Lifestyle Zdrowie

„Kiedyś, jak kobieta przychodziła do lekarza i mówiła, że podczas seksu ją boli i cierpi na bolesne miesiączki, słyszała, że jak urodzi dziecko, to wszystko minie”. Kobiecy wróg – endometrioza

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
14 stycznia 2016
Fot. iStock / Martin Dimitrov
 

„Wyobraź sobie ból, który narasta stopniowo, aż w końcu dnia staje się nie do zniesienia. Łykasz środki przeciwbólowe, żeby przetrwać w pracy. Wieczorem z nich rezygnujesz, żeby nie niszczyć wątroby – i ból znów narasta. Dosłownie zwijasz się na kanapie. Wyobraź sobie, że nie ma już mowy o spontanicznym seksie, bo w pewnym momencie ból podczas współżycia okazuje się nie do zniesienia. Elektryczny, zabijający podniecenie w sekundę. Masz straszne poczucie winy. Trafiasz z partnerem do seksuologa, potem już sama do gastrologa, bo oprócz tego, że boli cię brzuch, masz wzdęcia. Robią ci usg, gastroskopię. Nikt nie wie co ci jest.

W końcu trafiasz do ginekologa i słyszysz prawdziwą diagnozę – endometrioza.  Po powrocie do domu wpisujesz w Google ten termin. Natychmiast pojawia się strach, czy będziesz mogła mieć dzieci. Dowiadujesz się, że kobiet takich jak ty  jest bardzo dużo, bo aż 10 procent. Oznacza to, że co dziesiąta twoja koleżanka zmaga się z podobnymi dolegliwościami. Wiele z nich o tym nie wie”.

O leczeniu endometriozy rozmawiamy z doktor Agnieszką Konca, specjalistą ginekologiem położnikiem, w trakcie specjalizacji z onkologii ginekologicznej ze szpitala Św. Zofii oraz z FertiMedica Centrum Płodności w Warszawie.

Iwona Zgliczyńska: Dlaczego warto rozmawiać o endometriozie?

Agnieszka Konca: Ponieważ pacjentki, które trafiają do gabinetu ginekologa, często przez lata próbują zdiagnozować, co im dolega. Były już u lekarza pierwszego kontaktu, gastroenterologa, urologa nawet seksuologa. Czują się sfrustrowane, niezrozumiane. Ktoś im powiedział, że histeryzują. Jeden lekarz zdiagnozował zespół jelita drażliwego, drugi nietolerancje pokarmowe. A prawda jest taka, że jakość codziennego życia takich kobiet jest poważnie obniżona. One cierpią, szukają lekarza, który w końcu pomoże. Ale mimo swoich starań, ciągle nie wiedzą, co im dolega.

Jak czuje się na co dzień pacjentka z endometriozą?

Niech pani sobie wyobrazi, że ma bardzo bolesne miesiączki. Do tego czuje pani ból podczas oddawania moczu i stolca. Kiedy zaczyna pani współżyć, natychmiast pojawia się przeszywający ból. Zwłaszcza tuż przed, w trakcie miesiączki i drugiej fazie cyklu. Wtedy też mogą pojawić biegunki, wzdęcia oraz uporczywy ból w dole brzucha. Warto też podkreślić, że nie wszystkie objawy muszą występować u jednej pacjentki. Czasem przychodzą kobiety, które skarżą się tylko na bolesne miesiączki, a po badaniu okazuje się, że przyczyną jest właśnie endometrioza.

Jak silny jest ten ból?

Niektóre pacjentki opowiadają, że odczuwają tak silny ból, że unikają współżycia. Zdarzają się kobiety, które permanentnie biorą zwolnienie z pracy w pierwszym dniu miesiączki. Niektóre twierdzą, że nie są w stanie normalnie żyć: bawić się czy uprawiać sportu. Nie mogą o niczym innym myśleć. Ale uwaga – dolegliwości bólowe nie zawsze muszą być tak nasilone. Ta choroba niestety bywa przewrotna: czasem u pacjentki, która mówi, że odczuwa niewielki ból, stwierdzamy zaawansowaną endometriozę. Albo odwrotnie: ból jest silny, a zaawansowanie choroby – niewielkie.

Opisane przez panią doktor objawy faktycznie są w stanie z życia zrobić piekło. Ale może powinnyśmy zacząć od tego, co to w ogóle jest endometrioza?

