Macierzyństwo

Zostałem wujkiem córki

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
13 lutego 2016
Fot. Pixabay/cocoparisiene / CCO
 

Brzmi pokrętnie, ale dotyczy coraz większej liczby mężczyzn. Dzisiaj związki coraz rzadziej są synonimem stabilności. Dość powiedzieć, że do rangi dużego wydarzenia urasta bycie ze sobą 2-3 lata, nie mówiąc już o rekordowych dłuższych stażach. Spotkanie z dziadkami lub rodzicami, którzy świętują kolejne złote, srebrne, czy jakiekolwiek inne gody urasta do miana totalnej abstrakcji. Wiem, że przerysowuję, ale tak się po prostu dzieje coraz częściej.

Na potrzeby wpisu założyłem, że czytają go osoby (z naciskiem na facetów), które po rozpadzie związku nie podjęły decyzji o kontynuowaniu życia w charakterze pustelnika i są gotowe na kolejną bliską relację. Jeśli jednak nie, to… i tak zapraszam dalej.

Wyobraź sobie, że spotykasz wspaniałą kobietę, trafia Cię od razu, znowu czujesz jak motyle łaskoczą Ci żołądek od środka, a kłucie w klatce piersiowej nie jest dla Ciebie rozpoznaniem zawału serca. No i super! Pojawia się jedno „ale” – spotkana kobieta jest też matką. To nieco cięższy bagaż doświadczeń, z którym będziesz musiał sobie poradzić. Chyba, że jesteś totalną pi*** i już na tym etapie rezygnujesz z takiego związku. Ja podjąłem decyzję na „TAK” i mam za sobą blisko 18 miesięcy bycia wujkiem. W tym czasie doświadczyłem chyba wszystkich skrajności, jakie są z tym związane. Szybciej, bądź wolniej, poradziłem sobie z większością typowych „niedogodności” bycia wujkiem. Tu skupię się na tej najczęściej u mnie występującej.

To nie jest mój tata

Nasza Maria ma dość intensywny program zajęć pozalekcyjnych – tenis, zajęcia z fotografii, judo, angielski dziesiątki innych, które z czasem stały się zbyt nudne, aby w nich uczestniczyć. Taka sytuacja pozwala mi na poznawanie wielu prowadzących i opiekunów, z którymi siłą rzeczy rozmawiam. I właśnie w czasie tych kurtuazyjnych często rozmów padają zdania w stylu „Marysia, pożegnaj się z tatą”, „Zaczynamy, tata odbierze Cię za godzinkę”, „Marysiu musisz poprosić tatę, żeby Ci kupił większą rakietę”, itp. itd. W chwili, kiedy taki tekst się pojawia tylko czekam na: „To nie jest mój tata”. Przypuszczam, że co najmniej kilku z Was mogło to usłyszeć.

I nie ma w tym niczego złego. Pamiętaj, że dziecko nie kłamie, przynajmniej do pewnego momentu. Kiedy wypowiada „to nie jest mój tata”, nie ma na celu sprawienia przykrości, po prostu pilnuje porządku w swoim świecie. W nim mama i tata są najważniejsi, bez względu na to, czy nadal ze sobą żyją, czy nie. Zaburzenie tego porządku zawsze spotka się z jego reakcją. Myślę, że słyszałem to zdanie setki razy, bo poza zajęciami dodatkowymi usłyszałem je zawsze, kiedy byłem tak nazwany – w szkole, w czasie wizyty koleżanek, na urodzinach, w kinie, itd. Po prostu wszędzie i przy każdej okazji.

Na początku to nie jest przyjemne i tak, ma prawo być Ci z tego powodu smutno lub nawet przykro. To naturalne. Zwłaszcza, kiedy intensywniej używasz okolic między uszami i zdajesz sobie sprawę, że zawsze będziesz tylko wujkiem. To Cię będzie dopadało częściej lub rzadziej, ale pewnie będzie wracało. U mnie tak było. Poradzeniem sobie ze świadomością bycia tylko wujkiem zajmę się zresztą nieco później, bo to temat na osobny wpis.

