Macierzyństwo Zdrowie

„Zdrowie Rodziny” – nowa publikacja już jest dostępna on-line

Redakcja
Redakcja
10 grudnia 2019
Fot. Materiały prasowe
 

Już dziś zapraszamy do zapoznania się z kampanią prasowo-internetową „Zdrowie Rodziny”. Projekt ukazuje się z dziennikiem Rzeczpospolita. 

Nasz portal jest patronem tej publikacji :).

Publikację otworzy wypowiedź Prof. nadzw. CMKP,  dr hab. n. med. Teresy Jackowskiej – Konsultanta Krajowego w dziedzinie pediatrii, która w wywiadzie wypowie się na temat wyzwań w polskiej pediatrii i trudnej pracy pediatry, zarówno poprzez delikatne ale i profesjonalne relacje z rodzicami a przede wszystkim z małymi pacjentami, na temat roli szczepień i profilaktyki.

Dr Hanny Czajka – Kierownik Wojewódzkiej Poradni Chorób Zakaźnych w Wojewódzkim Specjalistycznym Szpitalu Dziecięcym im. św. Ludwika w Krakowie, zgodziła się przybliżyć czytelnikom wrażliwy temat szczepień i problemu meningokoków. Dzięki poruszającej historii Mamy Weroniki na temat walki o życie córki zakażonej meningokokiem – rzetelne postanowiliśmy przedstawić ten temat.Zdrowie Rodziny

Maria, Jakub i Gabrysia autorzy bloga oczekując.pl – opowiadają o tym jaki mają patent na wesołą i szczęśliwą rodzinę. Natomiast Anna Dymna zgodziła się na wsparcie kampanii poprzez wywiad, w którym przybliża działania swojej Fundacji i o tym jak ważną rolę w procesie leczenia i rehabilitacji odgrywa wsparcie najbliższych.

Na łamach publikacji walczymy również o dostęp do nowoczesnej terapii w stwardnieniu rozsianym. Wesprze nas w tym apelu Fundacja Neuropozytywni oraz głos prof. dr hab. n. med. Konrad Rejdak.

Zostanie również poruszony temat macierzyństwa i HIV. Do wypowiedzi zaprosiliśmy Dr Annę Marzec-Bogusławską, Dyrektor Krajowego Centrum ds. AIDS

Polecamy Wam też dwa panele ekspertów. Pierwszy został poświęcony odkleszczowemu zapalenie mózgu – głosu udzieli dr Ryszard Koniora oraz prof. dr hab. Joanna Zajkowska.

Drugi dedykowany będzie tematowi Przewlekła obturacyjna choroba płuc – tu głosu udzieli trzech ekspertów:  Prof. Ryszarda Chazan, Prof. Małgorzata Czajkowska – Malinowska.

Dla czytelników publikacja dostępna online.

 

 

 


Macierzyństwo Zdrowie

Dlaczego nie warto robić życiowych bilansów? Ja za nie podziękuję

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
11 grudnia 2019
Fot. iStock / lzf
 

Koniec roku to czas podsumowań. Wszędzie pełno różnych list: „Najważniejsze wydarzenia roku”, „Ludzie sukcesu w 2016 roku”, „Najwięksi przegrani…”. Prywatnie, w życiu, robimy „to” sobie nie tylko w grudniu. Bilansu życia dokonujemy, gdy przekraczamy 30-tkę i okazuje się, że nie mamy jeszcze własnego mieszkania, dziecka, a nasz związek jest bardziej kruchy niż stały. I  kiedy mamy 50-tkę, a do zajęcia upragnionego, kierowniczego stanowiska w pracy ciągle daleko. I także wtedy,  gdy zbliża się 10 rocznica ślubu, a my zastanawiamy się nad rozwodem. Czy warto podsumowywać swoje życie?