Macica jest jak gruszka, którą w środku wyścieła właśnie endometrium. To jest taka specjalna gąbczasta warstwa, która przygotowuje się na przyjęcie zarodka. Tuż po miesiączce jest cienka. W kolejnych dniach cyklu pod wpływem hormonów zachodzą zmiany i staje się ona na tyle gruba, by przyjąć zarodek. Jeśli nie dojdzie do zapłodnienia, to w trakcie miesiączki endometrium złuszcza się i razem z krwią jest wydalone na zewnątrz. I teraz sprawa najważniejsza – musi pani wiedzieć, że endometrium ma prawo być tylko w jamie macicy. W żadnym innym miejscu! Jeśli zaś mamy do czynienia z endometriozą, to tkanka endometrialna pojawia się niespodziewanie poza macicą. Umiejscawia się np.: w jajnikach, na pęcherzu moczowym, jelitach, w miejscu blizny po cięciu cesarskim albo na otrzewnej.

Co to jest otrzewna?

Niech pani wyobrazi sobie, że dół brzucha jest jak damska torebka, w której ułożony jest pęcherz, macica, jelita. A otrzewna to jest podszewka tej torebki. I w nią też potrafi wszczepić się „ogniskami” tkanka endometrialna.

Ale skąd to się bierze? Dlaczego nasz organizm myli się w tak dziwny sposób?

Nie potrafię dać jednoznacznej odpowiedzi. Obecnie uważa się za najbardziej prawdopodobną teorią jest ta, która mówi o cofaniu się krwi miesiączkowej przez jajowody z macicy. Wtedy może dochodzić do implantacji wszczepów endometrialnych, czyli mówiąc bardzo kolokwialnie „rozsianiu” ich na inne organy – np. jajniki czy pęcherz. Druga teoria mówi, że komórki różnych narządów mogą ulegać tzw. metaplazji i przemieniać się w endometrium, pod wpływem hormonów i innych substancji czynnych, obecnych w krwi miesiączkowej.

Czy ta choroba może być dziedziczna?

Według mojej wiedzy nie ma w tym temacie jeszcze potwierdzonych badań. Niektórzy ginekolodzy jednak twierdzą, że zdarza im się leczyć matkę i córkę lub siostry z endometriozą.

Dlaczego podczas tej choroby tak bardzo boli dół brzucha?

Musi sobie pani wyobrazić, że endometrium na jelicie czy jajniku podlega takim samym procesom jak endometrium w jamie macicy. Czyli jak zbliża się miesiączka, to endometrium poza macicą również rozpulchnia się i zaczyna drażnić. Stąd ból. Dodatkowo organizm broni się przed tymi niechcianymi ogniskami, które wydzielają mediatory stanu zapalnego. W konsekwencji mogą tworzyć się zrosty. To wszystko jest jak choroba zapalna, tylko nieinfekcyjna.

Czy kobiety od wieków chorowały na endometriozę? Czy to jest jakaś nowa choroba?

Moim zdaniem zawsze. Tyle, że dziś łatwiej rozpoznać tę chorobę, bo mamy lepszą diagnostykę – laparoskopię, usg, doświadczonych lekarzy. Obecnie przyjmuje się, że ok. 10 % kobiet w wieku rozrodczym ma endometriozę. Co zaskakujące, diagnozuje się ją coraz częściej u bardzo młodych pacjentek, zdarza się, że nawet u siedemnastoletnich.

Wynika z tego, że chorych przybywa.

Kiedyś, jak kobieta przychodziła do lekarza i mówiła, że podczas seksu coś ją boli i cierpi na bolesne miesiączki, słyszała, że jak urodzi dziecko, to wszystko minie. W niektórych wypadkach ból ustępował albo się wyciszał. Ale kobiet dotkniętych tą chorobą jest faktycznie coraz więcej. Z wielu powodów. Nie sprzyjają nam: życie w permanentnym stresie, zła dieta, zanieczyszczenie środowiska (toksyn, pestycydy, które działają podobnie jak estrogeny). Kiedyś kobiety miały więcej dzieci, szybciej zachodziły w pierwszą ciążę. A przecież w czasie ciąży w wyniku działania hormonów ogniska endometriozy nie są aktywne. Można powiedzieć kolokwialnie, że wtedy ta choroba przycicha.

