Macierzyństwo

„Musisz wychodzić z domu, bo oszalejesz!” – Po porodzie najczęściej to słyszałam

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
30 listopada 2016
 

„Nie siedź ciągle w domu, bo wpadniesz w depresję”,
„Nie siedź w domu, bo oszalejesz”,
„Pamiętaj, żeby wychodzić regularnie z domu bez dziecka, bo się załamiesz”.

Po porodzie najczęściej to słyszałam. Czułam, że muszę wychodzić, że jest to jakaś społecznie przyjęta konieczność. A jak wychodziłam to czułam niepokój, zmęczenie i niechęć. Snułam się wokół bloku i wmawiałam sobie, że to mi pomaga.

Próbowałam z mężem ustalać dni i godziny wyjść, ale ciągle zastanawiałam się gdzie ja właściwie pójdę? Zakupy? Czemu nie? Ale ile razy będę chodziła na zakupy? Przecież przy moim macierzyńskim na wiele nie będę mogła sobie pozwolić.

W końcu moje wyjścia kończyły się na ustaleniach, że „gdzieś na pewno wyjdę”. I na tym koniec. Ewentualnie wychodziłam wyrzucić śmieci, chociaż i to bardzo rzadko, bo pokonywanie czterech pięter po schodach góra-dół po porodzie nie należało do najbardziej komfortowych czynności na świecie.
Po 6 tygodniach od porodu wyszłam pierwszy raz sama – na badania. Pierwsze dłuższe wyjście (30 minut. Szaleństwo). Czułam się bardziej zestresowana niż kiedykolwiek. Co chwilę myślałam czy wszystko ok,  czy mała nie chce cycka, czy nie płacze… Nie chodziło o to, że nie ufałam mężowi, bo ufałam i ufam. Może przesadzałam, może histeria, ale myślę, że wynikało to z tego, że nie znałam jeszcze swojego dziecka na tyle, żeby wyjść z domu bez stresu. Nie wiedziałam czego mogę się po niej spodziewać.

Poza tym nie odczuwałam potrzeby, żeby koniecznie spędzać czas bez niej. Nie miałam też co robić poza domem. W Poznaniu mieszkam od niedawna i nie mam tutaj zbyt wielu znajomych i rodziny. Koleżanki, które tu mieszkają jak na złość tez urodziły w podobnym terminie co ja.

Chciałam nacieszyć się córką, wiec nie rozumiałam czemu tak koniecznie musze wychodzić z domu. Byłam zmęczona, nie chciało mi się chodzić samej… Siedząc z córką odpoczywałam. Gdy ona szła spać, ja kładłam się obok niej, gdy ona się bawiła, ja siedziałam i piłam herbatę, a gdy płakała tuliłam i kołysałam na rękach.

Mimo ustaleń z mężem, że w każdą sobotę wychodzę na 3 godziny a on zostaje z dzieckiem, nie dało się tego realizować. On dużo pracuje, więc jak jest w domu, chcemy też czas spędzić razem – we troje. Gdybym miała wybrać: iść sama na spacer, czy zostać z nimi w domu, wolę to drugie. Chętniej zostawiam męża z córką w drugim pokoju, podczas gdy ja mogę się zająć swoimi sprawami, popracować. Zdecydowanie to mi bardziej odpowiada. Oni integrują się razem a ja mam czas dla siebie – w domu.

Mija 5 miesięcy od porodu. I chyba dopiero teraz czuję, że mogę spokojnie wyjść z domu bez córki i bez stresu. Dopiero teraz poczułam, że jestem na to gotowa i nie muszę się do tego zmuszać. Poznałam swoją córkę, wiem czego mogę się po niej spodziewać, wiem czego i kiedy potrzebuje. Ufam też sobie, więcej zrozumiałam, mam też inne potrzeby, inny poziom zmęczenia niż kilka miesięcy temu.

Jasper Juul w jednej ze swoich książek napisał, że jak dziecko skończy 6 miesięcy ojciec powinien spędzać z nim więcej czasu sam na sam. I chyba już rozumiem dlaczego.