Ja za życiowe bilanse dziękuję. Nie zrobię sobie tego. I mówcie co chcecie, mam swoje powody. Nawet mogę wam je wyłożyć. Nie będę robić żadnych podsumowań:

1. Ponieważ nieustannie się zmieniamy

To dość oczywiste. Dziś nie jesteśmy tacy sami, jak kilka lat temu. Coś, czego nie dokonaliśmy pięć lat temu (np. zmiana pracy, która nie przynosi nam satysfakcji innej niż finansowa), za następne pięć przyjdzie nam z łatwością. Albo, odwrotnie, dziesięć lat temu w ciemno dokonaliśmy wyboru (przeprowadzka zagranicę), który dziś budzi nasz lęk. Sytuacje, w których decydowaliśmy tak, a nie inaczej, okoliczności, w których się znajdowaliśmy, ludzie z którymi byliśmy, wszystko to wpływało na nas i na nasze, określone decyzje. Ale jesteśmy już innymi ludźmi. Nie porównujmy siebie z „wtedy” do siebie z „dziś”.

2. Bo lepiej patrzeć w przyszłość niż ciągle mierzyć się z przeszłością

Przecież zawsze możemy znaleźć w tej przeszłości coś, co można było zrobić lepiej, inaczej. ”Gdybym miała wtedy to doświadczenie życiowe co dziś” – lubimy sobie powtarzać, przekonani, że z dzisiejszą mądrością nasze losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Skąd się bierze ta pewność? Takiej gwarancji wcale nie ma, bo życie jest czasem bardziej nieprzewidywalne niż najdziwniejszy sen. Nie dokładajmy sobie tym „gdybaniem” rozczarowań sobą. Nie potrzeba nam gorzkich wniosków tylko optymistycznego spojrzenia w to wszystko, co ciągle przed nami.

3. Bo to, czego dokonaliśmy w przeszłości, bądź to, na co na co nie starczyło nam siły, odwagi, wiary czy możliwości wcale nas nie określa

Człowiek to istota złożona:). Nie możesz jeszcze „odhaczyć” najważniejszych punktów z twojej listy? Nie masz pięknego domu, dwóch samochodów, kierowniczego stanowiska? A może głównym celem było założenie rodziny, szczęśliwy związek, spokojne, poukładana codzienność? Nie udało się, rozumiem. Twoje życie, za sprawą twoich osobistych wyborów potoczyło się inaczej niż o tym marzyłaś. Ale jutro jest ciągle otwarte i od ciebie zależy co z nim zrobisz. Nie ograniczaj się więc myśleniem o tym, że dziś ten twój bilans jest „na minusie”. To cię wcale nie określa. Gdyby tak było, czy dawalibyśmy sobie ciągle nowe szanse? Może dopiero dojrzewasz do tego, by przeorganizować swoje życie?

4. Bo życie i tak pełne jest egzaminów, klasówek i sprawdzianów

Są takie dni, kiedy olbrzymim wyzwaniem jest samo wyjście z domu. Czasem chorujemy my, czasem bliskie nam osoby. I wielkie plany trzeba odkładać na jakieś „później”, które być może wcale nie nastąpi. Miejmy tę świadomość i nie stawiajmy sobie poprzeczki wyżej niż sięga nasz wzrok. Nie oznacza to wcale: pozbądźmy się marzeń. Raczej: nie rozpaczajmy, gdy do ich spełnienia ciągle daleko. Nie stawiajmy sobie minusów, nie katujmy uwagami w życiowym dzienniczku.

5. Bo życie nie jest matematyką, a człowiek nie jest maszyną zaprogramowaną na sukces

Nie zawsze wysiłek, czas i poświęcenie, które zainwestujesz w jakieś przedsięwzięcie przyniesie spektakularny efekt. Ludzie zawodzą, ty zawodzisz i wymiernego efektu nie zobaczysz, nie zapiszesz w swojej tabelce. A  może źle ją skonstruowałaś? Może za mało w niej miejsca w rubrykach „doświadczenia”, „emocje”, „uczucia w danym momencie”, a za dużo w tych, które nazwałaś „życiowe sukcesy” i „życiowe porażki”…?

