Macierzyństwo

Urlop od dzieci

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
5 lipca 2016
 

Rzecz dzieje się kilkanaście dni temu. Odprowadzamy Marię na autobus, który wiezie ją następnie na obóz. Tak samo postępuje dziesiątki innych rodziców. Na parkingu tuż obok Stadionu Narodowego panuje atmosfera zadowolenia (dzieci), nawet ekscytacji (też dzieci) i nerwowości (rodzice). Walizki lądują w bagażniku, dzieci w fotelach, następuje machanie dłońmi, drzwi autobusu się zamykają. Ten odjeżdża kilkanaście metrów. Rozglądam się i zamiast smutku widzę raczej… szczęście. Nawet nie zdążę tego przetrawić, kiedy stojący obok rodzice wysyczą: “Wolność. Idziemy się bawić”. I ja ich nawet rozumiem.

Dokładnie taką samą reakcję wywołuje kultowa już piosenka, w której Kazik Staszewski śpiewa w kolejnych wersach, jak zachowują się rodzice spuszczeni za smyczy przez dziecko. Za każdym razem, kiedy w głośnikach pojawia się ”Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni…” na ustach osób dojrzalszych pojawia się uśmiech, ale to twarze rodziców są najbardziej rozświetlone i rozmarzone. Temu się też nie dziwię.

Nie dziwię się, bo wielu z rodziców bardzo się męczy i nie mówię nawet o zajmowaniu się dzieckiem. Oczywiście znacznie łatwiej wstaje się oraz wybiera do pracy, kiedy po drodze nie musisz prowadzić długiej rozmowy pt. “Co zjesz na śniadanie?”, w czasie której padają odpowiedzi wskazujące potrawy, do których przygotowania zwykle akurat brakuje tego jednego najważniejszego produktu. Jasne, że od czasu do czasu przyjemniej byłoby spontanicznie wyskoczyć na weekend na Mazury, niż obudzić się w sobotę i pierwszą rzeczą, jaką się robi jest spojrzenie na zegarek, żeby sprawdzić, za ile trzeba wyjść, żeby zdążyć na zajęcia dodatkowe i czy zdążymy w między czasie kupić prezent urodzinowy dla Ani, po drodze kupując pomidory na bazarku. Do sosu, którym polejemy szybko ugotowane spaghetti. Nie ma się co oszukiwać. Funkcjonowanie w ciągłym biegu jest męczące i nie ma siły, żeby było inaczej. Zyski, radość, satysfakcja niwelują to prędzej, czy później. Co zatem sprawia, że tak bardzo cieszą się, kiedy odjeżdża autobus?!

Odpowiedzi, w pewnym stopniu, udziela Lena Mróz w artykule , w którym skupia się w dużej mierze na tym, z jakimi wymaganiami mierzy się matka i jak ciężko jest jej je spełniać. Nie mam żadnych wątpliwości, że tak właśnie jest. Trudno być wzorową matką Polką, przy jednoczesnej pracy na pełen etat. Pełna zgoda. Moją uwagę zwróciło jednak coś innego,a mianowicie słowo bijące z tego artykułu – mit. Moim zdaniem właśnie jego tworzeniem najbardziej zmęczeni są rodzice… I to nie chodzi o staranie się, czy nawet walkę o ułożenie życia pozwalające na pogodzenie obowiązków zawodowych oraz rodzinnych zachowując przy tym pogodę ducha (sic!) i jako taką równowagę.

W tej sytuacji na partnerach ciąży dokładnie taki sam ciężar, żeby tak ono właśnie ono wyglądało. I obie płcie popełniają po jednym podstawowym błędzie, które czynią te starania jeszcze trudniejszymi. My, mężczyźni, generalnie nie jesteśmy osobami, które z niezwykłą ambicją podchodzą do obowiązków domowych. Nie rzucamy się na odkurzacz, kiedy nasza partnerka po niego sięga, a ścieranie kurzów uznajemy za czynność tak pozbawioną sensu, jak nie przymierzając sortowanie śmieci wpadających i tak do jednego pojazdu. Kobiety z kolei, mimo wyraźnej konieczności, nie potrafią się z nami tymi obowiązkami dzielić, co powoduje narastanie frustracji, a z czasem eksplozję. I to nie mój wymysł – .

