Lifestyle Związek

Jest takie miejsce w mózgu mężczyzny pełne… niczego. Kobieto, wyjdź z tej głowy!

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
23 stycznia 2016
Fot. iStock / sunemotion
 

Miałam w zwyczaju żyć w głowie. Wchodziłam tam z rana, kawa, gazetka i ten nadajnik! Wiecznie włączony, wiecznie komentujący, mózgogadacz niestrudzony. A jaki kreatywny to był świat! Z małej tyci tyci spraweczki potrafił wystrugać myślowego King Konga, który potem szarżował po neuronach jak jakiś psychicznie chory monster. I dawaj! Rozpierducha na całego! Bo w tym, zdaje się, się specjalizował.

Wszystko oczywiście zależało od tego, która półkula go wykreowała, a konkretniej, z której szuflady w głowie wypełzła tycia spraweczka.

Jeżeli z szuflady „kontrolującej zołzy” to wpadałam w szał na myśl o tym, że mąż, bez uprzedniej formalnej aplikacji, pełnej konsultacji i zgody, pojechał po pracy naprawiać kumplowi komputer. Mąż przy tym szczyci się tym, że nie pije, nie bije, nie szwęda się, a więc jak pojechał naprawiać komputer, to pojechał naprawiać komputer. Sprawa prosta. Zdrowa kobieta powie: jasne kochanie, pozdrów Zdziśka. Kobieta, która żyje w głowie i otwiera te wszystkie szuflady ze sportowym wręcz zapałem i która choćby i przez straszny przypadek uwolni kontrolującą zołzę, taka kobieta…. nie powie nic. W każdym razie nie od razu. Najpierw bowiem zazieje ogniem w zaciszu łazienki, zaleje łzą pół chałupy, po czym solidnie się przygotuje do druzgoczącego monodramu, który brawurowo odstawi po męża powrocie. Facet, rzecz jasna stanie jak wryty. Po pierwsze dlatego, że przecież tylko komputer Zdziśkowi naprawiał, po drugie dlatego, że pomiędzy tym faktem i krzywdą tą straszną od której kobieta tak ubolewa, związku przyczynowego nie widzi. I chyba go za to nawet winić nie można! A to już prawie zakrawa na koszmar!

Przeczytałam gdzieś dnia pewnego, albo może nawet i video obejrzałam[1], o tym że kobiety i mężczyźni, w głowie mają jakby różnie.

Oni w czaszkach, no bo nie w rzeczywistości przecież, porządeczek mają jak ta lala. W pudełeczkach wszystko pięknie posegregowane, ty w jednym, teściowa w drugim, kumple w kolejnym, praca w następnym, hobby w jeszcze innym… pudeł tyle ile spraw w życiu faceta. Pięknie poukładane, a pomiędzy nimi obszerne ścieżki. Nie ma szans na spraw zazębianie się, a zatem teściowej facet z hobby nie pomiesza, nie ma takiej możliwości. Jest jeszcze jedno pudło w głowie faceta, takie przez niego najbardziej  ukochane. Nothing Box się nazywa i jest pełne… niczego. Piękne, puste pudło, w którym nie ma absolutnie nic. Łatwo jest przy tym ustalić kiedy facet w nim siedzi, bo jest zazwyczaj nadmiernie zadowolony, zrelaksowany, najczęściej na rybach od 4 godzin albo przed telewizorem z pilotem w łapie na 42 kanałach jednocześnie. Czysta, męska kwintesencja.

To pudło ostatnie, z powodów oczywistych, mężczyzna ochrania jak może przed pazerną i wścibską kobieta. A kobieta jak to ona, z każdej strony wleźc w pudło chce. Więc jej facet tłumaczy z lekka poirytowany:
nie próbuj kochanie do pustego pudła wchodzić.
Ale dlaczego misiaczku mój miły?
– Jakże dlaczego?!
 – Jeszcze bardziej się irytuje! – Bo jak mi wejdziesz do pustego pudła, to pudło puste już nie będzie!

Fakt! Rację chłop ma. Czy tego chcesz czy nie, kobieto.

Reasumując, mężczyzna prosty jest jak zwierz. Finezji nie ma! Powie kobieta, która w głowie ma jak w torebce. Burdel na kółkach choć jak dla niej to całkowicie do rozpracowania.