W ciągu 6 miesięcy opieki nad niemowlakiem, matka zdąży się zarówno nacieszyć dzieckiem jak i dobrze je poznać. Zamiast lęku przed każdą czynnością pielęgnacyjną, pojawia się pewna rutyna i brutalnie mówiąc znieczulica na płacz. Nie chodzi o to, że jest on nam obojętny, ale że nie każdy płacz oznacza, że dziecku dzieje się krzywda. Pamiętam jak przeżywałam jak córka płakała podczas czyszczenia noska czy wycierania oczu. Teraz widzę, że marudzi, bo nie lubi tego. Ale co z tego? Robię to najdelikatniej jak potrafię, ale muszę to zrobić. Nawet jeśli muszę jej przytrzymać rączki kiedy próbuje mi wyrywać aspirator z ręki.

Ten czas jest potrzebny też dla nas – rodziców. Żebyśmy mogli poznać się w nowych rolach, zaufać sobie. Chociaż siłą rzeczy ojcowie zmuszeni są szybciej zaufać nam – matkom, ponieważ przeważnie to my zostajemy z dzieckiem w domu i się nim opiekujemy podczas gdy oni idą do pracy. My – matki, mamy też tą przewagę, że kierują nami hormony, więc niektóre czynności, budowanie więzi z dzieckiem oraz rozpoznawanie potrzeb malucha przychodzi nam łatwiej i szybciej niż facetom. Oni muszą się tego nauczyć, dlatego często przeżywamy jak musimy ich zostawić sam na sam z dzieckiem. Ale jest to jedyny i najlepszy sposób, żeby poznali się i zżyli się ze sobą. 

Dlatego zgadzam się z tym co słyszałam zaraz po porodzie. Musimy wychodzić z domu bez dziecka, musimy dawać spędzać ojcom czas z dzieckiem sam na sam, ale musimy też wszyscy być na to gotowi. Czasami jest tak, że ojciec potrzebuje więcej czasu, żeby oswoić się z nową rolą, czasami matka potrzebuje więcej czasu, żeby móc samotnie wyjść z domu. Czy zawsze musimy się do wszystkiego zmuszać tylko dlatego, że ktoś powiedział, że TAK TRZEBA? 

 


Macierzyństwo

Czego rodzic NIE POWINIEN robić z dzieckiem? – krótka lista naszych grzechów.

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
17 grudnia 2016
 

Nie pisałam dość długo, ponieważ ostatni tydzień spędziłam z dzieckiem w szpitalu. Byłam wycięta z życiorysu. Poza diagnozą wyszłyśmy z infekcją. Obie zakatarzone leczymy się w domu. (Pozdrawiam dziadka z gruźliczym kaszlem który przyszedł do szpitala odwiedzić 2-miesięcznego wnuka, który był tylko jeden dzień na badaniach. Cały pokój zarażony, mama i chory dziadek zabrali dziecko i poszli sobie szybciej niż przyszli).

Tak czy siak pobyt w szpitalu nie jest niczym miłym. Codziennie pobrania krwi, badania, ważenie, tłum ludzi, lekarze, pielęgniarki, studenci, płacz innych dzieci 24h, noszenie dziecka na rękach cały czas, zmęczenie, brak snu (mojego, bo wiadomo…). Rodzice – różni. Jedni super inni nie, więc zawsze trafi się ktoś kto zacznie wkurzać i ktoś z kim można było mimo porozmawiać.

Jakie wnioski? Rodzice dzieci, którzy spędzają w szpitalu tygodnie czy miesiące to herosi! Podziwiam naprawdę! Widząc matkę, która już czwarty raz odprowadza swoją 8-miesięczną córkę na blok operacyjny nie dało się rozbeczeć w szpitalnej toalecie, albo rodziców dziecka, które ma 3-miesiące waży ledwie 3 kg i traci cały czas na masie albo chłopiec z galaktozemią, który prawie zmarł zanim otrzymał diagnozę.

