Listy do redakcji Związek

Każdy ma swój niewysłany list. Jesteśmy silni słabościami

Listy do redakcji
Listy do redakcji
29 października 2019
Fot. iStock / Eva Katalin Kondoros
 

Akurat dzisiaj śpię sama. Nie, nie ma we mnie wielkiej tęsknoty, odliczania, kiedy wróci. Zbyt długo jesteśmy razem, żebym zwracała uwagę na godziny, czy pojedyncze dni jego nieobecności. Ktoś by powiedział, że przecież one składają się na życie, na związek. I miałby rację, ale ja zwyczajnie nie ubolewam nad tym, że go nie ma tu, obok. Pomyślałam dziś: „Jakie to szczęście, że siebie mamy”. Nawet gdy nie jesteśmy blisko.

To szczęście nie wynika z tego, że mamy dzieci, że oboje pracujemy i do tego lubimy naszą pracę, że mieszkamy tu, gdzie akurat mieszkamy, że czasami rozumiemy się bez słów, albo dzwonimy do siebie w tym samym momencie.

Nie, na to szczęście składają wszystkie nieszczęścia, które były z nami.

Ten moment na początku, gdzieś na ciemnej ulicy powiedziane „Ale ja ciebie nie kocham, nie chcę z tobą być, daj mi proszę spokój, bądźmy przyjaciółmi, tak jest dobrze”. I ty, który nie znałeś mnie długo, a wiedziałeś już wtedy, że tak bardzo boję się miłości, wolałam nie kochać niż przeżywać dramat porzucenia i rozczarowania. Ale byłeś. Nie odszedłeś. Aż mnie oswoiłeś.

I później, kiedy wyrzucałam cię z domu po raz pierwszy. Rozmawialiśmy i płakaliśmy.
W kuchni, na podłodze. Wtedy wolałam, żebyś odszedł, nie chciałam, żebyśmy jeszcze bardziej rozczarowali się sobą w tym dorosłym życiu. A tak bardzo byliśmy sobą rozczarowani. Ja zachłyśnięta pierwszą pracą, ty kompletnie nie odnajdujący się w obcym dla ciebie miejscu. A ja chciałam mieć w tobie zrozumienie i oparcie. Mężczyznę, który da mi bezpieczeństwo, nie umiałeś tego…

Cierpiałeś odchodząc, nie mogłam na to patrzeć. Po kilku miesiącach przyjechałeś, jak kumpel, spotkać się. Śmiałam się z twojego żartu, a w głowie rozbłysło: „Jeny, jak ja go kocham!”. Znowu mieliśmy siebie.

Wtedy myślałam, że to co złe już za nami. Daliśmy sobie przestrzeń do zmian, do odnalezienia się w odpowiedzialnej rzeczywistości. Zaufaliśmy uczuciom i sobie nawzajem. Przecież to tak nas wzmocniło. Byłam pewna, że już nie ma rzeczy, które mogłyby nas jeszcze kiedyś podzielić.

Jeszcze bardziej połączyły nas dzieci. Nie mieliśmy jednak być szczęśliwi.

Zdradziłeś mnie. Upokorzyłeś. Nie zaufałeś naszej przyjaźni, przestałeś w nas wierzyć. A ja nie chciałam walczyć, choć wydawało mi się, że wcześniej walczyłam jak lwica, tyle że głucha, która nie słyszała, co do niej mówisz. Więc przestałeś do mnie mówić. Odszedłeś, a ja pozwoliłam ci zostać. Tu nie było już przestrzeni dla siebie, było uciekanie w bok. Stawianie się poza tym, szukanie siebie poza tobą, poza związkiem, poza rodziną. Radości szukałam u kogoś innego. Spokój przyszedł powoli. Późno, za późno. I w ogóle spokojem nie był, raczej zamkniętymi w szafie trupami. Takiej na wielką kłódkę, a klucz do niej chcieliśmy utopić jak najgłębiej.

Długo oszukiwaliśmy się, że się udało. Byliśmy rodziną, przyjaciółmi – każde ze swoją tajemnicą.