Mózg kobiety, według mówcy z video, to plątanina kabli, drucików, całych systemów autostrad i sieci, a wszystko połączone, powiązane, pokorelowane. Taki mózg nieustannie procesuje, łączy, wiąże, wnioskuje, praca w nim wrze, aż bulgocze! A wszystko wariacko napędzane za pomocą emocji. To dlatego jedna mała spraweczka w ułamek sekundy zamienia się w King Konga. Z faktu, że mąż pojechał naprawiać komputer koledze wnioskujemy w trymigi że: nas nie szanuje, nie kocha, kumpli woli, a w ogóle to pewnie ma kochankę, kto wie może nawet kochanka i kumpel to pewnie nie Zdzisiek lecz adwokat rozwodowy, a może wait a minute, może ten kumpel to lekarz onkolog i mąż tak naprawdę ma raka, o którym nie chce mi mówić bo wie, że ze zmartwienia najnormalniej oszalaję…

Dali by nam te pudła to może byśmy porządek w głowie zrobiły, sprawy posegregowały i co więcej Nothing Box zainstalowały, w którym relaks i spa pozwalałyby nam odzyskać grunt podczas nieoczekiwanych kryzysów! Tymczasem nie. Takiego oprogramowania u kobiety brak.W rezultacie skazane jesteśmy na całe rzesze King Kongów, które dręczą nas we dnie i w nocy. Każda wyprawa do głowy kończy się dramatem. Tą lawiną myśli, które jakoś szybko znajdują ujście w mowie pełnej epitetów. Dręczymy potem siebie, dręczymy też cały świat. A po neuronach myśli nam śmigają z prędkością światła i jadowitością mamby. Ech, życie!

Czy zatem jest na to sposób? Ów sposób na ocalenie kobiety zakleszczonej w rozpędzonej głowie? Wydaje się, że tak. Poniekąd prosty choć prawie nie do zrobienia. Warto jednak choć raz zrobić wysiłek i zamiast umknąć do głowy zatrzymać się w momencie. Przyjrzeć się, spojrzeć, popatrzyć, oswoić z chwilą. Zatrzymać chwilę na chwilę jak prawdziwe carpe diem.

Pisały dziewczyny tu niedawno o uważności. O tym byciu tu i teraz, które włada umysłami. Prosty i bezbolesny zabieg, którego wpływ na wyciszenie głowy jest prawie zawsze stuprocentowo skuteczny. Jak wytresowany pies, mózg pochyla się przed chwilą, merda przyjaźnie ogonkiem i oto jest… spokojny, zrównoważony i ufny. Efekt? Mąż jedzie do kumpla komputer naprawiać, a mózg kobiety mówi: tak kochanie, pozdrów Zdziśka. Uśmiech, stop klatka. Cóż za ulga!


[1] Bajka o dwóch mózgach – Męski i kobiecy mózg – Mark Gungor


Lifestyle Związek

„Najbardziej bałem się, że już zawsze będę nikim. Facet musi mieć pracę. Przed załamaniem uratowała mnie żona”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
23 stycznia 2016
Fot. iStock / OcusFocus
 

Na początku zadziwiła mnie cisza. Że jest głośna. Taki dom, na przykład. Słyszałaś kiedyś jak on hałasuje? Deski na strychu skrzypią, woda w rurach bulgocze, piec stęka, a lodówka… Lodówka to kakofonia dźwięków. Siedziałem na kanapie i zatykałem uszy. Dom mnie atakował. Człowiek bez roboty staje się dziwny.

„Bardzo mi przykro, musimy się rozstać. Naprawdę doceniamy pana wkład w firmę…

To zupełnie jak w amerykańskim firmie. Przychodzisz do pracy, proszą cię do pokoju. Na stole leżą tylko dwie odwrócone karki. Tylko, że zamiast pani od HR obok mojego szefa siedziała pani prawnik. Dobrą miałem umowę. Ale jak chcesz kogoś zwolnić, zawsze znajdzie się powód. Sam zwalniałem, wiem jak to działa.

