Zdrowie

Ludzie z tą samą grupą krwi łączy predyspozycja do określonych chorób

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
25 października 2016
Fot. iStock / luoman
 

Najczęściej o krwi mówimy i słyszymy przy okazji próśb w imieniu potrzebujących transfuzji osób lub gdy w rodzinie przytrafia się jakaś choroba.

Najważniejszy spośród około 35 różnych systemów obecnych grup krwi, jest układ grup AB0 i układ Rh, opisane po raz pierwszy przez Karla Landsteinera już w 1900 r. Grupa krwi jest zazwyczaj definiowana przez obecność lub nieobecność pewnych antygenów — w układzie AB0 występują 4 grupy krwi: A, B, AB, 0 – na tym wiedza niewtajemniczonej osoby może się zamykać.

Poszczególne grupy można podzielić wg miejsca ich najczęstszego występowania:

  • Grupa O jest najczęściej spotykana na całym świecie i jest ona ewolucyjnie najstarsza.
  • Grupa A jest spotykana głównie w Europie Północnej i Środkowej, rzadziej w Azji, jej posiadacze noszą w sobie kod roślinożercy.
  • Grupa B jest dość często występując w Azji Środkowej, ale prawie nieobecna wśród Indian, cechujących się zazwyczaj grupą O, pojawiła się, gdy człowiek stał się wszystkożercą, w wyniku wędrówek z gorących do bardziej umiarkowanych stref klimatycznych.
  • Układ grup krwi ABO obrazuje wyniki jednoczesnej ekspresji genów, łączących grupa A i B.

Grupa krwi O określa potwierdzone predyspozycje do występowania określonych chorób:

To, jaką mamy grupę krwi nie pozostaje bez wpływu na nasze zdrowie.

Predyspozycje do nowotworów:

  • Badania określają, że osoby z grupą O wykazują niższe ryzyko wystąpienia raka trzustki.
  • Osoby z grupą krwi A wykazują zwiększone ryzyko zachorowania na raka żołądka.

Choroby sercowo-naczyniowe:

  • Potwierdzono, że osoby z grupą krwi O są obarczone większym ryzykiem zakrzepicy żylnej, zawału serca, chorób tętnic obwodowych, miażdżycy. 

Choroby zakaźne:

  • Osoby z grupą krwi O obciążone są ryzykiem utworzenia się wrzodów trawiennych żołądka i dwunastnicy oraz skłonnością do zakażeń bakterią Helicobacter pylori. Są bardziej podatni również na zakażenia Vibrio cholerae i Escherichia coli, powodujące biegunki oraz norowirusa, zagrażającemu grypa żołądkową i zakażeniom układu trawiennego.
  • Grupa krwi O, w przeciwieństwie do grup A i B, jest bardziej odporna na zakażenie malarią i łatwiej pokonuje tę chorobę.

źródło: , 


Zdrowie

Agata Steczkowska: „Marzenia są po to, by je spełniać”

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
25 października 2016
Agata Steczkowska
fot. materiały z sesji wizerunkowej Nessi
 

Jak najkrócej opisać Agatę Steczkowską? Nie do końca wiem, czy jest to możliwe. Szczera, uśmiechnięta, przepiękna i przerażająco zdolna. Podczas rozmowy zaraża pozytywną energią, a jej opowieści o domu przepełnionym miłością i muzyką powodują, że chcesz cofnąć się w czasie i znaleźć się wraz z rodziną Steczkowskich na jednej z ich artystycznych podróży. Patrząc na jej zdjęcie, naprawdę trudno uwierzyć, ile lat skończyła. Dyrygent, kompozytor, multiinstrumentalistka, modelka, prezes Fundacji Agaty Steczkowskiej… Skąd bierze na to wszystko siłę?!