Trupy czasami ożywały i pukały w drzwi szafy. To pukanie świdrowało mi głowę, wbijało się w mózg, zaczęłam żyć według tego miarowego stukania. I wyrzuciłam cię po raz kolejny. Obiecałam sobie, że tym razem już na zawsze. Żeby trupy nigdy nie wróciły, ty też nie możesz wrócić. Pamiętasz ten wieczór, kiedy wyszliśmy jako przyjaciele, a ja ci mówiłam: „Boję się, że zakocham się w kimś innym”. „Nie bój, pamiętaj, że zawsze będę obok”, uspokajałeś.

I znowu płakaliśmy, kiedy każde wracało samo do swojego domu.

Przyjaciółka spytała: „Dajesz mu w ogóle szansę? Co musiałby zrobić, żebyś pozwoliła mu wrócić?”. Mówiłam wtedy, że to nie tak. „Nie da się czegoś po prostu zrobić. On musiałby się zmienić, a to długi proces. Nie wierzę, że będzie mu  się chciało”. Za dobrze cię znałam, przez tyle czasu nic nie zmieniałeś. To ja byłam motorem zmian. Wiecznie w pędzie z rozbitą o ściany głową.

Nie wierzyłam w twoją miłość, a to ona mi pokazała, jak można być silnym, jak wiele można zrobić dla kogoś, kogo się kocha. Paradoksalnie, kiedy nie byliśmy razem, rozmawialiśmy więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. O tych trudnych emocjach. Odprowadzałam cię, kiedy przychodziłeś położyć nasze dzieci spać. I byłam zdumiona człowiekiem, który właśnie wyszedł z mojego domu.

I zakochiwałam się na nowo, a może odkrywałam, że moja miłość jest silna dzięki twojej miłości? I kiedy po niemal roku spytałeś w banalnej sytuacji o moje zdanie, o moje uczucia, wiedziałam, że jestem dla ciebie ważna. Wtedy już wiedziałam, że zadział się proces, o którym mówiłam miesiące wcześniej. Przepraszam, że zwątpiłam w twoją miłość.

I dziś leżę sama. I myślę, jak silni jesteśmy razem. I już nie wierzę, że nic nie może nas podzielić. To nie jest zasługa dojrzałości. Bo gdybyśmy poznali się dziś, gdzie byłoby doświadczenie, nasze kryzysy, upadki? To wszystko, co wspólnie przeżyliśmy, przez co przeszliśmy, sprawia, że dziś zasypiam spokojnie czując się kochaną. Wiem, że dla siebie nawzajem jesteśmy dokonywać tego, na co myśleliśmy, że nigdy nas nie będzie stać.

Chciałam ci tylko powiedzieć, a późno i nie chcę już dzwonić, że cię  kocham. Taką pełną miłością, taką miłością, która wypełnia mnie po brzegi.


Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi .

Listy wysyłajcie na adres [email protected] – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest


Listy do redakcji Związek

Jak Sławek w internecie miłości szukał, a znalazł ją w „Żabce”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
29 października 2019
Fot. Flickr / Marina Caprara /
 

Kiedy mężczyzna się naprawdę uprze, to nie ma takiej możliwości, żeby nie wyszło. Choćby nie wiem, jak beznadziejna byłaby to kwestia. Choćby nie wiem, jakie przeciwności los chciałby na drodze postawić.

To jest historia miłosna z happy’endem.

Początek

Sławek ma 35 lat. Wystarczająco dużo by mieć już jakiś pogląd na sprawy damsko-męskie i ciągle za mało, by nie wpakowywać się co chwila w sercowe kłopoty. Ponieważ więc wiek nie określa go w żaden sposób, dobrze byłoby dorzucić jeszcze kilka innych informacji o Sławku, tak dla dopełnienia wizerunku. Na przykład to, że jest niewysoki i „puszysty”. Tego właśnie określenia użył, wypełniając rubrykę „kilka słów o sobie” przy rejestracji na jednym z portali randkowych. A, no właśnie! Sławek niczego bardziej nie pragnie, niż znaleźć wymarzoną miłość. Bo choć w każdej innej dziedzinie życia odniósł sukces, w tej najważniejszej ciągle jeszcze mu się nie poszczęściło.

