Lifestyle Macierzyństwo

Poproszę o urlop od dzieci, na weekend, jeden dzień. Jestem zmęczona. Mam dość

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 października 2019
Fot. iStock
 

Matka Polka czy może być Zmęczona? W opinii innych, pewnie nie bardzo, bo przecież bycie mamą zobowiązuje. Tymczasem zbliża się weekend, a ja marzę o wolnym od dzieci. Dwie doby tylko dla siebie, to moje największe dziś marzenie. Książka, koc, wino i cisza…

Tak, jestem zmęczona. Wyciągam jakieś rezerwy cierpliwości, uśmiechu i chęci odpowiadania na milion pytań i pomocy w tysiącach rzeczy.

– Mamo, zapomniałem, że dziś kanapki robimy w szkole, muszę mieć warzywa i pieczywo (na szczęście wszystko w domu jest)

– Mamo, z czym kanapki do szkoły? Z serem?!? Ale ja nie chcę z serem (przedwczoraj zjadł, mówił, ze dobre)

– Mamo, skończył mi się zeszyt/wypisał długopis/nie mogę znaleźć ołówka (oczywiście wszystko tuż przed wyjściem do szkoły lub dzień wcześniej, ale o 21:00)

– Mamo, pamiętaj, że dziś mam trening, przyjedziesz po mnie?

– Mamo, mogę bajkę obejrzeć/pograć na komputerze (i tłumaczenie, dlaczego nie)

– Mamo, dziś jestem rycerzem, potrzebuję strój (dwie godziny przed wyjściem do szkoły)

– Mamo, mogę spać dziś u Dominika (i po raz kolejny tłumaczenie, że to już nie wakacje, że wrócimy do rozmowy w weekend)

– Mamo, muszę na jutro mieć wysuszone liście, zapomniałem, dasz radę je jakoś wysuszyć? Może żelazkiem? (i dostaję garść zielonych liści prosto z drzewa)

– Mamo, skoczysz do biblioteki, bo muszę lekturę przeczytać, a w szkole już tej książki nie ma

– Mamo, nie rozumiem tego zadania, wytłumaczysz?

AAAA. Chce mi się krzyczeć. Czuję się osaczona, co chwilę ktoś coś ode mnie chce. Mam szczęście pracować w domu, co jednak bywa czasami przekleństwem, zwłaszcza kiedy dzieci są w domu cały dzień. Rano ogarniam śniadania, kanapki, brakujące do szkoły rzeczy i komunikuję wszystkim „Siadam do pracy”. Nakładam na uszy słuchawki z ulubioną muzyką, żeby nie słyszeć, jak chłopcy biegają po schodach i kłócą się o coś w swoim pokoju. „Mnie tu nie ma”, mówię, ale to nie przeszkadza kolejnym:

– Mamo, widziałaś gdzieś taśmę klejącą (tak, zakleiłam wam nią ostatnio usta)

– Mamo, nie ma tu mojej książki (nie, no oczywiście wzięłam sobie do czytania „Kajtkowe przygody”)

– Mamo, mogę zjeść jogurt (od kiedy pyta?)

– Mamo, co mam dziś założyć? Zimno jest? (etat synoptyka przyjmę)

Te wszystkie pytania padają oczywiście razy dwa, bo żaden z chłopców nie może czuć się pokrzywdzony uwagą matki skierowanej tylko ku jednemu z nich.

I ktoś, kto pomyślał: „Kobieto, daj spokój, zaraz odpoczniesz, idzie weekend”, to nawet nie wie, co mówi. Weekend przynosi odpoczynek owszem, ale od tygodnia wyznaczonego rytmem planu lekcji, treningów, dodatkowym angielskim i kółkami zainteresowań w szkole. Jednak nie od dzieci.

– Mamo, jakie ciasto upieczesz w sobotę (babkę – nie, karpatkę, kopiec kreta, może jabłka z kruszonką – tjaa najpierw trzeba wypracować domowy kompromis)

– Mamo, pójdziemy na pizzę, lody (a ja akurat w ten weekend po całym tygodniu nie mam ochoty nigdzie już się ruszać)

– Mamo, a pojedziemy do kina (jw.)