Czułem, że coś nie gra. Korporacja duża, międzynarodowa, jedna z większych w Polsce. Cały czas zmiany, ciśnienie, rozliczenia, podnoszenie poprzeczki, cele, budżety do zrealizowania coraz bardziej kosmiczne. Patologia, na rynku kryzys, a oni cisną i cisną. „Może nową planetę odkryjemy? Mniej więcej taki sam wysiłek będziemy musieli w to włożyć?” rzuciłem kiedyś przy prezesie.

Już wtedy miałem straszny wkurw.

Jest taka różnica między młodymi (tymi w takcie studiów i zaraz po), a starszymi (przed czterdziestką). Ci pierwsi zrobią wszystko. Za 3 –4 brutto zrobią ci każdy wynik i przy okazji przegryzą aortę. No i nie muszą spać.

Człowiek przed czterdziestką zaczyna myśleć o życiu: ile godzin spędzam w firmie? Ile robię w domu? Co to jest wolność? Czy jeszcze ją pamiętam?

Żonie mówiłem: „Chciałbym wybudować chatę w Bieszczadach”. Złościła się. Dzieci muszą do szkoły, ona nie będzie mieszkać tak daleko. A nie chodziło nawet o te Bieszczady, chodziło o wizję wolności. Poranki, góry, przyroda.

Wolnych poranków nie miałem od lat, najbardziej znałem zapach klimatyzacji. Tak, sport pomaga. Ale nie załatwi wszystkiego. Marzyłem o wolności. Że o 8.40 nie będę stał wściekły w korku, tylko wypiję kawę patrząc na góry.

Ale jednak byłem w szoku, że mnie zwolnili. Głupi kut*s, mój szef. Zjadł i wypluł. Ileś lat odbierałem pochwały, a potem idziesz z tą kartką, skrzynka mailowa wyłączona,pracownicy patrzą ze współczuciem. Nienawidzę współczucia. Kojarzy mi się z litością.

Ale pomyślałem: „olać”.

„Rany, jak to? Boże, jak my damy radę. Po co kupowaliśmy tak duży dom!”

Gdy jesteś pracoholikiem, facetem, który głównie zarabia na dom, czujesz cholerną odpowiedzialność. To jest tak jakby ci położyć na plecach wielki ciężar i kazać nosić. Śniły mi się budżety, zebrania, szkolenia. Byliśmy z żoną w pętli. Oboje dobrze zarabialiśmy, pomagaliśmy rodzicom, rodzeństwu, kupiliśmy dom. Kredyt we frankach. Gdy to zrobiliśmy mówiło się, że frank to najbezpieczniejsza waluta. Kredyt nisko oprocentowany, wiadomo. Ale i tak odkładałem część pieniędzy. Ojciec był hazardzistą. Jedyne czego w życiu się boję to braku oszczędności.

Ale i tak, okazało się, w jakimś sensie hazardzistą byłem. Trzeba być porypanym, żeby wierzyć, że wiecznie będzie się zarabiać 16 tysięcy netto, mieć służbowy samochód, karnety na siłownię, i pakiet zdrowotny dla całej rodziny.

Żona lubi czuć się bezpieczna. Z jednej strony złościła się, że dużo pracuje, z drugiej nie znała mnie innego. „Kocham twoją ambicję, pasję” powtarza. Nie winię jej. Jej ojciec z kolei chlał. Szukała we mnie odpowiedzialności, a ja jej chciałem to dać.

„Musisz być odpowiedzialny, inaczej skończysz jak ojciec”

To było jakoś w liceum. Poszedłem na wagary, podrobiliśmy z kumplem podpisy na usprawiedliwieniu, sprawa się wydała. Matka wróciła z zebrania. Stanęła w drzwiach pokoju. Wyglądała tak krucho, była przygnębiona. „Zawiodłeś mnie” powiedziała. Nic więcej. Zemdliło mnie. Nie chciałem być jak mój ojciec. Zawodzić.

Znów czułem, że zawiodłem. Żona siedziała z kartką, zaczęła przeliczać na czym musimy oszczędzać, dostała histerii. Była w tym nieracjonalna i nieobliczalna. Była zła. „Będzie dobrze” mówiła.

A potem wpadała do domu i rozliczała mnie z tego co zrobiłem. Nie posprzątane, nie pozmywane. „Co ty, k…, robiłeś?”