Natomiast nie byłabym sobą gdybym nie przyczepiła się do kilku rzeczy, które nie są obojętne dla zdrowia naszych dzieci, czyli czego NIE POWINNI RODZICE ROBIĆ z dziećmi:

  1. ŚLINIENIE SMOCZKA
    Przyszła do naszego pokoju mama z kilkumiesięczną dziewczynką z pretensją do personelu, że dziecko złapało pleśniawki. W tej chwili dziecku wypadł z buzi smoczek i upadł na podłogę. Mama od razu go podniosła, wsadziła sobie do buzi, oblizała i wsadziła dziecku. Następnie dalej kontynuowała jak to jest źle w szpitalu, że dzieci pleśniawki łapią… Kochani Rodzice! Wiecie ile macie bakterii w swoich ustach? Masę! A wiecie, że wiele z nich jest niebezpieczne dla niemowląt? Właśnie w ten sposób dzieci łapią pleśniawki, afty, zarażają się pruchnicą… To, że Droga Mamo, dziecko wyszło z Twojej pochwy i pije mleko z Twojej piersi, nie oznacza, że wszystkie Twoje zarazy są dla dziecka w porządku! Bo nie są! NIE LIŻEMY smoczków czy butelek dziecka, nie jemy tą samą łyżką, nie pijemy z tego samego kubka czy butelki, nie całujemy w usta. Jak smoczek upadnie, trzeba go umyć a najlepiej wyparzyć. 
  2. CIUCIANIE I PLOSIENIE
    Byłam w pokoju z matką, która nie wymawiała dobrze „R”. Nie była to duża wada, jak się postarała to mówiła ładnie. Natomiast do swojego 3-miesięcznego synka mówiła ciągle: „Mój Ty looobacckuuu kochanyy! Taaak?? to jest lowelek? Moje ty ciuciu misiocku!” . Potem owa pani opowiadała, że problemy z „R” ma od dziecka i zawsze dzieci się z niej śmiały. Pytam więc grzecznie, czy nie uważa więc, że nie powinno się „ciuciać” do dziecka, bo uczy się w ten sposób mówić nieprawidłowo i czy nie lepiej mówić normalnie oczywiście na tyle ile sama Pani jest w stanie wymawiać „R”? Odpowiedź: „Gdzie tam! moja mama też tak do mnie mówiła i jest dobrze!” No to już wiemy skąd Pani Mama nie mówi „R” i skąd jej syn prawdopodobnie też nie będzie mówił „R”. Ponoć dwoje starszych dzieci też mają z tym duży problem, więc mama uznała, że to wada genetyczna :). Oczywiście wady wymowy, zgryzu się zdarzają, ale do dzieci trzeba mówić NORMALNIE, żeby tego uniknąć. Bez „plosienia” i „lowelku” czy „smoćka”.
  3. PCHANIE SMOCZNA NA SIŁE
    Druga mama z którą byłam w pokoju uważała, że smoczek jest ratunkiem na wszystko. Dziecko wypluwa, mama na siłe wpycha smoczek do buzi, dziecko płacze, głodne, zmęczone – mama pcha smoczek do buzi. I jeszcze się żali, że mąż zapytał „po co wkładasz mu ten smoczek skoro on teraz nie chce?” a ona: „no bo MUSI SIĘ NAUCZYĆ I ZAŁAPAĆ PO CO ON JEST!”. No chłopiec ewidentnie wiedział do czego służy smoczek i czasami faktycznie ssanie go sprawiało mu przyjemność i zapewniało spokój, ale w wielu sytuacjach miałam wrażenie, że go jeszcze bardziej wkurzał i wywoływał stres i nerwy. W efekcie dziecko płakało 24h. Jedyny moment podczas którego nie płakało to był sen. Budziło się – płacz, jadło – płacz, zmiana pieluchy – płacz, moczek w buzi – płacz i tak w kółko. Jak płakał i buzie miał otwartą to mama przytrzymywała smoczek na siłe, żeby nie wypadł. Dziecko płakało ze smokiem w buzi. Rodzice! Dziecko samo powinno zdecydować kiedy ma ochotę na smoczka! Nie zmuszajmy dzieci do tego czego nie chcą! To tortura 🙁
  4. TELEWIZOR
    Wspomniana wyżej mama żaliła się, że dziecko jest płaczliwe i niespokojne, ale nie było takie od początku… pierwsze tygodnie były ok, a potem „im starszy tym bardziej wrzeszczący i marudny”. Zapytałam czy cokolwiek pomaga mu się uspokoić. Odpowiedź mamy: „no pewnie! Siadamy przez telewizorem i on od razu się uspokaja! I z jakim zaciekawieniem patrzy na zmieniajace się obrazy!” (Dodam, że dziecko ma obecnie 3-miesiące). NIE NIE NIE I JESZCZE RAZ NIE! Dzieci do 2 roku życia nie powinny oglądać telewizji w ogóle! Pomijając, że psuje im to jeszcze nie wykształcony wzrok to powoduje nadwrażliwość układu neurologicznego (jest jeszcze sporo innych argumentów na NIE – poczytajcie o tym dlaczego nie pozwalać takim