego pozwalamy, co przeżywanie smutku może nam dać w relacji z drugim człowiekiem i gdzie jest granica między smutkiem a depresją.

Ewa Raczyńska: Może zaczniemy od tego, czym jest smutek?

Bartosz Szymczyk: Smutek jest jedną z podstawowych emocji, która, jak pokazują badania Paula Ekmana, jest uniwersalna. Przeżywają i podobnie wyrażają ją osoby pochodzące z prawie wszystkich kultur, prawie wszędzie na świecie. To emocja, która powoduje także zatrzymanie, refleksję, możliwość spojrzenia na rzeczy inaczej niż do tej pory – to jedna z ważnych ról smutku i jedna z jego definicji.

Jest druga?

Oczywiście, bo smutek to też emocja, która powstaje najczęściej wtedy, kiedy mamy do czynienia ze stratą tego, co dla nas ważne, co sprawiało, że byliśmy szczęśliwi, co dawało nam poczucie bezpieczeństwa, oparcia i stabilności. Kiedy to tracimy, naturalną reakcją jest właśnie smutek, ból i rozpacz. Tak sobie myślę, że ważne przy tym jest, jak okazujemy ten nasz stan emocjonalny, na ile poprzez ekspresję tej emocji zapraszamy innych do tego, by dali nam wsparcie, byli z nami w sytuacji straty.

Tylko my nie lubimy pokazywać, że jesteśmy smutni…

No właśnie, dzisiaj dużo kłopotu dotyczącego smutku dotyczy właśnie jego okazywania. Nie lubimy tego stanu, ponieważ widok smutnej osoby powoduje nasze pobudzenie i konfrontuje z pewnego rodzaju bezradnością. Co więcej, nasze ciało poza naszą świadomością rozpoznaje emocje bliskich nam ludzi na zasadzie lustra – my także zaczynamy je przeżywać. I kiedy widzimy smutek, to powstaje w nas pewnego rodzaju  rozdarcie, bo z jednej strony ta reakcja naszego organizmu umożliwia nam większą empatię, a z drugiej musimy skonfrontować się z odbiciem tego smutku w nas samych, co czasami jest trudne do wytrzymania.

Tutaj ważnym elementem dotyczącym właśnie okazywania smutku są różnego rodzaju komunikaty, które nieraz słyszymy od otoczenia, często uwarunkowane kulturowo. Niekiedy w procesie wychowawczym otrzymujemy przekaz, by ekspresją smutku za bardzo innym nie przeszkadzać. Także dorosłym, którzy są smutni, mówimy, by wzięli się w garść, żeby się nie mazali, że wszystko będzie  dobrze, że wystarczy się uśmiechnąć. Trzeba jednak mieć tę świadomość, że w ten sposób sygnalizujemy komuś: „Nie przeżywaj tego smutku, bo to ciężkie dla mnie”. Taki komunikat wcale nie anuluje przeżyć tej drugiej osoby, tylko powoduje, że nie czuje się ona akceptowana ze swoimi emocjami, a to wcale nie znaczy, że przestaje je przeżywać, tylko wycofuje się w izolację.

To trudne, bo przecież już w relacji rodzic – dziecko negujemy smutek, umniejszamy jego odczuwanie mówiąc smutnemu dziecku, żeby się nie przejmowało, nie płakało, że w życiu będą jeszcze większe powody do zmartwień.

W takiej relacji trudność stanowi świadomość rodzica, że smutek dziecka oznacza odczuwanie przez niego pewnego rodzaju dyskomfortu. A my jako rodzice czujemy się za los naszego dziecka odpowiedzialni i czasami tę odpowiedzialność rozumiemy tak, że trzeba zrobić wszystko, by komfort dziecka był podtrzymywany za wszelką cenę. A są przecież sytuacje, które wymusza życie i które wiążą się ze stratą, czy ze zmianą. Chociażby, kiedy dziecko idzie do przedszkola. To jest przecież olbrzymia zmiana dla dziecka, która bardzo często, zwłaszcza na początku, budzi wiele obaw i lęków, a także smutek. Bo przecież dziecko traci coś, co było mu już dobrze znane i bezpieczne. Nawet jak odnajdzie się w przedszkolu i lęki miną, smutek przez jakiś czas pozostaje i rzeczywiście rodzice reagują w taki sposób, że trudno jest dziecku ten smutek wyrazić. I rzeczywiście rodzice reagują w taki sposób, że trudno jest dziecku ten smutek wyrazić. A to z reguły pomaga.