Nic nie robiłem. Siedziałem na kanapie. Na niej toczyło się moje życie. Na początku odbierałem i wysyłałem maile, wiadomości na Facebooku, pocieszenia od znajomych, obietnice, że zaraz coś dla mnie znajdą, z kimś mnie umówią. Nic.

Wysłałem 200 CV, na większość ofert nikt nie odpowiedział. Na kilku spotkaniach usłyszałem, że mam za wysokie kwalifikacje, na kilku innych za masę obowiązków zaproponowano mi taką stawkę, że po prostu odpadłem. „Co to, k…, za czasy?!” mówiłem żonie.

„Dajesz stary radę?”

Kiedyś lubiłem maj. Zapowiedź lata, długie wieczory. Spędzałem go aktywnie. Przebierałem się jeszcze w biurze, i pędziłem na rower albo siłownię. Czasem po prostu biegiem wracałem do domu. W zdrowym ciele zdrowy duch. Tak, gdy urodzili się moi synowie też aktywnie spędzałem wieczór. Wystarczyła godzina. Z potem wypływały emocje. Pierwsze kroki to była furia. Ci ludzie durni, klienci, korki, wrzeszczące dzieci w domu. Kochałem je, ale czasem się tego nie dało znieść. Żona też zatykała uszy. Gdy wracałem z biegania, prysznic i stawałem się ojcem idealnym. Noszenie, masowanie brzuszków, bujanie, śpiewanie. Miałem luz.

Po trzech miesiącach bez pracy nie byłem w stanie się ruszyć. Nie miałem sił. Przerzucałem tylko kanały, odkryłem w internecie dobre seriale. Dzień mylił mi się z nocą, w nocy oglądałem, rano odwoziłem synów do przedszkola, i kładłem się spać. Wstawałem, szedłem po nich.

Przestałem wychodzić do znajomych. Ludzie, przepraszam, ale naprawdę pier**lą na spotkaniach o głupotach. Kto jaki biznes robi, z kim, ile zarobił, jakie ma plany. Zachwyty robotą albo narzekanie na robotę. Jeszcze pier**lą o dzieciach czasem. Jak ludzie w zasadzie ze sobą wytrzymują? Tego się nie da znieść. Po kilku piwach było to znieść łatwiej, ale ja za alkoholem nie przepadam. Męczyłem się.

Tak, wiem, kiedyś byłem taki sam. Szczur w labiryncie, korpoczłowiek, człowiek uwikłany w system. Wylądowałem jednak na planecie bezrobocie. Mówienie o tym było ponad moje siły, pytania, rady, przyjacielskie kuksańce. I oczywiście te wszystkie obietnice.

Po co człowiekowi praca? Żeby nie umrzeć, nie zwariować. Bez niej nagle okazuje się, że możesz być nikim.

Czułem się nikim. Podziwiałem żonę. Była kimś.

„Zaopiekuj się dziećmi, to też może być fajne”

Podziwiam kobiety. I nie dziwię się, że niektóre wpadają w depresję. Czują się nikim, tęsknią za pracą, chcą zmiany, tyją z nudów i frustracji.

Od siedzenia w domu przytyłem 10 kg. Tęskniłem za adrenaliną, koncepcyjnym myśleniem, nawet wkurw**niem, że mam dużo. Miałem dzieci. Nie ogarniałem tego wrzasku, krzyków, próśb o zabawę.

Bawiłem się, ale byłem daleko.

Najbardziej bałem się, że już zawsze będę nikim. Tak to odbierałem. Facet musi mieć pracę, bo jest kimś.

Cele musi mieć. Ambicje. Co to jest za facet bez ambicji? Wciąż miałem ambicję. Nie miałem mocy.

Z gówna wydobył mnie kumpel, po którym nigdy bym się nie spodziewał. Zaproponował współpracę przy ogromnym projekcie.

Z gówna wyciągnęła mnie żona. Swoją siłą, mocą i uczuciem.

Zbieram się bardzo powoli. Bezrobocie to lęk przed ludźmi. Wyjście do centrum handlowego staje się wyzwaniem. Centrum wszechświata to jest kanapa, wyprawa to przedszkole.

Chciałbym powiedzieć wszystkim, którzy mnie wtedy olali, że to jednak słabe jest. Że najmilsi jesteście jak coś chcecie, jak może ktoś wam coś załatwić. Kolacyjki, obiadki i lizanie dupeczki. Tracisz władzę, zostaje nikt. Garstka.