To byłby zresztą pół biedy. Sęk w tym, że rodzice lub opiekunowie komplikują sobie życie kompletnie nieracjonalnie ścigając się z innymi, którzy… robią dokładnie tak samo, przez co wszyscy wokół wpływają na eskalację tego problemu. Jaki to wyścig? No tutaj rodzice mają prawdziwe pole do popisu. Moja ulubiona płaszczyzna, na której dochodzi do tego boju jest tzw. rozwój dziecka i ją wykorzystam jako przykład. . Tutaj mamy do czynienia z dwoma rodzajami rywalizacji (opracowanie własne) – poziomą i pionową. Pierwsza, w dużym skrócie, polega na angażowaniu w wiele, czasem niezwykle dziwnych zajęć. Im dziwniejsze i bardziej modne, tym lepiej. Chodzenie na angielski, basen oraz karate, czy piłkę nożną jest nudne i śmierdzi prehistorią. Może to ostatnie się zmieni, bo chłopcy będą chcieli być jak Michał Pazdan, ale generalnie to raczej baaaardzo “stary” zestaw zajęć pozalekcyjnych.

Teraz dziecko chodzące do szkoły podstawowej, po szkole wędruje na balet (nie taniec) lub tenisa. Jeśli nadal ma czas, zajmuje się nauką języka chińskiego lub hiszpańskiego (trzeba przecież swobodnie operować popularnymi językami), a w weekendy zajmuje się nabywaniem umiejętności projektowania, operowania programami graficznymi lub kodowaniem. Przypuszczam, że w kolejce o nazwie “moda na…” czekają nawigowanie dronami, projektowanie 3D i budowanie wirtualnych rzeczywistości / tworzenie hologramów.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie widzę w tym niczego złego – pod dwoma warunkami. Po pierwsze, dziecko rzeczywiście ma ochotę uczestniczyć w tych zajęciach, a nie jest zmuszane, do bycia marionetką w rękach rodziców. A po drugie, rodzice nie epatują tym na każdym kroku, jakby to było równoważne z jakimś niebywałym sukcesem. Mój Facebook jest szczęśliwie wolny od tego typu treści, ale od czasu do czasu widzę to, co wyświetla się moim znajomym. Jedna z nich pokazywała mi jak grupa 2-3 matek, jej koleżanek, prześciga się w zawodach o jak najlepszą relację z tego, co robi ich latorośl. Muszę przyznać, że zdjęcia z tych wydarzeń wyglądały lepiej, niż prace najznamienitszych fotografów, a treści postów spokojnie mogłyby brać udział w konkursach na najlepsze hasła reklamowe. Jestem pewien, że tworzenie i dopieszczanie tych informacji trwało dłużej, niż same zajęcia, w których uczestniczyła Nela, Zuzia, czy Adam.

Rywalizacja pionowa. Jestem jej absolutnym “fanem”, bo potencjalnie może rodzić konflikty między rodzinami. Ona jest obecna w chwili, kiedy dzieci uczęszczają na ten sam typ zajęć, ale osobno (wersja łagodniejsza), albo razem (hardcore). Kiedyś dłużej czekałem na Marię przy odbieraniu jej z urodzin – standard. Obok mnie stały dwa małżeństwa, które odbywały tego typu rozmowę (imiona zmyślone, bo zwyczajnie ich nie pamiętam):

  • Maks trenuje judo już trzeci rok. Dobrze mu idzie.
  • O. Pawełek też. Szkoli go były mistrz Polski.
  • Nasz trener startował w Mistrzostwach Europy.
  • Nasz chyba też coś, kiedyś tam wyjeżdżał na Mistrzostwa Świata i wygrywał.
  • Maks powiedział, że jego trener ma chyba ze 40 medali.
  • Pawełek mówił, że ten nasz, to chyba blisko 100 zdobył.

Nagle pojawia się jeszcze inny ojciec i mówi:

  • Jak Pawełek? Przeżywa porażkę z Piotrusiem?