Dziecko myśli: „Kiedy jestem smutny, rodzice są smutni”, ma poczucie winy, bo przecież doskonale odczuwa ich brak komfortu w sytuacji, gdy okazuje smutek, nieprawda?

Tak, dziecko wyczuwa nasze emocje, nawet gdy myślimy, że ich nie widać. Myślę sobie, że kiedy nasze dziecko jest smutne, musimy wiedzieć, że to co możemy mu dać, co możemy dawać sobie nawzajem w ogóle, to przyjęcie tych emocji, uspokojenie i podjęcie wspólnej próby ich rozumienia. Akceptując pokazujemy, że emocje po prostu są, że do nas przychodzą, że są sposobem, w jaki reagujemy. Kiedy jest nasza zgoda na cudze emocje i kiedy ktoś czuje, że my się na nie zgadzamy, wtedy można wesprzeć, zachęcić do innych aktywności, czy nawet poradzić. Podstawą skuteczności tych działań jest akceptacja dla tych emocji, które przecież pojawiają się dość spontanicznie i nie jest naszą winą, że jesteśmy smutni. Jak ktoś nas nie akceptuje to nie skorzystamy z jego pomocy.

A jeśli mówimy o tym, co jest groźne w smutku, to właśnie takie zachowania, które mogą się utrwalać.  Na przykład poczucie, że inni nas nie rozumieją, że nie można smutku pokazywać na zewnątrz, tylko przeżywać go w sobie. Czasami w relacji z innymi mamy wrażenie, że odebrano nam prawo do przeżywania smutku, albo sami jego sobie nie daliśmy.

Ale właśnie często jest tak, że ukrywanie naszego smutku jest ściśle związane z tym, jak zostaliśmy wychowani, z tym, czy dostaliśmy od innych, myślę o rodzicach, pozwolenie na jego okazywanie.

W tym pozwalaniu sobie na smutek widziałbym dwa źródła. Jedno bardzo głębokie, a drugie wynikające z dzisiejszych czasów, które wiąże się z bardzo silnym obecnie przekazem, by być szczęśliwym, osiągać sukces, tak jakby życie miało się tylko z tego składać. Pod koniec lat 80. powstała w psychologii gałąź nazwana psychologią pozytywną, która nie ma nic wspólnego z taką prostą afirmacją głoszoną przez różnej maści poradniki –  mówieniem o sobie, jaki jestem wspaniały, dobry i najlepszy. Psychologia pozytywna zajmuje się głównie refleksją nad tym, że ludzie mimo wielu problemów i kłopotów potrafią wychodzić z nich cało, wracać do normalnego funkcjonowania, a czasem nawet wzrastać po przebytej traumie. Dzisiaj natomiast widoczny jest pewien rodzaj wypaczenia tego podejścia polegający na tym, że trzeba myśleć pozytywnie, utrzymywać w sobie pozytywne emocje. To nie jest sensem psychologii pozytywnej.

Często mówię swoim pacjentom, że z emocjami jest jak z wężem ogrodowym. Jeśli zatkamy jego końcówkę to owszem, woda przestanie lecieć, ale siły nie przestają działać, ciśnienie narasta i może dojść do sytuacji, że gdzieś wąż się rozszczelni, woda zacznie kapać, może pod wpływem ciśnienia zrobi się w nim dziura i woda znajdzie ujście.