maluchom oglądać TV), który cały czas się rozwija. A my w ten sposób ten rozwój zaburzamy. Dzieci są rozdrażnione, płaczące i tylko możemy im zaszkodzić. Wspomniana mama ma też córkę, 5-letnią. Stwierdziła, że córka ma ADHD. Na szczęście usłyszała to szpitalna psycholog i pociągnęła temat. Wyszło, że córka (raczej) nie ma ADHD, tylko cały dzień ogląda TV, jednocześnie bawiąc się, rysując itd. W ten sposób dziecko nie potrafi się skupić, jest pobudzone, rozdrażnione. Po prostu tak się nie powinno robić. Na koniec dodam, że mama była zaskoczona, że w sali dla niemowląt nie ma telewizora 😉
  5. DOPAJANIE CUKREM
    Myślałam, że już się od tego odeszło, ale jednak nie. Jedna pani stwierdziła, że woda dla jej 4-miesięcznej córki jest niesmaczna, bo ona sama woli wody smakowe, więc postanowiła swojemu dziecku dawać do picia wodę… z cukrem. Jak to usłyszała pielęgniarka oddziałowa i dietetyczka dziecięca to mama miała dłuuuugi wykład na temat zdrowotności takich zachowań a raczej ich braku (m.in. sprawy związane z otyłością, pruchnicą, wprowadzanie złych nawyków żywieniowych itd)
  6. CHODZIKI I INNE
    Z jedną mamą wdałam się w dyskusje na tematy ortopedyczne. Mama się żali, że 6-letni syn ma problemy z bioderkami, koślawi nóżki, ma płaskostopie, a jej 2-letniej córce robi się to samo. Mówi, że rehabilitacja, korektywa, ćwiczenia blablabla… Rzuciłam coś, że współczuję i że teraz trzeba uważać, bo czasami rodzice za szybko zmuszają dzieci do siadania/chodzenia/wsadzają w chodziki itd. Mama mówi: „no u nas chodziki to była podstawa! Jak tylko jedno i drugie usiadło to od razu wsadziłam w chodzik, żeby nauczyło się chodzić!”. No więc już wiadomo skąd te problemy ortopedyczne… Dzieci jak będą gotowe wstać to same wstaną! Nie przyspieszajmy ich rozwoju na siłę! Chyba, że faktycznie są opóźnienia, ale to zdecyduje o tym tylko i wyłącznie lekarz.
  7. PANIKA I HIPOCHONDRIA
    Wiadomo, że wszyscy martwimy się o nasze dzieci, ale nie wszystko jest oznaką choroby. Mama, która była z nami w pokoju (ta od „lowelku” i „smoćka”) była straszną panikarą. Dziecko lekko zakrztusiło się mlekiem to ona zamiast przełożyć go przez ramię i poklepać, zaczęła drzeć się na cały oddział do dziecka „ODDYCHAJ! ODDYCHAJ! POMÓŻCIE!” zrywając na nogi cały personel medyczny. W efekcie dziecko miało „odruch MORO”, a mama uznała, że to bezdech, bo on się krztusi a potem robi się sztywny 🙂 (i w sumie z tym „dziwnym atakiem” trafili do szpitala, co później okazało się zwykłym zakrztuszeniem i odruchem moro. Ale dalej…). Uznała, że 3-miesięczne dziecko, które od czasu do czasu zakrztusi się mlekiem, bo za szybko pije, to patologia i choroba. Potem jak dziecko zaczęło puszczać bąki to biegła do lekarza, że on ma wzdęcia i trzeba dać mu Espumisan, potem zdarzyło mu się ulać troszkę, to stwierdziła, że on ma refluks (inna sprawa, że jak widziałam jak go klepie po jedzeniu do odbicia to nie dziwne, że ulewał…). Może byłabym to w stanie zrozumieć, gdyby to było jej pierwsze dziecko. Ale to już trzecie!
  8. KARMIENIE NA LEŻĄCO I BEZ KONTROLI
    Inna mama nauczyła swojego 2-miesięcznego malucha pić z butelki na leżąco. Pomijam ryzyko zakrztuszenia, ale załóżmy, że łóżeczko jest trochę wyżej, więc nie jest to zupełnie na płasko. Mama kładła butelkę na dziecku, tak, że ssał smoka bez pomocy mamy. Wyglądało to uroczo, ale było dość niebezpieczne. A najbardziej niebezpieczne było to, że mama zostawiała dziecku tą butelkę i wychodziła np. zrobić sobie herbatę. Jak zapytałam czy nie boi się go tak zostawiać to stwierdziła „on i tak usypia jedząc”. Więc tym bardziej ryzyko zadławienia się jest wysokie. Jak to zobaczyła pielęgniarka oddziałowa to szybko i dość wyraźnie wyjaśniła mamie, że robi bardzo niebezpieczną rzecz, bo taki maluch nie weźmie butelki w rączki, nie odłoży na bok, a jak się zadławi to reszta mleka spływa do gardła dalej. Może dojść naprawdę do tragedii.