Wyszliśmy tuż przed wyzwiskami i rękoczynami. To jest ta rzecz, która odróżnia te dwa typy rywalizacji. W pionowej, rodzice mogą zacząć konkurować ze sobą czyniąc z dziecka swój oręż. Najgorszy typ? Ojciec, którego syn bierze udział w rywalizacji sportowej. Jakiejkolwiek. Dyscyplina nie jest ważna. Trening i doskonalenie umiejętności nie są ważne, trzeba dokopać innemu.

Są jednak wakacje, można odpocząć, zregenerować się, nabrać sił. W końcu od drugiego spotkania z rodzicami znowu trzeba zacząć rywalizować. Pierwsze zostanie poświęcone jakże potrzebnej przepychance, czyje wakacje były lepsze, który kraj atrakcyjniejszy, który hotel lepszy i gdzie jedzenie było smaczniejsze. Oby tylko nikt nie jechał w to samo miejsce…


Macierzyństwo

Targowisko próżności

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
13 lipca 2016
 

„Vanity Fair” jest magazynem, w którym przeczytamy o życiu celebrytów, poznamy ich największe sekrety, po raz pierwszy zobaczymy najnowsze kolekcje znanych projektantów mody, przeczytamy o wyjątkowych przedstawieniach na nowojorskim Broadwayu. Jednym słowem – targowisko próżności. Pewnie wielu czytelników wertując kolejne strony magazynu chciało być, jeśli nie częścią tego świata, to przynajmniej móc relacjonować wydarzenia z nim związane. W Polsce mamy potencjalnie blisko 14 mln, które mają taką możliwość. Każdego dnia.

Skąd ta liczba? Według badań dotyczących polskich internautów w 2019 roku konto na Facebooku . To zdecydowanie . Należę do tej grupy, tak samo jak Ty i musimy się chyba zgodzić, że rzeczy, jakie pojawiają się na Facebooku są czasami… zastanawiające.

Zacznijmy od początku. Misją Facebooka jest w wolnym tłumaczeniu „uczynienie świata bardziej otwartym oraz stworzenie możliwości kontaktu rodzinom i przyjaciołom, aby (…) dzielić się tym, co jest dla nich ważne”. Wierzę, że ona nadal przyświeca założycielom i pracownikom firmy, ale mam nie odparte wrażenie, że użytkownicy portalu przechodząc kolejne metamorfozy swojej komunikacji kompletnie zmienili użyteczność. Początkowo Facebook w Polsce służył przenoszeniem życia jeden do jednego. Daleko było mu do stosowania filtrów na zdjęcia, nie było też przy tym całej masy „ulepszaczy” do klatek zachowanych aparatem. Użytkownicy rzeczywiście używali go do pozostawania w kontakcie. Było prościej, a na pewno bardziej naturalnie. Potem zaczęły pojawiać się zmiany, które wywróciły sposób, w jaki prezentują się Twoi znajomi. Dzisiaj skupię się tylko na jednej, ale chyba najbardziej mnie zaskakującej – kreacji. Tak zbliżającej ludzi do targowiska próżności.

Kreacja

Jako pracownik agencji marketingowej jestem w jakimś stopniu współwinny tej sytuacji. Moja była szefowa mówiła, że bez względu na to, jaki post wstawiamy na profilu firmy, należy podejść do jego przygotowania jak do reklamy. Mam wrażenie, że z takim samym podejściem podchodzą do swoich prywatnych profili co poniektórzy użytkownicy.

Nie będę oczywiście wskazywał konkretnych przykładów, ale pewnie i Ty znasz pary, które publikują zdjęcia przedstawiające ich jako najszczęśliwszą parę na świecie. Taką, która powoduje, że ze swoją drugą połową zaczynasz patrzeć na swój związek z lekkim zawodem. Mimowolnie. Że nie macie tyle czasu dla siebie, że nie robicie ciekawych rzeczy, że Wasze życie niebezpiecznie zbliża się do marazmu. Przy tym każde z tych zdjęć swobodnie mogłoby się znaleźć w katalogu Neckermanna, przewodniku kulinarnym po najlepszych restauracjach, czy na okładce absolutnego każdego pisma.