Musimy pamiętać, że emocje to sól naszego życia, jego immanentna składowa, nie da się z nich wypisać jak z klubu dyskusyjnego. Owszem można próbować tłumić w sobie, blokować, ale tylko przez pewien czas, Bo prędzej czy później zaczną wychodzić gdzieś indziej. W innej relacji, nie tam gdzie powstały. Smutek pod postacią negatywnych myśli o sobie samym, albo izolacji, albo zaburzeń o charakterze psychosomatycznym. Wtedy to  nasze ciało przeżywa za nas smutek, a nie umysł, bo jemu takiego prawa odmawiamy. To jest taka rzecz dotycząca współczesności.

A na tym głębszym poziomie? Gdzie jest problem ze smutkiem?

Myślę sobie, że tu pewien rodzaj kłopotu w pozwalaniu sobie na smutek polega na tym, że od smutku jest blisko do bezradności, a to uczucie jest dla nas bardzo trudne, bo konfrontujemy się z pierwotnymi stanami, kiedy stajemy się bardzo zależni od innych, bardzo wrażliwi i w wielu sytuacjach bardzo mocno bezradni, tak jak na początku naszego życia. Przed tą bezradnością chcemy się bronić za wszelką cenę, na przykład nadmierną aktywnością. Bo będąc smutni odczuwamy pewnego rodzaju kruchość, jesteśmy podatni na zranienia, na uszkodzenia, naruszenia. To są takie stany, których chcielibyśmy unikać, ale nie zawsze jest na to sposób…

Smutek to dla nas oznaka słabości?

Tak, smutek wiąże się z pewnego rodzaju osłabieniem, również na poziomie naszego organizmu, stajemy się apatyczni. Łatwiej zapadamy na choroby, kiedy smutek się przedłuża. Jak jesteśmy smutni to nasza motywacja do działania jest niska, nasz organizm reaguje pewnego rodzaju rozprężeniem, które mogą być przeżywane jako słabość.

Ale ze smutku są też zyski. Myślę, że artyści mogliby w tej kwestii dużo powiedzieć, o tym jak silnym motorem do twórczości jest przeżywanie smutku. Brytyjski psychoanalityk Donald Winnicott wiązał nawet dziecięcą częstość płakania, kiedy jest się smutnym z późniejszą muzykalnością.

Psychoterapeuci sami po sobie widzą, że smutek zwiększa możliwość empatii. Ja na przykład w takiej intymnej sytuacji pomocy psychologicznej, czy psychoterapii czuję się bardziej użytecznym psychoterapeutą, kiedy mój nastrój jest lekko obniżony, gdy jestem trochę smutny. Wtedy potrafię być bardziej empatyczny, choć nie sprawdzałem, czy pacjenci potwierdziliby tę zależność.

Dlaczego tak się dzieje?

Dlatego, że smutek pozwala na empatię. Będąc w smutku stajemy się wrażliwsi na siebie i na innych. Kiedy jesteśmy smutni, to w większym stopniu rozumiemy emocje innych, łatwiej współodczuwamy, potrafimy być w takim stanie rezonowania emocjonalnego w kontakcie z drugim człowiekiem. To pokazuje, że smutek może być użyteczny. To emocja, która w pewien sposób otwiera nas na innych, jest składową naszej wrażliwości.

Często sensem odczuwania smutku jest zdanie sobie sprawy z tego, że są sytuacje, na które nie mamy wpływu. Może to być przeprowadzka, o której zadecydowali rodzice, czy w dorosłym życiu utrata pracy, choroba, śmierć bliskiego. To daje przestrzeń dla konfrontacji z bezradnością, a stąd już blisko do ekspresji smutku, kiedy przez jego okazanie możemy kogoś przywołać, poprosić o pomoc i ją dostać.

Bywa też tak, że refleksja nad daną sytuacją i smutek uświadomią nam, że jednak mieliśmy na nią wpływ, co może pozwolić nam zmienić sposób postępowania czy myślenia… Aczkolwiek zobaczyć ten swój udział- rzecz bolesna.

Boimy się smutku, bo w którymś momencie stawiamy go na równi z depresją. Gdzie jest  granica, za którą można mówić o depresji?