– Mamo, zadzwonisz do Tomka, Dominika, Piotrka, Wiktora, Mikołaja, Kacpra, żeby przyszli (kocham kolegów moich dzieci, często u nas goszczą, także w tygodniu po lekcjach, zamiast siedzieć w świetlicy są u nas, ale jeśli pada deszcz to koledzy=hałas i niekończące się kubki do picia, a ja choć jeden dzień pragnę ciszy)

– Mamo, zrobisz pizzę/kluski leniwe/pierogi (ile kosztuje kucharka?)

– Mamo, nudzę się (bo zapomniałam, że przecież jestem organizatorką ich wolnego czasu)

Jak już marudzę to na całego, więc nie sposób do żalów Matki Zmęczonej dodać powtarzanych do znudzenia codziennie, 24 godziny na dobę, siedem razy w tygodniu:

– Posprzątajcie proszę pokój (zdarza się kilka razy dziennie)

– Odrobiliście lekcje (niemal codziennie) +sprawdzanie tych lekcji

– Umyliście zęby (chyba powieszę kartkę z tym pytaniem na drzwiach)

– Spakowałeś się na trening/basen (bo przecież ja ich pakować nie będę)

– Dałeś rzeczy do prania (norma raz dziennie)

– Powieś kurtkę (kilka razy dziennie)

– Ułóż buty (nie jestem niczyją służącą)

Dziś piątek, chłopcy w szkole, jeszcze trening po południu jednego z nich. I jak pomyślę o weekendzie, to mam ochotę nie wychodzić z łóżka. Nie łagodzić konfliktów, nie tłumaczyć, dlaczego nie spędzamy całego dnia przed telewizorem, nie irytować się pytając po raz piąty, czy ułożyli swoje rzeczy do szafy.

I nie, tu nie wystarczy wyjście do kina z przyjaciółką, czy samotne zakupy, albo super koncert. Nie. Chcę ciszy, spokoju, zasnąć, wstać, wypić kawę, iść pobiegać, nie robić obiadu, nie myśleć co na kolację. Chcę odpocząć od bycia mamą, na chwilę. Zgodziłabym się na co szósty wolny weekend. To by wystarczyło. Naprawdę.

Bo oczywiście, że kocham moje dzieci, że martwię się i rozpływam, gdy mówią „kocham cię” i pytają, czy zrobić mi kawkę, kiedy pracuję. Ale tak jak ich kocham, tak czasami marzę, żeby od nich odpocząć. Jak dzisiaj. By zatęsknić i z uśmiechem w poniedziałek zrobić ich ulubione kanapki do szkoły.

Pozdrawiam
Matka Polka Dziś Zmęczona


Lifestyle Macierzyństwo

„Porzucona” zawsze dostaje dobre rady. Nie znam ani porzuconej ani tego mężczyzny ani ich związku. Milczę

Katarzyna Racisz
Katarzyna Racisz
17 października 2019
 

Małgosia Sessionbordercontroller.info zacytowała na swoim profilu na Facebooku, list od porzuconej kobiety. Ta pytała co ma co zrobić, żeby on wrócił bo dziś kiedy go nie ma, nie może spać, jeść i pracować.

‚Porzucona’ dostała mnóstwo rad. Kobiety chętnie dzieliły się swoją wiedzą i doświadczeniem, chcąc jak najlepiej wesprzeć tę, której właśnie zawalił się świat.

Kiedy sama chciałam coś dopisać, po dłuższym zastanawianiu zrezygnowałam. Nie znam ani porzuconej ani tego mężczyzny ani ich związku. Skąd wiadomo, które z tych rad są adekwatne, które pomogą a które mogą zaszkodzić. I czy pewne słowa, które standardowo padają w takich sytuacjach mają naprawdę sens?