Agnieszka Sierotnik: Muszę się Pani do czegoś przyznać. Przed naszą rozmową, przeglądałam Pani CV, stronę internetową, wywiady i szczerze mówiąc jestem zachwycona tym, co Pani robi. A wszystko zaczęło się tak wcześnie…

Agata Steczkowska: Już jako małe dziecko odkryłam, że zarówno ja jak i moje rodzeństwo jesteśmy uzdolnieni muzycznie. Pochodzimy z takiego rodu, gdzie zarówno ze strony mamy i jak i taty już dziadki i pradziadki grali na różnych instrumentach. Mój tatuś był wspaniałym muzykiem, zakładał i prowadził chóry chłopięce, grał też na wielu instrumentach. Mamusia zawsze śpiewała, grała też trochę na fortepianie. A więc dla mnie było dziwne to, że u kogoś w domu się nie grało i nie śpiewało. Moi rodzice, moje rodzeństwo – porozumiewamy się poprzez muzykowanie.

I to właśnie te wspólne muzykowanie dało Wam ogromną sławę.

Jako rodzina jesteśmy znacznie bardziej znani poza granicami Polski. Przez dwadzieścia lat koncertowaliśmy jako Muzykująca Rodzina Steczkowskich w całej Europie. Mieliśmy nawet po siedem tras koncertowych w ciągu roku! Jako Muzykująca Rodzina pierwsze kroki stawialiśmy na scenie Ogólnopolskiego Festiwalu Muzykujących Rodzin we Wrocławiu.

Jak to wszystko wpłynęło na Pani życie?

Tego nie można rozważać w kategoriach „wpłynęło”, „nie wpłynęło”. To jest moje życie! Takie wartości wynieśliśmy z domu. Przede wszystkim była nią muzyka, dzięki której mogliśmy się porozumiewać. Nasi rodzice bardzo starannie nas wychowali. Przede wszystkim rozpoznali w nas te umiejętności i zachęcali do zdobycia wykształcenia muzycznego . Nie zmuszano nas jednak ani do grania, ani do śpiewania. Młodsze dzieci po prostu naśladowały te starsze. W moim rodzinnym domu mogliśmy wypowiadać się na wszelkie tematy bez ograniczeń! Właśnie dlatego każdy z dziewiątki naszego rodzeństwa wyrósł na jednostkę indywidualną.

fot. archiwum prywatne

fot. archiwum prywatne

Ale są rzeczy, które Was łączą.

Oczywiście! Jesteśmy przykładnymi obywatelami Rzeczpospolitej i płacimy podatki. Jesteśmy uczciwi, odpowiedzialni za siebie i za to, co robimy, ale też za siebie nawzajem. Kochamy muzykę sakralną, bo nasz tato kochał taką muzykę. Kochamy muzykę etniczną, polską, bo nasza mama kocha taką muzykę, ponadto poruszamy się we własnych muzycznych światach. Zawód muzyka to bardzo uczciwy zawód, wychodzisz na scenę i jesteś zdany na siebie. Jeśli nie jesteś perfekcyjnie przygotowany, nie jesteś profesjonalistą. A jak nie jesteś profesjonalistą, za co miałbyś brać pieniądze? Zawsze będę wdzięczna naszym rodzicom, że dbali zarówno o nasze ciała, umysły, jak i dusze.

Pomimo tego, że wyrośliście na jednostki indywidualne, ciągle ze sobą współpracujecie.

Zgadza się. Na moich Mistrzowskich Warsztatach Artystycznych, trójka moich braci pracuje jako Mistrz, każdy w swojej dziedzinie. Zainteresowanych warsztatami odsyłam na stronę internetową – agatasteczkowska.com. Jako rodzeństwo nagrywamy razem płyty i zapraszamy się nawzajem do swoich projektów artystycznych. Nie tylko dlatego, że możemy sobie zaufać, ale również dlatego, że jesteśmy profesjonalistami.

Bardzo wcześnie rozpoczęła Pani swoją karierę. Jak to wyglądało?

