Lifestyle Psychologia Zdrowie

Trzymaj się mocno i regularnie! #łapjaja

rakowaPATKA
rakowaPATKA
26 kwietnia 2016
http://www.lapjaja.pl/
łap jaja – http://www.lapjaja.pl/
 

Przepraszam, że kazałam Wam czekać. Spóźniam się tylko na spotkania z facetami. I’m a real woman! No przecież! A to wszystko przez te jaja! Na śniadanie tylko jaja, byle nie za miękkie! Do tego jeszcze będę gadać o Nim i o Jego jajach. Auć! Wybaczycie? Jak zawsze!

 

No więc kim On jest?
Wojtek pracuje w marketingu, w swojej firmie. O raku dowiedział się na trzy miesiące przed swoimi 38 urodzinami. I wygrał z nim tę nierówną walkę. Dlaczego nierówną? Bo jak sam mówi:

„Od początku wiedziałem, że ją wygram. To duża przewaga, to jak gra w piłkę na własnym stadionie.”

 

Jak Go poznałam?
Wirtualnie! Ale nie był to portal randkowy! 😉 Spokojnie! Facet ma śliczną żonę i urocze dziecko! Tak więc, poznaliśmy się dość intensywnie, na tyle na ile pozwoliła klawiatura i przeróżne tematy zabójcze. Już dwa lata temu wiedzałam, że ten facet ma jaja! Nie dość, że potrafił złapać się za nie (!), to jeszcze udało Mu się nakopać RAKowi po jajach. Tak! to poważna sprawa! Dlatego profilaktyka jest tak ważna! Bo szybko wykryty rak jąder jest w 100% uleczalny! No i ten Wojtek, zagryzając kabanosa – wszyscy wiedzą, że je lubi, motywował, kombinował, działał. Jakiś efekt? Jest AKCJA! Akcja reakcja! Odpalona! WySTARTowała dziś! Ale jaja!

Co, jak i dlaczego?  Najprawdopodobniej złapiesz się za głowę! Ale chwilę potem złapiesz się za jaja! Zrobisz to umiejętnie – to nie zabolą!

(…) Dlaczego to takie ważne?
Bo profilaktyka jest podstawą do wyleczenia! Bo wciąż faceci nie chcą się badać, wstydzą się, nie wiedzą jak! Paranoja! Bo dostaję tutaj wiadomości „zbadałem się, wykryłem, pobiegłem i… ŻYJĘ!!!”. Nie ma lepszej motywacji do działania. (…)

Czytamy blogi. Faceci też! Faceci to lubią! Biznes, sukces, wspinanie się na szczyt. Ten , inny od wszystkich, warto czytać! Bardzo męski! A co jeśli okaże się, że to najważniejszy i jedyny do zdobycia przez ciebie szczyt? Tym którym brakuje odwagi, mogą się z Wojtkiem skontaktować. W wiadomej sprawie – jak złapać! 😉

 


Panie i Panowie & Panowie i Panie, dzisiejszy wpis pół żartem, pół serio w sprawie słusznej, a nawet bardzo słusznej! I nie chciałabym być, przy tym wtorku, aż tak nieprzyzwoita, ale śmiem powiedzieć, że ta AKCJA to świetna sprawa w sypialni, albo pod prysznicem. Tak, dla urozmaicenia, no i przede wszystkim dla zdrowia. Kobiety czasem, jak kochają na zabój, są gotowe zrobić wszystko dla swojego faceta!  No przecież ! Chłopaki, nie przegapcie tej okazji! Kobiety lubią brać sprawy w swoje ręce! No przecież! One mnie zabiją! Auć! Przyjemności! Więcej filmów można obejrzeć na kanale . Oni wszyscy robią sobie jaja! A przy tym edukują i to w jakim stylu!

Poważniejszy ton? Serio? OK! To kampania edukacyjna, której celem jest przede wszystkim uświadamianie młodym ludziom, zarówno facetom jak i kobietom, jak w prosty sposób można badać się profilaktycznie. Kampania w kraju wystartowała dziś, czyli w ostatnim tygodniu Międzynarodowego Miesiąca Walki z Rakiem Jądra. Jednym z partnerów kampanii jest .

 

Na czym polega akcja?
1. Trzeba wejść na stronę
2. Podzielić się nią ze znajomymi – dzielenie się z innymi, to przecież taka frajda!
3. Nagrać filmiki z hasztagiem
4. Zrobić zdjęcia z hasztagiem #łapjaja.

