Psychologia

Ale to już było?! To cię zaciekawi, jeśli odczuwasz niezwykłe deja vu

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
4 listopada 2016
Fot. iStock / UygarGeographic
 

Na pewno znasz ten stan, choć raz w życiu jak grom z jasnego nieba przeszyło cię uczucie, że to już się działo! Trwa tylko ułamek sekundy, ale przyspiesza bicie serca, powoduje niepokój. Deja vu, bo tak określa się takie zdarzenie, jest naprawdę niezwykłe. Warto poznać jego przyczyny, a przy okazji obalić pewne mity z nim związane.

Deja vu — już widziane

W ten dosłowny sposób tłumaczy się to zjawisko, na którego temat powstało wiele spekulacji i domniemań. Osoby, które miały styczność z deja vu twierdzą, że przeżywana sytuacja wydarzyła się już w przeszłości, mimo pewności, że to niemożliwe. W dawnych czasach tłumaczono je działaniem złych duchów, objawami reinkarnacji i poprzedniego życia, naukowcy skupiali się na teoriach działania tzw. podwójnego mózgu, pamięci doświadczeń prenatalnych, telepatii… Teorii sporo, zważywszy na fakt, że deja vu nadal pozostaje intrygującą zagadką.

Mity dotyczące deja vu:

1. Występuje niezmiernie rzadko

Wbrew pozorom wyjątkowości samego zjawiska, pojawia się ono dość często. Przeprowadzone badani wskazują, że częstotliwość występowania deja vu w populacji waha się w granicach od 30 do 96% – wynik, zależy od badanej grupy osób oraz przyjętej w badaniu definicji tego zjawiska.

2. Wynika z patologicznego podłoża

I tak i nie, zależy to od przypadku danej osoby.

  • deja vu dotyka osoby zdrowe,
  • częściej pojawia się u osób z organicznymi uszkodzeniami mózgu- cierpiących na padaczkę płata skroniowego,
  • u pacjentów z niektórymi zaburzeniami psychicznymi: schizofrenią, zaburzeniami nastroju lub osobowości, nadmiernym lękiem, demencją, depresją oraz nerwicą,
  • u osób zmęczonych psychicznie, przemęczonych fizycznie, stosujących używek, funkcjonujących w silnym stresie.

3. Sny tworzą deja vu

Połączenie między marzeniami sennymi a deja vu, tłumaczone jest jako zjawisko powstające w wyniku przypadkowego związku lub podobieństwa marzeń sennych z codziennymi sytuacjami. Do tej pory, mimo istniejących poszlak nie udowodniono naukowo tej zależności.

4. Reinkarnacja wszystko tłumaczy

Już Arystoteles w ten sposób tłumaczył występowanie tego zjawiska. Podobne związki można odnaleźć w filozofii hinduizmu. Naukowego potwierdzenia tej teorii jak na razie nie ma.

Garść faktów popartych badaniami:

Owszem, deja vu nadal pozostaje kusząca naukowców zagadką, jednak są pewne kwestie, z którymi dyskutować się nie powinno. Naukowcy ustalili m.in.:

  • Zjawisko deja vu pojawia się średnio raz na rok u osób, które je doświadczają.
  • Deja vu pojawia się częściej u osób zestresowanych i przemęczonych.
  • Deja vu doświadczają tak samo kobiety i mężczyźni.
  • Częstotliwość odczuwania deja vu maleje wraz z wiekiem.
  • Osoby bardziej niż przeciętnie wykształcone częściej doświadczają tego zjawiska.
  • Deja vu dotyka częściej ludzi dużo podróżujących.
  • Deja vu przypomina często poprzedni sen.
  • Przeciwieństwem deja vu jest jamais vu, co oznacza „nigdy nie widziane” (coś, co powinno być nam znane, wydaje się być zupełnie obce).