Jak można pomóc kobietom z endometriozą?

Wszystko zależy od tego, na jakim są etapie życia i jaki jest ich główny problem. Nie ma tu jednego prostego rozwiązania i recepty. Na szczęście mamy laparoskopię, dzięki której możemy lepiej zdiagnozować chorobę i w końcu usunąć wszystkie ogniska endometriozy, zrosty, torbiele endometrialne jajników. Jak wygląda taka operacja? Przez trzy lub cztery nacięcia wielkości 5-10 mm wprowadza się narzędzia chirurgiczne do jamy brzusznej i wycina zmiany.

Co daje taka operacja?

Zwykle to prawdziwa rewolucja w życiu kobiety: uwalnia ją od codziennego uporczywego bólu, ale też poprawia płodność. Chcę jednak mocno podkreślić, że laparoskopowe niszczenie i wycinanie zmian edometrialnych powinni wykonywać bardzo doświadczeni lekarze. Często są to trudne, trwające 3-4 godzin operacje.

Jestem ciekawa, co pani mówi młodej kobiecie z endometriozą, która nie planuje w najbliższym czasie zostać mamą?

Jeśli jej głównym problemem są dolegliwości bólowe w trakcie miesiączki lub współżycia, a w badaniu ginekologicznym nie ma większych odchyleń, wtedy ginekolog przepisuje najczęściej tabletki antykoncepcyjne albo leki hormonalne, które powodują, że endometrium nie narasta. To zazwyczaj przynosi ulgę i pozwala dobrze funkcjonować na co dzień.

Weźmy inną sytuację. Do gabinetu przychodzi 35-letnia kobieta z zaawansowaną endometriozą i twierdzi, że pragnie zajść w ciążę. Ale ma z tym kłopoty. Co wtedy?

Wtedy pytamy się, jak długo para stara się o dziecko i sprawdzamy, czy w grę mogą wchodzić inne powody niepłodności. Badamy nasienie partnera i sprawdzamy drożność jajowodów. W takiej sytuacji trzeba też pamiętać, że jeśli pacjentka ma 35 lat, to statystycznie tylko co piąta komórka jajowa nadaje się do zapłodnienia. Dlatego szkoda czasu! Czekaniem, że uda jej się zajść w ciążę w sposób naturalny, kradniemy jej czas reprodukcyjny. Najlepiej jeśli taka pacjentka zgłosi się do ośrodka leczenia niepłodności, w którym możemy wykonać kilka prób inseminacji, zwykle 4-6. Jeśli nie przynoszą skutku, proponujemy zapłodnienie in vitro.

Czy w jakiś naturalny sposób pacjentki mogą łagodzić sobie te dolegliwości?

Jest kilka teorii na ten temat. Jedna zaleca uprawianie sportu. Druga dietę wegetariańską, czyli ograniczenie białka zwierzęcego, co może poprawiać ogólne samopoczucie pacjentek. U części pozytywny skutek przynosi też dieta bezglutenowa, która usprawnia trawinie i pasaż jelitowy. Ale żeby było jasne – dietą nie wyleczymy pacjenta i nie zlikwidujemy wszystkich dolegliwości.

Jestem ciekawa, czy informuje pani pacjentki z endometriozą, że w przyszłości mogą mieć problem z zajściem w ciążę?

Pacjentka ma oczywiście prawo do takiej informacji. Ale powiem pani, że najczęściej jak mówię: „Dobrze by było, żeby pani nie odkładała myśli o macierzyństwie na dużo później”, to słyszę: „Ale ja nie mam z kim.” Z mojego doświadczenia wynika, że kobiety chcą mieć dzieci. I jeśli spotkają odpowiedniego partnera, nie wahają się długo. Zdecydowanie mniej jest takich, które świadomie odkładają macierzyństwo, bo robią karierę.

Jest dla nich szansa jak już spotkają tego jedynego?

