Lifestyle Psychologia Związek

„Jak utrzymać związek? O, nie starać się zanadto. To raczej mężczyzna powinien się zastanawiać, jak zatrzymać kobietę”. Maria Czubaszek o tym, jak żyć po swojemu we dwoje

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
5 października 2019
 

Nie żyje Maria Czubaszek. Pani Mario, pamiętam, że mówiła Pani, że trzeba żyć mocno. I odważnie. I gdzieś z tymi facetami. Dziękuję za tą ostatnią herbatę. Każda kobieta powinna mieć tę szansę rozmowy z Panią… Przypominamy wywiad z Marią Czubaszek.

Aktualizacja 12.05.2016 roku.linia 2px

– Czubaszek to jest tyle lat z tym Karolakiem, że zapytam, jak to w ogóle możliwe. Taki przewodnik po stabilnej miłości, co myślisz – pytam koleżankę. – Przyda się nam wszystkim – potakuje.

Aha, akurat. Maria Czubaszek to sobie żyje po swojemu. I tyle.

Jest sobota, leje deszcz. Przeciskam się przez wąski  przedpokój pisarki, poetki, dziennikarki. – Proszę się nie przejmować, nigdy nie zwracałam uwagi na porządek, tu jest nieład. Wszędzie sprzęt Karolaka. To jego przestrzeń – pokazuje duży pokój pełen sprzętów, piętrzących się kabli. – A tu moja – wskazuje pokój mniejszy. Telewizor, dwa fotele, popielniczka pełna niedopałków.

Katarzyna Troszczyńska: Ja tu przyszłam po receptę. Żyć z jednym mężczyzną i nie zwariować. Kochać, przetrwać…. i tak dalej? Pomoże Pani?

Maria Czubaszek: E, a dlaczego my, kobiety, mamy się nad tym zastanawiać? Ja to raczej myślę, że to mężczyzna powinien się zastanawiać, jak zatrzymać kobietę. Wcale nie chciałam wyjść za mąż. Raz już byłam żoną i powiedziałam sobie: „dość, nigdy więcej”.

Chodzi Pani o pierwsze małżeństwo?

Uciekłam z domu rodzinnego, właściwie nie uciekłam, tylko zostałam wyrzucona przez mamę. Moja mama to nie bardzo chciała mieć dzieci,  zaraz po moim urodzeniu wróciła do pracy. Nie miałyśmy więzi, dużo bliżej byłam z babcią. Kiedy ona mnie wyrzuciła, poszłam do Czubaszka, znaliśmy się z uczelni.

Był starszy od nas, po AWF-ie. Nawet go specjalnie nie lubiłam. Ale wymyślił, że zabierze mnie do domu we Włochach i powie mamie, że jestem z Krakowa, przyjechałam na studia, i nie dostałam akademika. Już jak się pobieraliśmy, to jego matka pytała, czy moi rodzice przyjadą na ślub z Krakowa. Wtedy dopiero powiedziałam, że jestem z Warszawy. Mieszkałam z nią w pokoju, on miał łóżko polowe gdzieś tam. Przeszło pół roku tak żyliśmy, a potem głośno się zrobiło, że młode małżeństwa mogą składać podania o mieszkanie. On powiedział: „A jak już tak mieszkamy razem, to może się pobierzemy”. Pomyślałam: „Co mi szkodzi, przecież są rozwody”.

Kochała go Pani?

Kogo, na miłość boską?!

No męża pierwszego.

A skądże znowu,  gdzie tam kochałam, mówię, że nie miałam się gdzie podziać. Gdy czekaliśmy na to mieszkanie, już wtedy myślałam: „nie, nic z tego nie będzie”. Ale potem okazało się, że jest to mieszkanie i stwierdziłam, że jeszcze dam temu szansę. Może bez teściowej będzie lepiej. Było coraz gorzej.

Co było w nim beznadziejnego?