źródło:


Psychologia

„Ty już tu nie wrócisz, Piotrze. Nie w sutannie”. Zostałem mężem i ojcem. I nie żałuję

Anika Zadylak
Anika Zadylak
4 listopada 2016
Fot. iStock / RyanJLane
 

– Miłość nie znosi sprzeciwów. Nie zwraca uwagi na choroby, odległość, kolor skóry i przeciwności losu. Przychodzi, urządza się w naszych sercach, nie pyta czy jej chcemy, czy to wypada. Nie myśli o tym, że konsekwencje, że nie zawsze jest mile widziana przez innych. Ją interesują tylko te dwie dusze, które znalazła i do siebie przyprowadziła. Nie słucha głosów z zewnątrz, które plują jadem, sprzeciwiają się  krzykiem i oburzeniem, patrzą wzrokiem pełnym potępienia. Ona po prostu jest, zostaje i prosi, żeby jej nie odtrącać. Nawet wtedy, gdy facet, którego pragniesz i kochasz, każdym zmysłem, nosi sutannę. Basia patrzy na swojego męża Piotra i pyta, czy coś źle powiedziała. – Nie kochanie, wszystko pięknie ujęłaś. Dodałbym tylko jeszcze, że ta prawdziwa nie potępia. Nawet tego, który w jej imię zrezygnował ze swoich wyborów. Chciałem być księdzem, zostałem mężem i ojcem. I nie żałuję. Wierzę i wiem, że On nam nie wybaczył, Bóg. Bo nie miał czego. Sam przecież jest miłością.

Pijemy herbatę w małym, przytulnym mieszkaniu. 4-letni Oskar, syn moich bohaterów, śpi w pokoju obok. Mam przed sobą dwoje kochających się ludzi. Widzę, z jakim szacunkiem się do siebie odnoszą, z jaką czułością na siebie patrzą, jak uśmiechają, gdy opowiadają o swoim dziecku. Ta historia jednak nigdy nie była i nadal nie jest usłana różami. Bo jest o miłości zakazanej, odepchniętej od najbliższej rodziny, zdeptanej i oplutej. Bo mimo, że Piotr odszedł z kapłaństwa, zanim na dobre związał się z Barbarą, został w swoim małym miasteczku niemalże ukrzyżowany. Zwłaszcza przez swoja mamę i brata. Oraz kościół, który myśli o nim jak o zdrajcy zostawiając bez żadnej pomocy, bez wsparcia.

Barbara: – Byłam po rozwodzie, po ciężkich, traumatycznych przeżyciach. Niby tylko dwa lata, dla mnie aż, bo zdążyły zrujnować mi zdrowie, okaleczyć psychikę. Wróciłam do moich rodziców, małe ale spokojne miasteczko, fajni ludzie. Dziś tak o nich nie myślę, bo to przez tych ludzi właśnie musieliśmy uciekać po nocach. Jak szczury. Nie życzę tego nikomu. Do dziś zresztą spokojnie na cmentarz do moich rodziców nie mogę pojechać, bo nawet tam potrafią mnie sąsiedzi opluć. Jak? Tak zwyczajnie, po prostu. Podeszła do mnie sąsiadka mojej matki, syknęła, że jestem dziwką i spalę się w piekle. Na koniec napluła mi w twarz. Przy grobie, przy krzyżach, tam gdzie powinno się zachować, największą powagę. I szacunek. A to lepiej, jak Piotrek byłby jednym z wielu, o których się mówi głośno i nieprzychylnie? Jednym z tych, co mają dzieci z gosposią na plebani, albo romans z jedną z parafianek. Rankiem w kościele odprawia mszę, a wieczorem jest gorącym kochankiem? To się po prostu stało. I wcale nie przy konfesjonale, czy na zapleczu zakrystii, jak nam obrzydliwie zarzucano. Poznaliśmy się na takim obozie dla uzależnionej młodzieży, ja tam byłam na wolontariacie. Trochę jeszcze wtedy szukałam, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą dalej zrobić. Jak zaplanować przyszłość po rozwodzie. Mówiono mi, że w ekipie zajmującej się naszymi podopiecznymi, będzie ksiądz. Ale jak zobaczyłam chłopaka w dresach, w czapce z daszkiem, pomyślałam, że  widocznie zrezygnował. A on po prostu był cywilnie, bez sutanny i koloratki. Ale przedstawiając się zaznaczył kim jest. Nie, nie przeszło mi wtedy przez myśl, że  taki przystojny i fajny facet, a ksiądz. Przecież każdy układa sobie życie, jak chce. Byliśmy tam dwa tygodnie. Wystarczyło, żeby zaiskrzyło, coś się pomiędzy nami, pojawiło. Choć żadne się do tego nie przyznawało i do niczego nie doszło. Dużo rozmawialiśmy. O życiu, o rodzinie, o marzeniach i planach. Czułam taką lekkość, gdy Piotr był obok, gdy słuchał, gdy odpowiadał. Nie miałam oporów, żeby się zwierzyć, rozpłakać. I nie miało to niczego wspólnego ze spowiedzią. Myśmy rozmawiali jak kobieta z mężczyzną, jak dwoje ludzi, po prostu.

