Psychologia

Kłamiemy wszyscy, ale to mitomani żyją kłamstwem. Rozpoznaj nałogowych oszustów

Redakcja
Redakcja
27 kwietnia 2017
Nie daj się okłamywać. Co mówi najczęściej osoba, która kłamie?
Fot. iStock / olaser
 

Każdemu choć raz zdarzyło się powiedzieć nieprawdę czy przekręcić pewne fakty. Kłamstwa, oszustwa czy osobliwe interpretacje rzeczywistości, przytrafiają się wg statystyk od 2 do 200(!) razy dziennie. Generalnie kłamiemy wszyscy, ale niektórzy popadają wręcz w mitomanię, nie umiejąc powstrzymać się przed wypowiadaniem oczywistych kłamstw i półprawd.

Dlaczego kłamiemy?

Działamy tak z różnych powodów, w zasadzie, ile osób, tyle kłamstw i kłamstewek różnego kalibru. Kłamiemy najczęściej wtedy, gdy mamy konkretny powód — chcemy by nasze życie w rozmowie z dobrze ustawioną koleżanką wyglądało na ciekawsze, aby umniejszyć swoje przewinienia, czy zwrócić na siebie uwagę. Wymyślamy na poczekaniu niewinne kłamstewka o korku, gdy spóźniamy się do pracy, mijamy się z prawdą, gdy nie chcemy sprawić przykrości przyjaciółce, której styl ubierania, czy nowa miłość, zupełnie się nam nie podoba. Niewinne kłamstewka może nie są godne pochwały, ale pozwalają wybrnąć bez szwanku z różnych sytuacji. Ale gdy ktoś kłamie i gubi się w przedstawianych przez siebie wersjach prawdy, to jest już problemem.

Uzależnieni od kłamstw mitomani

Kłamstwa mogą uzależnić. Sytuacja staje się patologiczna, gdy kłamstwa zakorzeniają się w osobowości, wypływają z człowieka nawet wtedy, gdy nie ma żadnych korzyści z niemówienia prawdy. Co więcej, nie potrzebuje wiele czasu, kłamstwa wymyśla na poczekaniu i wypowiada je tak, jakby były czymś naturalnym, stały się wiarygodne. Taka postawa może wynikać z dzieciństwa, gdy notoryczne kłamstwa i zaprzeczenia pozwalały uciec od jakichś trudnych sytuacji. Ale patologiczne kłamanie może wynikać z zaburzeń psychicznych, np. syndrom Gansrea czy antyspołeczne zaburzenie osobowości.

Kłamców można rozpoznać

Jeśli zastanawiasz się nad tym, czy ktoś jest lub nie nałogowym kłamcą, możesz rozpoznać go po kilku charakterystycznych zachowaniach:

  • Bohaterstwo  Patologiczny kłamca często kreuje się na bohatera, który pomaga potrzebującym w różnych sytuacjach. jego historie są niesamowite, jakby wyjęte z filmu sensacyjnego. W dodatku często przechwala się znajomościami ze znanymi czy wpływowymi ludźmi.
  • Rola ofiary Przedstawia się w świetle cierpiętnika, któremu życie cały czas rzuca kłody pod nogi. Często mówią o różnych chorobach ich lub bliskich, nieszczęściach i porażkach, jakie ich spotykają, co po czasie staje się niewiarygodne. A wszystko po to, by wzbudzić współczucie i zwrócić na siebie uwagę.
  • Uzależnienia  Kłamcy mają często problemy z narkotykami, alkoholem czy hazardem. Kłamstwami próbują przykryć problem, ale tłumaczenia niedyspozycji i dziwnych zachowań wypadają mało przekonująco.
  • Cechy towarzyszące — Kłamcy mogą być przewrażliwieni na swoim punkcie, wykazywać agresję podczas kwestionowania ich wersji wydarzeń. Bywają zazdrośni, impulsywni oraz narcystyczni.