Takich granic jest kilka i odróżniłbym zdecydowanie smutek, który jest emocją trwającą jakiś czas, od depresji będącej stanem przedłużającego się obniżenia nastroju. Depresja jest stanem nastroju, nie jest chwilowa. Medyczne kryterium mówi o epizodzie depresji po dwóch tygodniach trwania w smutku, który staje się nastrojem, czyli rodzajem przeżycia, które obejmuje nie tylko jakiś obszar, ale rozlewa się na całą rzeczywistość. Do tego stanu dochodzą inne objawy somatyczne, związane ze zmianą sposobu spania, czyli towarzyszy nam bezsenność albo nadmierna senność. Zmienia się sposób jedzenia – tracimy apetyt, albo wprost przeciwnie, zaczynamy się objadać. I jeśli towarzyszą nam myśli rozlane na to, że ja jestem beznadziejny, świat jest nieprzyjazny i nie można na nim polegać, a przyszłość jest wyłącznie czarna, to mamy wówczas do czynienia epizodem depresji, który jest czymś więcej niż smutkiem. Kiedy takie epizody powtarzają się co kilka miesięcy, nawracają, możemy mówić o depresji jako zaburzeniu psychicznym. Te kryteria są więc w pewnym sensie wyśrubowane, co jasno pokazuje, że jest duża różnica między smutkiem a depresją.

Ja bym powiedział, że choć smutek i depresja są ze sobą związane, bo osoba z depresją dużo smutku przeżywa, to wydaje mi się, że jednak osią depresji jest nie tylko smutek i strata, ale także bezradność i wycofanie. Trochę tak, jak w eksperymentach Martina Seligmana, który pokazał że depresyjnej rezygnacji można się w pewnym sensie nauczyć.

Depresji nauczyć?

Jeśli sytuacja wygląda tak, że nasze działania nie dają rezultatów, nasz wpływ na rzeczywistość jest marny, czy coś zyskamy, czy stracimy kompletnie nie zależy od nas, tylko od jakiegoś czynnika zewnętrznego lub gdy jesteśmy w sytuacji, gdy jesteśmy w sytuacji, gdy sprawstwo jest nam ciągle odbierane, to poczucie bezradności się generalizuje na wiele innych obszarów życia, utrwala się, nie mija mimo zmiany okoliczności. Martin Seligman eksperymentował na psach, które były umieszczone w klatkach i niestety były traktowane prądem, w sposób losowy- nie było specjalnej reguły. Psy w pewnym momencie doświadczyły takiej generalizacji, że cokolwiek zrobią i tak tym prądem zostaną potraktowane, więc kładły się na podłodze i nie robiły nic. Od pewnego momentu mogły przejść do innego pomieszczenia, gdzie było bezpiecznie i były inne psy. Jednak ten pies, który miał już wyuczoną bezradność, nie szedł tam, pozostawał w bierności. Nawet nie w lęku i panice, jak przy początkowych rażeniach, tylko w smutku i wycofaniu.

Myślę sobie, że to jest trud depresji polegający na pewnego rodzaju wycofaniu i izolacji, to znaczy, że nie podejmujemy takich działań, które mogłyby nam sprzyjać, bo mamy poczucie, że one nic nie dadzą, nie spowodują żadnej zmiany. Nawet gdy różne okoliczności otwierają się przed nami, to w nas jest już tak silnie zakorzenione poczucie bezradności przez przekonanie, że nic od nas nie zależy, że efektem jest tylko dalsza rezygnacja i wycofanie.

Uważam, że to jest kolejny element, który łączy depresję, smutek i bezradność – pewien rodzaj wycofania.

Czasami wyrzucamy sobie, że nie potrafimy być smutni, w sytuacji, która od nas tego wymaga, mamy poczucie winy, że nie współodczuwamy czyjegoś dramatu, straty w odpowiedni sposób. Dlaczego?

Przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi na taką sytuację. Jedna to taka, że zostały nam wpojone pewne wzorce przeżywania smutku, sposoby jego wyrażania, które są bardziej lub mniej akceptowane, zarówno na poziomie kulturowym jak i rodzinnym. Czasami bywa tak, że w nas jest smutek, ale nasza reakcja jest inna niż ogólnie przyjęta. Na przykład w danej kulturze trzeba opłakiwać śmierć bliskich w sposób zbiorowy, a my akurat przeżywamy ten smutek w inny sposób, co nie jest tożsame z ogólnie przyjęta normą, przez co mamy wrażenie, że tego smutku w nas nie ma.