Po powrocie kontakt się na chwilę urwał. Jakoś tak czułam dziwnie, że nie powinnam iść do kościoła, pokazywać się mu. Intuicyjnie wiedziałam, że z tego mogą być problemy, bo złapałam się na tym, że o nim myślę. Że jakby nawet tęsknię. Nie wiedziałam, że on przeżywał to samo co ja. Natknęliśmy się na siebie miesiąc później, przypadkiem. A może to właśnie nie był przypadek, tylko zrządzenie losu. Przecież jeśli coś jest ci przeznaczone, to od tego nie uciekniesz, choćbyś chciał. Usiedliśmy na ławce w parku niby na chwilę. I nagle zorientowaliśmy się, że robi się ciemno. Pochłonęły nas słowa, radość ze spotkania. On musiał już wracać, ale zaprosił na koncert, który współorganizował. Poszłam, choć miałam coraz większe opory. Czułam jak to we mnie rośnie, to uczucie potrzeby jego bliskości. Takiej ludzkiej, takiej jakiej pragnie każdy z nas. Po koncercie, znowu długo rozmawialiśmy. Poszliśmy nawet na spacer. Gdy wróciłam, rodzice patrzyli na mnie z wyrzutem, strachem. Mówili, że ludzie zaczynają gadać, że gdzieś tam nas widzieli. Chciałam wytłumaczyć, że się po prostu lubimy, że nie ma w tym niczego złego, że tylko rozmawiamy. Ale oboje już wtedy wiedzieliśmy, że to nas gdzieś prowadzi. Baliśmy się tego, ale chyba jeszcze bardziej chcieliśmy.

Piotr: – Żona ma rację, pragnienie, które się nigdy wcześniej nie pojawiło, było silniejsze niż lęk. Przecież przez te 5 lat, jak byłem księdzem, spotykałem kobiety, były rożne sytuacje. Niektóre wprost nie ukrywały swoich oczekiwań. Swoich słabości i uczuć, które nic nie miały wspólnego z modlitwą, czy spowiedzią. I to nie tak, że broniłem się przed nimi jakoś specjalnie. W zasadzie w ogóle nie musiałem, bo byłem pewny swojego wyboru i tego, że jestem księdzem. Dopiero gdy spotkałem Basię, wszystko we mnie pękło, wszystko się rozsypało. Zacząłem coś czuć tak głęboko pierwszy raz w swoim życiu. Ta pewność do tej miłości we mnie narastała z dnia na dzień, nie umiałem z tym walczyć, nawet nie chciałem. Od razu poszedłem do proboszcza, ale nie otrzymałem żadnej rady, duchowego wsparcia. Na starcie jakoś tak osądzony zostałem, choć przecież nie wspomniałem wtedy nawet o tym, że ją kocham, że chcę z nią spędzić resztę życia. Poszedłem zapytać, poradzić się. I sam nie wiem, co chciałem usłyszeć. Na pewno nie to, czego wysłuchać musiałem. Od razu zaczęło się sugerowanie o przeniesieniu. Powiedziałem wprost, że przecież jeśli jest nam pisane być razem, to nawet odesłanie mnie za granicę, nic nie da. Może już pominę to, co odpowiedział mi wtedy proboszcz. Zacząłem się miotać, widziałem, że jej też jest ciężko. Wiedziałem, jak bardzo była wcześniej skrzywdzona, za nic na świecie nie chciałem, by płakała przeze mnie. Spotkaliśmy się znowu, wszystko trwało już dobre kilka miesięcy, choć nadal nic między nami nie zaszło. Basia nawet stała zawsze, w „bezpiecznej” odległości. Powiedziałem szczerze, że o niej myślę coraz częściej, praktycznie bez przerwy, że czuję coraz intensywniej. Że nie wiem, co robić, że nie chcę nikogo skrzywdzić. Płakała, milczała, nie patrzyła mi w oczy. W końcu wykrzyczała, że zakochała się jak głupia, że wyjedzie, że nie będzie rozpieprzać mi życia. Odeszła, a ja za nią nie poszedłem. Wieczorem napisałem pierwszy prywatny SMS. Nie odpisywała długo, w końcu telefon zabrzęczał. Pisaliśmy całą noc. Rano poszedłem złożyć podanie o urlop. Proboszcz patrzył na mnie długo i w końcu powiedział: – Ty już tu nie wrócisz, Piotrze. Nie w sutannie.