Mamusia opowiadała mi, że jak jeszcze byłam maleńka i coś tam sobie w łóżeczku gaworzyłam, to zaczynałam wariować z radości, podskakiwać, wydawać z siebie dźwięki (to chyba był mój śpiew (śmiech)), jak tylko tatuś zaczynał grać na akordeonie. Kiedy miałam siedem lat i już coś tam grałam na fortepianie, tatuś wziął mnie któregoś dnia za rączkę i zaprowadził na próbę swojego chóru chłopięcego. Nagle znalazłam się wśród samych chłopców, ja – mała dziewczynka. Pamiętam to odczucie: byłam bardzo zadowolona. Od tamtej pory do dziś, uwielbiam towarzystwo mężczyzn i chłopców – zawsze! Tatuś mówił mi, żebym zagrała ten dźwięk, później kolejny. Z czasem uczyłam chłopców różnych piosenek. Ja, o kilka lat młodsza od nich dziewczynka! Ale to już była praca, nie było żartów. W wieku czternastu lat mój tatuś zakomunikował mojemu rodzeństwu, że od dzisiaj jestem szefem muzycznym i wizerunkowym zespołu rodzinnego.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Cieszyła się Pani?

Byłam bardzo zaskoczona i średnio mi się to podobało. Bo co innego jest dyrygować chórem, a co innego rodzeństwem. Musiałam sobie wyrobić wśród nich autorytet, a nie było to łatwe, ponieważ, jak już wspomniałam, moi bracia i siostry są również uzdolni muzycznie i tak samo jak ja chodzili do szkół muzycznych, to odróżniało ich od chórzystów.

Długo trwało to wyrabianie autorytetu?

Kilka lat. Moi bracia i siostry nieraz wykłócali się ze mną o swoje koncepcje artystyczne, związane z interpretacją jakiś utworów. Mieli do tego prawo, uznawałam to prawo. Ale zespołem musi rządzić jeden. Czy mi się podobało czy nie, tato namaścił mnie na takiego ‚rządziciela’. Przyszedł jednak taki moment, kiedy zdobyliśmy na Międzynarodowym Festiwalu Zespołów Młodzieżowych w Neerpelt (Belgia) – najsławniejszym wówczas na świecie nagrodę Summa cum Laude czyli najwyższą nagrodę, a zespołów było 102 z całego świata. Tę nagrodę przyznało nam międzynarodowe jury, sławni muzycy z dziesięciu krajów. I to nie za to, że byliśmy rodziną, tylko za to, w jaki sposób graliśmy i śpiewaliśmy. W uwagach jury (na piśmie) mam oryginał w archiwum rodzinnym, napisano: ‚brak jakichkolwiek uwag krytycznych co do interpretacji zaprezentowanych utworów muzyki klasycznej’ oraz pochwała za wspaniałą interpretację utworów. To wystarczyło, żebym zdobyła szacunek u mojego rodzeństwa. Od tamtej pory nie kłóciliśmy się już jak grać i śpiewać jako zespół rodzinny. Bardzo mi wtedy ulżyło, przestałam niepotrzebnie tracić energię, mogłam się skupić stricte na pracy twórczej.

A teraz jest Pani na dodatek panią prezes!

Jestem jedynym prezesem, jedynym członkiem zarządu i jedynym sponsorem (to akurat chciałabym zmienić) mojej własnej fundacji. W pracy zawodowej poruszam się na wielu płaszczyznach: mam swoje recitale, prowadzę chóry, komponuję muzykę do filmów, nagrywam płyty, prowadzę Mistrzowskie Warsztaty które są projektem skierowanym do wszystkich, bez względu na wiek i predyspozycje (zainteresowanych odsyłam na stronę fundacji), ale również szkolę nauczycieli, dyrygentów, uczę gry na instrumentach, wydaję śpiewniki, podręczniki do muzyki, prowadzę audycję w radio… Połączenie tego wszystkiego jest możliwe, ponieważ jestem bardzo zorganizowanym i konkretnym człowiekiem. Bo tylko taki człowiek może być na przykład dyrygentem. Jak nie umiesz dyrygować samym sobą, nie podyrygujesz też innymi.