„Nie płacz za nim”, „Nie ten, to inny’, ‚Miej na to wywalone”

Nie lubię takich rad. Wiem, naprawdę wiem, że one wszystkie są z dobrego serca ale mimo to nie lubię. Bo Ona płacze nie tylko za nim. Ona płacze bo ważny kawałek JEJ świata się rozpadł, bo to JEJ uczucia zostały zranione i odrzucone, bo on wychodząc z tego związku zabrał ze sobą kawałek jej samej. I za tym trzeba płakać. Tak, trzeba. Od kilku lat uczymy się, żeby dawać naszym dzieciom prawo do smutku, płaczu i żalu. Psycholodzy grzmią-‚nie bagatelizuj uczuć dziecka, zrozum je, daj mu się wypłakać’. I uczymy się tego dzielnie i staramy się być najbardziej empatycznymi rodzicami na świecie. Tylko dlaczego stosujemy tę zasadę tylko wobec dzieci?

Przecież my, dorośli też mamy prawo a nawet obowiązek wobec siebie, zaopiekować się swoimi uczuciami. Dać im przestrzeń i możliwość wybrzmienia. Z tzw. trudnymi uczuciami jest trudniej właśnie bo pojawia się w nas niejako naturalna tendencja do ucieczki od bólu. Tyle tylko, że w tym przypadku za ucieczkę przyjdzie nam słono zapłacić. Im dłużej będziemy wypierać i tłumić swoje emocje tym większe szanse na choroby somatyczne, psychosomatyczne, przedłużający się czas żałoby po związku, zamrożenie swoich uczuć, niemożność otwarcia się na coś nowego. Krótko mówiąc sprawy z których potem trzeba się czasem wygrzebywać miesiącami albo latami. Nie zagłuszajmy więc tych uczuć alkoholem, imprezami, nowym facetem, udawaniem, że jest dobrze chociaż nie jest.

Związki to jeden z ważniejszych aspektów naszego życia. Im ważniejszy był to dla nas człowiek, tym bardziej będziemy po nim płakać. I jest to naturalne i zdrowe, chociaż boli i nikt nie chce tego przeżywać. Ale naprawdę nie da się inaczej. Jeśli chce się zamknąć ten rozdział trzeba swoje wypłakać, mieć żal, czuć bezradność, niezgodę, bunt, gniew i jeszcze całą masę innych uczuć. Z pozytywnych informacji-to mija, naprawdę. Przeżyte uczucia w końcu znikają, robią miejsce na inne. Nowe, lepsze, przyjemniejsze w odbiorze;)

„Skoro odszedł to nigdy nie kochał”

Naprawdę?

Przypomnij sobie swoje związki i swoje uczucia. Czy nie kochałaś wcześniej nikogo poza tym z kim jesteś teraz? Kochałaś! Tak, czasem miłość bywa mylona z zauroczeniem ale bywa też, że miłość po prostu trwa określony czas. I to nie przekreśla jej ważności i prawdziwości. Potwierdzi to każda para, która rozstaje się z szacunkiem do siebie. Mówią- ‚Przeżyliśmy razem wiele dobrego, to była miłość i to uczucie było piękne. Teraz idziemy już oddzielnie ale nie odcinamy się od tego co było’. Ludzie dojrzewają, zmieniają się, oddalają się od siebie z wielu różnych powodów. Czasem da się taki związek uratować a czasem nie. Czasem można się już tylko rozstać ale to nie znaczy, że wcześniej nie było tam miłości.

„To drań, jak on mógł Cię zostawić?!”

Naprawdę rozstają się tylko dranie? Pewnie, w fazie złości, myśli się a czasem i mówi różne rzeczy. Że to drań, że on jak on mógł, że cholerny egoista i kretyn i jeszcze wiele innych. Ta faza rządzi się swoimi prawami ale niech ta narracja nie zostanie nam na stałe. Kontynuując poprzedni punkt-bywa,że miłość się kończy i trzeba się rozstać. Dla tego, który odchodzi to też jest trudne. Łatwiejsze niz dla osoby zostawianej ale tylko tyle-łatwiejsze a nie łatwe. Bo to trudna decyzja do której długo się dojrzewa. Właśnie dlatego, żeby nie była pochopna, żeby mieć absolutną pewność, ze to konieczne. Zostanie z kimś kogo się nie kocha to przekreślenie szansy na swoje szczęście i szczęście tej drugiej osoby. Bo utrzymywanie związku na siłę, ze strachu przed wzięciem odpowiedzialności za swoje życie i ze strachu przed zmierzeniem się z bólem porzuconej osoby, to rozwiązanie, które dobrze działa tylko krótkoterminowo.