Zanim znowu spotkałem się z Baśką, pojechałem na kilka dni do domku kolegi, w góry. Tam rozmawiałem bardzo długo sam ze sobą. Przecież nie wiedziałem nawet, czy nam się uda, czy to nie jest jakieś zauroczenie, czy się nie pomyliliśmy. Ktoś stuknąłby się w głowę, że przecież praktycznie się nie znamy, nie spotykamy, nie dotykamy, nic o sobie nie wiemy. Ale ja wiedziałem. W sobie wiedziałem, że to jest ona, że mamy się poznać i być szczęśliwi. Zresztą, jeśli tak bardzo się wahałem, to musiało coś znaczyć. I nawet jeśli okazałoby się, że nie będziemy razem, bo życie nas zweryfikuje, to uczciwość wobec Boga i siebie była silniejsza. Wolałem zrzucić sutannę, niż żyć w hipokryzji i zakłamaniu. Zadzwoniłem do niej trzeciego dnia, zapytała czy chcę, żeby przyjechała. Stałem w oknie  i patrzyłem, jak się zbliża. W sercu czułem taki ścisk i ciepło, taką radość nie do opisania. Najpierw milczeliśmy, tylko trzymałem ją za rękę. Potem spokojnie zaczęliśmy dyskutować. Mówiła, że się boi, że nasi rodzice nam tego nie wybaczą. Uspokoiłem ją, że jesteśmy i zawsze będziemy w tym razem. Spędziliśmy pierwszą, wspólną noc. Bez seksu, po prostu wtuleni w siebie. Nabieraliśmy pewności co do naszych decyzji z każdą sekundą.

Barbara: – Zanim nastał raj, nasz raj, przeszliśmy wspólne piekło. Piotrek od razu zabrał mnie do domu rodzinnego, mówił, że już wcześniej usiłował wytłumaczyć to mamie. Że to niczyja wina, nie chciała słuchać. Była straszna awantura, jego mama mi ubliżała,  patrzyła z pogardą i nienawiścią. Nie było dyskusji, tylko jej krzyk i oszczerstwa. Potem, że mamy się oboje wynosić, bo taki wstyd. W moim domu było trochę spokojniej, rodzice się po prostu bali tego, że ludzie będą gadać. I gadali, bo wieść o nas rozeszła się szybko. Zdarzyło się kilka incydentów, ponieważ mieszkaliśmy u mnie chwilowo, w nocy ktoś wybił okna od kuchni. Potem farbą na drzwiach pentagram namalował. W sklepie wygwizdano moją mamę, w Piotrka jakiś facet rzucił kamieniem. Nie dawali nam żyć. Wyzywali nas, obrażali, źle życzyli. Było coraz gorzej. Pamiętam, jak pakowaliśmy się późnym wieczorem, a w nocy tata odwoził nas na pociąg, do innego, dużego miasta. Mieliśmy tam przyjaciół, pomogli nam z mieszkaniem i pracą dla męża. Było ciężko. Emocjonalnie ciężko było to wytrzymać. Ale kochaliśmy się, byliśmy siebie pewni. Na nasz cywilny ślub przyjechał tylko mój tata, mama już wtedy bardzo chorowała. Zmarła kilka miesięcy później, nie doczekała wnuka. Tata tak, był dumnym dziadkiem, zaakceptował nas, zrozumiał, nie krytykował. Odszedł pół roku temu. Matka Piotra nie odbierała telefonów. Wysłaliśmy jej zaproszenie, ale nikt się nie pojawił. Gdy zaszłam w ciążę, nie informowaliśmy jej, chcieliśmy dać jej czas. Poukładała to w sobie, zobaczyła, że jej syn jest na prawdę szczęśliwy. Gdy Oski przyszedł na świat, nie wytrzymałam i wysłałam teściowej zdjęcie wnuczka. Napisałam też długi SMS. Taki ciepły, o tym, że nie chodzi o mnie, ale jej synowi jest zwyczajnie ciężko bez niej. Odpisał mi brat męża, żebym nie wysyłała więcej zdjęć tego bękarta, że rozwaliłam im rodzinę. Że ściągnęłam Piotrka na złą drogę i nigdy mi tego nie wybaczą.