Poradź sobie z przypadkiem mitomanii w otoczeniu: 

Nie angażuj się w kłamstwo

Nie wchodź w rolę słuchacza, który chętnie wysłuchuje tych wszystkich historii. Nie okazuj zainteresowania, dając jasno do zrozumienia, że czujesz przez skórę historię nieprawdziwą. Kłamcy zależy przede wszystkim na wciągnięciu rozmówcy w emocjonalną grę.

Upewnij się, co jest prawdą

Jeśli podejrzewasz kogoś o notoryczne kłamstwa, zwróć szczególną uwagę na to, co ona mówi i zweryfikuj te informacje. Doprecyzuj własną wiedzę, by na przyszłość albo obalić daną informację bez zbędnych tłumaczeń, albo zwyczajnie spojrzeć na to ze zdrowym dystansem. Wykaż się czujnością i stosuj zasadę ograniczonego zaufania do kłamcy.

Nie wykłócaj się

Nie angażuj się w próbę udowodnienia kłamstwa. Mitoman i tak będzie upierał się przy swoim, szczególnie gdy sam zaczyna mieszać prawdę z mitami. Może przecież być i tak, że nigdy nie dotrzesz do tego, co jest prawdą a co nie w relacji kłamcy, szkoda twojego zachodu.

Zaoferuj pomoc

Jeśli zależy ci na relacji z osobą, która ma problemy z patologicznym kłamaniem, możesz zaproponować pomoc. Mitomanię można, a nawet powinno się leczyć, dzięki zastosowaniu psychoterapii i czasem leczenia farmakologicznego. W przypadku bliskiej osoby, która zmaga się z tym problemem, okaż chęć wsparcia, ale w takim przypadku nie pozostawiaj kłamstw bez odpowiedniej reakcji. Chcąc pokazać, że nie jest tajemnicą, że ktoś kłamie, nie obawiaj się celowo przytaczać informacje sprawdzone, które uświadomią, że coś jest nie do końca tak, jak powinno.

Kłamstwo wymyślone od czasu do czasu, zazwyczaj jest nieszkodliwą praktyką. Jednak gdy pojawia się wiele razy na co dzień, może szkodzić i wywierać negatywny wpływ na otoczenie, co może mieć wiele różnych konsekwencji.

źródło: 

 

 


Psychologia

„Ona się na to nie umawiała. No ja chyba ku*wa śnię. Na hasło, że w Polsce nie ma pracy reaguję alergicznie”. List pracodawcy

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 kwietnia 2017
Fot. iStock/g-stockstudio
 

Żeby było jasne – do wszystkiego doszedłem sam, sam swoją pracą. Nic mi z nieba nie spadło, nie miałem bogatych rodziców, wujka w Stanach, czy szczęścia w totolotka. Wręcz przeciwnie, w domu nauczono mnie ciężkiej pracy, bo bez niej nic nie da się osiągnąć. Pomagałem rodzicom w gospodarstwie, a kiedy wyjechałem na studia to w dniu rozpoczęcia zajęć już miałem pracę –mogłem dorabiać w knajpie jako kelner. Prowadzenie kawiarni, restauracji, czy zwykłego baru poznałem od podszewki. Myłem kible, szorowałem podłogi, uśmiechałem się do klientów i wysłuchiwałem ich nie wiadomo skąd wziętych czasami pretensji.

Wyjechałem do Anglii w wakacje, tam każdy od zmywaka zaczyna. I kiedy kończyłem studia, zdałem sobie sprawę, że tak, chcę mieć swoją kawiarnię, nie w Warszawie, ale u siebie, w średniej wielkości mieście wcale nie tak daleko od Warszawy.

Żeby otworzyć knajpę, trzeba mieć kasę. Ja na swoją harowałem za granicą, napiwki odkładałem do słoika, grosz do grosza, funt do funta. Moja żona do dziś wspomina, że tak chudego i wymęczonego, ale z nieustannym blaskiem w oku nigdy mnie nie widziała.

Ale miałem cel, miałem plan. Wróciłem, zainwestowałem i nie oczekiwałem cudów, bo wiadomo, że manna z nieba nie spada. Dzisiaj wszystko prosperuje jak w zegarku, ale najbardziej rozczarowali mnie ludzie.