Każdy kto był w związku w którym była miłość wie jaką moc ma taka relacja. I wie też, że nie da się tego zagrać. Ani autentycznej radości z faktu, że jest się blisko ani czułości w spojrzeniu i dotyku ani tęsknoty. Można zostać z kimś fizycznie, dalej razem płacić rachunki, jeść kolacje, wyjeżdżać na wakacje, nawet spać w jednym łóżku i uprawiać seks. Ale to wszystko bez miłości traci smak. Czy można nie zauważyć tej zmiany z opcji ‚miłość’ na tylko ‚bycie obok’? Nie można. I wypieranie, udawanie, że się nie widzi, racjonalizowanie, że tak też jest ok, dalekie jest od szczęścia, którego zaznało się wcześniej. Może więc to nie drań odchodzi ale ktoś kto ani sobie ani tej drugiej stronie nie chce odbierać szansy na coś lepszego niż tylko trwanie obok?

„Nie walcz o niego, miej swoją godność”

I tak i nie.

Dlaczego nie? Bo w walce o to co dla nas ważne nie ma nic złego ani mało godnego. Miłość to potężna siła. Śmiem twierdzić, że co najważniejszego ze wszystkich dóbr tego świata. Miłość, odczuwanie miłości, kochanie i bycie kochanym. I o to zawsze warto walczyć. Ale walczyć mądrze. Przeanalizować dlaczego doszło do rozstania, co nie zagrało i zmierzyć się z tym. Bo bywa, że ludzie, którzy się rozstają nadal się kochają tylko brakuje im kompetencji potrzebnych do wspólnego życia. I wtedy warto walczyć. Spróbować jeszcze raz. Nie liczyć na cud, że samo się zrobi. Iść na terapię, warsztaty obłożyć się książkami, wyjechać na tydzień i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Szukać rozwiązania tego co wcześniej się nie udało. Jest wiele par, które zawalczyły i dziś są razem i żyją szczęśliwie. Nie ma nic niegodnego w powiedzeniu do ukochanej osoby-‚kocham cię, spróbujmy jeszcze raz’. To przecież piękna słowa!

A dlaczego tak?

Bo bywa, że mylimy miłość ze strachem. Ze strachem przed samotnością, samodzielnością, nieznanym. Albo chcemy z kimś być tylko dlatego, że wydaje nam się ze już nikt nigdy nas nie pokocha, że nikogo lepszego nie spotkamy. Zdarza się, że kochamy kogoś kto nie jest dla nas dobry. Bo mamy taką matrycę związku(zakodowaną w dzieciństwie jako DDD czy DDA) bo miłość kojarzy nam się z bólem(też z dzieciństwa) i odtwarzamy jakiś krzywdzący nas kod relacji. Wtedy nie warto walczyć o związek ale warto walczyć o siebie. Zrozumieć, że to nie miłość tylko destrukcyjny schemat. Coś co można przepracować na terapii na przykład. Z całych sił warto zawalczyć wtedy o siebie, żeby dać sobie szansę na nowy, tym razem zdrowy i dobry związek.