Cóż z tego, że już w przedszkolu był kochliwy. Cóż z tego, że jak już pokochał, pozostawał wierny tak długo, aż zmienił obiekt swych uczuć. Niestety, rzadko który z przedszkolnych czy szkolnych obiektów westchnień Sławka odwzajemniał jego zainteresowanie. A w dorosłym życiu, jego miłosne perypetie, to już po prostu ciąg nieszczęśliwych przypadków, pomyłek i falstartów.

Koleżanki z pracy Sławka śmieją się, że jakby miały kiedyś odejść od mężów to tylko z nim, bo to „taki dobry facet”. Póki co, żadna się nie zdecydowała. Pogadać, powygłupiać, zwierzyć się – czemu nie. Ale żeby coś więcej? Proszę cię, ze Sławkiem? Nie żartuj!

Co sprawia, że trzypokojowe mieszkanie w nowym bloku Sławek nadal dzieli jedynie z wesołym labradorem w kolorze czekolady? No właśnie: nie wiadomo. Że trochę puszysty? Że niewysoki? Że włos gdzieniegdzie przerzedzony? Panowie, spójrzcie na siebie nieco bardziej krytycznym okiem. Nie każdy z was jest Dorocińskim, prawda?

Gdyby tylko któraś z koleżanek z pracy zechciała spojrzeć głębiej w sławkowe wnętrze, spostrzegłaby wartościowego, fajnego człowieka, takiego jakich nie spotyka się tuż za rogiem. Ale żadna nie zechciała i w związku z tym całe biuro żyje w przekonaniu, że ich kolega to samotny frajer i związkowy nieudacznik. To tyle, co można o nim powiedzieć.

Kiedy więc Sławek skończył 35 lat, postanowił dać sobie rok na znalezienie „tej jedynej”. Jak postanowił, tak zrobił. Gdyby był chociaż rolnikiem, poszedłby do tego programu, w którym różne kandydatki wysyłają listy, a rolnik w tych listach przebiera i wybiera kilka pań. – W telewizji to potrafią pokazać wnętrze człowieka, nawet jak za dużo do pokazania nie ma – mówi Sławek. On się na tym zna, bo z uwagą śledzi popularny program o farmerach szukających żon.

Ania z Naszej Klasy spotka się przed wypłatą

Sławek postanawia zacząć inaczej. Siada z kubkiem herbaty na kanapie i loguje się na „Naszą klasę”. Nie był tu z 10 lat, większość jego szkolnych znajomych już dawno pozakładała rodziny, ma dzieci. W oko wpada mu zdjęcie Ani, niespełnionej licealnej miłości. Krótki rekonesans i sprawa jasna: Ania jest nadal niezamężna. Sławek szybko wysyła wiadomość z propozycją spotkania. Odpowiedz przychodzi tego samego wieczora. Tak, Ania pamięta go i chce się umówić jak najszybciej, nawet dziś, najchętniej na kolację. Sławek, upojony sukcesem proponuje lunch następnego dnia. Na spotkanie do modnej restauracji przychodzi z różą. Ona już jest i chociaż Ania ze zdjęcia profilowego to raczej Ania z okresu ostatniego logowania Sławka na Naszej Klasie niż ta „dzisiejsza”, Sławek jest wniebowzięty. Witają się, zamawiają jedzenie (Sławek zaprasza), a po skończonym posiłku … umawiają na obiad następnego dnia. I tak przez następne dwa tygodnie. Sławek proponuje kino, spacer, wystawę kamieni szlachetnych, ale Ania odmawia.

Po dwóch tygodniach zrywa kontakt ze Sławkiem. Nie odpowiada na wiadomości, nie odbiera telefonów. No i wyrzuca go ze znajomych na Naszej Klasie. Po pewnym czasie Sławek z pomocą dawnych wspólnych znajomych odkrywa, że nie jest jedyną „ofiarą” Ani, zadłużonej w trzech bankach. – Prawdopodobnie zabrakło jej „do pierwszego” i wykorzystała mnie. Przez dwa tygodnie miała obiady gratis – śmieje się dziś Sławek.