Pamiętajcie, nie chodzi o to, by żyć, działać, podejmować ważne decyzje bez refleksji, nie ucząc się na błędach przeszłości. Chodzi o to, by nie stać się więźniem utartych schematów, tego przekonania, że „trzeba czegoś w życiu dokonać”. Żyjmy tu i i teraz, dokonujmy „małych rzeczy” codziennie. Szczera rozmowa z bliskimi, czas spędzony z dziećmi, zaakceptowanie swojej niedoskonałości zamiast dążenia do wyśrubowanego ideału. To są prawdziwe życiowe sukcesy.


Macierzyństwo Zdrowie

Zapomnieć o własnych dzieciach z powodu przeceny w sklepie? „Zrób coś dla siebie, poczuj się lepiej” – to nie są zwykłe zakupy, to coś znacznie więcej…

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
10 grudnia 2019
Fot. iStock / Katrin_Timoff

Z Kasią umówić się na spotkanie jest trudno. Pracuje, ma dwie córeczki, męża. No i dwa razy w tygodniu chodzi na terapię. Nie, nie ma problemu z alkoholem ani innymi używkami. Nie chodzi też o jakieś traumatyczne przeżycia z dzieciństwa. Jej problemem są… zakupy. To poważny nałóg, przez który niemal doprowadziła do ruiny rodzinny budżet, „zapomniała o dzieciach” i prawie straciła męża.

– Wyobraź sobie, że jedziesz po dzieci, do przedszkola, ale myślisz tylko o tym, żeby po drodze zaparkować pod galerią handlową. Jesteś tak zdenerwowana, że w samochodzie klniesz na te dzieci, na męża, na przedszkole, bo to wszystko stoi teraz na twojej drodze do szczęścia. Wściekła, odbierasz w końcu dzieci (trudno ci się skupić na tym, co ma ci do przekazania nauczycielka) i zamiast jechać do domu, nakarmić domowym obiadem, być dla nich, wieziesz je do tej swojej galerii. Wciskasz firmową drożdżówkę z firmowej kawiarni i możesz odetchnąć: jesteś w domu. Czyli możesz zacząć zakupy. – Czy to już jest to kompletne dno? – pytam, przypominając sobie , że całkiem niedawno sama byłam świadkiem podobnej sceny. Jakaś mama krzyczała na trzyletnią, zapłakaną dziewczynkę: „No jedz szybciej ten marcepan, ja MUSZĘ sobie coś kupić jeszcze!”.

– Nie. Dno jest wtedy, kiedy przez ciebie rozpada się rodzina. I kiedy burzysz jej bezpieczeństwo – mówi Kasia. Na terapii (drugie podejście) przedstawiła się następująco: Dzień dobry, mam 34 lata, dwójkę dzieci. Jestem zakupoholiczką. W „rekordowym” miesiącu wydałam na zakupy ponad 9000 złotych.

Kasia nie ma obecnie ani własnej karty debetowej ani dostępu do konta w banku. Z mężem podpisała umowę, zgodnie z którą do zakończenia terapii dostaje do ręki tylko drobne sumy na codziennie, niezbędne wydatki. Jak do tego wszystkiego doszło?

„Zrób coś dla siebie, poczuj się lepiej”

Zaczęło się dość niewinnie. Kiedy trzyletnie bliźniaczki poszły do przedszkola, okazało się, że Kasia ma wreszcie trochę czasu dla siebie. Za dwa miesiące miała wrócić do pracy, postanowiła więc trochę w siebie „zainwestować”. Mąż, kochający i dbający, ale bardzo zapracowany, przelał na jej konto jakąś dodatkową sumkę, żeby mogła „się ubrać” i „może pójść do fryzjera, czy kosmetyczki”.

– Co tam sobie zamarzysz, kochanie – powiedział całując ją w sam czubek głowy – Zrób coś dla siebie, poczuj się lepiej. – dodał i poszedł do biura. A Kasia, jeszcze tego samego dnia odkryła, że ani fryzjer, ani kosmetyczka nie potrafią sprawić by poczuła się tak jak wtedy, gdy podaje ekspedientce kartę, a chwilę później wychodzi ze sklepu z eleganckim żakietem od modnego projektanta. I z kontem uboższym o 1600zł. Skąd to się bierze? Nie wiadomo. Wcześniej też lubiła zakupy, ale nie aż tak…