Inna sprawa, że często trudno zmierzyć się z tym smutkiem. Mamy w sobie na przykład surowego sędziego, który mówi: „Co ty robisz, dlaczego się nie smucisz” i my zamiast przeżywać smutek uciekamy, w ten nazwijmy to proces sądowy i skupiamy się na rozstrzyganiu wewnętrznego sporu, dlaczego się nie smucimy, zamiast go przeżywać. To tak,  jakby lepiej było mieć poczucie winy niż być smutnym. Osoby mające w sobie surowego sędziego nieświadomie preferują skupienie się na konflikcie, jacy to jesteśmy nieadekwatni, a nie smutni. Ale dzięki temu mają pozorny i krótkotrwały zysk – nie zajmują się sytuacją straty, tylko jakimś wewnętrznym rozliczeniem.

Bo często tak jest, ze różne rzeczy odciągają nas od smutku. Na przykład, by nie przeżywać śmierci bliskiej osoby, która zginęła w wypadku samochodowym, angażujemy się na 200% w proces odszkodowawczy, a nasze prawo sprawia, że możemy to robić przez kilka lat mając od tego smutku pewien rodzaj zwolnienia. Ale od niego nie da się uciec, przychodzi w końcu moment na konfrontację ze stratą osoby najbliższej.

Mówi Pan, że smutek pozwala na empatię, ale może my nie chcemy czuć tego smutku, gdyż wywołuje on w nas bolesne wspomnienia, od których uciekamy. Mówimy dziecku, żeby nie przejmowało się tym, że kolega go zostawił, bo sami zostaliśmy kiedyś porzuceni.

Smutek jest czymś, co nas konfrontuje egzystencjalnie z uczuciem pustki, samotności, lękiem, czy przypadkiem nie jesteśmy tutaj sami. Cień takich zmagań w smutku często pobrzmiewa, przez co staramy się go unikać. Ale z drugiej strony, jeśli my sobie na taką refleksję nie pozwalamy, to bardzo łatwo jest prowadzić takie życie szalone przepełnione zdarzeniami, aktywnością, ale też takie, w którym z czasem tracimy kontrolę, bo nie da się zawsze być szczęśliwym. Jeśli za tym co tylko pozytywne gonimy nieprzerwanie, to tak, jakbyśmy gonili swój własny ogon, a przecież on nam zawsze będzie uciekał. I świata poza ogonem się nie widzi. I tak będzie w nas narastać poczucie frustracji, pewien rodzaj wewnętrznej presji, ale też zewnętrznej, żeby tego smutku nie pokazywać, robić dobra minę do złej gry. A prędzej czy później smutek nas dogoni i wtedy konfrontacja z nim może być tym silniejsza i trudniejsza, bo włożyliśmy całą masę pracy, by go unikać, a tu się nie udało.

Wspomniał Pan, że smutek to też samotność, czy przyjaciół poznamy po tym, że wspierają nas w smutku i go akceptują? Potrafimy być z drugą osobą tak blisko?

Wśród osób nam bliskich możemy być autentyczni, przez to, że możemy smutek wyrażać. To też siła smutku, że dzięki niemu jesteśmy empatyczni, bardziej wrażliwsi, więc jeśli doświadczamy smutku, to łatwiej nam zrozumieć drugą osobą, bliżej nam jest do jej emocji. To bardzo dobrze widać w grupach terapeutycznych, gdzie smutek bywa o wiele lepiej przeżywany wśród osób, które podobne rzeczy przeżyły, tam spotykają się ze zrozumieniem. Takie wsparcie można dać drugiemu człowiekowi.

A w związku?