Wszystko. Dla mnie wszystko. Nie palił, miał świra na punkcie sportu, a ja nie znoszę sportu. Całe życie by się uczył, ja nigdy nie lubiłam się uczyć. No i nie potrafił się bawić. A już pić kompletnie.  Zaczęłam wtedy już pracować w radiu, chciałam dla kolegów z radia zorganizować parapetówkę. Poprosiłam: „kup alkohol”. A co on zrobił? Kupił słodkie wino. Wstydu mi tylko narobił. Człowiek absolutnie nie dla mnie, nie wiem, co ja robiłam z nim 10 lat.  W końcu załatwiłam rozwód, załatwiłam zamianę dużego mieszkania na dwa mniejsze. A i tak nie mogłam się go pozbyć.

Przysięgłam sobie: nigdy więcej. I dotrzymałabym słowa, gdyby nie Karolak. Spotkałam go parę lat później, bardzo mi się spodobał. Na stałe mieszkał wtedy w Szwecji, tu przyjechał grać koncerty. Poznaliśmy się u przyjaciół. Tak się zaczęło. On nie wyobrażał sobie związku dwojga ludzi bez ślubu. Ja mówiłam: „oszalałeś”.  On wtedy pił bardzo dużo, i powiedział, że jak ja się zgodzę wyjść za niego, to on przestanie pić. Oczywiście, ta naiwna, uwierzyłam. I jego znajomi też w to uwierzyli. – Słuchaj, uratujesz człowieka – mówili. Liczyli też, że dzięki mnie wróci do Polski. A ja pomyślałam: „raz się rozwiodłam, to i mogę drugi”. I nawet tuż przed ślubem napisałam piosenkę: „Wyszłam za mąż, zaraz wracam”.

Oczywiście bardzo szybko zaczął pić. Nigdy nie byłam w życiu tak blisko z żadnym alkoholikiem, parę lat się męczyłam. W końcu któregoś dnia doszłam do wniosku, że albo go zaraz zabiję, albo wezmę psa i się wyprowadzę z tego domu.

Powiedziała  Pani: „dość”?!

Nic mu nie powiedziałam. Jak leżał schlany wstałam i wyszłam. Poszłam do Fedorowiczów, z którymi się wtedy przyjaźniłam. Jak trochę wytrzeźwiał, to się przestraszył. Nagle sam, nie ma mu kto wódki przynieść.

Kupowała mu Pani wódkę?

Pewnie. Jak każda żona alkoholika.

Ale niektóre kobiety nie potrafią powiedzieć: „dość”.

Ale ja nie jestem typową kobietą. Potrafię kończyć relacje, trzaskać drzwiami. Wśród naszych znajomych panuje opinia, że to dzięki mnie Karolak przestał pić, od dwudziestu lat nawet kropli piwa nie miał w ustach. Ale on wie, i sam to często powtarza, że nie miał wyjścia. Sam by sobie nie poradził, miał już uszkodzoną wątrobę, migotanie przedsionków, a panicznie boi się śmierci, w odróżnieniu ode mnie. Potrzebowałby choćby pielęgniarki, czy kogoś, kto przyniesie mu tę wódkę, bo jemu w takim stanie nikt by nie sprzedał. Oczywiście, miałam znaczenie, wiedział, że ja nie wrócę, znał mnie na tyle.

Miał kilka prób leczenia, w końcu rzucił alkohol, ale ja nie wróciłam „ot tak”. Powiedziałam mu, że ma sobie wszyć esperal, inaczej nie zaryzykuję powrotu. Zresztą powiedziałam, że jeśli jeszcze raz się napije – rozwód natychmiast. Mógłby wtedy nawet umrzeć, trudno. Byłoby mi przykro, bo to fajny facet, ale uważam, że alkoholik ma prawo zapić się na śmierć, jego sprawa, nikt nie powinien mu w tym przeszkadzać.

Cierpiała Pani kiedyś z miłości?

Nigdy. Ja nie jestem taka kochliwa.

A w związku?