– Potrafisz opisać to uczucie, czy lepiej, żebyś go sobie nie przypominała? – pytam, mając na myśli sam moment wydawania pieniędzy – Spokojnie, oswoiłam to. Jest i podniecenie i jakby wolność i takie drżenie w okolicach serca. Adrenalina. Wtedy kiedy TO się zaczynało, kręciło mnie jeszcze to, że wchodzę i kupuję sobie droższy ciuch. Udawałam, że to dla mnie chleb powszedni. Zaszpanowałam… Potem miałam moment przebłysku jakiejś świadomości tego, co się wydarzyło. Jak tylko wróciłam do domu opanował mnie strach. Nie powiedziałam mężowi o tym żakiecie. Kosztował tyle, co połowa naszej raty za mieszkanie.

Mimo to, następnego dnia, Kasia wróciła do tego samego sklepu i do żakietu dokupiła kaszmirową bluzeczką, przemiłą w dotyku. A podczas trzygodzinnej rundki po innych butikach wydała kolejne 2000zł, kupując: dwie pary butów, broszkę, modny otwieracz do puszek, wazon, skórzany pasek i ocieplacz. Do domu przywiozła tylko bluzeczkę, resztę pakunków zawiozła do małej kawalerki, którą odziedziczyła po swoim ojcu.

Potem wszystko potoczyło się szybko. Zakupy stały się kasinym hazardem. Odwoziła dzieci do szkoły i zaczynała swój rytuał: rajd po sklepach. A mieszkanie po tacie powoli zapełniało się jej „zdobyczami”. Kiedy kończyły się pieniądze, prosiła męża o mały przelew. „Zarabiasz tyle, a żałujesz żonie paru groszy – podbierała go na ambicję. Kłamała, że to na przedszkole, niespodziewaną dopłatę do czynszu, albo że potrzebuje szybkiej pożyczki dla ciężko chorej przyjaciółki, która przyjechała właśnie do kraju po wielu latach spędzonych na emigracji (dlatego Maciej jej nie zna). Kiedy Kasia wróciła do pracy nie musiała już prosić, miała dla siebie całą pensję. Tak się umówiła z mężem: on zarabia „na rodzinę” i kredyt, ona – na siebie i drobne zakupy.

W domu była wesoła i energiczna. Dziś wie, że to co mylnie nazywała energią, to charakterystyczny dla uzależnionych stan lekkiego podenerwowania, taki, który pojawia się kiedy już planujesz jak najszybciej ulżyć swojemu nałogowi.

Przebudzenie

– Kiedy Twoi bliscy zauważyli, że masz problem? – dopytuje zdziwiona, że można żyć pod jednym dachem z zakupoholiczką i naiwnie nie zdawać sobie z tego sprawy – Mój mąż zorientował się, że wydaję za dużo zaraz po świętach. Gwiazdka w zeszłym roku była wyjątkowo dorodna – śmieje się Kasia – Dziewczynki dostały niemożliwą wręcz ilość zabawek, książek i ozdób do włosów. Marcin się zdenerwował. Umawialiśmy się zawsze wcześniej, że w Boże Narodzenie dajemy sobie symboliczne prezenty, że najważniejsze jest to, że mamy siebie. Zaczął mnie pilnować, dzwonił kilka razy dziennie. Wcześniej wracał z pracy. Spytał też przedszkolankę, czy dziewczynki dlugo czekają aż odbiorę je z przedszkola, czy robię to jak zawsze, od razu po wyjściu z biura… Denerwowało mnie to strasznie. Zranił moją dumę. Poczułam wyraźnie, że już mi nie ufa tak bezgranicznie, że podejrzewa. Przeczekałam. Wytrzymałam dwa tygodnie. Bolało wręcz fizycznie.

To prawdziwe „dno” nastąpiło wtedy, gdy Kasia, po dwutygodniowej przerwie spowodowanej podejrzeniami Maćka, pewnego dnia odwiozła bliźniaczki do przedszkola i … kompletnie o nich zapomniała. Zaplanowała już wcześniej, że w pracy wezmie wolne, że zamiast do biura, pojedzie do „swojej galerii” i spędzi tam tyle czasu ile spędziłaby w pracy. Podczas gdy wychowawczyni, a pózniej dyrektorka przedszkola wydzwaniały do niej z prośbą o odebranie dzieci, ona zatracała się w swoim zakupowym szaleństwie, a rozładowany telefon leżał na samym dnie torebki. Tej, nabytej w wyjątkowo promocyjnej cenie w sklepie pewnej bardzo znanej marki.