Pracuję dużo z parami i wydaje mi się, że w związku szczególnie ważne jest wzajemne dawanie sobie na ten smutek miejsca. Nie chodzi o to, żeby razem popadać w żałobę, czy wielką smutę, pewien rodzaj beznadziei. Są pary żyjące w emocjonalnej symbiozie, takim zlaniu, że kiedy jednemu jest źle, to i drugiemu też musi, nie ma wyjścia. A nie o to chodzi. Ważne jest tworzenie sobie okazji na to, by zrozumieć trudne emocje partnera. To jest często walor leczący, bo my, pewnie każdy z nas, ma wyniesione z wychowania czy kultury poczucie lęku, że nasz smutek nie zostanie zrozumiany. A w małżeństwie zdarza się, że mamy obniżoną dostępność emocjonalną, bo akurat jesteśmy każde gdzieś w swoich sprawach, mamy różnice zdań na jakiś temat. I właśnie szczególnie ważne jest to, by nawet, gdy ta dostępność nie jest pełna, bo musimy lecieć i spieszyć, się, dawać drobne sygnał uznania tej cudzej emocji, pokazać: „widzę że jesteś smutny”. To może być słowo, dotknięcie, ale to zawszę będzie coś, co daje nam poczucie istnienia mostu łączącego nas z partnerem. Że choć ja jestem w smutku, a ta druga osoba w pędzie, to jest między nami więź, zrozumienie, poczucie, że nie zostajemy sami. To chroni przed osunięciem się ze smutku, który jest tak jak mówiliśmy chwilowy, w depresję. Tym, co chroni jest właśnie ta więź, poczucie, że ktoś nas w smutku trochę poniesie, trochę  pomieści, ogarnie. My wiemy, że możemy to samo dać tej drugiej osobie, ale nie teraz. Więź daje poczucie ogromnej siły. To taka swoista odporność przed zapadnięciem się w depresję.

Rozmawiając przypomniałam sobie o bajce „W głowie się nie mieści”. Oglądał Pan?

Tak, nawet pisałem recenzję. A ta bajka jest dokładnie o tym, o czym tu rozmawiamy. Czy widzimy w naszym życiu miejsce dla smutku, czy inni dają nam na nasz smutek przestrzeń, co przeżycie smutku nam daje, czego się w nim boimy. To jest taka bajka, którą polecam i dzieciom i dorosłym. Rodzicom nie tylko po to, by lepiej rozumieć swoje dzieci, ale też, by lepiej rozumieć siebie. Bo to, co dzieje się z bohaterką tej bajki w podobny sposób mówi o nas. Bo kiedy walczymy ze smutkiem, nie dajemy sobie do niego prawa, to on i tak nas dosięga… 

bartosz-szymczyk-580-380Bartosz Szymczyk psycholog, psychoterapeuta par i rodzin, członek Sekcji Naukowej Terapii Rodzin Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Pracuje również indywidualnie z osobami, które doświadczają lęku, zagubienia i przygnębienia. Współzałożyciel Ośrodka Naukowo-Terapeutycznego

 


Listy do redakcji Związek

Nigdy nie jest za późno by zacząć żyć. Ale jak zostawić kogoś, kto tak kocha i potrzebuje?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 października 2019
Fot. iStock / milicad

– Nie wiedziałam, że czas tak szybko mija – mówi cicho Kasia obracając w palcach kolorowy, jesienny liść. Niewysoka, szczupła blondynka z zadartym noskiem jest tuż przed czterdziestką, ale wygląda poważniej. Tylko buty, kolorowe trampki wołają głośno: Ona jest jeszcze młoda! I jeszcze, te nieudolnie pomalowane krzykliwym lakierem paznokcie. Nastolatki tak je malują, pędząc na łeb, na szyję ku kobiecości.

A Kasia dopiero zaczyna być młoda i kobieca. Poznaje też wszystko to, co kobiety w jej wieku już dawno poznały: kawa z przyjaciółkami, pierwsze randki, spacery w deszczu… i samodzielne decyzje. Blisko czterdzieści lat swojego życia „trwała” jak gąsienica w kokonie, przyczepiona do jakiegoś zielonego drzewa. – Więc dlaczego Kasiu? – pytam wprost i banalnie – Dlaczego dopiero teraz?