Serio, słabe to czasy…. Ale o tym się może przekonać tylko ktoś, kto nie ma innym nic do zaoferowania.


Lifestyle Związek

Iluzje w życiu Dorosłego Dziecka Alkoholika. „Będę jeszcze kochać…”

Małgorzata Sessionbordercontroller.info
Małgorzata Sessionbordercontroller.info
23 stycznia 2016
Fot. iStock / Lise Gagne

Iluzje.

Pierwsza najważniejsza to spokój

Każdy, kto mnie poznaje mówi „ale jesteś opanowana, ja bym się wściekła na twoim miejscu za takie zachowanie”. Spokój znajomy, spokój tak fałszywy, że śmiać mi się chce, bo ja go znam najlepiej i wiem, że nic ze spokojem nie ma wspólnego. Ja po prostu wyłączam się, robię „off” w swojej głowie huczącej od niepokoju i nie czuję nic. Szpital, choroby, pogróżki szefowej, plotki, że będą redukcje, jego zdrada. Ten sam wyraz twarzy, który mówi, że nie ma we mnie ani odrobiny emocji, jak wtedy, gdy matka darła się na mnie i dała mi w twarz, to właśnie wtedy ta twarz robiła się sztywna, czerwona od jej uderzenia, ale napięta jak struna, ona pijana, ja nieobecna, twarz zawieszała się między strachem a potrzebą przetrwania.

Jestem jak spokój oceanu przed sztormem. W sumie antyteza spokoju.

Druga moja ulubiona to przywiązanie

Jak ty kochasz ludzi. Dobre sobie. Kocham ich na chwilę, tylko przez moment, gdy jesteśmy w tej fazie „ale jesteś niezwykła, chciałbym cię poznać”, uwielbiam to i jestem naprawdę wyjątkowa w sprzedawaniu im iluzji, że dalej jest coś, cokolwiek, gdy tak naprawdę nie ma kompletnie nic. Znikam tak gwałtownie, jak się pojawiam, tempo dostosowuje do nacisku. Zaplanujmy coś. Chciałbym żyć z tobą. Zamieszkajmy razem. Myślałaś o dziecku? Hahahahaha. Też bym tak chciała, naprawdę myślisz, że to takie proste, gdy wszystko, co wymieniasz kojarzy mi się z niewolą, najgorszym więzieniem, z którego jako dziecko nie widzę wyjścia.

Dlatego wybieram potem starszych panów, którzy zabierają mnie na weekend, wakacje, rok a potem kilka – w podróż w dorosłość, której się boję, nie lubię i nigdy nie zaznam. A ten o dziecku, domu – przecież to mnie boli najbardziej, to stracone bezpowrotnie, samotność w małym pokoju, gdzie nie ma dzieciństwa, bo ono zawinęło się w butelkę wódki. Mam zaryzykować jeszcze raz, skrzywdzić potem kolejne dziecko, kiedy sama nim jestem? Przywiązuję się więc na chwilę, jak można się przywiązać do współlokatora na obozie lub nawet pasażera w pociągu, z którym wracasz kilka godzin i rozmawiasz w Warsie. I możesz wyobrazić sobie tysiące scenariuszy, możecie je nawet przeżyć w tej krótkiej chwili, ale potem zawsze wysiadam, bo choć jestem ciekawa, co jest dalej, to bardziej się boję niż chcę. Jestem więc ze wszystkimi, a tak naprawdę zawsze sama. Nieprawda, mam DDA, ono jest obok mnie.

Trzecia to sukces

To jest dopiero ściema. Jak ci się udało osiągnąć tyle w takim czasie? Udało ci się, dziewczyno. Los ci sprzyja. Ty to masz poczucie wartości. Czuć pewność siebie i wysoką samoocenę. Zazdroszczę, naprawdę zazdroszczę. Mam bekę z tego, choć to wcale nieśmieszne. Przez większość czasu jestem zerem, gnojem, który prześlizgnął się przez życie i miał farta, że ma odrobinę uroku, który innych kręci. Lubią to, ten śmiech perlisty i odwagę, żeby ryzykować (kto ryzykuje ten zyskuje).