13100940_1309097335783593_2142946843226457546_n

 

Po co to wszystko?
Świadomość. Samokontrola. Profilaktyka. Im więcej facetów złapie się za swoje jaja tym lepiej!


No przecież!



Lifestyle Psychologia Zdrowie

Jak przetrwać żałobę, nie oszaleć i pamiętać?

rakowaPATKA
rakowaPATKA
30 października 2016
Fot. iStock/YinYang
 

Wielu z nas kogoś straciło, wielu z nas za kimś tęskni. Żałoba to nic innego jak stan, w który wprowadzamy się po odejściu bliskiej nam osoby. To bolesny etap, na który większość ludzi nie jest gotowa. Bo nikt nie jest gotowy na śmierć. I to przeżywanie straty jest bardzo indywidualne. Limit czasowy? Obawiam się, że nie istnieje. Przez to trzeba przejść. Nieważne czy będzie to droga na skróty, czy też inna. 

Przez ostatni rok doświadczyłam tego przeżywania. Nie broniłam się przed tym. Moja żałoba, ta kalendarzowa, dobiega końca. Ta patolgiczna zakończyła się jakiś czas temu. Ta osobista, emocjonalna jeszcze się nie kończy. Sądzę, że to długa jeszcze droga. Ja nawet nie chciałabym jeszcze jej końca. I choć temat śmierci jest trudny i nie każdy potrafi się tym podzielić, nie każdy potrafi o tym rozmawiać. Ja to robiłam od pierwszego dnia. Nie tylko oswajałam z tym siebie i swoich bliskich, ale też grono moich przyjaciół i znajomych. Chciałam, by oni wiedzieli, że ja cierpiałam, że było mi źle, że próbowałam nie oszaleć w tym najtrudniejszym momencie swojego życia. Dziś jestem im bardzo wdzięczna za wsparcie, jakie mi okazywali. Wiem też, że oni sami uczyli się ode mnie nie tylko tych trudnych emocji, ale też oswajania się z tym, że trzeba to jednak przeżyć. Po swojemu i z różną intensywnością. Przeszłam poważny kryzys, który doprowadził do wielu zmian – tych psychologicznych, somatycznych, a także społecznych.

Nie myślałam w ogóle o pracy, nie wychodziłam z domu przez kilka dni, nie chciało mi się umyć, a co dopiero wejść do wanny, poleżeć i potem pachnieć.

Byłam pełna smutku, gniewu, złości do ludzi i przeogromnego żalu. Bardzo tęskniłam za tym młodym człowiekiem, którego straciłam. Czułam potworny niedosyt. Wylogowałam się z życia społecznego, unikałam ludzi, nie chciałam z nikim rozmawiać. Do podtrzymania relacji wystarczała mi klawiatura. Karmiłam się nieustannie tym, że skoro kilka lat temu, postanowiłam zająć się działalnością charytatywną na rzecz chorych onkologicznie – to doświadczenie, które zdobyłam a które utwardzało mój tyłek, spowoduje, że jakoś dam sobie z tym radę, że będę potrafiła sobie sama pomóc. Tak jak pomagałam wielu innym. Liczyłam na to, a jednak dla siebie nie potrafiłam znaleźć ani ciepłego słowa otuchy, ani siły. Oszukiwałam wszystkich, oszukiwałam w internecie, na swoich kanałach komunikowałam, że słońce świeci i jest tak pięknie. A tak naprawdę to słońce raziło mnie w oczy. Nienawidziłam dni, kochałam noce. Nie mogłam spać, gubiłam włosy, do życia wystarczała mi kawa. Pocieszałam się, że i tak jestem silna, bo nie topiłam się w kieliszku wina! Natomiast potrafiłam zjeść całą czekoladę. Ja, która dba o swoją profilaktykę, zaczęłam żywić się cukrem. Na efekt uboczny nie musiałam długo czekać. Musiałam poszukać stomatologa. I gdzieś w tyle głowy, od czasu do czasu, zapalała się lampka, że nie mogę tak dalej ciągnąć, bo przecież w taki sposób narażam siebie na trwałą utratę zdrowia. A przede wszystkim narażam moje dziecko, które było świadkiem mojego rozpadu. Dziecko, które robiło wszystko by odnaleźć miejsce i dla siebie w tej żałobie, była dzielna, ale też przyszedł moment, że usłyszałam:

– Mamo ja już nie wiem jak tobie pomóc. Ja już nie potrafię!