Według obecnych badań wiemy, że u 50 % kobiet z niepłodnością rozpoznajemy endometriozę. Ale spokojnie, nie chcę nikogo straszyć. Mocno chcę natomiast podkreślić, że nie każda kobieta z endometriozą, na sto procent będzie miała problem z zajściem w ciążę. Z mojego doświadczenia wynika, że niektóre pacjentki z zaawansowaną endometriozą kompletnie bez leczenia, czyli samoistnie zostają mamami. Ale są też niestety takie, które mają nieduże ogniska i przez lata starają się o dziecko. Powiedziałabym więc raczej tak: endometrioza może znamionować kłopoty z zajściem w ciążę. Ale nie musi.

koncaAgnieszka Konca specjalista ginekolog-położnik. Absolwentka I Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie. W 2004 roku rozpoczęła pracę w Szpitalu Specjalistycznym św. Zofii w Warszawie, gdzie odbyła szkolenie specjalizacyjne zakończone uzyskaniem tytułu specjalisty położnictwa i ginekologii. W swej codziennej praktyce lekarskiej zajmuje się pacjentkami ciężarnymi i z problemami ginekologicznymi.


Lifestyle Zdrowie

Jeszcze o tym nie wiesz, ale prawdopodobnie nie jesteś prawdziwą kobietą…

Listy do redakcji
Listy do redakcji
14 stycznia 2016
Fot. iStock / gpointstudio
 

Hej, siostro!

„Prawdziwe kobiety mają krągłości” – czytam, a brwi marszczą się same. Przeglądam fotografie zmysłowych, pełnych kobiet. Niektóre ledwie puszyste inne z wyraźną nadwagą. Piękne. Piękno, seksapil i kobiecość nie zależą przecież od tuszy. Dlaczego więc marszczę brwi? Bo znów wyrzucono mnie poza nawias. Znów nie mieszczę się w kategorii „prawdziwe kobiety”. Ja i miliony innych drobnych i szczupłych. Nic to, pocieszam się myślą, że przecież jestem matką. To też jakiś rodzaj kobiety.

Niestety, tu również spotyka mnie rozczarowanie. Prawdziwe matki mają bowiem brzuchy naznaczone pręgami rozstępów, mają piersi wylewające się z potężnych miseczek, mają okrągłe uda. Znów nie o mnie. Prawdziwą matką zatem też nie jestem, łaskawe geny przesądziły. Prowokacja – powiecie? Niezupełnie.

Wy wszystkie, które ochoczo wykrzykujecie hasła typu: prawdziwa kobieta ma/wygląda/jest nie różnicie się niczym od tych, którzy odmawiają Wam kobiecości i urody, bo nie macie brzuchów jak Chodakowska. Piętnujecie inne kobiety z równym zaangażowaniem, co natrętne wielbicielki wyrzeźbionych bicepsów twierdzące, iż kobietą jest się jedynie do pięcioprocentowej zawartości tłuszczu w organizmie, powyżej to już tylko orki i walenie.

Za każdym razem, kiedy kościstej koleżance mówicie: weź coś zjedz, bo jesteś już za chuda, zastanówcie się, czy przełknęłybyście: weź już nic nie jedz, bo jesteś za gruba. To w gruncie rzeczy to samo.

Z jednej strony borykamy się z lansowanym przez media wizerunkiem super smukłych barbiepodobnych ideałów, a z drugiej same bierzemy udział w piętnowaniu kobiet, które wyglądają inaczej niż my. Mało tego, o ile piętnowanie pań size witane jest ogólnym oburzeniem, o tyle „patyczaki” można obrażać bezkarnie. W końcu bycie za chudą to nie problem. Wystarczy przecież dojeść!

W ciągu przeszło trzydziestu lat mojego życia przerobiłam obie strony „barykady”. Byłam więc za gruba i zbyt leniwa, aby kwalifikować się do elitarnego grona prawdziwych kobiet, bywałam za chuda, aby ktokolwiek o kobiecość mnie podejrzewał. Byłam „świnią” i „szczapą”.  Za każdym razem jakaś część „prawdziwych kobiet” odmawiała mi wstępu do swojego klubu. Bo przecież prawdziwe kobiety ważą do 55 kilogramów. Prawdziwe kobiety zaczynają się od miseczki D.

Prawdziwe matki nie mają czasu na siłownie, wolą poświęcić czas dzieciom. Prawdziwe matki muszą mieć czas na siłownie, mają być w formie – dla dobra dzieci.

Prawdziwe matki karmią piersią.

Prawdziwe kobiety to te w szpilkach i makijażu. Prawdziwe kobiety nie potrzebują szpilek i makijażu.

Prawdziwe kobiety nie mają cellulitu. Prawdziwe kobiety mają cellulit.