Tylko potem umawiam się z mężem z podanego przykładu na piwo, a ten przy drugim kuflu zaczyna się otwierać… Nie mówi wtedy ani o cudownym wyjeździe do Toskanii, ani o tym jak wspaniale dzielą się obowiązkami w domu, ani jak często spędzają czas z dzieckiem. Zwykle w katalogu najczęściej pojawiających się słów pojawiają się „jestem zmęczony”, „prawie nie rozmawiamy”, „nie mam czasu na…”. Kiedy go pytam, jak to jest możliwe skoro raptem wczoraj widziałem zdjęcie jego rodziny sunącej na nartach po jednym z austriackich lodowców, z lekkim uśmiechem zaskoczenia mówi: „przecież to Facebook, zwykła kreacja”. Widzę w oczach kpinę z mojej naiwności.

Innym przykładem kreacji swojej obecności w mediach społecznościowych, jest głębokie przekonanie użytkownika, że jego życie może wydać się komukolwiek interesujące. Zwykle takim nie jest, co w ogóle nie przeszkadza w jego prezentowaniu. Na każdym kroku. To powoduje konieczność informowania o każdej aktywności fizycznej, nawet jeśli polega na pełzaniu przez 2 km. Wizyta u lekarza również jest relacjonowana. Może uda się zdobyć kilka pytań „Co się stało?” lub „Wszystko ok?”. Dobrze, ze Facebook rozszerzył katalog reakcji, wtedy można wstawić buźkę z łezką. Wydawało mi się, że to jest już nieprzekraczalna granica absurdu, ale są tacy, którzy informują, że są na cmentarzu… W sumie to dobra informacja – żyją.

Do rangi osobnej kategorii urastają wspomniane relacje z jakichkolwiek aktywności sportowych. Jaki jest sens w informowaniu świata o przebiegnięciu 5 km?! Albo o tym, że przejechało się do pracy rowerem, dajmy na to 10 km. Nie mówię, że to nie jest osiągnięcie, dla mnie pewnie by było, ale jakie są motywacje? W ostatnim roku wydaje mi się, że dwukrotnie czyjaś aktywność. Raz, kiedy mój znajomy ukończył Tour de Warsaw kilkuset kilometrowy wyścig wokół Warszawy, a raczej po województwie. Drugi przypadek to ukończenie przez mojego znajomego pierwszego triatlonu. Tylko pierwszego, bo informacje o kolejnych budowały we mnie poczucie winy.

wsteniak-targowisko-proznosci-2

Osobną kwestią jest prezentacja obrazów i filmów. Zamiast pastwić się zostawię jeden film.

Nie chcę, żeby po przeczytaniu tego tekstu pozostało wrażenie, że to są jakieś wymysły, a swoje obserwację opieram jedynie na obserwacji swoich znajomych. Nie jest z tym aż tak tragicznie. Potwierdzają to jednak – Ashwiniego Nadkarniego oraz Stefana Hofmanna, którzy na podstawie solidnego materiału wyodrębnili dwie podstawowe motywacje determinujące korzystanie z Facebooka. To potrzeba przynależności oraz konieczność autoprezentacji. Wpisują się idealnie we wskazane wyżej przykłady i w cytowane już powiedzenie „przecież to Facebook, zwykła kreacja”.


Macierzyństwo

Dwa razy w życiu byłam w sytuacji, kiedy musiałam podjąć bardzo trudne decyzje, postawić wszystko na jedną kartę

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
29 czerwca 2016
Arch. prywatne
Umówić się z Anią, autorką bloga What Anna Wears, jest dość trudnym zadaniem, ponieważ podróżuje między Polską, Bali, Marokiem i kolejnymi kilkunastoma krajami. W chwili, kiedy to czytasz jest zdaje się w Kuala Lumpur, a na pewno była tam wczoraj. Spotkaliśmy się w samym centrum Warszawy niedaleko miejsca, w którym mieszka. Wszystko dlatego, że niedługo potem biegnie na kolejne spotkanie, potem na sesję, nagranie, itd. Kiedy jest w Polsce nadrabia zaległości i Jej dzień jest wypełniony zajęciami po brzegi. Zawsze znajdzie jednak czas, żeby pobiegać.