To chyba tyle. Nikt nie jest idealny, wiem, że sama popełniam dużo błędów. Przede wszystkim drodzy Rodzice powinniśmy zadbać o zdrowie naszych dzieci i ich bezpieczeństwo.
Ja wiem, że jak dziecko ciągle płacze a mama chce w spokoju napić się ciepłej herbaty to wygodnie jest posadzić dziecko przez TV, żeby mieć godzinę dla siebie, albo zamiast biec wyparzać smoczek to szybciej (ale nie zdrowiej) jest samemu go oblizać, ale dla własnego dziecka czasem warto troszkę się przemęczyć.

/ Zapraszam na fanpage  🙂 /


Macierzyństwo

Nosisz pod sercem kilka tygodni, miesięcy… A potem zostaje pustka. Nie słychać płaczu ani śmiechu. Nikt już o tym nie rozmawia…

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
25 listopada 2016

Od kilku lat prowadzę na Facebooku grupy wsparcia dla osób chorujących na insulinooporność. Sama też choruję. Insulinooporność, PCOS, Hashimoto, celiakia… Wśród naszych czterech grup jest również grupa Insulinooporność – ciąża i rodzice. I to właśnie tam poznałam historie wielu kobiet, których chyba nie chciałam nigdy poznać… Nie chciałam dlatego, że są to historie, które nie powinny nigdy się wydarzyć. Myślę o nich każdego dnia. Myślę o kobietach, które przeszły tak wiele i które nigdy nie pogodzą się ze stratą. 

Nosiłam swoją córkę 9 miesięcy pod sercem. Czułam jej ruchy a ona słyszała bicie mojego serca, szum przepływającej krwi w żyłach, słyszała mój głos i muzykę. A później usłyszałam ją. Gdy pierwszy raz zapłakała. Mogłyśmy poczuć się nawzajem, mogłam ją zobaczyć jak wystraszona szuka schronienia w moich ramionach. Nie widziała mnie wyraźnie, ale wiedziała na pewno, że jest ze mną, mogła poczuć moje ciepło, oddech, zapach. Nie każdej matce jest to pisane. Niestety…

„To był dla mnie cios. Byłam w ciąży dwa razy. Niestety – pierwsza córka zmarła w 24 tygodniu. Po trzech rzucawkach. Drugi raz – synek. W 26 tygodniu stan przedrzucawkowy. Kilka lat próbowałam się pozbierać. Psycholog, terapie… Boję się kolejnej ciąży, ale bardzo bym chciała spróbować. Marzymy o dziecku od dawna (…).”

„Straciłam dziecko w 7 miesiącu ciąży. Chorowałam na cukrzycę ciężarnych, niestety bardzo źle kontrolowaną. Gdy cukier spadł do poziomu 35 i straciłam przytomność… Moja córka zmarła. Nigdy sobie tego nie wybaczę.”