No wtedy, jak Karolak chlał, to oczywiście, że tak. Ale żeby z innego powodu – nigdy. Dla mnie w ogóle miłość to jest takie pojęcie-mgławica. Co to znaczy miłość? Ludzie często mówią, że bez miłości nie można żyć. A ja jestem pewna i wiedziałam to już po rozwodzie z Czubaszkiem, że jestem typem samotnika, najchętniej żyłabym sama ze sobą.

Bez mężczyzny?

Ależ oczywiście. To nie znaczy, że ja w ogóle nie miałam mężczyzn. Ale żyć z kimś, a spać z nim, spotykać się często, to zupełnie co innego. Związek stały nigdy mi nie był do szczęścia potrzebny. Od dziecka przecież wiedziałam, że nie będę chciała mieć dzieci, no bo może to jest jakiś argument dla kobiety, żeby wspólnie wychowywać?

Pieniądze? Od osiemnastego roku życia utrzymywałam się sama, bo już pracowałam w radiu. Mężczyzna nie był mi więc potrzebny do tego, żeby na mnie zarabiać, czy pomagać mi żyć.

A jaki jeszcze miałabym znaleźć argument, który mógłby skłonić mnie do związku? Lepiej się czuję, gdy jestem samodzielna, nie marzyłam o tym, by mieć podporę.

Mój mąż zawsze dużo wyjeżdżał, na parę miesięcy na statek amerykański, to moi znajomi byli pewni, że ja siedzę i palce obgryzam. I mnie zapraszali na kolacyjki, do kina, odmawiałam. Mam to od dzieciństwa, z nikim się nie kolegowałam, nie spędzałam czasu z innymi dziećmi. W życiu nie miałam przyjaciółek.

Ale przyjaciół Pani ma?

Przyjaciół? Nie, chyba nie. Mam dobrych znajomych, i to są wszystko znajomi związani z pracą. Kończy się praca, kończy się znajomość.

O, na przykład kiedyś w radiu. Wszyscy myśleli, że ja jestem zaprzyjaźniona  z taką panią, bo się często spotykałyśmy, chodziłyśmy na wódeczkę. W momencie, kiedy ta redakcja się rozleciała – to mi nie przyszło do głowy, żeby się z nią spotkać.

W tej chwili człowiek, który – oczywiście poza moim mężem – jest mi najbliższy, to Artur Andrus, mógłby być moim synem. To też jest znajomość związana z pracą, bo z nim pracuję.

To jak się udało Pani tyle lat z jednym mężczyzną?

A wie pani, to zupełnie inna sytuacja.

Są ludzie, którzy muszą być do siebie przyklejeni. O, jak moja siostra, jak ona tego faceta nie trzyma za przysłowiową łapkę, to jest już nieszczęśliwa. Mnie do niczego jest niepotrzebna taka bliskość.

On ma swoją pracę, ja swoją. Ludzie myślą, że mi puszcza swoją muzykę, którą skomponuje, albo że ja jemu coś pokazuję. E tam.

On siedzi tam, ja tutaj. On przy swoich komputerach, ja przy telewizji, której nienawidzi. Oddzielnie jemy, u nas nawet nie ma stołu. Jem o drugiej w nocy, on – kiedy kładzie się spać, czyli 10.00 – 11.00 rano. Nie chodzimy razem do kina, bo nie cierpimy. Nie chodzimy do znajomych, bo Karolak nie lubi imprez, gdzie jest alkohol.

Czuje się Pani odpowiedzialna za męża?

Ja czułam się odpowiedzialna za psa, ale za drugiego człowieka nie poniosłabym żadnej odpowiedzialności. Nawet nie mam zdolności wychowawczych. Jak z tym Czubaszkiem się nie układało, to znajomi mówili: – popracuj nad związkiem, zmień go. Mówię: jak można zmienić człowieka. On jest taki, jaki jest i koniec, albo to akceptujemy albo nie. Karolak ma mnóstwo wad, ale je akceptuję.

Jakie ma wady?