Klaudia z Facebooka

Pierwsze niepowodzenie nie załamuje Sławka. Już następnego dnia po rozwiązaniu zagadki Ani przegląda listę znajomych na Facebooku. Jego uwagę przykuwa zdjęcie Klaudii, wysokiej szatynki z równoległej klasy w podstawówce. Pamięta, że Klaudia miała talent aktorski, występowała chyba w każdym szkolnym przedstawieniu. Więc znowu serce Sławka bije szybciej, bo status Klaudii na Facebooku brzmi: „wolny”. Zagaduje dawną koleżankę i zaczynają do siebie pisać. Piszą o wszystkim. O polityce, o codzienności, o pracy i tym, jak to źle być samemu. O pogodzie, o śmiesznych filmikach w internecie i o dzieciach, których nie mają. A mogliby. Po tygodniu takiego pisania Sławek jest już uzależniony. Po miesiącu wie o Klaudii już prawie wszystko, zna jej przeszłość, wie w czym sypia i dlaczego nie jada śniadań. Jest zdecydowany zaproponować spotkanie. I właśnie wtedy następuje tragedia. Rozanielony Sławek naiwnie wyznaje Klaudii, że tak jak ona uwielbia Bridget Jones, a nawet się z nią identyfikuje, w sensie psychologicznym, oczywiście. Klaudia zamiera. W sensie dosłownym. Cisza trwa dwa dni. Po tym okresie przytłaczającej niepewności przychodzi wiadomość: Sorry, Sławku – surowo informuje Messenger. – Dla mnie facet, który identyfikuje się z grubą bohaterką powieści dla kobiet, nie jest facetem. Baj.

Beata z www

Sławek uczy się na błędach. Wie już, że w kontaktach z kobietami nie należy być aż tak szczerym. Dlatego zamiast selfie z górskiej wyprawy jako profilowe zdjęcie w portalu randkowym ustawia psią mordkę swojego labradora. Jak już zdążył zauważyć, kobiety kochają pieski i kotki. Ale jeszcze bardzie kochają facetów kochających pieski i kotki. Sukces jest błyskawiczny. Na anons Sławka na portalu randkowym („Ciągle młody, ciekawy świata, domator i miłośnik dobrego kina szuka Tej Jedynej, spragnionej stabilizacji i domowego ciepła. Kocham dzieci!”) odpowiadają dziesiątki kobiet, a wśród nich – Beata, nieco starsza blondynka z sąsiedniego miasta. Sławek nie zwleka. Po wymianie kilku maili umawiają się na spacer. Blondynka ze zdjęcia okazuje się rosłym dwumetrowym, spragnionym domowego ciepła, stabilizacji blondynem.  Załamany Sławek wraca do domu i postanawia odpuścić. Widocznie niepisane mu szczęście w miłości. I tu mógłby nastąpić koniec tej opowieści. Mógłby…

Epilog

Miesiąc po pamiętnej ostatniej randce Sławek idzie na spacer z psem. Pod osiedlową Żabką, trzy metry za znakiem STOP i półtora metra od kosza na śmieci wpada na drobną brunetkę z pieprzykiem nad górną wargą. Brunetka zaplątuje się w smycz, a Sławek długo nie może jej oswobodzić. W głowie biją mu głośno dzwony i dzwonki, a w brzuchu motylki kręcą korkociągi. Wczoraj minęły trzy miesiące odkąd Justyna i Sławek są razem. Z tej okazji, przygotowali wspólną kolację i obejrzeli film o Bridget Jones.

Odkąd Sławek ma dziewczynę, koleżanki z pracy patrzą na niego inaczej. Teraz to on nawet przystojny jest, mimo tej nadwagi. A już na pewno można z nim o wszystkim porozmawiać. To znaczy można by było, bo teraz to coraz wcześniej z pracy prosto do domu, do ukochanej. W ogóle Sławek to teraz taki prawdziwy facet.


Listy do redakcji Związek

Przypomnij sobie, kim jesteś – czyli zawodowe odrodzenie

Dominika Bagińska
Dominika Bagińska
29 października 2019
Fot. iStock

Ewa

Z bólem zęba idziesz do dentysty. Kiedy potrzebna ci szybka odmiana i relaks – do fryzjera. A do kogo się zwrócić, jeśli od pięciu lat siedzisz na bezrobociu i nie potrafisz znaleźć żadnej pracy. Do specjalisty.