Kamil Wiśniewski: Pojawiłaś się na okładce JOY’a. Ile czasu zajmuje droga od założenia bloga do okładki popularnego magazynu?
Ania Skura: U mnie było to pięć lat. Bloga założyłam w 2011 roku, ale nie liczę tych pierwszych sześciu miesięcy…

Nie miałaś kryzysu właśnie po tych sześciu miesiącach? Nie ukrywam, że ja się z takim zmagałem. Niby miałem przekonanie, że przygotowuję niezłe treści, ale liczba czytelników rosła dość wolno.

Oczywiście, że miałam! Musisz sobie zdać sprawę, że każdy musi sobie wydeptać tę ściężkę. Nic nie spada z nieba samo 🙂 Mój blog na full zaczął „żyć” po trzech latach. I nie ma tu, ani żadnego mechanizmu, ani żadnej prawidłowości.

Arch prywatne

Arch prywatne

To się wiązało z jakimś wydarzeniem, konkretną kampanią, czy przyszło nie wiadomo skąd?

Tak, ale było to związane paradoksalnie z moimi personalnymi projektami, które stworzyłam. Najpierw przy okazji mojego udziału w maratonie w Gambii i African Road Trip, który organizowaliśmy z HollyCow, przejeżdżając busami Afrykę Zachodnią od Maroko do Gambii. A następnie po zdobyciu Kilimandżaro. Przy okazji wszystkich tych projektów towarzyszyli mi partnerzy, ale w przeciwieństwie do standardowych sytuacji, to nie oni generowali pomysły na akcje.

To potwierdzasz zdanie Michała Szafrańskiego z bloga Jak Oszczędzać Pieniądze, który postuluje głównie tego typu współpracę.

Jak jesteś kreatywny, to nie widzę powodu, żebyś czekał. Zwykle nawet najlepsze propozycje nie są tak dobre jak te, które sam sobie wymyślisz i wygenerujesz. Raczej mało kto wpadnie na pomysł wysłania blogerki na Kilimandżaro na pierwszą dla niej tego typu wyprawę.

Jaki jest następny krok Twojej medialnej obecności? Co pojawi się po JOYu? W telewizji już występowałaś. Własny program?

Własny program? Chyba nie, choć nigdy nie mówię nigdy… Kiedyś myślałam, że to jest absolutny szczyt marzeń, niesamowity wzrost popularności, większa rozpoznawalność… Teraz to się zmienia. My „narodziliśmy” się w Internecie i tu najlepiej się czujemy, zresztą to tu chcą nas widzieć nasi czytelnicy.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Słuchasz opinii swoich czytelników? Znasz ich?

Dostaję od nich niesamowitą ilość wiadomości na Facebooku i Snapchacie. Do tego dochodzą komentarze. To na pewno nie są dziewczyny w wieku 13-15 lat, co wcale nie jest takie oczywiste, bo blogi przyciągają wiele takich czytelniczek. U mnie są to raczej kobiety od 18 do ok. 30 roku życia. To, co je wszystkie łączy, to silniejsza lub słabsza chęć zrobienia czegoś dużego w swoim życiu. A ja… im tego nie utrudniam. Wręcz przeciwnie. Staram się je lekko do tej decyzji zbliżyć. Motywować je. Pokazuję im, że stagnacja w życiu nie jest jedynym wyborem. A droga do ich szczęścia nie jest zawsze taka sama. Nie ma schematu, do którego każda z nich ma się dostosować. Powiem więcej, ta droga jest nawet znacznie ważniejsza, niż sam jej cel, bo kroczenie nią pokazuje im, że wszystko jest w ich rękach. One są kapitanami swojego okrętu. Sama dwa razy w życiu byłam w sytuacji, kiedy musiałam podjąć bardzo trudne decyzje, postawić wszystko na jedną kartę. I wiem, że to są bardzo trudne wybory. Przecież, gdybym wtedy wiedziała, że dzięki tamtym decyzjom, po kilku latach, będę w tym miejscu, gdzie jestem teraz, to byłaby łatwizna.

Masz dowody na to, że Twój wpływ na kobiety, które inspirujesz, zmienił ich życie?