Sposób

Co zrobić, żeby „to nie jest mój tata” nie uwierało Twojej osoby, dumy, wrażliwej duszy, ego? Mnie pomógł humor i Straż Graniczna. Pewnego razu postanowiliśmy wybrać się do Londynu. Uzbrojeni w bilety, dowody osobiste oraz paszport Marii trafiamy przed oblicze funkcjonariusza i wręczamy mu komplet dokumentów. Ten zanim na nie spojrzał spytał: rodzina? Czemu przytaknęliśmy, bo w sumie rodziną jesteśmy i taką się czujemy. Kiedy Strażnik skonfrontował naszą odpowiedź z trzema różnymi nazwiskami, które zauważył na dowodach oraz paszporcie, spojrzał na nas spojrzeniem niedowierzania, zaskoczenia, szoku, strachu i konsternacji jednocześnie. Wydał się nam wtedy tak bezradny, a przez to tak zabawny, że zaczęliśmy się do siebie szeroko uśmiechać, powstrzymując przy tym śmiech. Zapytana przez niego Maria o to kim dla niej jestem, odpowiedziała nonszalancko: no wujkiem!?

To jest oczywiście bzdurna, drobna sytuacja, ale ona kompletnie przeformatowała moje reakcje na pojawiające się „to nie jest mój tata”. Od tego czasu zacząłem do tego podchodzić z takim dystansem, że stało się to naszym żartem – moim i Marii. Nie wiem, czy ma tego świadomość, ale towarzyszy mi w nim:)  Doszło do tego, że nawet czekam na te chwile, kiedy Maria po raz kolejny zaprzeczy naszym więzom krwi. Czemu? Mam wrażenie, że dla niej ta sytuacja jest już nużąca, czemu daje wyraz mimiką twarzy. I tę mimikę uwielbiam oglądać:) Czasami mam zresztą wrażenie, że o tym wie i dodaje to wzruszenie ramionami, to załamanie rąk, to lekkie klepnięcie się w czoło.

Nie chcę przez to powiedzieć, że musisz jechać do Londynu i spotkać się z tym samym funkcjonariuszem Straży Granicznej. Chcę Ci tylko uświadomić, że to przełamanie przyjdzie z czasem. Być może będzie to związane z jakimś wydarzeniem, jak u mnie z przekraczaniem granicy, ale to nie jest warunek niezbędny. Bo najważniejsze, czym musisz się wykazać w związku z kobietą, która ma dziecko, to cierpliwość. Wobec niej, córki/syna, sytuacji i wszystkich osób wokół Was. Wiem to dzięki tym 18 miesiącom, nie wiedziałem wcześniej, więc… korzystaj. W gruncie rzeczy jesteś jedną z najważniejszych osób w życiu dziecka. To Ty zawozisz je na urodziny, dodatkowe zajęcia, czy odprowadzasz do szkoły. Mało? Z punktu widzenia spędzanego czasu, jesteś pewnie jedną z dwóch najważniejszych osób w jej życiu. Nadal mało? Wychowujesz je.

Jak to śpiewał Kazik:
„Miej świadomość,
Przecież robisz co chcesz,
Miej świadomość,
Czy dobrze chcesz”.


Macierzyństwo

Kiedy TAK zmieniam w NIE

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
22 lutego 2016
 

Zacznę od totalnego truizmu – kiedy w domu pojawia się dziecko, zmienia się wszystko. Powstały na ten temat setki książek, tysiące opracowań i pewnie miliony wpisów na forach, w mediach społecznościowych, czy na blogach właśnie. Ja chciałbym się skupić na tym, jak pojawienie się dziecka wpływa na naszych znajomych i pracodawców. A dokładniej rzecz ujmując na tym, jak na ich dotychczasowe pytania zamiast odpowiadać „TAK” zaczynamy odpowiadać „NIE”. I zaapelować, żeby się nie obrażali 🙂

Nie dotyczy to tylko niemowląt. Na ten temat póki co, nie mogę się wymądrzać. Mam na myśli berbecie, których samych w domu nie zostawisz chyba, że chcesz się na własnej skórze przekonać, że MOPS to nie tylko rasa psa.

„Co dzisiaj robicie (w sobotę lub niedzielę)? Może byśmy się spotkali?”

Jeśli masz dziecko, to wiesz, że dzień powszedni jest prostszy do zarządzania. Wstajesz, przygotowujesz wszystkich do wyjścia, odprowadzasz latorośl do szkoły. Potem praca, powrót, obiad, lekcje, zabawa lub organizacja spotkania z dziećmi sąsiadów, ogarnięcie chlewu, kąpiel, chwila dla siebie i sen. Proste.

Weekend to batalia o brak pojawienia się nudy. Najtrudniejsza z trudnych. Zadania, jakie są stawiane przed Bondem, to przy tym małe piwo. Wiesz, o czym mówię. „Nudzę się” jest najgorszym zdaniem, które możesz usłyszeć i robisz wszystko, żeby się nie pojawiło. Zakładam, że nie idziesz na łatwiznę włączając Disney XD lub nie przekazujesz w małe rączki tabletu z Minecraftem.