No na przykład, nie jest w stanie niczego załatwić, bo jak ktoś się kładzie przed południem, a budzi się o siódmej, nim wstanie, musi wypić trzy herbaty, dziesięć papierosów wypalić. Na mnie spadają wszystkie rzeczy, muszę pamiętać o rachunkach. To nie jest mężczyzna, który jak ja wyjadę, zapłaci za mieszkanie, a jak wrócę, to będzie lodówka pełna, bo on coś kupi. Nie, on nic nie kupi, ale mnie to nie przeszkadza. Te wady mnie nie irytują, wady Czubaszka doprowadzały mnie do szaleństwa.

A zalety jakie ma?

O, jest inteligentny, jest dobrym muzykiem. Dla mnie mężczyzna musi być w czymś dobry. Ja to się nie znam na jego muzyce, ale mówią, że jest bardzo dobry, no i też leniwy, nie znosi  pracować, zresztą mówi o tym głośno. Mężczyzna musi być w czymś dobry, no, ale nie dobry w jedzeniu kartofli czy hodowaniu sobie brzucha.

Musi być mądry?

  Mądry, czy ja wiem, ja sama nie jestem taka mądra. Inteligentny, a to są dwie różne sprawy. Nie może być głupolem, świństw nie może robić. Ja bym nie mogła być z kimś kto, na przykład, wygryzłby innych, żeby osiągnąć swój cel, podłożyłby komuś nogę. Nie znoszę górowania nad kobietą, ale też nie chcę, żeby był misiem. Ot, facet inteligentny, z pasją, dobry człowiek. To, co mówił Słonimski: „jak nie wiesz,, jak się zachować, to zachowaj się przyzwoicie”. I ja wiem, że Karolak  zawsze się tak zachowa.

Ale bez przesady. Te parę lat, kiedy ja byłam sama, między Czubaszkiem i Karolakiem, naprawdę byłam szczęśliwa.

Szczęśliwa bez seksu czy z seksem?

Ale wie pani, i nie mówię tego, bo jestem stara, zawsze chyba tak miałam, dla mnie seks to nie jest czymś:  „O matko boska, dlatego warto żyć”. Wolałam porozmawiać z kimś, pójść się spotkać w knajpie, napić wódeczki, podyskutować. Jak poznawałam tych facetów, to myślałam: „Cholera, pewnie przyjdzie taki moment, że trzeba będzie pójść do łóżka”. Całkiem mało mnie to kręciło. Taki dodatek do relacji dwojga, no raczej młodych ludzi, bo wiadomo, że teraz to już dawno nie pamiętam, co to jest.

Nietargana Pani namiętnościami, to i szczęśliwa?

Po swojej siostrze przekonałam się, że są kobiety, które myślą inaczej. Tak jak są faceci, którzy myślą cały czas o zaliczaniu, tak i są kobiety skoncentrowane na tym. Nie, że widzę coś w tym złego, absolutnie, ale te hormony, feromony. Tyle zamieszania. Jestem umiarkowana w swoich reakcjach, nie jestem wylewna, nie przeżywam wszystkiego.

A zdradę by Pani wybaczyła?

Kiedyś tak, na pewno. Seks bym wybaczyła, bo mówiłam, że on dla mnie niezbyt ważny. Nigdy nie byłam zazdrosna, chyba że o uwagę, czas.

Ale mąż jest dla Pani ważny?

Oczywiście. Ale dzięki Bogu nigdy mnie nie zadręczał, ani ja jego.

Ale awantury Pan robiła, słyszałam, że złamała  Pani  mężowi żebra?

Nie robiłam żadnych awantur. Robienie awantur jest w złym tonie, jak nie sikam na ulicy, tak nie robię awantur. Ale tak bez emocji bym nie mogła. Choć z czasem człowiek dojrzewa, nie prowokuje bez sensu.