Mogłaby Pani przybliżyć nam Mistrzowskie Warsztaty Artystyczne.

Mistrzowskie Warsztaty Artystyczne Agaty Steczkowskiej organizuję co roku w okresie wakacyjnym, odbyło się  już dwanaście edycji. Jubileusz dziesięciolecia warsztatów uczciłam przeprowadzeniem tychże warsztatów w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Co roku uczestniczy w nich około setki osób, do których zwracam się w pierwszych słowach: przyjechaliście tutaj, żeby odkryć coś w sobie, żeby odkryć samych siebie, dlatego będziecie tu ciężko pracować, bo najtrudniej jest pracować z samym sobą. Wymagam 100% dyscypliny pracy, a jak się zmęczymy to się pobawimy i odpoczniemy. Dacie sobie państwo ze wszystkim radę i będziecie szczęśliwi, ponieważ przy waszym boku są Mistrzowie.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

A Mistrzowie to wspaniali ludzie.

Mistrzem nie każdy może być. To, że ktoś odnosi sukcesy zawodowe na swoim polu, nie czyni z niego Mistrza. Sukcesy zawodowe są oczywiście podstawą, ale Mistrz ma przyciągać do siebie ludzi, a nie odstraszać swoją wielkością. Otwierać ludzi od środka, a nie zabijać autorytetem z zewnątrz. Dodaję również, że większość Mistrzów to moi wieloletni przyjaciele, a ja nie przyjaźnię się z byle kim. Ktoś kiedyś powiedział bardzo mądre słowa: „nie można odpowiedzieć na pytanie, czym są warsztaty Pani Agaty Steczkowskiej, tak jak nie można odpowiedzieć na pytanie jak smakuje woda. Chcesz odpowiedzi? Napij się wody – przyjedź na warsztaty, doświadcz ich”.

Pani spotkała na swojej drodze Mistrzów?

Tak, ale nie wielu i to ja ich oceniam jako mistrzów w różnych dziedzinach życia, nie tylko artystycznych. Nie uznaję autorytetów, ludzkość ewoluuje, autorytety się zmieniają. W moim świecie tylko ja jestem dla siebie autorytetem. Natomiast w świecie rzeczywistości która mnie otacza, od czasu do czasu fascynują mnie pewne osobowości. Jeśli uznam ich za mistrzów danej dziedziny, wtedy ich podziwiam. Jednak nie naśladuję. Zawsze byłam typem twórcy, a nie odtwórcy. Po prostu uczę się czegoś od kogoś, bo uznaję to za jakąś wartość.

Pracuje Pani też z chórami.

Zawsze prowadziłam chóry chłopięce. Chłopczyk musiał zdać pięć egzaminów, żeby w ogóle się do niego dostać. Pracowałam tak przez dwadzieścia pięć lat. Prowadziłam też oczywiście inne chóry – żeńskie, dziewczęce, dziecięce i męskie bo chciałam doświadczyć pracy ze wszystkimi rodzajami chórów. Obecnie mam projekt związany z Fundacją – zapraszam wszystkich bez względu na wiek czy predyspozycji do śpiewania. Ludzie mają wewnętrzną tęsknotę do śpiewania, dlatego do mnie przychodzą. A ja ich zachęcam, żeby otwierali buzię i wydychali swoją duszę. Tak właśnie teraz prowadzę chóry.

Ile lat ma najmłodszy uczestnik chóru?

Najmłodszy ma trzy latka, choć są już dwulatki, które wystąpią na scenie jak dojrzeją do tego.

fot. Wiesława Tracz

fot. Wiesława Tracz

Ale są też starsi uczestnicy!