Prawdziwe kobiety stawiają dom na pierwszym miejscu. Prawdziwe kobiety robią karierę zawodową.

Skąd to się bierze? Nie jestem psychologiem, myślę jednak że to taka nasza próba sprostania stawianym przed nami sprzecznym wymaganiom. Wiemy, że się nie da, dyskredytujemy zatem to, co nas nie dotyczy. Prawdziwe kobiety mają krągłości. Ja mam, więc jestem  prawdziwą kobietą, TY NIE.

Prawdziwe kobiety mają płaskie brzuchy i wysportowane ciała. Ja mam, więc jestem prawdziwa. TY NIE. Owo TY NIE, niedopowiedziane, wiszące w powietrzu pokazuje jaki jest nasz stosunek do siebie nawzajem.

Jesteśmy rywalkami. Wciąż się porównujemy, zazdrościmy, własne niedoskonałości usprawiedliwiamy kosztem innych. Tylko po co? Czy dzięki temu stajemy się mądrzejsze, lepsze, piękniejsze? Przeciwnie, nie dostrzegamy ile warta jest nasza różnorodność, ile piękna tkwi w różnicach, ile mogłybyśmy nauczyć się od siebie nawzajem, gdybyśmy patrzyły na siebie jak siostry, nie jak rywalki.

Potrafimy walczyć o równość dla kobiet, zawalczmy więc o równość wśród kobiet. Czas najwyższy! A zatem zacznę. Do nowego klubu PRAWDZIWYCH KOBIET przyjmuję siebie i ciebie. Podaj dalej.


 

Autorka: Żaneta Rakowiec


Lifestyle Zdrowie

Czy warto dać drugą szansę? Jeszcze raz spróbować znaleźć miłość? Czasami warto…

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 stycznia 2016
Fot. Unsplash / Pavel Badrtdinov /

Byli parą, o której mówiło, że są dla siebie stworzeni. Razem od czasu studiów. Podobne pasje, choć zupełnie różne temperamenty. Uzupełniali się, rozumieli, właściwie nie kłócili. Tylko oni wiedzieli, że coś gdzieś zgrzyta, że obrazek – ten na zewnątrz, choć oboje go podtrzymywali, ma rysę. No dobra, może nie wiedzieli, ale czuli. A może ona czuła bardziej niż on. Bała się tylko, że gdy otworzy usta, gdy wyleje się z niej żal, pretensje, to już nie będzie mogła tego zatrzymać. Na to nie mogła pozwolić.

Więc uśmiechała się, a czasami płakała w poduszkę wieczorem…

Trzymała mocno wszystkie dobre chwile, jak choćby tę, kiedy była w ciąży, a on tak bardzo cieszył się, że zostanie ojcem. Mimo jej strachu i wielkich obaw, to on dawał jej wsparcie, uspokajał, przytulał i mówił, że wszystko będzie dobrze. Albo wtedy, gdy pojechali z synem po raz pierwszy w góry, gdy wnosił go na szczyt – umęczony, ale szczęśliwy. Uśmiechał się do niej tak wyjątkowo. Tam wtedy zapominała o tym, co złe, co niekompletne, nieidealne. Pielęgnowała w sobie te momenty, gdy mogła na nim polegać. Kiedy szybko musiała wrócić do pracy po urodzeniu dziecka, a on dzielnie zajmował się półrocznym niemowlakiem – szybciej niż ona kończył pracę.

Albo wtedy, gdy musieli się przeprowadzić, a on wszystko zorganizował od początku do końca. Albo gdy na wycieczce za miasto popsuł się jej rower, a on miał przy sobie wszystko co niezbędne, żeby go naprawić. Lubiła, gdy gotował. Choć irytował ją bałagan, który zostawiał w kuchni. „Ciesz się, że w ogóle gotuje, mój to nawet do kuchni nie zagląda” – mówiła przyjaciółka.  A jej się wyć chciało, kiedy po raz kolejny szorowała kuchenkę, myła podłogę, bo on dumny, że zrobił coś dla niej, zapominał o wszystkim, o co go prosiła.

Ktoś powie: „Kolejna głupia baba, która nie umie być szczęśliwa i szuka dziury w całym”. Ona też tak o sobie myślała. „O co tobie właściwie chodzi?” – pytała samą siebie i zmęczona po całym dniu pracy, zajmowania się dzieckiem, ogarnianiem domu zasypiała na kanapie z głową na jego kolanach.