Ewa, czterdziestolatka,  mama uroczych córeczek (lat 5 i 7), trafiła do doradcy zawodowego po tym, jak zaczęło się sypać jej małżeństwo. Mąż oskarżał ją, że gdyby pracowała, nie musiałby ciągle wyjeżdżać za granicę, żeby na nie wszystkie tyrać. Ona zarzucała mu pracoholizm i to, że zmienił się w despotę, który rozlicza ją z wydatków. Po którejś kolejnej kłótni w drodze na lotnisko, skąd mąż odlatywał na kontrakt do Anglii, podjęła decyzję, że musi poszukać ratunku.

Zanim została mamą, była nieźle zarabiającą dziennikarką telewizyjną i prasową. Jednak niedługo po narodzinach starszej córki zaczął się kryzys.  Ewa przestała mieć program, w prasie  też było trudno. Małe chałtury pojawiały się jeszcze przez jakiś czas. Po drugim dziecku domowy kierat zabrał Ewie całą energię, no i skończyły się pomysły i możliwości dorabiania. „Zresztą kto by myślał o robocie, kiedy w domu dwoje małych dzieci, z dwuletnią różnicą wieku”  pocieszała się. Gdyby tylko mąż choć trochę ją doceniał. Oboje brnęli w narastający konflikt.

Dominika Bagińska: Skąd kobiety znajdują w sobie siłę, by zrobić ten krok i pójść do coacha zawodowego?

Hanna Wieloch: Często dopiero wtedy, gdy coś złego dzieje się w ich związku. One przez lata odkładają decyzję o zmianie. I nagle okazuje się, na przykład, że mąż je zdradza lub nagle okazuje się, że jest uzależniony od hazardu, ma długi.  Rodzinny system się wali. Wówczas to, co w tej kobiecie do tej pory tylko pulsowało – przejmuje władzę.  Pragnienie, by zacząć robić coś swojego było, nie było jednak mocy, bo ona koncentrowała się na związku i rodzinie. Kiedy coś pęka w relacji z partnerem, przychodzi moment, by zająć się sobą.

Kto najczęściej decyduje się, by pójść na taki rodzaj terapii, coachingu?

Trafiają do mnie różne kobiety. W którymś momencie życia każda z nas musi się przyjrzeć się swojej zawodowej drodze.  Ostatnio wiele moich klientek to ofiary mobbingu w pracy. Wymagają często hospitalizacji, są dosłownie roztrzaskane psychicznie. Zauważyłam, że na rynek pracy wróciły bardzo złe obyczaje wolnej amerykanki w traktowaniu pracowników. I dotyczy to szczególnie kobiet, które, jeśli mają dzieci, wytrzymują złe traktowanie znacznie dłużej. Przychodzą też kobiety, które robią coś, co nie daje im już satysfakcji. Także te, które nigdy nie pracowały i nie mają pojęcia, co w ogóle mogłyby robić. Bywają też kobiety, które chcą wrócić na rynek pracy po długiej przerwie, na przykład po odchowaniu dzieci, czy po powrocie z dłuższych wyjazdów zagranicznych.

Ewa

Kiedy trafiłam do terapeutki, byłam zalęknioną i niewierzącą w siebie kurą domową. Tak siebie wtedy widziałam. Ostatecznie cały świat mówił mi wciąż, że humaniści wkrótce wyginą śmiercią naturalną i nie ma co marzyć o jakiejś fajnej pracy. W dyskoncie spożywczym obok naszego domu wisiało ogłoszenie, że szukają pracowników. Przymierzałam się do tej myśli, ale jednak zwyciężył wstyd. I dobrze, bo jak opowiedziałam coachowi o swoim doświadczeniu zawodowym, okazało się, że naprawdę mam się czym pochwalić.

Zrobiłam test kompetencji. To taka ankieta dotycząca zainteresowań i preferencji zawodowych. Były tam wymienione różne zdolności i umiejętności, nawet takie trywialne, jak posiadanie dużego talentu kulinarnego. Ale też np. biegłość w kontaktowaniu ludzi ze sobą, skuteczne porozumiewanie się w bezpośredniej rozmowie czy wreszcie zręczne posługiwanie się słowami w mowie lub piśmie. Kilka stron, gdzie musiałam zaznaczyć, z czym się identyfikuję. Na koniec terapeutka podliczała liczbę punktów i określała jakim typem jestem. Kreatywność, energiczność, elokwencja, otwarcie na kontakty z ludźmi, logika myślenia.