O, na przykład mnie z Karolakiem dzieli to, że on się panicznie boi śmierci, a ja się śmiercią zachwycam. Ale już nie robię tego przy nim. Wiem, że on zdania nie zmieni, ja też. Jeszcze, Karolak jest strasznym pesymistą; że nas wyrzucą z mieszkania,  nie będziemy mieli za co żyć.

Ja jestem pogodną pesymistką. Kocham słowa Woody’ego Alena, najważniejszego mężczyzny w moim życiu po mężu. On powiedział: „świat stoi na rozdrożu, jedna droga prowadzi do unicestwienia, druga do klęski, módlmy się o rozsądny wybór”. Ot, cała prawda o życiu.

Ale gdyby Pani jednak miała dać jakąś radę współczesnym kobietom? Kochającym, cierpiącym, chcącym walczyć o miłość?

E, nie traktować wszystkiego zbyt poważnie. Jezu, po co? Jesteśmy tu na  jakiś czas, jak mawiała moja ukochana poetka Szymborska. Któregoś dnia szlag nas trafi, to po co tak traktować poważnie wszystko. Jest coś ważniejszego od życia – dystans do życia.


Lifestyle Psychologia Związek

Ksiądz Charamsa szkodzi gejom i lesbijkom! Tylko utwardził watykański beton

Artur Grabarczyk
Artur Grabarczyk
5 października 2019
Fot. iStock
 

Coming out księdza Krzysztofa Charamsy budzi mój podziw i… politowanie. Podziw, bo wyznanie „Jestem gejem” wymagało od niego – kapłana, a do tego ważnego urzędnika Kongregacji Nauki Wiary – ogromnej odwagi. Mógł przecież spokojnie nadal ukrywać swoją orientację i swój związek, tak jak robi to wielu innych księży, i nikt by mu złego słowa nie powiedział. A już na pewno nie jego przełożeni. On jednak postanowił zerwać z zakłamaniem, choć wiedział, że będzie musiał za to zapłacić nie tylko posadą w Watykanie, ale też zapewne wyrzuceniem ze stanu kapłańskiego. Gdyby ksiądz Charamsa na tym poprzestał, byłby dla mnie bohaterem.

Ale on postanowił pójść dalej i do swojego coming outu dołączył manifest, w którym ostro krytykuje Kościół Katolicki i domaga się od jego hierachów zmiany podejścia do osób homoseksualnych. Każdy z 10  punktów tego manifestu jest słuszny. Ale jeśli ks. Krzysztof liczył na to, jego żądania zostaną spełnione, to znaczy, że jest naiwny jak dziecko. Już widzę, jak przejęci manifestem kardynałowie zadzierają sutanny i pędzą na złamanie karku, żeby jak najszybciej stworzyć deklarację, w której stwierdzą, że homoseksualizm nie jest grzechem, przeproszą za homofobię kleru, anulują wszystkie watykańskie dokumenty potępiające gejów i lesbijki, a na koniec zaproponują, by ksiądz Krzysztof wziął ze swoim partnerem ślub, którego udzieli im oczywiście sam papież Franciszek.

Człowiek, który spędził w Watykanie tyle lat, powinien wiedzieć, że biskupi i kardynałowie nie znoszą presji. Nie cierpią, kiedy ktoś im mówi, jak powinien wyglądać Kościół i alergicznie reagują na jakiekolwiek żądania. Zwłaszcza w tak delikatnych sprawach jak stosunek do homoseksualizmu. Watykański beton ma bowiem tę szczególną właściwość, że im gwałtowniej i mocniej się w niego uderza, tym bardziej on się utwardza. Dlatego można się spodziewać, że w odpowiedzi na manifest księdza Charamsy hierarchowie nie zrobią nic. Mieliby ugiąć się pod presją księdza, który narobił im tak spektakularnego obciachu, publicznie zwyzywał ich od homofobów i zasugerował, że wśród duchownych roi się od gejów? Niedoczekanie.