Bez wątpienia chwytało mnie to za serce, łapało za pysk, ale i tak było ponad ludzkie siły. Zmuszałam się do tego, by powłóczyć nogami do parku i móc przebiec chociaż kawałek. Dla siebie. Dla mojego dziecka, które zaczęło się o mnie najzwyczajniej bać. Sprawy się piętrzyły, ja je odkładałam. Nie wyglądało to dobrze. Moją ucieczką od rzeczywistości było rozpamiętywanie. I pisanie o tym. Zaczęłam pisać książkę, wtedy kiedy wszystko było świeże. O książce poświęconej walce z rakiem myślałam od kilku lat, ale dopiero wtedy, kiedy znalazłam się w takiej sytuacji, gdzie mogłam towarzyszyć bardzo bliskiej mi osobie – ta inicjatywa nabrała realnego kształtu i prawdziwej emocji. I w taki też sposób postanowiłam przerobić to wszystko – co się ze mną działo. Wracałam do hospicjum, do miejsca w którym odszedł mój bliski. Początki były trudne, potrafiłam rozpłakać się nawet w autobusie, w który wsiadałam, a który się kojarzył. Jednocześnie odczuwałam przejmującą tęsknotę i pewnego rodzaju ulgę, gdy przebywałam w hospicjum. Dlaczego wracałam do tego miejsca? Dlaczego nie unikałam go? Może dlatego, że to tam był ostatni przystanek mojego bliskiego. I tylko tam mogłam pójśc. Prawdą jest, że wszystko tam przypominało i ból i cierpienie, ale też przypominało najpiękniejsze wspólne momenty. Gdy widziałam innych chorych, ich bliskich, śmiech przez łzy, rozpaczliwe łapanie każdego oddechu – moje serce klękało. I to było takie mi bliskie. Cieszę się, że nie uciekałam od tego miejsca, że nie znienawidziłam, że nie omijałam. A nawet zapragnęłam rozwijać je, w miarę swoich możliwości. A możliwości jest wiele, czasem wystarczą małe, ale konsekwentne działania.

St Joseph's Hospice, Londyn Fot. Patka Pastwińska

St Joseph’s Hospice, Londyn/Fot. Patka Pastwińska

Może to nawet zabrzmi nieprawdopodobnie, ale ja tam odpoczywałam. Odpoczywała moja głowa, odpoczywało moje serce. Odnajdywałam inspirację. Wychodziłam silniejsza, a to dlatego, że mierzyłam się z tym wszystkim. Hospicjum to życie. I to jest niesamowite.

Po kilku miesiącach takiego bycia w tej swojej przestrzeni podjęłam decyzję o terapii. Spotkania z psychologiem, które kontynuuje do dziś – bardzo mi w tamtym czasie pomogły. Pomagają mi do teraz. W czym pomogły najbardziej? Pomogły zrozumieć złość, której było we mnie tak dużo. Na terapii trzeba być bezwzględnie szczerym i nie kontrolować siebie. Tylko wtedy to ma sens. Trzeba ze sobą nad sobą pracować. Wtedy się uda. Postanowiłam spisać wszystko to, co mnie bolało i uwierało i wysłać w liście do rodziny. To była część mojej terapii a jednocześnie niesamowita odwaga i ulga. I to było też pewnego rodzaju zakończenie jakiegoś etapu, z pewnością najbardziej bolesnego. Staram się w tym wszystkim też pamiętać,że nie tylko ja cierpiałam, nie tylko ja tęskniłam. Byli inni, którzy zostali z tym cierpieniem. Nie zawsze życie pozwala nam, by dotrzymać kroku i być obserwatorem. Ja musiałam się uratować. Dzięki temu doświadczeniu, zrozumiałam, że pewnego rodzaju egoizm jest niezbędny w życiu. Z depresją poradziłam sobie bez wsparcia środkami farmakologicznymi, mam tak, że się tego boję, po prostu. Okazuje się, że dałam radę. I dziś jestem już bardzo daleko, a jednocześnie tak blisko. Blisko wspomnień. Dziś uśmiecham się do nich, pielęgnuję je i przechowuję w sobie. Nie chciałabym i wierzę, że tak się stanie, że czas mi ich nie pozaciera. Bo ja choć z każdym kolejnym rokiem będę starsza, moje odczucia będą dojrzalsze.