– Wcześniej nie mogłam – mówi cicho kuląc się w sobie. Nie mogła. No bo jak tu zostawić mamę, wiecznie upominającą swoją dorosłą córkę i wypominającą jej obowiązek opiekowania się rodzicami? Jak tu się jej sprzeciwić, jak wytłumaczyć, że żyć trzeba samemu, „własnoręcznie”?

Kasia urodziła się kiedy jej rodzice byli już po 40-tce. Ma starszego brata i siostrę, z którymi utrzymuje sporadyczny kontakt. W dzieciństwie nie byli blisko, dzieliła ich spora (17 i 19 lat) różnica wieku. Na studiach rodzeństwo Kasi wyprowadziło się z domu, a potem oboje wyjechali do Niemiec, urządzając sobie życie z dala od czujnego oka mamy. Właściwie prawie się nie znają, niewiele o sobie wiedzą. Kasia przekonuje się o tym najlepiej dzięki przysyłanym co roku prezentom gwiazdkowym – takim, jakie można podarować zupełnie obcej osobie: zestawowi pachnących mydełek, paterze na owoce, czy ozdobnej poduszce, która w ogóle nie pasuje do jej mieszkania…

Jakim była dzieckiem? Bardzo nieśmiałym, spokojnym. Nie umiała inicjować kontaktów z rówieśnikami, z resztą mama mówiła jej, że te znajomości są niepotrzebne. Koleżanki przydają się, kiedy po chorobie trzeba uzupełnić lekcje, ale nie można im ufać, co to, to nie. Prędzej czy później zranią cię, oszukają i wykorzystają.

Więc Kasia nie ufała. Rosła w poczuciu, że świat jest zły, a jedyną osobą, która jej na pewno nie zawiedzie jest jej mama. Tata od zawsze stał z boku, nie wtrącając się w wychowanie Kasi. Kochał ją, chciał dla niej jak najlepiej, ale to „jak najlepiej” z pewnością rozumiała dobrze jedynie jego żona. Tak właśnie myślał.

Koleżanki Kasi dorastały, miały swoje tajemnice, pierwsze miłości, swoje małe grupki i spotkania po szkole. Ona stała z boku. Po lekcjach – prosto do domu, inaczej czekało na nią to pełne zawodu, surowe spojrzenie mamy. Kiedy dziewczyny z klasy buntowały się, kłóciły z rodzicami, opuszczały zajęcia, ona jeszcze bardziej zamykała się w sobie. Dla nich była dziwadłem. – Wiesz, że nie poszłam na żadną szkolną dyskotekę? – przypomina sobie teraz, zdziwiona nowym „odkryciem” – Ja nawet do sklepu bałam się wejść, poprosić o coś, pamiętam te nerwy i pot spływający po plecach.

W liceum poznała podobną dziewczynę, zaprzyjaźniły się. Koleżanka jednak nie przypadła do gustu mamie, a Kasia nie potrafiła się jej sprzeciwić. Odtrąciła tę przyjaźń. Znów była sama. To znaczy z mamą. W tym czasie mocno przeżyła śmierć taty, który zginął w wypadku samochodowym. To nią wstrząsnęło, ale nie na tyle by podjęła jakąś próbę zmian. Na pewno gdzieś, w środku zaczęła zadawać sobie pytanie, czy może jednak życie nie jest takie czarno-białe, jak to przedstawiała jej mama. Jeszcze więcej wątpliwości pojawiło się w jej głowie, gdy poszła na studia. Spotkała ludzi ciekawych świata, radosnych, otwartych. I ona też próbowała się otworzyć. Nie wyszło, coś ją blokowało. Właściwie nie coś. Rozmawiając o kserówkach z wykładu, egzaminie końcowym, czy planach na weekend zawsze miała wrażenie, że mama WIDZI. Że stoi gdzieś obok. Że zaraz powie coś, co sprawi, że Kasia będzie chciała zapaść się pod ziemię. Jak wtedy, gdy na wspólnym spacerze po Starówce spotkały kolegę z jej grupy. Powiedział „cześć”, podał rękę jej mamie i usłyszał : – No, mam nadzieję, że nie narzuca się pan mojej córce. Ona nie jest łatwa, jak wszystkie wasze koleżanki.