Pewnie! Są nastolatki, trzydziestolatki, czterdziestolatki, panie sześćdziesiąt i wszystkie świetnie się bawimy śpiewając! Jasne, ciężko też pracujemy. Panie do mnie przychodzą, żeby odetchnąć od życia. Zostawiają swoich mężów, swoich kochanków, dzieci i swoje gary i przychodzą powydychać swoją duszę. A jak usłyszą swoją wyśpiewaną duszę to bardzo im się ona podoba. Czasami występujemy na scenie razem. Bo podoba mi się bardzo łączenie pokoleń śpiewem. Występują wtedy chórzyści od 3 do 62 lat. Brakuje nam tylko panów! Serdecznie ich do nas zapraszamy. My jesteśmy fajne dziewczyny! (śmiech)

Ma Pani tremę?

Nie, nawet nie wiem, co to jest.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

No dobrze, na scenie jej Pani nie ma, a przed obiektywem aparatu?

Już we Wrocławiu na Festiwalu Muzykujących Rodzin staliśmy się ulubieńcami mediów. Kamera nas kocha! Jesteśmy bardzo fotogeniczni, każdy z osobna i wszyscy razem. W życiu stosunkowo często pozowałam jako model na przykład rzeźbiarzom, plastykom i sławnym fotografikom. Nawet się trochę dziwiłam, dlaczego ktoś mnie zaprasza do takich projektów artystycznych. Wytłumaczenie „jesteś piękna” mi nie wystarczyło. Najlepiej wytłumaczyła mi to moja krawcowa: ‚Agatka, mierzyłam cię bardzo dokładnie i zrobiłam specjalistyczne wyliczenia. Wiesz dlaczego wszystko na tobie leży i nie trzeba robić przymiarek? Bo ty masz złote proporcje.’ A ja na to: ‚no chyba żartujesz, czy ja wyglądam jak Wenus z Milo?!’ ‚Nie ty wyglądasz jak Agatka, ale masz takie same proporcje. Wyliczenia nie kłamią, są faktem. I to dlatego szyję na ciebie bez przymiarek i wszystko dobrze na tobie leży.’ No i mam idealną symetrią twarzy! A tak w ogóle to bardzo lubię być modelką. To jest przeciwwagą do mojej pracy zawodowej. Jako modelka nie jestem za nic odpowiedzialna, ta praca mnie rozluźnia. Mogę sobie po prostu być, a reszta należy do profesjonalistów. Dlatego pozwalam się ubierać i malować jak oni sobie życzą. I nie proszę o prasowanie zmarszczek, bo ja swoje zmarszczki bardzo lubię. Poza tym, nie uważam młodości za jakąkolwiek wartość – młody czy stary, najważniejszy jest duch człowieka, chociaż ciało nigdy nie kłamie. (uśmiech) Więc nie zależy mi na tym, żeby młodo wyglądać. Nie ulegam modom, natomiast bardzo lubię elegancję.

Zdradzi nam Pani przepis na tak doskonały wygląd?

Koleżanki mnie czasem pytają: co  ja to robię ze tak młodo wyglądam ? Wzruszam wtedy ramionami i odpowiadam: nic! Nie wierzę w działanie kremów. Mam jakieś bo je dostaję w prezencie. A że ładnie pachną, to je czasem wklepię na buzię. Maluję się kiedy wychodzę na scenę, bo światła sceniczne prześwietlają człowieka i wygląda bez makijażu jak przezroczysty. Od czasu do czasu pomalują mnie w telewizji, albo na sesji zdjęciowej. Dbam o swoje uzębienie, bo mam bardzo szeroki uśmiech i trudno straszyć ludzi nieestetycznym wyglądem zębów. Ale dentysta mówi, że za każdym razem kiedy otwieram buzię: ‚geny to potęga!’ (Mój tatuś nigdy nie był u dentysty i nie miał ani jednej dziury czy plomby.)

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Jednak modelki czasem pracują w trudnych warunkach, sesję dla Nessi robiła Pani w ogromnym upale, choć to przecież kolekcja jesienna!