Cała ta sytuacja byłaby zabawna, gdyby nie fakt, że w Watykanie ostatnio rzeczywiście coś drgnęło w kwestii otwarcia na homoseksualistów. Papież Franciszek publicznie stwierdził, że należy zmienić dotychczasowy ostry kurs, bo wykluczanie gejów i lesbijek z Kościoła jest po prostu  niechrześcijańskie. Podejście Kościoła do osób homoseksualnych jest jednym z punktów obrad rozpoczętego właśnie Synodu Biskupów i choć nie należy się spodziewać rewolucji, to na delikatną zmianę była ogromna szansa. Ale w Kościele od takich drobnych gestów zaczynają się wielkie przemiany. Przez setki lat Kościół oficjalnie głosił, że Żydzi zasłużyli na potępienie, bo zabili Chrystusa za Boga. Zmiana nastąpiła dzięki Janowi Pawłowi II. Zaczął od drobnych gestów – wizyty w rzymskiej synagodze, spotkania ekumenicznego w Asyżu, podróży do Ziemi Świętej, a skończył tym, że w 2000 roku ogłosił, że antysemityzm jest grzechem. Szkoda, że ksiądz Krzysztof Charamsa w swojej walce o miejsce homoseksualistów w Kościele nie wykazał się podobną  mądrością i cierpliwością.


Lifestyle Psychologia Związek

„Zdążyła” pochować trzech mężów, ale nie zdążyła mieć dzieci. O przewrotności losu

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 października 2019
Fot. iStock

Wizyty na placu zabaw to dla mnie okazja do kilku zdawkowych rozmów z innymi rodzicami. Nie nawiązałam tu jeszcze żadnej przyjaźni, a kiedy moja córka była już na tyle duża, by samodzielnie wspinać się po drewnianych drabinkach i budować zamki z piasku, zaczęłam brać ze sobą książki. Dwa tygodnie temu miało jednak miejsce niezwykłe spotkanie, które połączyło wszystkich pełnoletnich bywalców naszego placu niewidzialną więzią, taką, jaka jednoczy tylko tych, którzy przeżyli podobne emocje.

Od pewnego czasu na naszym placu zabaw pojawia się elegancka starsza pani. W myślach nazywam Ją „panią Marysią”, z jakiegoś powodu to właśnie imię pasuje mi do Niej najbardziej. Pani Marysia przychodzi zawsze około południa, sama. Nie prowadzi ze sobą gromadki wnuków, po prostu siada na ławeczce przy zjeżdżalni. Jej mina zdradza, że gdyby nie konwenanse („co ci młodzi powiedzą?”) wskoczyłaby na huśtawkę i rozbujała ją aż po same szwy swych nylonowych pończoch. Postać pani Marysi intryguje mnie i kiedy w zeszły czwartek, piątek i poniedziałek nie zjawiła się, zaniepokojona postanowiłam podpytać inne mamy, czy może wiedzą o niej coś więcej. – Stara wariatka – rzuca młoda, roześmiana kobieta. – Przychodzi, patrzy na nas i nic nie mówi. Mnie to krępuje.

– Może lubi dzieci… – odpowiadam nieśmiało  – Tak, lubi dzieci, to z własnymi wnukami powinna przychodzić, a nie podgląda cudze  – stwierdziła opiekunka małej Zosi.  – Tu zajmuje miejsce na ławce. Normalnie to starsi ludzie chodzą do parku. – To plac zabaw jest dozwolony do siedemdziesiątki? – zastanawiam się głośno, kiedy nagle drzwi furtki uchylają się skrzypiąc nieznośnie i mała, zgarbiona staruszka w bardzo błyszczących bucikach, wchodzi na placyk. – Dzień dobry – mówi Pani Marysia siadając koło mnie na ławce. Wymieniamy zaledwie kilka zdań, a starsza pani okazuje się uroczą i charyzmatyczną rozmówczynią. Od słowa do słowa okazuje się, że tak jak moja babcia, wychowała się na Żoliborzu. Że podczas wojny straciła i najbliższych, i dom. Zgrabnie i z humorem snuje opowieść o swoim życiu, a obrączka na moim palcu skłania ją nawet do bardziej intymnych zwierzeń.