Tak! I to całkiem sporo. Nie ograniczają się jednak tylko do relacji „po”, ale często radzą się przed podjęciem jakiejś decyzji. Kiedyś dość długo rozmawiałam z jedną dziewczyną, która miała okazję na roczny wyjazd do Australii, ale miała też wiele obaw. Związanych chociażby z rozłąką z bliskimi. Ostatecznie zdecydowała się na niego, jest w Australii i jednego dnia napisała, że jest mi wdzięczna za to, że tak ją przekonywałam. Inna historia dotyczy dziewczyny, która organizowała bieg charytatywny, na którym pojawiłam się tuż po przylocie z Gambii.

Ania1

Arch. prywatne

Nie miałyśmy kontaktu przez kilka miesięcy, aż któregoś dnia napisała, że po rozmowie ze mną namówiła swojego męża i wyjechali na rok do Wietnamu. Takich historii jest, jak mówiłam, sporo i dają mi one rzeczywiste spełnienie oraz satysfakcję. Kiedy zakładałam bloga, wydawało mi się, że inspiracja jest wtedy, jak założę jakąś bluzkę i jakaś dziewczyna ubierze taką samą. Teraz wolę, kiedy wyjdzie na dwór pobiegać. Nie chcę, żeby to zabrzmiało zbyt górnolotnie, ale zmiana życia moich czytelnicze na lepsze, dzięki mojemu blogowi, daje mi największą satysfakcję.

Jakie masz plany na przyszłość?

Nie wiem dokładnie, co to będzie. Na pewno ciągłe podwyższanie poprzeczki. Szeroko pojęty sukces, ale nie wiem, czy to będzie kolejna okładka, czy może bardziej rozumiany jako zdobycie kolejnego szczytu, czy przebiegnięcie 100 km w ultramaratonie.

Chciałaś też przebiec siedem maratonów na siedmiu różnych kontynentach…

Tak. Na razie mam cztery. Zostały mi Australia, Ameryka Południowa i Antarktyda.

Maraton na Antarktydzie mnie bardzo interesuje…

A to jest najtrudniejszy cel do osiągnięcia z tych siedmiu. Miejsc w biegu jest ok. 70 i możesz na nie czekać nawet 5 lat. A jak już Ci się uda zdobyć upragnione miejsce, warto mieć wolne 50 tys. złotych na opłacenie całego tego pomysłu.

Ile?!

50 tys. Sama logistka związana z tym biegiem jest bardzo droga. Może się przecież okazać, że staniesz na starcie, a pogoda nie pozwoli Wam ruszyć z miejsca przez dwa tygodnie.

Kiedy zakładałaś bloga, miałaś taki plan „na wypadek jakby…”. Pracowałaś.

To prawda. Pracowałam na etacie i tworzyłam bloga, ale na dłuższą metę tak się nie dało. Przy tylu godzinach w pracy nie byłabym w stanie tworzyć wysokiej jakości treści – tekstowej i zdjęciowej. Generalnie bez poświęcenia się czemuś w 100% szansa na sukces nie jest duża. Zwłaszcza w projekcie, który jest długoterminowy.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

To jak to sobie wszystko zorganizowałaś?

Odeszłam z pracy i zostałam freelancerką. Udało mi się zdobyć kilka zleceń i zajęłam się nimi. Taka organizacji pracy miała jedną podstawową przewagę – pozwalała mi na elastyczne układanie swojego dnia. Dzięki temu zauważyłam, że przełożenie na bloga jest niesamowite. Zaczął rozwijać się bardzo szybko i zauważyłam to już w pierwszym miesiącu. Z czasem zaczęłam rezygnować z poszczególnych zleceń.

Ty już w zasadzie nie masz bloga tylko modowego. On opowiada o tym, jak dobrze żyć. Nie znajduję w polskim języku lepszego określenia, niż angielskie „well being”.

Trochę tak jest, ale moda nadal jest jego częścią, i podstawą, z jakiej wyrósł, dlatego tego typu publikacje nadal się na nim pojawiają. Mają jednak inny charakter. Są skierowane do ludzi aktywnych, podróżujących, którzy nie chcą w czasie wędrówek mieć na sobie ciężkich traperów i wojskowych spodni. To moda ludzi aktywnych.