Bardzo mi się ta sesja podobała, choć myślałam w pewnym momencie, że wybuchnę z gorąca! Biegać po mieście w kozakach, swetrach i płaszczach przy 30 stopniach upału… łatwo nie jest! Ale to była naprawdę dobrze zorganizowana sesja. Pani Anna Szymczak wynajęła nawet klimatyzowany samochód, dzięki czemu w przerwach mogłyśmy z Marysią Markiewicz, która mi towarzyszyła, trochę się ochłodzić. Jarek Szado świetnie nas wystylizował, a poza tym wszyscy byli dla nas naprawdę mili.

Ucieszyła się Pani na propozycję takiej współpracy?

Pewnie, że tak! Nigdy jeszcze nie reklamowałam jakiegoś produktu, a ja lubię nowe wyzwania. Dla mnie w pracy modelki ważne jest to, żeby reklamować produkty, które mają wysoką klasę. Jam am swoją klasę, więc to co miałabym reklamować też musi ją mieć. A firma Nessi właśnie taka jest – wiem, próbowałam. Chodzę w tych butach i polecam je przyjaciółkom, a to już coś! Bo ja nigdy nie polecam czegoś, co nie ma odpowiedniego poziomu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Ale coś w tej całej współpracy było naprawdę niezwykłe…

Obchodziłam swoje pięćdziesiąte urodziny i miałam taki pomysł, że każdy może do mnie przyjść. Podałam adres Fundacji i powiedziałam, że mogą przyjść od 12 do 24. Ubrałam piękną suknię, zaczęłam grać na fortepianie… i już przed 12 byli ludzie! W ciągu całego dnia przeszło chyba z 300 osób, a kwiatów dostałam tyle, że wyglądało jak w kwiaciarni! No bo przecież każdy po 50 przynosił. W końcu dostałam tort, już chciałam zdmuchnąć świeczki, kiedy moja przyjaciółka krzyknęła ‚ale Agatka, musisz przecież pomyśleć życzenie!’ A zanim ja pomyślałam, do głowy mi wpadło: zostaniesz modelką!

I udało się!

Marzenia są po to, żeby je spełniać.

 

Agata Steczkowska

fot. Róża Steczkowska

 


Zdrowie

American dream, różowy flaming i torby w kratę. Czyli historia jednego sukcesu

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
25 października 2016
American dream, różowy flaming i torby w kratę. Czyli historia jednego sukcesu
Fot. Archiwum prywatne

Lubisz zmywać wieczorem makijaż? Nie śmiej się, wiemy, że nie lubisz, ale jeszcze nie wiesz, że ta nienawiść może być pierwszym krokiem do sukcesu… Bo wszystko zaczęło sie od tego, że one też tego bardzo nie lubiły… I jeśli myślicie, że to jedna z tych historii pt.: miałam tylko pomysł, wiarę w siebie i 2 miliony spadku po babci… mylicie się.

Była jesień, szaro-buro, deszcz i ten majestatyczny moment, kiedy po raz pierwszy przekraczasz drzwi uczelni. Nowy rozdział. Szczególnie, gdy wyfruwasz z małej miejscowości z głębokim pragnieniem pochłonięcia całego świata, a nie tylko wyszalenia się w Warszawie do obrony magistra. UW to był dla obu z nich początek, miejsce, z którego chciały się odbić do dalszego lotu. Znalazły się dość szybko, obie bardzo wysokie, żądne przygody, z ambicjami. Młode, nieco gniewne, głodne świata. Wtedy jednak nie miały pojęcia, że za parę lat ich życie potoczy się w takim kierunku.

Ewa Dudzic i Monika Żochowska, dziś trzydziestolatki, z marzeniami i firmą, która zdążyła ugryźć spory kawałek kosmetycznego rynku: w Polsce, Stanach i Arabii Saudyjskiej… właściwie na całym świecie. W trzy lata zamieniły marzenie w prężny biznes, i parę razy dostały w tym twardym świecie w kość.