„Nie pokazuj mu jak cierpisz”

Czy przed osobą z którą było się dłuższy czas i która nas świetnie zna, naprawdę można ukryć swój ból? Po pierwsze nie można. Bo ten ktoś dobrze wie, że cierpimy i nie łyknie żadnego teatru pt-‚bawię się świetnie na Majorce, żałuj, że cię tu nie ma'(podpis pod zdjęciem wrzuconym na fb). Po drugie-po co to robić? Tak, ludzie cierpią po rozstaniach. Tak wygląda prawdziwe życie i prawdziwy człowiek. Cieszy się, płacze, wkurza. Ma uczucia, nie jest robotem. Oczywiście dojrzałość emocjonalna sprawia, że wiemy gdzie i przy kim na jaki rodzaj płaczu możemy sobie pozwolić(pamiętacie jak cudnie płakała Diane Keaton w komedii ‚Lepiej późno niż później’?;) ale nie musimy zgrywać robocopa w spódnicy. On wie, że ty cierpisz i jakby mógł zrobiłby coś, żebyś nie cierpiała. Teatr zostaw więc prawdziwym aktorom i nie wstydź się tego, że ci źle. To ‚źle’ to część ciebie. I nie ma żadnego powodu, żeby udawać, że jej nie ma.

Oczywiście wszystko to co powyżej dotyczy normalnych ludzi;) Z uczuciami, emocjami, jakimś wglądem w siebie, przyzwoitością. Dotyczy facetów, którzy nie ranią ot tak. Rozstają się, gdy naprawdę nie ma innej możliwości ale nie porzucają przy okazji swoich dzieci, nie udają ze cię nie znają, pomagają jeśli masz problem już po rozstaniu, sprawiedliwie dzielą się majątkiem, nie grają dziećmi, itd. Tak, są tacy faceci i nie jest ich wcale tak mało. I nie zasługują na to, żeby wrzucać ich do jednego worka z tymi niefajnymi.

O tych niefajnych powinien pewnie powstać oddzielny tekst. Bo takie rozstanie rządzi się innymi prawami i powoduje znacznie więcej strat niż rozstanie przyzwoitych ludzi, którym po prostu(?) nie udało się być ze sobą na zawsze.

Rozstania są trudne. Bolesne i okropne. Burzą nasz porządek, poczucie bezpieczeństwa, odbierają sens(chwilowo, nie na zawsze), wiarę i nadzieję. Na szczęście to wszystko mija a my wracamy do formy. Jakkolwiek byśmy się na to nie wściekali, rozstania są częścią naszego życia i każdy z nas czasem to przechodzi. Warto więc dla własnego dobra, nauczyć się jakoś w tym odnajdywać. Postępować tak, żeby nie szkodzić samej sobie. Po rozstaniu zajmijmy się więc sobą jak najlepszym przyjacielem. Szukajmy wsparcia i pomocy. Nie idźmy w stronę destrukcyjnych zachowań ani wobec siebie ani eksa ani jego nowej rodziny. To wszystko na nic. Bólu nie ukoi a nas oddali od wewnętrznej równowagi, którą tak bardzo chcemy odzyskać. Skupmy się na konstruktywnych metodach radzenia sobie z takim kryzysem. One naprawdę działają i naprawdę mają sens.

Wszystkim, którzy przeżywają teraz ten trudny czas, życzę szczęścia i nowej, dobrej miłości.


Lifestyle Macierzyństwo

„Nie kocham kobiety, dlaczego nie mogę widzieć dziecka?”. Nie chciałeś związku, to nie zobaczysz za karę

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 października 2019
Fot. iStock

Takich jak on jest pewnie wielu. Choć ojcowie coraz częściej walczą o swoje prawa, sami czy z pomocą fundacji, rzadko decydują się mówić o tym głośno. Wiem, że to będzie trudna rozmowa, bo K. nigdy nie był wylewny. Siadamy i widzę, że jest spięty. Uśmiech. Ironiczny.

K.: Tylko nie pisz, że jestem takim kompletnym nieudacznikiem.

Anna Frydrychewicz: A jesteś?

Zawodowo nie. Związkowo, to na pewno. Nie potrafiłem zbudować dobrego związku. Każdy poprzedni kończył się w podobny sposób: moim odejściem. Odchodziłem, kiedy zaczynały się kłopoty, wyrzuty, „gadanie”, kiedy wiedziałem już, że nic z tego nie będzie. W pewnym momencie byłem w stanie przewidzieć, kiedy to się posypie. Wy kobiety działacie podobnie kiedy coś się psuje. Używacie nawet podobnych argumentów.