Mąż numer jeden: miłość, zdrada i nieszczęśliwy wypadek

Pan Kazimierz, fryzjer z Pragi,  woził swoją Marysię na motorze i przynosił jej codziennie świeże kwiaty (szybko okazało się, że kradł je kwiaciarce handlującej na rogu ulicy – pani Marysia oddała jej za to połowę swojej bibliotekarskiej pensji). Pobrali się tuż po wojnie i bardzo kochali. Mimo wielkiego uczucia, jakim pan Kazimierz darzył małżonkę, porzucił ją niebawem dla klientki swojego zakładu, by jednak po trzech latach wrócić do zdradzonej żony, rozpić się na amen i zginąć pod kołami praskiego tramwaju. Związek ten był krótki i gwałtowny, ale na jego wspomnienie rumieńce wstępują na pomarszczone jak skórka zimowego jabłka policzki pani Marysi. Musiał „coś” mieć w sobie, ten pan Kazimierz. – Nie mieliśmy dzieci – dorzuca pani Marysia jednym tchem, a ja kobiecym instynktem wyczuwam, że ten problem bolał panią Marysię bardziej, niż zdrada.

Mąż numer dwa: namiętne tango

Pani Marysia przyznaje odważnie, że swojego drugiego męża „upolowała” podczas urlopu w Zakopanem. Ich małżeństwo przetrwało kilkanaście lat i było namiętne jak tango. I jak tango się skończyło: gwałtownie. Doktor Ryszard zmarł na serce w swoim szpitalu. Nawet nie pożegnał się ze swoją Marysią, która do dziś żałuje jednego. Nie zdążyła mu wytłumaczyć, że wcale nie zgubiła łańcuszka, który mąż podarował jej na dziesiątą rocznicę ślubu. Łańcuszek zapodział się w szafce na bieliznę, zaczepiając o haftki jednej z halek, tej zakładanej na specjalne okazje.

Dzieci się nie doczekali. W związku, który oboje wypełnili sobą aż po brzegi, brak było miejsca dla kogoś tak ważnego jak dziecko. Przynajmniej tak wtedy myśleli…

Mąż numer trzy: przyjaciel na resztę życia

Za swojego sąsiada, Michała, pani Marysia wyszła za mąż 20 lat temu. Nieodżałowany kompan spacerów po parku, zakupów na bazarku i wieczorów przed telewizorem odszedł trzy lata temu, po krótkiej, wyczerpującej chorobie. Nie tak miało być, bo to Ona była w tym związku starsza i chciała umrzeć pierwsza. Jaki był ten „ostatni” mąż? Po prostu bratnia dusza, przy której Marysia nie czuła się nigdy samotna. To on pokazał jej, jak obsługiwać komputer i podróżować palcem po mapach Google’a.

To już koniec miłosnych perypetii pani Marysi. Przyglądam się jej teraz i widzę, jak w trakcie tej opowieści odmłodniała. Kiedy patrzę na pomarszczoną skórę na policzkach, pomalowane czerwoną szminką wąskie usta i żywe patrzące filuternie brązowe oczy, jakoś niezręcznie mi myśleć o niej „staruszka”.

Na placyku czary: w jakiś dziwny sposób wokół naszej ławeczki zgromadził się tłumek rodziców (cztery mamy, opiekunka i jeden tata). Pani Marysi taka publiczność bardzo odpowiada.

Pani Marysia patrzy i… widzi więcej

Pytamy panią Marysię, jak trafiła na nasz plac zabaw. Mówi, że przechodziła tędy któregoś dnia wracając od lekarza. Że przychodzi popatrzeć na młodość, radość, na więź rodziców z dziećmi. Tej ostatniej czasem nie widzi i to ją zasmuca. Nie zazdrości mamom ich gładkich twarzy, ale tego, że należą do niedostępnego dla niej świata rodziców.