Jeśli ktoś pisze do mnie takie pytanie w weekend, najpewniej wybiegamy na korty sprawdzając po drodze, czy mamy w ogóle rakietę, buty na przebranie i czy legginsy do gry nie są przetarte lub za małe. Po powrocie będę dogrywał spotkanie z rodzicami, bo już się stęsknili za Marysią. Potem jeszcze ogarnięcie mieszkania, żeby biegające między nami, a sąsiadami dzieci potykając się o niesforny but nie zaliczyły lądowania na twarzy. Cały czas na najwyższych obrotach z realizacją, przygotowanego co do minuty, planu lub bieżącą improwizacją.

Rada: Zadzwoń do nas przynajmniej 1-2 dni wcześniej. Wszystko da się ułożyć tak, żebyśmy się spotkali. Poprosimy o opiekę dziadków lub ulokujemy małą u jej przyjaciółki.
Rada 2: Przyjedź z dzieckiem – dla wybranych.

„Wpadł nam pilny projekt – zostaniesz po godzinach?”

Nie wiem, czym na co dzień parasz się zawodowo, ale ja miałem dotychczas jedno zajęcie, w którym funkcjonowały i były przestrzegane godziny pracy. W dziale windykacji Providenta, gdzie każdy z nas miał zmiennika. Mój czas pracy był silnie skorelowany z Przemka i odwrotnie. Potem doświadczyłem jedynie zajęć, w których określona była jedynie godzina rozpoczęcia pracy, końcem było zamknięcie projektu. Niekończąca się zwykle opowieść.

Wracając do meritum. Jeżeli jesteś pracodawcą, chciałbym, żebyś zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, dziecko jest dla mnie (i innych rodziców, czy opiekunów) ważniejsze, niż jakikolwiek projekt, który „właśnie wpadł” do Twojej firmy. Nie obrażaj się, a doceń, że ktoś nie ma przetrąconej hierarchii wartości. Po drugie, przyjmij do wiadomości, że rodzic jest zwykle efektywniejszym pracownikiem, niż ten pół dnia zbijający bąki, co chwila biegający robić kawkę, czy podsyłający wszystkim dziesiątki idiotycznych oraz wątpliwie zabawnych żartów. Potem oczywiście siedzi po godzinach i sprawia wrażenie oddanego firmie. A co ma robić, jak poważną pracę zaczyna od 15:00? Nie mówię, że to reguła. Jakoś tak się zdarzyło, że często tego doświadczałem.

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żebym czasem został. Sam zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, czy projektu, ale nie wymagaj tego ode mnie permanentnie. Tak bardzo cieszę się, że mój obecny pracodawca to rozumie. „Łubu dubu, łubu dubu…” 🙂

Rada: Mierz wynikami, a nie wrażeniem i godzinami. Lepiej zarządzaj zespołem i jego pracą.
Rada 2: Przyjmij, że Klienci są normalni i wolą dostać coś dobrego dwa dni później, niż takiego sobie przygotowanego przez zarżnięty zespół. No chyba, że imponuje Ci styl zarządzania rodem z Bangladeszu.

„Chodź na skałki”, „Przejdziemy na drugą stronę po tej gałęzi”

W tym miejscu mógłbym wstawić dziesiątki tekstów. Chodzi mi o wszystkie zdania, które mają mnie nakłonić do podjęcia jakiejkolwiek czynności o wyższym poziomie ryzyka. Wyższym, niż teraz akceptowalne.

Przy bardziej upartym rozmówcy, który za punkt honoru obrał sobie namówienie mnie do współudziału w czymś głupim, usłyszę pewnie, że jestem ci**, brak mi jaj lub jestem pod pantoflem. Nie przejmuję się i Ty też nie daj się tak podejść.

Jeżeli czyta to ktoś, kto sam ma ciągoty do składania takich propozycji, to uświadom sobie proszę, że nie jesteś gladiatorem, herosem, czy drugim wcieleniem Batmana, a ja nie jestem tchórzem zdominowanym przez moją partnerkę. Po prostu zmieniła mi się hierarchia ważności! Kiedy namawiasz mnie na przejście po śliskiej rurze na drugą stronę potoku, to widzę siebie wpadającego do tej wody i walącego potylicą w kamień. Kto się wtedy zajmie moją rodziną?

Wolę się wykazywać byciem z nią na dobre i na złe. W chwilach radości i smutku. Bez fanfarów, czy chwilowego skoku adrenaliny. Bez uznania kumpli – wielu w ogóle tego nie zrozumie. Dla siebie samego.

Rada: dorośnij.


Cialis 40 mg en ligne

www.steroid-pharm.com/peptides.html

провирон