„Poroniłam trzy razy. Pierwszy raz w 7 tygodniu ciąży. Miałam niewyregulowaną tarczycę, okazało się, że mam Hashimoto. Za drugim razem to był 12 tydzień. Przyczyna nieznana, a za trzecim to był wypadek. Jechaliśmy samochodem gdy nagle z prawej strony wyjechał bus. Nam nic się nie stało, ale Amelka, która miała urodzić się za 2 miesiące zmarła… Sprawa trafiła do sądu, odszkodowanie itd. Ale co dadzą nam pieniądze?? Nie chcemy ich! Chcemy naszą córkę! W szpitalu odbyło się cesarskie cięcie. Widziałam ją, dotknęłam. Nie oddychała, serduszko nie biło. Nic nie dało się zrobić. Poprosiliśmy, żebyśmy mogli ją pożegnać i pochować. Umożliwiono nam to. Dziękuję lekarzom za tak cudowne podejście do nas- rodziców dziecka, które zmarło zanim zdążyło się urodzić. Wsparcie psychologów, personelu i naszych bliskich jest nieocenione. Jednak to nie przywróci nam życia naszej córki. Musimy z tym żyć. Nie wiem czy zdecydujemy się na kolejne dziecko. Nie z tym lękiem, które w nas drzemie…”

„Szykowaliśmy się do ciąży kilka lat. W końcu stwierdziliśmy: TERAZ. JESTEŚMY GOTOWI! Starania nie trwały długo. Po 2 miesiącach zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym. Byłam w euforii! Pierwszy miesiąc – bez problemu. Później pojawiło się serduszko! Rewelacja! Teraz już z górki… Ziarenko rosło, betaHCG też. Bałam się poronienia przez moją insulinooporność, ale wszystko szło w dobrym kierunku. Do 14 tygodnia. Moja morfologia od początku nie była rewelacyjna, ale nagle zaczęła dramatycznie się pogarszać. Zaczęły się badania i szukanie przyczyny. Podczas USG przypadkiem zauważono niewielki guzek na nerce. Trzeba było sprawdzić. Niestety potwierdziło się. To nowotwór złośliwy. A ja głupia bałam się insulinooporności… Zaczęła się walka o życie dziecka i moje. Nie łudziłam się, że lekarze będą namawiali mnie do wytrwania do końca ciąży. Lekarze mówili, że chemioterapia jest konieczna, ale na pytanie co z dzieckiem nikt już nie chciał odpowiedzieć… Głupia nie jestem. Wiedziałam z czym to się wiąże. Pytałam co jeśli odłoże chemioterapie na po porodzie. Lekarze mówili, że jest to duże ryzyko, bo stan może się z dnia na dzień mocno pogorszyć, że mogę nie przeżyć porodu, do porodu albo że po porodzie nie będzie można mi już niczym pomóc. I wiecie co wybrałam? Swoje życie. Poddałam się chemioterapii. Poroniłam z świadomością, że to się wydarzy. Pamiętam historię Agaty Mróz. Nie zrobiłabym tego mojemu mężowi… Chciałam wyzdrowieć a później starać się ponownie o ciąże. Nie sądziłam jednak, że to będzie taki koszmarny ból, że będę żyła z takim poczuciem winy. Nie wiem czy dobrze zrobiłam. Ale co by było gdybym zmarła ja i dziecko? Mąż zostałby sam. Nie chcę myśleć co on by wtedy czuł… Teraz jesteśmy razem. Przechodzimy to razem, ból, stratę. Nie życzę nikomu, żeby znalazł się w takiej sytuacji jak my, żeby musiał dokonać takiego wyboru. A wiesz co mnie boli najbardziej? Spojrzenia ludzi, którzy wiedzą, że zdecydowałam się na chemię wiedząc, że zabije to moje dziecko. Ich zdaniem zachowałam się jak egoistka, myśląca tylko o sobie. Ich zdaniem powinnam poświęcić swoje życie dla życia dziecka, które nie wiadomo i tak czy by przeżyło… To mnie boli jeszcze bardziej. Gdybyśmy żyli w średniowieczu spaliliby mnie stosie.”

Takich historii jest całe mnóstwo. Gdy tylko próbuję sobie je przypomnieć od razu łzy napływają mi do oczu. Niektórzy mówią: „Jeśli poroniłaś, to znaczy, że płód był za słaby! Natura wymyśliła tą naturalną selekcje!”. Czy to ma być pocieszenie dla cierpiących rodziców? Dla matki, która nosiła w sobie życie, które się skończyło? Czy można mówić, że „płód był za słaby” gdy w grę wchodzą problemy zdrowotne matki? A może mogł żyć gdyby zdrowie matki na to pozwoliło?