Masz hejterki?

Nie, raczej nie. Przez chwilę, może mało skromnie, myślałam, że to jest wszystko zależy od tego, jaką się jest osobą. Jeżeli jest się szczerą, miłą, otwartą, to nie ma powodów, żeby kogoś to drażniło, ale potem zobaczyłam z czym styka się Ewa Chodakowska i nie mogłam tego totalnie zrozumieć.

Fakt. Ludzie potrafią ją atakować w sposób tak ordynarny…

Niestety. A to jest przecudowna, pełna pasji kobieta, która daje innym tak wiele.

Może to jest po prostu kwestia zazdrości?

Być może. Z czasem pomyślałam nawet, że jak się nie ma hejterów, to źle o Tobie świadczy, ponieważ jest się dla odbiorców jałowym, bez wyrazu. A teraz? To cudowne uczucie, kiedy mam pewność, że jeśli u moich czytelników i obserwatorów nawet pojawia się zazdrość, to raczej w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Powiedzmy, że to zazdrość inspirująca. Cieszą się czyimś szczęściem, inspirują się nim, biorą z niego coś dla siebie. To jest niezwykle budujące.

Co byś robiła, jakbyś nie mogła prowadzić bloga?

Szczerze mówiąc w ogóle o tym nie myślę. Trudno mi jest sobie wyobrazić teraz taką sytuację. Jeśli już musiałabym wskazać, co jest moim planem B, to firmę, którą prowadzę z mężem – Holly Cow, która organizuje wyjazdy do wielu bardziej lub mniej egzotycznych miejsc na całym świecie. Prosperuje bardzo dobrze. Mamy też w związku z nią bardzo wiele planów na przyszłość. Poza tym nie wierzę w wieszczony „koniec blogów”. Nie wyobrażam sobie, że kreatywni blogerzy będą zmuszeni zamykać nagle swoje serwisy. Potrafią szybko dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Zawsze mogą przeobrazić bloga w portal, ale innych pomysłów jest przecież mnóstwo. Inna rzecz jest taka, że mam niewiele znajomych w blogosferze. Nie śledzę namiętnie tego, co się tam dzieje. To mi zresztą pomogło w sytuacji, kiedy miałam kryzys, czy to co robię, ma sens. Przestałam oglądać się wokół i skupiłam na sobie. To był klucz do sukcesu.

Wiem, że kochasz podróżować i nie możesz wysiedzieć na jednym miejscu dłużej. Jesteś częściej w Polsce, czy poza nią?

Statystycznie, mniej więcej, jestem tak samo długo tutaj, jak i poza granicami kraju. Zwykle spędzam miesiąc w Polsce i wyjeżdżam na taki sam okres. Szczęśliwie nie jest też tak, że nie widzimy się z mężem przez ten czas, kiedy jestem w Polsce. Czasem przyjeżdżamy tutaj razem. Poza tym mam wrażenie, że czas dla siebie samego, jest zdrowy dla związku.

Jest jakaś podróż, której nie chciałabyś odbyć kolejny raz? Jakaś destynacja, którą wolisz omijać szerokim łukiem?

Nie. Chyba nie. Nie przepadam za Chinami. Nie jest to najbardziej przyjazny kraj dla turystów, a jego mieszkańcy są zamknięci i niezbyt przyjaźni. Nie mówię, że nigdy tam już nie pojadę, ale nie jest to miejsce, do którego wracałabym ochoczo. Drugim jest Brazylia, która jest po prostu niebezpieczna. Problemem są owady, których ukąszenie jest wyjątkowo kłopotliwe. No i panuje tam dość medialny teraz wirus Zica. Poza wszystkim Brazylia jest bardzo droga. Zawsze można pojechać do Azji, która jest co najmniej równie piękna, a przy tym bezpieczniejsza i bardziej przyjazna.

Jak Polacy są odbierani za granicą? W miejscach, gdzie Ty jeździsz?