Jak zobaczyłam swoje cechy – przypomniało mi się, kim jestem. Fachowcem z bezcennym doświadczeniem. Okazało się też, że siedem lat w domu, to nie był czas stracony. Ujawnił się wówczas mój talent do gotowania i zmysł aranżacji wnętrz. W testach podczas terapii wyszło, że takie umiejętności, to cenna siła równoważąca moją spontaniczność i skłonność do nadmiernej ekspresji. A te cechy zawsze uważałam za typowe tylko dla trzpiotek. Oczywiście euforia szybko mijała, gdy wychodziłam z gabinetu. Coś w duszy podpowiadało, że to wszystko nieprawda, bo pracy jak nie było, tak nie ma. Zresztą mąż, któremu opowiedziałam o opinii mojej terapeutki, skwitował to: Mówi ci, że znajdziesz pracę, bo jej za to płacisz.

Jak motywuje się kogoś, kto w siebie nie wierzy? Podobno zbadano, że już pół roku spędzone w domu, bez pracy, powoduje drastyczne obniżenie samooceny?

To prawda, dlatego w trakcie spotkań często zatrzymujemy się, by popracować z wewnętrznym krytykiem. To taki cichy głos, który torpeduje każdy nasz sukces. Myślenie, że terapeuta chwali mnie, bo z pewnością wszystkim tak mówi. Są na to specjalne metody.

Ewa wspomina:

Musiałam sobie wyobrazić, jak ten krytyk wygląda i co ze mną robi. Zobaczyłam wielkiego Yeti, który mnie rozpłaszcza na ścianie, aż brakuje mi tchu. Następnie miałam zadanie wyobrazić sobie, że zamiast mi przeszkadzać, przechodzi na moją stronę i mi pomaga, bo ja przejmuję jego energię. I nagle okazało się, że on teraz stoi tuż za mną i swoim wielkim włochatym cielskiem zapewnia mi bezpieczne wsparcie. Dosłownie to poczułam.

Czy proces powracania na rynek pracy jest długotrwały? Czy terapia to lata spotkań?

Moja metoda pracy polega na połączeniu psychologii procesu i doradztwa zawodowego, takie „doradztwo zawodowe zorientowane na proces”, w którym ważne jest, aby, jak tylko to możliwe, najszybciej zmobilizować kobietę do zrobienia kolejnego kroku. Zwykle to kilka – kilkanaście spotkań. Na początku – głębsza praca psychologiczna – bo kobiety chcą, by ktoś potraktował je z szacunkiem i uważnie wysłuchał. Ktoś, przed kim nie muszą udowadniać swojej wartości i kto pokaże im ich mocną stronę i sukcesy. Następnie wspólnie opracowujemy profil zawodowy. A więc, jakie umiejętności i doświadczenia, także te pozazawodowe, pasują do jakich zawodów. Czasem okazuje się, że wystarczy doszkolić się w swojej dziedzinie, zdobyć uprawnienia, by móc podjąć stałą pracę (na przykład kurs pedagogiczny dla kogoś, kto żył z udzielania korepetycji językowych na czarno).