Bardzo często spotykam się z tym, że kobiety skarżą się, że planując zajście w ciąże lekarze nie zlecają podstawowych badań. Morfologia, mocz, glukoza, TSH, hormony płciowe… Przecież tak nie wiele trzeba, żeby uchronić się przed cierpieniem i często traumą na całe życie! Czy naprawdę psychika jest nam tak obojętna? Jeden lekarz kiedyś powiedział: „Jeśli chce Pani zajść w ciąże to proszę się starać. Jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli Pani np. poroni, będziemy szukać przyczyny. Na ten moment proszę się rozluźnić i próbować.” Serio? I tyle? A gdzie wcześniejsze przygotowanie do ciąży, edukacja, suplementacja, badania, dieta, walka z nadwagą? Wiecie jak bardzo ważne jest dożywienie organizmu, uzupełnienie mikroelementów i witamin oraz zdrowe odżywianie? Aktywność fizyczna i walka z nadwagą? Żeby zajść w ciąże trzeba przygotować na to organizm. Gdy jest za słaby, nie poradzi się z tak gigantycznym obciążeniem jakim jest ciąża i poród. 

Tylko kto powinien ponosić za to odpowiedzialność? Lekarz przygotowujący kobietę do ciąży, czy to kobieta powinna samodzielnie się edukować? Myślę, że jedno i drugie. Lekarz powinien pokazać kierunek, zaopiekować się, a kobieta uzupełnić tę wiedzę we własnym zakresie. Oczywiście badania, suplementacja powinna być wyłącznie po stronie lekarza. Niestety nie wszystkie kobiety mają to szczęście, żeby trafić pod skrzydła specjalisty, który zajmie się nimi jeszcze przed zajściem w ciąże. I później dochodzi do poronienia. I kto się tymi kobietami zajmie? Kto okaże im wsparcie i pomoc po stracie wymarzonego dziecka? Lekarz mówi: „niestety traciła Pani dziecko. Za 3 miesiące może Pani spróbować ponownie.” Naprawdę? Czy kobieta i jej ciało to maszyna do produkcji dzieci? Raz się trafi uszkodzony egzemplarz, to zaraz zrobi się lepszą wersje? 

Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, (nie, nie planowałam jej) mimo radości, pojawił się ogromny lęk. I nie lęk przed macierzyństwem. Tego się nie bałam. Lęk przed stratą. Wiele lat słyszałam od lekarzy: „nie będzie mogła mieć Pani dzieci.” A tu nagle pojawiła się ciąża. Mając wbitę do głowy, że jestem WADLIWA, liczyłam się z tym, że szansa donoszenia tej ciąży jest niewielka. Nie po tym co przeszłam. Kilka lat bez okresu, niedoczynność jajników, tarczycy, problemy z nadnerczami, zanikające endomentrium, niedobór progesteronu, estradiolu, galopujące PCOS, wysoki poziom insuliny, narastające niedobory pokarmowe i ciągnąca się depresja. Dopiero co udało się jakoś to wszystko unormować i poustawiać a już zaszłam w ciąże. Bałam się, że mój organizm tego nie dźwignie. 

Mijał dzień za dniem. Tydzień za tygodniem. Od badania do badania… Po drodze częste infekcje, leki, antybiotyki. Do tego przewlekły stres wynikający z dość trudnej sytuacji i okoliczności, które miały wtedy miejsce. Im dalej tym ryzyko poronienia spadało. Tak mówili. A im dalej tym bałam się tego coraz bardziej. Wiedziałam, że ryzyko maleje, ale wiedziałam, że i tak ono jest. A im ciąża starsza, im moja córka była większa, tym czułam się z nią coraz bardziej związana. Myślę, że poronienie na każdym etapie ciąży byłoby dla mnie tragedią, ale poronienie w późniejszym okresie chyba byłoby dla mnie trudniejsze do zniesienia. Wiedząc, że jest to płód, który przypomina już człowieka, malutką istotkę, którą mogłabym tulić na rękach. Nie wyobrażam sobie również donoszenia ciąży do końca i urodzenia martwego dziecka, co miało miejsce niedawno u mojej koleżanki Ani. Wada serduszka. Dziecko zmarło przy porodzie.