Nie spotkałam się z ani jedną negatywną opinią na temat Polaków.  W Azji standardem jest mylenie Polski z Holandią., a kiedy udaje nam się wytłumaczyć, że to nie to samo, widzimy lekki zawód J Drugim krajem, jaki się nam przypisuje, jest oczywiście Rosja. Ale to jest typowe na całym świecie.

Arch prywatne

Arch prywatne

Załóżmy, że musisz się przeprowadzić do innego niż Polska kraju? Na który byście się zdecydowali?

O tym akurat często rozmawiamy. Były okresy, kiedy mieszkaliśmy dłużej w Maroku i na Bali, ale moje dotychczasowe życie pokazało, że najlepszą sytuacją jest taka, która pozwala zachować balans. Mam to szczęście, że mogę być w kilku miejscach i czuć się tam dobrze. Jednego dnia jest to Bali, a innego centrum Warszawy i spotkanie z Tobą na kawie. Mój mąż przebywa dłużej poza Polską niż ja i trochę mi tego zazdrości, kiedy mogę tu przyjechać, jeść polskie posiłki, mieć kontakt z inną cywilizacją. Balans jest bardzo ważny. Nawet raj może się znudzić. Będąc tam, mogę nabrać niesamowitego dystansu do tego, co się dzieje w Polsce. I odwrotnie. Przebywając w Polsce mogę się spotkać ze rodziną i znajomymi. Mogę też pracować. W końcu moi czytelnicy są stąd.

Poza tym dzięki podróżom możesz realizować jedną ze swoich pasji w tylu różnych miejscach… Chodzi oczywiście o bieganie. Kiedy przebiegłaś swój pierwszy maraton?

Trzy lata temu, w Warszawie.

Przygotowywałaś się z kimś? Ktoś Ci pomagał?

Nie. Nawet nikomu nie powiedziałam, że zamierzam wystartować. Miałam za sobą półmaraton i byłam ciągle w treningu, dlatego stwierdziłam: dlaczego nie? Przebiegnięcie maratonu było dla mnie symbolicznym przesunięciem swoich granic.

Który z nich był najtrudniejszy? Ten w Azji?

Chyba tak. Tam powietrze jest niesamowicie zanieczyszczone. Dodatkowo maraton odbywał się nocą, co było dla mnie nowym doświadczeniem. No i organizatorzy się lekko pomylili wydłużając trasę o 7 km.

Jak to o 7 km?

Nie wiem J Po prostu się pomylili. Przez to zamiast kończyć bieg o 6 rano, skończyłam przed 7 rano. Gambia też była trudna, bo temperatura tam panująca jest niewyobrażalna. Każdy bieg rodzi inny rodzaj trudności.

Co potem? Trzy maratony na kolejnych trzech kontynentach?

Na pewno. A poza tym? Może 260 km biegu po pustyniach? To jest moje wielkie marzenie, ale nie wiem, czy osiągalne.

A czy kiedyś Twoim tempem będzie kiedyś zwolnienie tempa?

Pewnie tak, ale nie wiem kiedy J Pamiętaj też, że ja pracuję bardzo intensywnie głównie, kiedy jestem w Polsce, dlatego umówiliśmy się tak wcześnie. Kiedy jestem na Bali częściej wypoczywam. Wiem, jak regeneracja jest ważna. W końcu muszę odpocząć przed kolejnym biegiem. Tym z metą i tym zawodowym.


 

Ania7Anna Skura – ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku. Karierę zawodową związała z modą i marketingiem. Była m.in. PR managerem DeeZee. Kilka lat temu założyła bloga modowego – What Anna Wears, który z czasem stał się stroną, na której czytelnicy mogą odnaleźć mnóstwo inspiracji podróżniczych i żywieniowych. Czas dzieli między Polską, Bali i innymi egzotycznymi zakątkami świata. Teraz jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich blogerek. Wraz z mężem prowadzi firmę Holly Cow, która organizuje wycieczki do miejsc, które sama odwiedza, m.in. na Bali, do Kambodży i Tajlandii, czy do Stanów Zjednoczonych. A od niedawna, wraz z firmą Marka Kondrata, do Włoch i Hiszpanii, gdzie uczestnicy podążają winnym szlakie


силденафил 20 в киеве

заказать сиалис

купить таблетки сиалис в украине