Pierwsza rekrutacja, przychodzi kucharz, mówi gdzie on to nie pracował, czego nie robił, kiedy proszę o referencje na papierze, mówi, że doniesie i nigdy już więcej się nie pojawia. Dziewczyna, która chce być managerem. Paznokcie, którymi mogłaby pewnie zabić, gdyby się ktoś na nie nadział, ubiór bardziej jak z knajpy ze striptizem, ale ambicje ma. Tyle, że bez pomysłów i bez doświadczenia. Ale przecież Facebook, jej zdaniem, do promocji wystarczy, zdjęcia potraw i będzie świetnie.

Ruszam sam, z żoną, w kuchni pracuje moja mama, która sama została, gospodarstwo sprzedała. Na kelnera zatrudniam chłopaka z osiedlowego sklepu – zawsze uśmiechnięty, miły i pamiętał, jaki chleb kupuję. To jest strzał w dziesiątkę. Szybko się ogarnia, zresztą jest z nami do dziś, a to zaraz 15 lat.

Ale jak słyszę, że w Polsce nie ma pracy, że młodzi ludzie nie mają gdzie pracować, to przysięgam, że krew mnie zalewa. Bo ja tych „młodych ludzi” przerobiłem grube dziesiątki. Myślałem: „Mi też kiedyś ktoś dał szansę, czegoś nauczył”, miałem jakieś takie poczucie misji, że muszę oddać ten dług. Tylko nikt do cholery nie chciał go wziąć. Wiecie, podana na tacy robota, nie pieniądze, robota. Ja naprawdę nie należę do tyranów, jestem wymagający, bo i ode mnie wymagano. Chcesz być w moim teamie – zapraszam, ale pracujesz równo z nami, do jednej bramki, traktujemy ten biznes jako nasz własny. Zawsze to powtarzam. Chcę mieć zespół, który będzie stanowił rodzinę, który będzie się czuł ze sobą dobrze. Tymczasem te fochy, te obrażania się, te pilnowanie zegarka, że za pięć minut wychodzę i nic mnie nie interesuje. Jak mi kiedyś dziewczyna na koniec miesiąca wyliczyła, że pracowała 57 minut dłużej i ile jej za to zapłacę, to myślałem, że para uszami mi pójdzie. Ja stale nie dowierzam, stale się dziwię. Rozumiem, że ktoś pracę traktuje jak przystanek, jak jakiś etap swojego życia, który pozwoli mu iść dalej. Tylko do cholery, jeśli nawet ten przystanek traktuje jak przymus, to co będzie dalej!

Bo co myśleć o takiej osobie? Przychodzi dziewczyna, praca sezonowa, bo studiuje, za granicę nie chce jechać, bo zakochana. Fajna, skromna i zdaje się chętna do pracy, choć ja już rzadko daję się zwodzić pozorom. Ustalamy zakres i godziny pracy, wykładam jej filozofię firmy, czyli budujemy rodzinny zespół, jak ktoś tego nie czuje, nie jest u mnie trzymany na siłę. Ona oczywiście nie wchodzi od razu na salę, ma kilka dni na opanowanie tego, co serwujemy, jak wygląda praca, jej organizacja, po prostu zwykła obserwacja, żeby mogła się pouczyć. Tomek (ten ze sklepu osiedlowego) już po pierwszym dniu mówi mi: „Nic z tego nie będzie”. Eee tam, jeden dzień, on też się czasami myli. A dziewucha fajna, w końcu „szansa się każdemu należy” – moje motto.

I to motto mi bokiem wychodzi. Bo ile ludziom można dawać szans, ile wierzyć, że ktoś naprawdę chce pracować. Tak, wiem – zaraz ktoś powie – jak dobrze zapłacisz, to każdy przyjdzie. Ale ja nie wyzyskuję nikogo, płacę dobrze, wiem, ile kelnerzy wyciągają na napiwkach, bo ci którzy pracowali kilka lat, którzy byli z nami na dłużej, nigdy nie narzekali, a jeszcze powtarzali, że z napiwków, drugą pensję wyciągnąć potrafią. I wiem, że nie kłamali, a ja im nigdy tego nie odbierałem. W końcu to ich praca, ile z siebie dadzą, tyle wyciągną. Prosta zasada.