Jak można nie widzieć, że to ten rodzaj odwagi, jest niczym innym jak brawurą. Tym, że ci nie zależy, gdy stracisz, bo na niczym specjalnie ci nie zależy. Co możesz utracić? Miłość? Pieniądze? Reputację? Całe życie żyłam w tajemnicy i musiałam udawać, że wszystko mamy i że jest w porządku, a nawet jest lepiej niż u innych, bo ojciec prezes, a matka doktor prawie habilitowany. A więc i miłość i pieniądze i społeczny szacunek – wszystko to było na wysokim C, a ja najlepiej wiem, jak niewiele to warte, jak budować obrazki tak, by wykreować w nich te wszystkie piękne słowa. Sukces więc przychodzi mi łatwo, bo się nie boję. Taka recepta na sukces. A w środku wciąż jestem nikim. Naprawdę nikim. Nic mnie to nie obchodzi.

Czwarta to optymizm

Ty jesteś taka radosna. Dajesz innym dobrą energię. Twoje poczucie humoru to mistrzostwo. Tylko się turlać ze śmiechu. To hipokryzja największa, bo jestem najsmutniejszym człowiekiem na świecie, jak w tej książce Halber, często płaczę i mam spłaszczone płuca z bólu. Może nawet smutek to za małe słowo, bo czuję rozpacz. Jak wtedy, gdy matka mówiła do mnie, że jestem złą córką, że się mnie wstydzi, że marzy o chwili, gdy skończę 18 lat i się mnie pozbędzie. A kiedy była trzeźwa, była taka zabawna. Muszę przyznać, że rozśmieszała mnie do łez. Tańczyła kankana w koszulce z pawim okiem i śpiewała do widelca. Wspomnienia najdroższe. Może po niej bywam zabawna, teatralna, a może jest we mnie jeszcze jakaś część, która chciałaby żyć, cieszyć się i śmiać i ona czasami podskakuje we mnie i wymyka się spod kontroli smutku. To mnie w sumie ratuje, bo nikt by ze mną przecież nie wytrzymał.

Piąta to moje DDA

Jak tarcza chroni mnie przed życiem, podjęciem wyzwania największego, jakim jest relacja z drugim człowiekiem. Nie potrafię, bo dzieci dorosłych alkoholików nie potrafią. Mam to alibi sprytne, mam zwolnienie z życia. Na długo, na ile mi się zechce. Może na zawsze. Wyjmuję to z wachlarza moich obron i używam, gdy mi wygodnie. Przykro mi, nie kocham cię, jestem DDA – my nie umiemy kochać. Tak, zdradziłam cię, jestem DDA – my jesteśmy autodestrukcyjni. Tak, odchodzę, nudzę się, jestem DDA – my szukamy niestabilności. A na końcu dnia wracam do matki, dzwonię do niej, mając nadzieję, że odbierze trzeźwa i powie: „co słychać córeczko?” i spojrzy na mnie oczami mojej terapeutki, które są mądre, dobre i rozumieją jak nikt, jak ona nigdy. Zamieni się z nią oczami i zdejmie ze mnie zaklęcie dzieciństwa i stanie się cud.

Szósta to właśnie cuda

One się nie zdarzają (przynajmniej nie mnie). Wiem, że muszę sama. Że zaklęcie rzuciłam sobie ja. Że może kiedyś zyskam tę odwagę prawdziwą, zostawię DDA i zaryzykuję. Będę jeszcze kochać.


Wysłuchała: Małgorzata Sessionbordercontroller.info


Zobacz także

Świąteczne kino dla całej rodziny. Nie musisz znów oglądać „Kevina” ;) Prezentownik Sessionbordercontroller.info 2018

Marzysz o pracy w domu? Uważaj, niektóre marzenia się spełniają!

„I że cię nie opuszczę aż do śmierci”… Dlaczego niektórzy mężczyźni nie akceptują rozstania lub odrzucenia

www.steroid-pharm.com/methandienon.html

https://danabol-in.com

xn----7sbajornvhu8c.com.ua/%D1%83%D1%81%D0%BB%D1%83%D0%B3%D0%B8-%D1%82%D0%B5%D0%BB%D0%BE%D1%85%D1%80%D0%B0%D0%BD%D0%B8%D1%82%D0%B5%D0%BB%D0%B5%D0%B9/