Niedawno również widziałam film zamieszczony przez Fundacje Gajusz na którym ojciec tuli swoje nowonarodzone dziecko. Niestety również ze względu na wadę serduszka dziecko żyło jedynie 3 godziny. To były 3 godziny, które rodzice mogli jednocześnie witać swoje dziecko oraz je żegnać. Nie wyobrażam sobie przeżyć tak traumatycznego wydarzenia. Szanuję i doceniam takich rodziców. Wiem, że dla nich to ogromne szczęście widzieć swoje dziecko choćby przez te 3 godziny! Przez te 3 godziny mogli okazać mu ogromną miłość i pokazać, że jest dla nich wszystkim.

Gdy urodziła się moja córka, również usłyszałam: „Szmer na serduszku.” Zamarłam. Pomyślałam sobie: „Udało mi się przetrwać ciąże, dziecko miało być zdrowe. Nikt nic nie mówił o wadzie serduszka!”. Wypuścili nas ze szpitala, a ja każdego dnia sprawdzałam czy oddycha. Oddychała. I oddycha cały czas. Od prawie 5 miesięcy. Po 3 miesiącach kardiolog potwierdził wadę serduszka, na szczęście na tym etapie rozwoju nie groźną. Później pojawiły się inne problemy – CMV wrodzone. Na szczęście na razie przebieg bezobjawowy. Jesteśmy czujni, ale na razie spokojni.

Od początku ciąży czułam, że to będzie cud. Przy moich problemach zdrowotnych oraz okolicznościach, które w żaden sposób nie dawały szans na zajście w ciąże, ona się pojawiła. Przy problemach w trakcie ciąży, ona była silna i radziła sobie. Po porodzie pojawiły się kolejne problemy, a nasza córka jest na tyle silna, że z wszystkim na razie sobie świetnie radzi. Jej zdrowie jest pod kontrolą. Jestem szczęśliwa, że jest z nami, że przyszła na świat. Każda chwila spędzona z nią jest dla nas cudem i ogromną radością. 

Dlatego mocno wspieram Kobiety, które straciły swoje dzieci. Które muszą dźwigać ten ciężar często przez całe życie. Jeśli znacie Kobiety, które poroniły, otoczcie je proszę szczególnym wsparciem! One tego potrzebują! Mimo, że mijają miesiące i lata, wydawałoby się, że uporały się już z tym problemem, one nie okazując tego, dalej czują ból po stracie. To nie minie. Matczyna miłość nigdy nie mija. Żadna matka nigdy nie zapomni o tym małym ziarenku, które nosiła pod sercem, nawet jeśli było to tylko kilka dni czy tygodni… 

Drogie Przyszłe Mamy! Jeśli planujecie ciąże, zróbcie wszystko, żeby uniknąć tego strasznego wydarzenia jakim jest poronienie. Na niektóre rzeczy wpływu nie mamy, ale na kontrolę swojego zdrowia oraz profilaktykę na pewno. Szukajcie dobrych lekarzy, chętnych do zlecania badań, do rozmowy, do edukacji. Korzystajcie z pomocy wykwalifikowanych dietetyków, którzy wiedzą jak przygotować Wasz organizm do ciąży, jak Was odżywić i zadbać o prawidłową wagę. Nie bójcie się pytać, rozmawiać, szukać informacji. Porozmawiajcie z położnymi i doradcami laktacyjnymi. Tak, jeszcze przed ciążą. Im większa wiedza na temat Waszego zdrowia, tym większa szansa na to, że usłyszycie pierwszy płacz swojego dziecka. I będziecie ten płacz słyszeć bardzo często. Ale również zobaczycie uśmiech. 

Życzę Wam, żebyście mogły cieszyć się z tego, że możecie tulić i głaskać delikatne ciałko swoich dzieci. Obserwować jak rosną, dorastają, dojrzewają i usamodzielniają się. To ogromne szczęście dla rodziców móc w tym uczestniczyć! 

Pamiętajcie, zdrowie jest tylko jedno! 


kamagra 100mg инструкция

https://buysteroids.in.ua

охрана объектов