Dziewczynki z przedszkola odebrał mąż Kasi. Gdy stanęła w drzwiach ich mieszkania, zdenerwowany i zrozpaczony wydzwaniał właśnie trzecią godzinę po szpitalach,  znajomych i rodzinie.
–  Powiedział, że kiedy weszłam, wyglądałam jak kompletna wariatka. Rozwiane włosy, szklany, nieobecny wzrok, przyspieszony oddech – opowiada Kasia – Spojrzał na mnie i wiedział. A poza tym, zajrzał do kawalerki taty. Pomyślał, że może pojechałam tam zrobić porządki i zemdlałam. No i zobaczył stosy tych pakunków, rachunki… Zrozumiał. Zaczęłam zaprzeczać, kłamać. Groziłam rozwodem. Ja groziłam – rozumiesz? Po tygodniu zaprowadził mnie na terapię. Ale ja tej terapii nie chciałam. Szybko rezygnowałam, powiedziałam, że jestem zdrowa.

– A byłaś zdrowa? – pytam, chociaż znam opowiedz. – Skąd. Od razu wpadłam z deszczu pod rynnę. Dostałam szlaban na wychodzenie z domu, poza tymi godzinami kiedy jestem w pracy. Więc zaczęłam robić zakupy przez Internet. Na kartę kredytową mojego męża, taką awaryjną. Wyjęłam ją z jego portfela kiedy spał. Zamawiałam na adres firmy, w której pracuje. Tam nikt się nie dziwił, z resztą mówiłam, że jako jedyna mam taką możliwośc więc zamawiam co się da dla rodziny i znajomych. – Ale wróciłaś do leczenia. To była twoja decyzja?  – dopytuję.– Całkowiecie moja – mówi Kasia.

Jak to się stało, że  jest już na półmetku terapii? Za pierwszym razem przerwała, nie wytrzymała. Nie umiała odnalezć się w grupie, w swojej chorobie.  Ciągle wydawało jej się, że jest inna niż pozostali, jakaś „lepsza”. Wróciła, bo złapała się na tym, że planuje ukraść koleżance z pracy kartę debetową z portfela (pin znała od dawna, bo znajoma wyjątkowo niefrasobliwie zapisała go na żółtej karteczce), a potem, jak dawniej, pójść do galerii… To był ten moment, kiedy uświadomiła sobie, że jest chora. Zaraz potem mąż Kasi zorientował się, że żona wydała na zakupy całą dostępną na karcie kredytowej sumę. Załamał się. Chciał zabrać dziewczynki i się wyprowadzić. Mówił o rozwodzie. Kasia zobaczyła jak go traci, jak przez nią rozpada się jej rodzina. I że na terapii, ani ona nie jest lepsza, ani „oni” nie są gorsi.

Teraz wreszcie rozumie dlaczego się tam znalazła i głęboko wierzy, że  jej się uda. I że mąż też uwierzy. To dla niego się stara. Zgodziła się na wszystkie warunki. Poprosiła tylko o to, żeby nie mówił o ich problemach swoim rodzicom. – Nie zrozumieliby – twierdzi Kasia. No bo kto zrozumie, że można zapomnieć o własnych dzieciach z powodu przeceny w sklepie z ozdobami z porcelany…?


Zobacz także

Twoja dieta zależy od twojego wieku. Czy wiesz, co powinna jeść 20, 30, 40, 50-latka?

Nowa JA na wiosnę – zdrowie i piękno bez wyrzeczeń. Sprawdzamy czy dieta koktajlowa ma sens i co zdziałać mogą niektóre rośliny

7 rzeczy, których nie wypada Matce Polce

www.danabol-in.com/injection/testosteron /testosteron_enantat_kupit

progressive.ua

viagra mg