Małe dziewczynki z Polski nie mają szans – zjedzą was na śniadanie w tej waszej Ameryce

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

… i wyplują. Ameryka, Paryż, Dubaj? Nie, to nie może się udać. I to jeszcze z takim produktem – koncerny kosmetyczne zmiażdżą was bez mrugnięcia okiem. Myjka do twarzy, która ma spowodować rezygnację z zakupu tych wszystkich toników, mleczek i innych mazideł? To się po prostu nie może udać. Ewa i Monika słyszały to ze wszystkich stron. Na każdy entuzjastyczny plan rozwoju pomysłu – przypadło 20 katastroficznych wizji bankructwa, 5 ośmieszenia i pewnie jeszcze kilkanaście charakterystycznych puknięć w czoło. A jednak udało się. I nie było  w tym ani odrobiny przypadku – to były trzy lata ciężkiej harówy. Zaciskania pasa i walki o spełnienie marzenia. Bo obie doskonale wiedziały, że nikt tego za nie nie zrobi.

Łomża – Janów – Warszawa – Dubaj. Podróż  po swój sukces

Monika od zawsze czuła, że chce pokazać światu, że kobiety potrafią wiele. Wychowała się z czwórką braci – od zawsze musiała coś udowadniać, stawać do małej rywalizacji w męskim świecie. Ewa zaprawiła się do walki o swoje w świecie sportu, trenowała skok wzwyż. Łączyła je od zawsze pasja i poświęcenie do tego, co kochały robić, nieustępliwość w drodze do spełniania swoich marzeń. I choć tak podobne, były zupełnie różne. To właśnie te różnice między gorącą głową a twardo stąpającą po ziemi  realistką okazały się ich kluczem do sukcesu. Tandem idealny, jedna siła, różne kompetencje. Gdy pewnego dnia Monika zadzwoniła do Ewy z pomysłem na biznes, ta nie od razu się zgodziła. Wygrał pociąg do mierzenia się z trudnymi wyzwaniami.

Ich podróż zaczęła się w rodzinnych miejscowościach, a studia w Warszawie okazały się jedynie przystankiem na ich drodze. Bazą, gdzie miały się poznać i na jakiś czas zniknąć sobie z oczu pędząc za marzeniem. Już na studiach posmakowały amerykańskiego snu o wolności. W ramach Work and Travel wyruszyły za ocean. Monika kelnerowała na Florydzie, Ewa w Nevadzie pracowała jako krupierka w kasynie. Podszlifowały język i pewność, że świat stoi przed  nimi otworem.

American dream, różowy flaming i torby w kratę. Czyli historia jednego sukcesu

Fot. Archiwum prywatne

Ewa poczuła, że nie chce spędzić życia w poszukiwaniu „pewnej i ciepłej” posadki gdzieś za biurkiem. Obserwowała swoich znajomych i wiedziała, że ta stabilizacja w polskim przekonaniu jest złotą klatką. Monika po studiach poszukiwała swojego miejsca na świecie – w Stanach i Hiszpanii, żeby finalnie dotrzeć aż do Tasmanii. To właśnie tam, w klinice chirurgi plastycznej, w której pracowała po raz pierwszy, usłyszała o niezwykłej tkaninie, z której można by zrobić rękawiczkę do demakijażu.

Pomysł zaczął nabierać kształtów i zrobił się głodny pieniędzy i czasu. Bo prawda jest taka, że te wcale nie leżą na ulicy. Monika znalazła pracę w Antwerpii, w diamentowej dzielnicy. Po pracy każdą chwilę poświęcała na dopracowanie projektu. Nadszedł ten pierwszy moment, kiedy dobry pomysł i marzenie trzeba było poprzeć twardą walutą. Po wielu rozważaniach dziewczyny złożyły wniosek o fundusze unijne. 100 tysięcy złotych dofinansowania, które udało im się otrzymać, były zbawieniem i emocjonalnym przekleństwem tego projektu. Gdy decyzja o przyznaniu funduszy przyszła do nich, nie było już odwrotu, nie było już tylko marzenia o biznesie. Była bardzo prawdziwa odpowiedzialność.