Nie próbowałeś ratować?

Nie, wiesz nie. Pewnie, gdzieś tam myślę, że w jednej sytuacji mogłem bardziej powalczyć, bo było o co.

Mówisz o związku z mamą Basi?

Tak. Przez chwilę miałem rodzinę. One też miały rodzinę, przynajmniej taką „pełną”, a moja mama się cieszyła, bo została babcią. No i pewnie miała nadzieję, że to potrwa. Jak się dowiedziała, że Beata zabrała dziecko i się wyprowadziła, to nie odzywała się do mnie przez miesiąc.

Dlaczego się rozstaliście? Mogło być pięknie.

To nie było wielkie love story, mogę Ci to szczerze powiedzieć. Więcej tam było chęci, żeby coś w końcu poczuć, coś co mnie zatrzyma na dłużej, niż tych motyli w brzuchu. Czekałem, udawałem, że wszystko jest w porządku, naprawdę miałem nadzieję, że to „zaskoczy”. Potem Beata zaszła w ciążę, spanikowałem. Nie planowaliśmy tego. To znaczy zapewniała mnie, że się zabezpiecza. Powiedziała, że pigułka nie zadziałała. Czy w to wierzę? To teraz bez znaczenia. Dbałem o nią, kiedy była w ciąży. Kiedy urodziła się Basia, poczułem coś takiego… Do dziś nie potrafię tego opowiedzieć. Takie uczucie, że naprawdę jesteś kimś, że stworzyłeś coś wyjątkowego, pięknego. Wiesz, możesz być zerem, ale dziecko jakoś nie wiem… uczłowiecza? Tylko, że fikcyjnego związku nie naprawi. Dwa miesiące po urodzeniu Baśki, Beata stwierdziła, że musimy wziąć ślub, że powinienem poprosić jej rodziców o jej rękę… Prosiłem, tłumaczyłem, żebyśmy poczekali. Pół roku awantur, wizyt u jej rodziny, te spojrzenia, pytania: „Kiedy w końcu?”. Ja przeciągałem tę sprawę, czekałem. Ciągle miałem nadzieję, że coś się we mnie zmieni. Pewnego dnia wróciłem z pracy i dostałem ultimatum: ślub albo dziecko. Myślałam, że tylko tak mówi, że próbuje mnie. Znowu tłumaczyłem, że nie jestem pewny, że nie chce dramatów, rozwodu. To był piątek. W weekend byliśmy u jej rodziców, w poniedziałek rano pożegnałem się z córką przed wyjściem do biura. Wieczorem już ich nie było.

Wróciłeś i zastałeś puste mieszkanie?

Wróciłem i urwało mi ostatni rok życia. Znikły pieluchy, ubranka z suszarki, kocyki, zabawki. Siedziałem w butach w pokoju Baśki i patrzyłem na to puste łóżeczko godzinę, dwie? Nie wiem. Rozumiałem co się stało, przecież Beata mnie uprzedziła. Ale jakoś… nie potrafiłem się pozbierać, podnieść. To był nokaut. Pewnie myślisz, że zacząłem do niej wydzwaniać, błagać, żeby wróciła. Nie. Dopiero następnego dnia, rano zadzwoniłem. I przez następne kilka godzin, bo nie odbierała.

A Twoje pierwsze myśli?

Że trzeba było wziąć ten cholerny ślub? Że może nie można mieć wszystkiego? Że może nie umiem kochać kobiety tak, jak trzeba, ale miałbym przynajmniej dziecko?

 

Naprawdę tak myślisz?