Piotr: – Ja im wybaczyłem. Wiem, że to strach i gadanie innych ludzi to powoduje. Moja matka jest bardzo wierząca, nie rozumie, że wyborów swoim życiu dokonujemy czasem kilka razy. Aż trafimy na ten właściwy. Może przyjdzie taki czas, kiedy spojrzy na to inaczej, z dystansem. Może czas zaleczy jej rany, pozwoli zrozumieć. Żyjemy jak większość rodzin, pracujemy, wychowujemy naszego synka. Modlimy się razem, bo oboje tego chcemy. I wiemy, że wszystko w życiu jest po coś. I, że los nas sobie postawił na wspólnej drodze tylko po to, żebyśmy byli szczęśliwi. I jesteśmy. I zawsze będziemy, bo miłość jest po to, żeby się nią dzielić i wspólnie przeżywać. Żeby dawać nowe życie, jakie my daliśmy Oskarowi. I cieszyć się tym. I czekać, aż najbliżsi też zechcą to z nami przeżywać. Bo miłość przecież cierpliwa jest. Dlatego czekam na ciebie, mamo.


Psychologia

Syndrom wiecznej dziewczynki. Kobiety, które nie chcą dorosnąć

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
4 listopada 2016
Fot. iStock / wundervisuals

Chyba każda z nas słyszała o syndromie wiecznego chłopca — Piotrusia Pana. Dobrze wiemy, że dla własnego bezpieczeństwa lepiej unikać bliższych relacji z mężczyzną, który dorosły jest jedynie z pozoru. Życie u boku partnera mającego specyficzne podeście do życia, cechującego się brakiem odpowiedzialności, zamiłowaniem do luźnego życia, niewielu kobietom wychodzi na zdrowie. Piotrusiom Panom mówimy dziękuję, natomiast co z ich żeńskimi odpowiednikami? 

Uwaga! Nie tylko faceci bywają mało poważni, żądni przygód i szaleństwa, nieznający hasła „odpowiedzialność” za siebie i innych.

Wieczna dziewczynka, czy to się naprawdę zdarza? 

Kobiety postrzegane są jako istoty odpowiedzialne za siebie i bliskich, często matki, opiekunki domowego ogniska. Przypisuje się nam cechy opiekuńczości, dojrzałości, odpowiedzialności i wiele, wiele innych, dzięki którym doskonale radzimy sobie ze wszystkimi obowiązkami, nie tracąc własnych potrzeb z oczu. Ale od każdej reguły jest jakiś wyjątek, tak więc są kobiety, które zupełnie wyłamują się z tego schematu. Podobnie jak wieczni chłopcy, wieczne dziewczynki nie marzą o usamodzielnieniu się, dorośnięciu mimo niewątpliwie dorosłego wieku.

Takiej postawie sprzyja współczesność. Kult młodości, indywidualizmu, swobodnego i ciekawego życia ułatwia niegodzenie się na sztywne i lekko nudnawe ramy codzienności.