American dream, różowy flaming i torby w kratę. Czyli historia jednego sukcesu

Fot. Archiwum prywatne

Dziś Monika wspomina chwilę, gdy stanęły przed komisją pełną mężczyzn: – Ani jednej kobiety, jak u licha mamy ich przekonać, że kobiety potrzebują „myjki” do demakijażu? – myślały. – Proszę sobie wyobrazić, że przykłada pan tę szmatkę do twarzy i po minucie jest pan ogolony… – powiedziała Monika na prezentacji, zadziałało!

Tak narodził sie pierwszy prawdziwie polski flaming – czyli Phenicoptere [w języku starofrancuskim oznacz flaminga – przyp.red.], tak Ewa i Monika nazwały firmę.

Z pierwszymi pieniędzmi na rozwój i doskonalenie pojawiły się kolejne szanse – na dofinansowania przedsięwzięcia z rodzimych środków Ministerstwa Gospodarki, a po rodzinnych testach pierwszych myjek – entuzjastyczne (i finansowe) wsparcie najbliższych.

Badania nad włóknami i praca jaką wkładały w stworzenie produktu idealnego, tego, który naprawdę może zawojować świat, pochłaniały pieniądze, czas i energię. Gdy zostały zaproszone do Dubaju na targi kosmetyczne, nie było pieniędzy na szaleństwo. W ramach oszczędności towar w kraciastych bazarowych torbach leciał z dziewczynami jako bagaż podręczny. I choć już wtedy śmiały się ze swojego paradowania z torbami przez środek miasta (przecież taksówki też są kosztowne), po tych targach interes ruszył z kopyta. Świat zobaczył GLOV, innowacyjne myjki do demakijażu prosto z Polski.

Glov - American dream, różowy flaming i torby w kratę. Czyli historia jednego sukcesu

Fot. Archiwum prywatne

Świat nigdy nie jest za ciasny na dobre pomysły

Po powrocie nadszedł ten moment, na który tak długo obie czekały. Sephora, Marionnaud, potem sieć drogerii w wymarzonym USA – Ulty. Nierealne? A jednak się ziściło. Rok temu, po raz pierwszy w firmowego konta popłynęły porządne wypłaty, nad rozwojem firmy czuwa około 100 osób na całym świecie. Ale Ewa i Monika nie zamierzają szastać pieniędzmi na „hajlajf” – zbyt dobrze pamiętają te kraciaste torby, oszczędzanie każdego grosza. Ogromnie szanują swój sukces – i cieszą się tym, co udało im się osiągnąć. A co dalej?

No cóż, teraz wreszcie jest pora, by na chwilę zwolnić, skorzystać ze swojej naprawdę dobrej stabilizacji, tej nieograniczającej wolności. Chwilę odsapnąć, mieć nielimitowany czas na miłość, zwykłe życie. Na razie planują odpoczynek i naukę. Naukę życia bez stresu, z radością, że udało się i że potrafią. A potem, a potem  zrobić następny krok do przodu, gdzie – to się jeszcze okaże.


Zobacz także

Chcesz wyglądać młodziej i poprawić wygląd skóry? Pomoże ci w tym indywidualny plan rewitalizacji

Pigułka „dzień po” na receptę. Lekarze pomagają kobietom w dostępie do antykoncepcji awaryjnej

Zadbaj o utrzymanie prawidłowej postawy ciała, dzięki ćwiczeniu unoszenia miednicy

В интеренете нашел классный блог , он описывает в статьях про Увеличение потенции www.cialis-viagra.com.ua
вимакс капсулы

www.pharmacy24.com.ua/cialis-tadalafil/cialis-60-mg/