Czasami wyobrażała sobie, jakby to było, gdyby była sama…

Z synem. A jego by nie było. Czasami o tym marzyła. Tylko przez chwilę bo tak bardzo bolało. Bo jak można myśleć, że kogoś kogo się kocha nie ma tuż obok. Właśnie. Kocha? Coraz częściej się nad tym zastanawiała. Nie, nie była żadną głupią babą. Nie szukała romansów, tylko zamykała się w sobie coraz bardziej. Szukała w sobie odpowiedzi. „Co jest ze mną nie tak?”, pytała samą siebie.

I kiedyś w nocy poczuła to. Tę samotność. Tak okropną, tak silną, z którą nie da się walczyć. Łkała w poduszkę. Bolało ją wszystko z tęsknoty za jego uwagą, za rozmową, za szczerością. Za nim. Za jego wzrokiem, za miłością, za czułością. Za byciem ze sobą – tak blisko, tak intymnie, z taką pewnością, że są tylko dla siebie.

Gdzie się zgubili? „To jego wina”, kipiała ze złości. Wpadała w szał, kiedy poprawiał po niej naczynia wstawione do zmywarki. Trzaskała drzwiami i wychodziła, kiedy po raz kolejny siadał wieczorem przed telewizorem. Gdy mówił: „A ty jak uważasz?” – zagryzłaby go, nie rozumiała, jak nie można samemu podjąć decyzji, wziąć na siebie odpowiedzialności za własne zdanie.

Nagle to zobaczyła: ona była motorem napędowym tego związku. To ona decydowała, co zjedzą na obiad, gdzie pojadą w weekend, czy zaproszą znajomych, a może wyjdą w trójkę do kina. On na wszystko się zgadzał sam nie wychodząc z inicjatywą. Mówiła: „Mam dość. Zrób coś”, a on nie rozumiał. „O co ci chodzi, masz wiecznie o coś pretensje”, powtarzał. Kiedy słyszała: „Już taki jestem, widocznie się nie zmienię” – kipiała. Umarliby z nudów przed telewizorem z chipsami w ręce w jakiś kolejny weekendowy wieczór. „Zaskocz mnie, zaproponuj”- powtarzała, a on owszem – raz zapalił świece, otworzył wino. Raz. Jemu chyba wystarczyło.

A ona była coraz dalej. „Dostajesz tyle, ile dajesz”, powtarzała. Dostawała nic. O nim myślała z narastającą frustracją.

Ale na zewnątrz nadal byli świetną parą, która tak wiele robi wspólnie. Rodzinnie. Właśnie – funkcjonowali jak dobrze naoliwiona maszyna – w trójkę. Gdy zostawali sami, syn szedł spać, nie było już nic. Oschłość. Samotność. Bolała jego nieuwaga, ten pospieszny seks, bez rozmowy, bez patrzenia na nią. Ten buziak rano. Jakby jej nie widział. Jakby była przezroczysta. Mebel, który dobrze wpasowuje się w otoczenie. Użyteczny mebel.

Musiała znaleźć siebie…

Brakowało jej oddechu. Czy jedyne to pracować, wychowywać dziecko, sprzątać, gotować? Czy nie może wymagać? Nie ma już prawa żądać uwagi? To już? Wszystko? Obok siebie?

Terapia. „Nie będzie łatwo” – mówiła jej terapeutka. „To ciężka praca”. Ale ona chciała tej pracy. Chciała zobaczyć sens związku, trwania w nim. Zobaczyć siebie.

„Chciałabym, żebyś się wyprowadził”, powiedziała pewnego dnia. Nie był zaskoczony. To ją bolało najbardziej, że nie walczył. Że nie wpadł w szał, że nie zaczął krzyczeć: „Kocham cię, chcę z tobą być, szaleję za tobą”. „Poszukam mieszkania” – to wszystko. Po prostu. Tak, jakby czekał na sygnał, by nie musiał ponosić odpowiedzialności za rozbicie ich związku, za rozstanie, za dziecko, które zostawało. Wtedy go nienawidziła.