Minął tydzień, wpuściliśmy „nową” na salę. Uśmiechnięta dla klientów, miła, wygadana – świetnie, jest nadzieja… Ale nadzieja była na jej interes, tam gdzie ona mogła wyczuć kasę, tam była. Gdy padło: „Przetrzyj podłogę w toalecie, proszę” to nasz niepisany test na dobrego pracownika, udała, że nie słyszy, na otwarcie wpadała zawsze na ostatnią chwilę, więc omijało ją sprzątanie, ogarnianie, co jest obowiązkiem tej pierwszej zmiany. Kiedy postanowiłem z nią porozmawiać usłyszałem, że ona nie na to się umawiała. No ku*wa mać, czy ja śnię? Nie na to się umawiała? A na co? Na to, żeby dobrze wyglądać i nie pracować, ale dostawać kasę? Powtarzała, że nie jest od mycia podłóg, od ścierania stolików, że do tego to sprzątaczka powinna być, a nie ona. Ona obsługuje klientów, NIE SPRZĄTA! Głupia, bo gdyby wykazała chęci do pracy, a nie tylko do liczenia kasy, miałaby jak najlepiej, bo jednego mnie ta praca nauczyła – doceniać tych, którzy naprawdę chcą pracować.

Dlatego pęka mi żyłka, kiedy słyszę, że „młodzi ludzie nie mają szansy na start”. Gówno prawda, młodzi ludzie czekają na gotowe, są roszczeniowi, chcą jak największą kasę za minimum wkładu własnego. Są rozpuszczeni i rozwydrzeni i uważają, że WSZYSTKO im się należy! Zresztą, nie tylko młodzi, wśród 30 – 40-latków, też takie kwiatki spotykałem. Panie, które sprzedawały mi bajki, jak to one kochają pracę z ludźmi, jak chcą coś zmienić w swoim życiu, a później wynosiły mi z zaplecza produkty, kradły naczynia…

Przez 15 lat prowadzenia restauracji, na palcach dwóch rąk mogę policzyć ludzi, których praca była naprawdę cenna, którzy wkładali całych siebie, byli z nami, przeżywali porażki i świętowali sukcesy, którzy do dziś dzwonią na święta z życzeniami. Praca u mnie była dla nich przystankiem, czasami nawet kilkuletnim, ale to właśnie oni coś później osiągnęli idąc swoją drogą. Reszta? Spotykam ich zachmurzonych w urzędach – pracy, miasta, skarbówce. Siedzą z tymi swoimi minami: „Ja tu jestem tylko od papierków, a nie od odpowiadania na pana pytania”. No tak w końcu nie umawiali się na to, żeby pomóc i być miłym, za to nikt im nie płaci. Nikt im nie płaci za zaangażowanie, za to, żeby dzięki nim, jakieś miejsce stawało się lepsze. Nie ma teamu, nie ma rodziny. Jest odbicie karty o 16-tej i do domu, do życia, które pewnie jest tak bezbarwne i wyzute z chęci korzystania z podsuwanych szans, że aż straszne.

Jasne, że mam swoją stałą ekipę: jestem ja, żona, moja mama, siostra mojej mamy, siostra mojej żony, pomaga nam starsza córka, jest Tomek, którego traktuję jak młodszego brata. Są kelnerzy – zawsze dwóch na stałe, których wspiera moja rodzina. Moja szwagierka rano piecze bułki, żona ze mną przygotowuje salę, ja robię zakupy, mama z ciocią są w kuchni, one sobie organizują pomoc – o którą też nie jest łatwo. Na hasło, że w Polsce nie ma pracy reaguję alergicznie i ciśnie mi się od razu na usta: a na co się umawialiście? Ty i ta praca? Że ona sama do ciebie przyjdzie?