Wszystkim Wam, którzy pójdziecie w ciągu najbliższych kilku dni na cmentarze i zatrzymacie się przy grobach swoich bliskich – chciałabym życzyć dobrej refleksji, ciepłych myśli, do których będziecie uśmiechać się nad palącymi się zniczami. Zadumy nad przemijaniem. Zwolnijcie prędkość. Uspokójcie swoje serca.


Lifestyle Psychologia Zdrowie

Każda pomoc ma znaczenie. Potrzebna dobra energia! Czyli akcja reakcja

rakowaPATKA
rakowaPATKA
13 kwietnia 2016
Fot. Fundacja Gajusz /

Spełniaj marzenia dopóki jest czas

Większość podopiecznych nie zdąży nawet poznać swoich marzeń. To pierwsza w centralnej Polsce taka placówka, Pałac dla chorych dzieci, gdzie od kilkunastu lat pomaga się nieuleczalnie chorym dzieciom, wymagającym opieki paliatywnej. Pomaga się również ich rodzinom. Czy w hospicjum domowym może być jak w domu? Okazuje się, że może. Tak jest w . Już sam budynek pokryty bajkowym muralem zachęca do wejścia. Panuje tam serdeczna, przyjazna i domowa atmosfera. Jak to się zaczęło i kto za tym stoi? Przeczytasz .

Mój dzisiejszy wpis to apel, gdyż okazuje się, że do końca tego miesiąca, do końca kwietnia 2016 roku – Łódzki Pałac, czyli Stacjonarne Hospicjum dla Dzieci – powinno zakupić agregat prądotwórczy, bez którego nie ma życia…


„ Kiedy wysiada prąd mamy półtorej godziny na reakcję, bo cały sprzęt posiada naładowane baterie na 90 minut. Stan dzieci oceniamy pracując z latarkami górniczymi, żeby ręce były wolne. I z komórkami na głośnomówiącym, żeby awaria została usunięta jak najszybciej. I zwyczajnie boimy się, czy się uda. Czy zdążą na czas specjaliści elektrycy, a jeśli nie to czy karetki przyjadą natychmiast, żeby zabrać przestraszone dzieci do szpitala.”

Fundacja Gajusz nie jest mi obojętna, to ważne dla mnie miejsce. Jestem Łodzianką, znam to miejsce, placówka znajduje się w okolicy, w której się wychowałam, w której dorastałam. Pracują tam wspaniali lekarze, przyjazny personel. Pod koniec zeszłego roku Fundacja Gajusz przyjęła jednorazowo młodego chłopaka, który chorował na bardzo agresywnego raka kości, a który znalazł się w krytycznym momencie. Żadna inna łódzka placówka, w tym również szpitale, nie mogli bądź nie chcieli Mu pomóc. A to tylko dlatego, że był pacjentem onkologicznym leczonym w GB, w Londynie. , będący wtedy na dyżurze, uratował mojemu Bratu życie. Udało Mu się wydłużyć to Jego życie o kilka tygodni. Dlatego kawałek mojego serca jest w tamtym miejscu.

Fundacja Gajusz uruchomiła zbiórkę pieniężną i pomimo ogromnego zaangażowania ludzi dobrej woli, nie jest jeszcze gotowa, by zrealizować ten cel. Dlatego również i ja zwracam się do Was z prośbą o jakiekolwiek darowizny w tej słusznej sprawie. Sama prześlę cegiełkę od siebie i jeśli mogę prosić, w imieniu swoim i rodziców podopiecznych tej fundacji – to proszę. Proszę o pomoc.
Całus w serce!

Wpłat na agregat prądotwórczy można dokonywać tutaj: 
WSPARCIE HOSPICJUM DLA DZIECI
NUMER KONTA:
SWIFT/BIC kod:
PKOPPLPW Pekao 80 1240 1545 1111 0010 6257 1028
Konta walutowe:
IBAN: PL SWIFT: WBKPPLPP
EURO 19 1090 2705 0000 0001 2064 2580
USD 72 1090 2705 0000 0001 3179 0903

 


Kamagra

http://medicaments-24.net

камагра