„Dlaczego się nie rozwiedziesz?”, zapytała pół roku później terapeutka. „Nic ci do tego”, pomyślała ze złością. Tak, już umiała się złościć. Umiała krzyczeć, nauczyła się mówić: „jestem zła, mam do tego prawo”. Kiedy pierwszy raz wykrzyczała mu brak uwagi, osamotnienie, któremu był winien, że dla niego była tylko członkiem rodziny, a nie kochaną przez niego kobietą – był w szoku. Znieruchomiał. Przychodził często, kładł ich synka spać. Był z nim, gdy ona szła na zumbę, gdy wyjeżdżała z przyjaciółką na weekend. „Dlaczego znęcasz się nad sobą i pozwalasz, żeby on nadal był tak mocno obecny w twoim życiu, nie zamykasz tej furtki” – docierały do niej słowa terapeutki. Właśnie – „czemu?” – pytała później samą siebie. W wakacje wyjechali razem na żagle, urodziny syna spędzili w trójkę w Warszawie – mały chciał koniecznie zobaczyć stolicę. „W końcu tyle nas łączy” – tłumaczyła sobie.

Ale kiedy ich syn zasnął, a on przed wyjściem usiadł z nią w kuchni, zaczęła mówić. Mówiła o tych wszystkich żalach i pretensjach. Już nie ze złością. Ale ze zrozumieniem, skąd się wzięły. Mówiła, że tak bardzo za nim tęskniła. Że tak pogubili siebie nawzajem. Że on przestał o nią walczyć, zabiegać. Przestał się o nią starać. Traktował jak własność. Jak rzecz nabytą. A przecież nie da się miłości nabyć. Kupić. Z niekończącym się terminem ważności.

On tez mówił. Że ona o nim zapomniała…

Że nie traktowała go, jak mężczyzny. Że nie pożądała. Że tylko oczekiwała. Wymagała. Nie ufała. Kontrolowała.  Że wszystko, co robił, było źle, więc przestał robić cokolwiek. A później rozmawiali o rywalizacji między sobą. O ściganiu się, kto jest lepszy. Udowadnianiu drugiemu, że jest gorszy. O braku wyjaśnień. O odpuszczaniu. Machaniu ręką na siebie nawzajem. Lepszy spokój, niż konfrontacja. Lepiej milczeć niż usłyszeć rzeczy, których słyszeć nie chcieli. I słów, które sami mogli powiedzieć.

„Poprosiłam, żeby wrócił” – powiedziała na terapii kilka tygodni później. Kilkadziesiąt przegadanych z nim wieczorów później.  „Jak się z tym czujesz?”. „Jestem szczęśliwa”. „Dlaczego?”. „Bo wiem, że on mnie kocha”.

Powiesz: „Głupia baba. Najpierw go wyrzuca z domu. A później ryczy, że jest szczęśliwa”…

A gdyby odpuściła, gdyby pielęgnowała w sobie złość, dokarmiała ją każdym jego gestem? Gdyby pozwoliła mu odejść? Gdyby nie zrozumiała, że on cały czas był blisko, że dał jej przestrzeń do szukania siebie, że sam zrozumiał, co jest dla niego ważne? Też byłaby głupia? Szczęśliwsza w innym związku?

Tego nie wiesz. Ona nie chciała wiedzieć. Chciała znaleźć na nowo miłość tam, gdzie ona była. Oboje chcieli. Nie, wcale nie jest kolorowo. On ją wkurza, bo nadal mnie myje kuchenki po zrobieniu obiadu. A ona jego, kiedy zasypia na kanapie zmęczona po całym dniu. Ale wiesz co, są uważni. Są uważni na siebie nawzajem. Słuchają siebie. Nie, nie spędzają codziennie długich wieczorów na rozmowach. Ale wiedzą o sobie więcej. Ona na przykład wie, co on czuł zmieniając pracę. Nauczył się mówić o swoich uczuciach, emocjach. A on wie, że szefowa w pracy doprowadziła ją do szału. I ona jest mu wdzięczna, za to słuchanie, za niekomentowanie. Kocha go za to. A on ją też za to, że czasami wieczorem ciągnie go do sypialni,  żeby pokazać, jak wygląda dzisiaj jej miłość.


Zobacz także

Czy dom rodzinny warunkuje jakość życia dorosłego człowieka?

Gdyby disneyowski książę żył naprawdę, byłby skończonym palantem! Zobaczcie film

5 krytycznych zdań, których musisz unikać, jeśli chcesz schudnąć

л-карнитин купить

виагра в аптеках цена

steroid-eu.com