Psychologia

Dbasz o figurę? Unikaj 7 „tuczących” owoców

Redakcja
Redakcja
27 kwietnia 2017
Fot. iStock / anandaBGD

Mogłoby się wydawać, że owoce i warzywa to idealny składnik każdej diety, szczególnie tej odchudzającej. Pyszne, zdrowe, pełne witamin i cennych składników, polecane są na wyciskane soki, musy, przygotowane na parze lub surowe. Do tego niskokaloryczne i wyjątkowo łaskawe dla zdrowia i urody. Ale czy na pewno? 

Wbrew pozorom i niekwestionowanym zaletom, nie wszystkie owoce polecane są, gdy walczymy o szczuplejszą figurę. Co prawda, każdy z nich zawiera błonnik, który fantastycznie wpływa na układ trawienny i zmniejszenie uczucia głodu, jednak są owoce, które aż kipią cukrem. Skądinąd zdrowsza od  rafinowanego cukru fruktoza, nie tuczy tak bardzo, jak np. sacharoza, ale jej nadmiar nie pomoże zrzucić wagi, a nawet spowoduje jej wzrost.

Lista najbardziej kalorycznych owoców

1. Banany – 95 kcal/100g

Im dojrzalszy banan, tym bardziej kaloryczny. W 100 g banana (przeciętny owoc waży ok. 150 g), znajduje się około 16 g cukru, czyli 2 i 3/4 kostki. Duży banan jest tak samo kaloryczny, jak rurka z kremem.

2. Winogrona – 69 kcal/100g 

Pół kilograma kilograma winogron ma więcej kalorii niż pączek i pół tabliczki czekolady. A gdy zasiada się do winogron, często jedzone są do oporu, przez wzgląd na lekki smak i wodnisty miąższ. Jeszcze gorzej jest z rodzynkami – 100 g rodzynek zawiera 300 kcal, a pół kilograma – już 1500 kcal.

3. Mango – 67 kcal/100g

Mango to pyszny i bardzo odżywczy owoc, którego również nie poleca się jeść bez umiaru. Owoc mango jest spory, więc jeśli wybierasz owoc o wadze 250 g, zjadasz razem z nim aż 175 kalorii.

4. Czereśnie – 61 kcal/100g

Sezonowość czereśni powoduje, że gdy się pojawią, zjadamy je wręcz bez ograniczeń. A słodkie czereśnie pobudzają apetyt i powodują gwałtowny wzrost poziomu cukru we krwi, powodując magazynowanie nieprzerobionej energii w ramach tłuszczyku na ciele.

5. Aronia – 57 kcal/100g

Trudno jeść aronię na surowo, z powodu jej cierpkiego smaku, więc najczęściej spożywa się ją przetworzoną, z dużą ilością białego cukru. Nawet jako zdrowy dodatek do herbaty czy galaretka, nie należy ona do dietetycznych.

6. Kiwi – 56 kcal/100g

Może się wydawać, że kaloryczność tej bomby witaminowej w kiwi nikomu nie zagraża. Jednak biorąc pod uwagę to, że mało kto poprzestaje na jednym owocu, tych kalorii pochłaniamy o wiele więcej, zupełnie nieświadomie.

7. Gruszki – 54 kcal/100g

Gruszki są mniej popularne od jabłek, ale równie zdrowe. Należy tylko uważać, by nie jeść zbyt dojrzałych, ze względu na ich kaloryczność. Im bardziej dojrzała gruszka, tym mniej kwasów organicznych i błonnika, a więcej fruktozy.

Owoce są niezwykle istotne dla zdrowia, więc nawet na diecie nie można z nich zupełnie rezygnować, a najlepiej ograniczyć ich ilość do 300 g dziennie. Warto jeść więcej warzyw, które mają o wiele mniej cukru lub wybierać owoce mniej słodkie lub kwaskowate — one mają mniejszą zawartość fruktozy.

źródło: 


Zobacz także

Ludzie cię nie lubią lub stale ignorują? Prawda może być okrutna

„Kiedyś myślałam, że moja mama nie zasługuje na miłość. Dziś mówię: „Wybaczajcie, rodzice odchodzą nagle, a to my zostajemy z gniewem”

10 sygnałów, że masz szczęśliwe życie (nawet jeśli teraz tego nie czujesz)