Miłość? Tak, przeżyła. To znaczy nie jest pewna, czy to miłość, bo podobno miłość zmienia wszystko. U niej nie zmieniła nic. Ona nawet nie trzymała się z nim za rękę. Ale ta rozmowa i spacer po plaży to najbardziej romantyczne chwile w jej dotychczasowym życiu. Siarczystego policzka i słowa „dziwka”  w ustach mamy nie zapomni nigdy. Mama obserwowała ten spacer z okna domu wczasowego.

Kasia poddała się natychmiast, nie walczyła, chociaż chłopak próbował umówić się z nią na kolejne spotkanie. Trudno, by było inaczej. Mama Kasi powtarzała jej od dziecka, że mężczyzni są niebezpieczni, fałszywi, zdradliwi . Że chodzi im tylko o jedno. Z tego właśnie powodu Kasi nie wolno było założyć obcisłych jeansów, czy bluzki z dekoltem. Nosiła tylko luzne, męskie koszule i obszerne spodnie, maskujące kobiece kształty. – Mamy tylko siebie – powtarzała nieustannie mama – Pamiętaj o tym. To ci nie wystarcza?

Po studiach Kasia została na uczelni, jako pracownik naukowy. O 17-tej wracała do domu i była do dyspozycji mamy. Jadły obiad, robiły zakupy. Wieczorem wspólnie oglądały telewizję. Mama głośno komentowała serialowe życie bohaterów ulubionych filmów. Teatr? Raz na jakiś czas, owszem. Zawsze razem. Kasia zakładała wtedy na siebie swój najlepszy kostium i malowała usta balsamem. Wyobrażała sobie, że to makijaż.

Mama Kasi odeszła pół roku temu. Pierwsze kilka tygodni po jej śmierci Kasia przeżyła w szoku. Nie był to szok po stracie ukochanej osoby. Po prostu dotarło do niej nagle, że nie umie żyć. Mama zadbała o to, by każda minuta jej dnia była zaplanowana i skontrolowana. Do domu Kasia wracała najpóźniej przed dwudziestą, nawet dziesięciominutowe spóźnienie groziło awanturą. Wakacje? Zawsze razem, tam, gdzie chciała mama. Teraz nagle oto wszystko zależy od niej. Jest wolna. Ale od czego zacząć? Gdy pierwszy raz pomalowała sobie rzęsy,  długo śmiała się do swojego odbicia w lustrze. Potem poszła do kina. W ciemności obserwowała twarze widzów, ich emocje. Ukradkiem spoglądała na całujące się pary. I oddychała, głęboko, tak jak to się robi w lesie, czy w parku.

Czego boi się Kasia? Chyba tego, że straconego czasu nie da się odzyskać, że nie zdąży dowiedzieć się tego wszystkiego, co wiedzieć powinna.

Dziś stawia pierwsze, chwiejne kroki  w swojej samodzielności. Przełamuje  nieśmiałość. Szuka terapeuty. Założyła nawet konto na Facebooku i ma coraz więcej znajomych. Przynajmniej tam, w internecie.

– To co teraz? – pytam mając na myśli najbliższy weekend. – Teraz trzeba natychmiast zacząć żyć – odpowiada mi swoim ulubionym cytatem – Okazuje się, że jest później niż myślałam…
Kasiu, trzymam kciuki. Nigdy nie jest zbyt późno, by zacząć żyć.


Zobacz także

7 typów przyjaciół, którzy bardziej zaszkodzą niż pomogą twojemu związkowi

„Dałyście mi silę bym żyła – żyła dla Was, kiedy zostałyśmy same, kiedy bieda zajrzała nam w oczy”. Akcja „List do dziecka”

Sprawdź w horoskopie swojego partnera, czego tak naprawdę potrzebuje

https://cialis-viagra.com.ua

виагра в аптеке