Mężów nosi pani Marysia w dużym portfelu, na samym dnie przepastnej torby. Pokazuje nam zdjęcia wszystkich trzech, oddzielone od siebie przegródkami „żeby panowie się nie pokłócili”. Czasem z nimi rozmawia, czasem się żali na swoją samotność. Mówi, że kolejne śmierci bolały ją bardziej, dłużej. Ale najbardziej boli ją to, że z żadnego związku nie ma dzieci, w których twarzach mogłaby odnaleźć rysy ukochanego. I że nie ma wnuków, które tak jak te nasze dzieci, śmigałyby teraz po placu zabaw podbiegając do niej co chwila z jakimś pytaniem lub nowym zdziwieniem nad światem. – Im człowiek starszy, tym więcej w nim tego samego zdziwienia – mówi pani Marysia. – Proszę mi wybaczyć, ale Państwa dzieci są mi bardzo bliskie…

Zapada cisza, patrzymy w milczeniu na nasze maluchy mniej lub bardziej radosne, mniej lub bardziej świadome, że dzieje się coś ważnego, ale rzeczywiście –  wszystkie zadziwione, każde swoim indywidualnym odkryciem. Budową liścia, sypkością piasku, istnieniem kogoś podobnego do siebie, a nawet trwałością telefonu komórkowego taty (trzy razy spadł z drabinek, a wyświetlacz nadal działa). Ściska mi gardło. Inni także mają łzy w oczach.

– Pani Marysiu – mówię przełykając ogromne, słone krople – Czy ja mogę o Pani napisać? – Pani Marysia uśmiecha się czarująco. Zgadza się z entuzjazmem.

Wieczorem popijam herbatę i myślę, o tym, że niedługo pani Marysia przestanie przychodzić na plac zabaw. Nie będzie już przyglądać się nam ciekawa świata, którego nigdy nie poznała „tak naprawdę”, z tym swoim lekko ironicznym, ale przyjaznym uśmiechem. Łzy znowu cisną mi się do oczu. – Dlaczego płaczesz mamo? – pyta moja córka. Postanawiam odpowiedzieć zgodnie z prawdą. – Pani Marysia z placu zabaw nie ma nikogo. – Dlaczego Wy mówicie na panią Janinkę Marysia?- pada z drugiej strony- I Ona wcale nie jest sama. Wszystkie dzieci z placu zabaw są jej przyjaciółmi – słyszę.

Starość to dla nas, rodziców dzieci z placów zabaw ciągle abstrakcja. Dlaczego? Przecież pamiętamy już, jak odchodzili nasi dziadkowie. „Oni” to jutrzejsi „my”. Czy ich emocje przeżywane w związku z pierwszą, drugą, trzecią miłością są inne? Czy cierpienie pani Marysi, która nie mogła mieć dzieci, różni się od cierpienia dzisiejszych mam, walczących z problemem bezpłodności? Życiowej mądrości starszych ludzi nie znajdziemy na internetowych forach, bo to pokolenie rzadko jeszcze ma dostęp do komputerów. Refleksji płynących z tego, czego doświadczyli nie wysłuchamy, bo brak nam cierpliwości, by wysłuchać kogoś, komu wypowiedzenie kilku zdań sprawia trudność…

Doceńmy starszych ludzi, tych „nas z przyszłości”. Niech będą naszymi przewodnikami po życiu, pokazując nam jak sprawić, że gdy nadejdzie nasza starość, będziemy szczęśliwi i spełnieni.

 


Zobacz także

Meghan Markle – zwykła „niezwykła” dziewczyna, która skradła serce księcia

Reagujesz, czy odpowiadasz, czyli kilka prostych przykładów jak (nie) rozmawiać z dziećmi

Czujesz głód? 7 niezawodnych przekąsek. Musisz mieć je w domu. Akcja „To lato jest Twoje. Pierwszy krok do zmian”

www.farm-pump-ua.com/testoged-e.html

https://www.biceps-ua.com/

Шпанская мушка