Wiesz, ile razy w ciągu zeszłego roku widziałem córkę? Sześć. A dzwonię kilka razy w tygodniu z pytaniem kiedy mogę zobaczyć dziecko. Nigdy sam, zawsze w towarzystwie jej babci, bo Beata nie chce się ze mną spotkać. Poza tym Basia ma dwa lata, ciągle mnie zapomina, bałaby się ze mną zostać sama. Spotykamy się na placu zabaw, a jak pada to w kawiarniach dla mam. Za każdym razem od nowa buduję to, co za chwilę zniknie. Bo nie ma mnie przy niej, po prostu. To boli. Ale staram się za każdym razem, żeby poczuła, że ja to ja, jej Tata. Czasem mam poczucie totalnej bezradności. Wtedy muszę szybko zająć się jakimś projektem, wyjść gdzieś, napić się. Myślisz, że idę się nachlać? Czasem tak. Wracam potem do pustego domu i budzę w panice następnego dnia. Boję się, że Beata kogoś na mnie naśle i nie będę już w ogóle widywał córki. Mam paranoję. Nie tylko we mnie to uderzyło. Mojej mamie też nie wolno widywać wnuczki, chociaż jak Baśka była niemowlakiem to często z nią zostawała.

Opowiesz mi o Basi?

Baśka jest dla mnie wszystkim. Pewnie każdy ojciec tak mówi. Ale ja to czuję naprawdę. Jak mam Cię przekonać? Zobacz, mam tu jej zdjęcia z pierwszego roku życia. Każdy miesiąc, jak się zmieniała. Tu są wszystkie aktualne wymiary, waga, numer bucika. Kupuję jej to, co potrzebne. W moim mieszkaniu Basia ma swój pokój, nowe łóżko, bo tamto było niemowlęce. Jest bardzo podobna do mnie, piwne oczy, ciemne włosy. Będzie kiedyś piękną dziewczyną.

Nie próbowałeś namówić Beaty, żeby do Ciebie wróciła?

Miałem taki moment. Przemyślałem sobie wszystko, ułożyłem przeprosiny i oświadczyny. Kupiłem pierścionek.  Ale nie mogłem… To by był fałsz. Nie chcę, żeby Basia żyła w kłamstwie. Dużo bardziej wolałbym mieć z Beatą przyjacielskie, dobre stosunki niż żyć z nią dla dobra Małej i żreć się o wszystko. Wiesz, taka totalna hipokryzja. To nawet nie byłby dom. Poza tym, wiem, że Beata zaczyna nastawiać Baśkę przeciw mnie. Że kilka razy ją mną straszyła. Ona się chce zemścić na mnie, ale nie rozumie, że krzywdzi dziecko. Tydzień temu założyłem sprawę o uregulowanie widzeń z córką.

To kto Cię wspiera? Masz kogoś, komu możesz się wygadać?

Kolega z pracy jest po rozwodzie, ma podobną sytuację. Mimo zasądzonych spotkań, z dziećmi widzi się raz na dwa miesiące. Jak masz taki problem, to szukasz kogoś, kto Cię zrozumie. W sieci też mam nowych znajomych, pomagali mi przy pismach do sądu. Lepiej wiedzą co napisać. Ja dopiero zaczynam i pewnie trochę to potrwa. Jeśli pytasz, czy jestem teraz z kimś, to nie. Boję się. I nie mam na to siły, czasu. Muszę uporządkować swoje życie, sprawę Basi. Jestem ojcem, przede wszystkim. Ta miłość jest dla mnie najważniejsza.

Kończymy. Podaję rękę człowiekowi, który wydaje mi się teraz kimś innym, niż osoba naprzeciw której siadałam godzinę temu. Ten „nowy” jakby stopniał, skurczył się. Widać, że ta rozmowa kosztowała go więcej emocji, niż jest w stanie okazać.


Zobacz także

Jaki jest kolor twojej osobowości i co o tobie mówi

Drogie Kobietki! Zamiast wylewać wiadro pomyj na tę inną, której czegoś zazdrościcie… zastanówcie się dwa razy

Magiczna dziewiątka. 9 zdrowych nawyków, które pomogą ci pozostać w formie

Наша организация предлагает www.proffitness.com.ua по вашему желанию, недорого.
виагра таблетки применение

сиалис цена отзывы