Ewa

Musiałam napisać na nowo CV  i przykładowy list motywacyjny. To było chyba najtrudniejsze. Terapeutka pokazała mi, jak wyglądają te najlepsze. CV powinno być intrygujące, ale czytelne graficznie. Ujęte nietypowo, na przykład grupujące kolejne miejsca pracy nie według dat, tylko według umiejętności, ze stopką na górze, zaraz pod imieniem i nazwiskiem (pisanymi wielką czcionką) która zawiera wypunktowane kwalifikacje. Na koniec dział „Moje sukcesy”, w którym podaje się to, z czego jesteś dumna.. List motywacyjny zawsze musi nawiązywać bezpośrednio do oferty i zawierać w sobie przekaz, że orientujesz się co nieco na temat działania firmy, do której aplikujesz. Próbowałam pisać.  Setki poprawek i nowych wersji. Czułam rozpacz i zniechęcenie. Aż któregoś razu po prostu usiadłam i napisałam. Efekt zaskoczył mnie samą. Zobaczyłam swoje doświadczenie zawodowe czarno na białym. Okazało się, że przez ponad dziesięć lat pisałam teksty o najnowszych osiągnięciach medycyny, prowadziłam program w topowej telewizji, znam mnóstwo specjalistów. Byłam zapraszana na prestiżowe wydarzenia branżowe do Indii, Paryża, Londynu czy Monte Carlo.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam wielki szacunek do samej siebie. Pomyślałam, że najgorsze mam już za sobą. Jednak okazało się, że teraz, po tym, jak ustaliłyśmy, do jakiej pracy mogłabym pójść, będę chodzić na tak zwane wywiady zawodowe. Umawiasz się na spotkanie z kimś, kto robi to, co ty chciałabyś robić, i wypytujesz o jego doświadczenia. Udało mi się porozmawiać z doskonałymi specjalistami. Szef CSR-u (dział odpowiedzialności korporacyjnej) największej firmy komputerowej na świecie zaprosił mnie nawet na swoje wykłady na prestiżowej uczelni MBA. Rozmawiała ze mną też zastępczyni rzecznika prasowego ważnej instytucji państwowej, a szefowa działu PR i marketnigu globalnej firmy farmaceutycznej do dziś wspiera mnie radą i swoim doświadczeniem. Ci ludzie naprawdę mieli ochotę poświęcić mi czas. Niesamowicie mnie to podbudowało. Teraz byłam gotowa wysyłać swoje podrasowane CV.

I okazało się, że to działa – dostałam zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne. W CV do oferty na stanowisko rzecznika prasowego w międzynarodowej firmie ekologicznej podkreśliłam swoje naturalne zdolności do wystąpień publicznych i umiejętności negocjacji. Z kolei lekkie pióro i umiejętność pozyskiwania ekspertów zwróciły uwagę instytucji szukającej specjalisty do spraw informacji, czyli jakby ich etatowego dziennikarza i marketingowca w jednym. Przed pierwszą z rozmów odbyłam taką samą próbną ze swoją terapeutką. Ubrana w stosowny strój odpowiadałam na pytania, które, jak się okazuje, łatwo przewidzieć. Bez pudła pojawiały się na każdej kolejnej rozmowie. A to ci daje zastrzyk pewności siebie, kiedy znasz popularne chwyty rekruterów. Czy mam pracę? Tak. I to na swoich warunkach, a z mężem budujemy zupełnie nową relację!

Jaką radę można dać kobietom szukającym pracy?

Nie szukaj pracy na oślep. Wybieraj mądrze. Eliminuj takie miejsca i środowiska, o których wiesz, że do nich nie pasujesz. CV wysyłaj, celując tylko w interesujące cię oferty. To zwiększa szansę, że ty i pracodawca, który na ciebie czeka – odnajdziecie się na rynku pracy. Każda z nas może znaleźć coś dla siebie, nawet, jeśli nigdy nie pracowała. Jeszcze mi się w mojej praktyce nie zdarzyło, by proces szukania swojej drogi, w którym towarzyszyłam moim klientkom, nie zakończył się sukcesem.

Sama droga jest ważna, bo pozwala nam odkryć i rozwinąć to co stanowi nasz unikalny potencjał, o którym zapomniałyśmy. Dzięki niej wracamy do siebie.


 

Hanna Wieloch, psychoterapeutka, doradczyni kariery, trenerka rozwoju osobistego i coach w fundacji Nowy Świat Kobiet w Warszawie. Autorka i realizatorka programów aktywizacji zawodowej kobiet, planowania ścieżki kariery, liderowania. Prowadzi grupy rozwojowe dla kobiet „Odnaleźć siebie”.


Zobacz także

Jeśli kiedykolwiek kochałaś miłością nieodwzajemnioną, musisz to przeczytać

8 oznak, że twojemu mężczyźnie jest dobrze w waszym związku

Kobieto, działaj! Krótki poradnik pomocy prawnej dla ofiar przemocy domowej