Po tym poznasz wieczną dziewczynkę

W jej oczach czas się zatrzymał, a mentalność, styl bycia czy ubioru nadal pozostaje bardziej młodzieżowy niż kobiecy. Wymaga od innych, aby się nią zajmowano i stawiano w centrum uwagi. Wieczne dziewczynki nie myślą o rodzinie, nie chcą dzieci a taką ewentualność traktują z najwyższym niezrozumieniem. Nastawione są na spełnianie swoich zachcianek, związek i seks traktują jak zabawę. Niechęć a często i strach przed odpowiedzialnością sprawia, że nie chcą stałych związków i boją się porażki. Budują swoją autonomię w oderwaniu od tradycyjnych wartości domu i rodziny. Mentalnie są w tyle, podobnie jak w czasach, gdy to rodzice podejmowali za małą dziewczynkę wszystkie ważne decyzje. Bywa, że kobieta czuje się mimo pozornie bezproblemowego życia zagubiona, i tak naprawdę nie wie dokąd zmierzać.

Fot. iStock / gremlin

Fot. iStock / gremlin

Bywa, że rodzice pielęgnują „swoją małą córeczkę”

Rodzice, działając w dobrej wierze wspierają córkę w niedojrzałym zachowaniu. Im naprawdę może nie przeszkadzać dorosła córka pod dachem, która nie pali się do podjęcia samodzielnego życia. To nic, że prowadzi swoje biznesy, ma towarzystwo, pracę i pieniądze. To jest bardzo wygodne, bo mama nadal gotuje, pierze i sprząta. Z kolei rodzice naiwnie myślą, że pod ich opieką nic córeczce nie zagraża. Co więcej, w wielu przypadkach sami zachęcają, żeby córka została, bo po co ma wydawać pieniądze na swoje lokum skoro nadal czeka na nią wygodny pokój, pamiętający czasy liceum.

Wieczna dziewczynka kontra Piotruś Pan

Syndrom wiecznej dziewczynki u kobiet występuje rzadziej niż syndrom wiecznych chłopców u mężczyzn. Ale to, co jest częste, to fakt, że kobiety o mentalności „wiecznych dziewczynek” znajdują sobie podobnych partnerów, co najczęściej kończy się miłosną klęską. Początkowo oba typy skojarzone ze sobą doskonale się ze sobą dogadują, jednak to sprawdza się tylko wtedy, gdy trwa młodość, nie mają zobowiązań i dobrze się bawią. Z biegiem czasu mogą pojawiać się kłótnie między obojgiem niedojrzałych o to, kto powinien wspiąć się na wyżyny dorosłości i stanąć oko w oko z życiem. Gdy pojawiają się nieuniknione obowiązki, do których trzeba dojrzeć, najczęściej jednak to Piotruś Pan rezygnuje z podjęcia próby.

Czy wieczne dziewczynki dorośleją?

Owszem, ale na to składają się różne czynniki. Różnice kulturowe między wiecznymi chłopcami a dziewczynkami sprawiają, że nam łatwiej jest porzucić swobodne życie. Częściej to my, kobiety jesteśmy od najmłodszych lat mentalnie przygotowywane do gotowości podjęcia przyszłych obowiązków. Już jako kilkulatki sprzątamy, wypełniamy obowiązki nakładane przez rodziców i szkołę. Z biegiem czasu to staje się dla nas normalne, a jeszcze po drodze odbieramy na przykładzie towarzyszących nam kobiet — babek, matek czy ciotek, jak powinno wyglądać standardowe kobiece życie.

Fizjologia również sprzyja emocjonalnej stabilizacji. Doświadczając miesiączki, ciąży, gruntujemy świadomość celów, do jakich jesteśmy predysponowane i łatwiej od mężczyzn się w tym odnajdujemy. Z tego powodu, wiecznej dziewczynce często łatwiej jest wskoczyć na właściwy tor w życiu, w przeciwieństwie do wiecznych chłopców. Ale nie wszystko dzieje się naturalnie. W wielu przypadkach kobiety muszą się skonfrontować ze wszystkimi słabościami i ograniczeniami. Tylko akceptacja ograniczeń i rzeczywistości otwiera drzwi do dojrzałości.


źródło: , l, 

 


Zobacz także

Przypomnij sobie, kim jesteś – czyli zawodowe odrodzenie

10 typów facetów, którzy nie potrafią kochać

Czy naprawdę wszyscy jesteśmy hejterami ?

виагра таблетки 50 мг

оптимум нутришн опти вумен

Сиалис + Дапоксетин купить