Macierzyństwo Psychologia

Każde dziecko powinno usłyszeć te 7 zdań

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
9 marca 2016
Fot. iStock / zhuzhu
 

Po prostu. Bez żadnego „ALE”. Każde dziecko powinno usłyszeć te siedem zdań. Każde z nich jest małą cegiełką do zbudowania szczęścia, poczucia własnej wartości, do nauki, do samodzielności. Do bycia dobrym, uśmiechniętym i odpowiedzialnym. Do odwzajemniania się drugiemu człowiekowi.

1. Kocham cię!

Powiecie – „To tylko słowa…”. Więc niech to nie będą „tylko słowa”! Myślicie jak dorośli –  nie jak dzieci. My wiemy, że słowa to nie wszystko, że trzeba je mocno poprzeć czynami. A nasze dzieci nie muszą tego wiedzieć – one to czują. Powtarzajcie im, jak bardzo je kochacie, jak stałe to uczucie, nadrzędne i niezmienne. NIGDY nie szantażujcie ich swoją miłością! Nauczcie dzieci, że mówić kocham – to piękna cecha w życiu umieć mówić o uczuciach. Wiedzieć i czuć, że jest się kochanym, że nie trzeba się tego wstydzić, że to ważne, budujące i dające oparcie. Niech nasze dzieci wiedzą, że mogą okazywać swoje uczucia.

Kiedyś moja córka zapytała mnie:
– Mamo, a dlaczego ciągle mówisz, że mnie kochasz?
– Bo tak jest córeczko. Bardzo cię kocham i chcę, żebyś o tym wiedziała.

I wiecie co się stało? Dorosły pewnie odpowiedziałby – wiem, że mnie kochasz, nie musisz tego ciągle powtarzać, a moja córka powiedziała po prostu – Aha. Kocham cię mamo!

2. Jestem z ciebie dumna/y!

Zapewne zwolennicy wychowania bez pochwał załamują ręce, ale ja daleka jestem od tej metody. Po prostu w nią nie wierzę. Bo to co czuje się na widok sukcesów swojego dziecka, jest czymś niepowtarzalnym. Duma i radość – często podwójnie, bo jeszcze chwilę wcześniej był tylko strach – czy mu się uda, czy się nie przewróci… I naprawdę tak jest, pod warunkiem, że mamy czas, żeby te sukcesy zauważyć. Powtarzajcie dzieciom, że jesteście dumni z tego czego się nauczyły, z tego co udało im się osiągnąć. Obojętnie czy jest to budowla z klocków, czy pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie młodych naukowców. Każdy sukces, każda nowa umiejętność – to ciężka praca, często mozolna. To wysiłek i skutek często wielu wcześniejszych niepowodzeń.

Każdy potrzebuje docenienia. Nigdy nie pozwólcie poczuć swoim dzieciom, że wieczorne wiadomości są ważniejsze i bardziej warte uwagi, niż ich osiągnięcia. Mówcie im to, gdy tylko jest ku temu okazja, niech na takim kapitale zbudują niejeden sukces – w pracy, w miłości, w dorosłości.

3.  Przepraszam cię

Tak, przepraszam cię córeczko i przepraszam cię synku, wybaczcie mi, że:
– niesłusznie na ciebie nakrzyczałam/em
– złościłam/em się bez powodu
– nie słuchałam/em cię
– nie miałam/em dla ciebie czasu
– nie miałam/em racji
– zraniłam/em cię
– żartowałam/em z czegoś, co okazało się dla ciebie ważne

Wiele jest powodów do przeprosin, szczerych przeprosin za naszą dorosłą nieuważność, pośpiech, bagatelizowanie.

To jedna z najcenniejszych lekcji, bo pokazuje, że:
– nikt nie jest nieomylny
– dorośli  nie zawsze mają rację
– każdy człowiek ma prawo do szacunku i godnego traktowania
– to nie wstyd przyznać się do błędu i za niego przeprosić.

4. Wybaczam ci / Przyjmuję twoje przeprosiny

Równie ważne jak umiejętność przepraszania. Bo po co uginać kolana lub z trudem przyznawać się do porażki – jeśli wpadamy na mur? Przyjęcie przeprosin jest tak samo ważne i symboliczne. Potwierdza dziecku, że dobrze postąpiło, że może liczyć na pomoc i miłość, że nie musi się obawiać gniewu. Niech nasze dziecko wie, że tak wiele jest w naszych rękach i że warto wybaczać.

5. Słucham cię

Tu i teraz. mam dla ciebie czas, a to co jest dla ciebie ważne – jest i ważne dla mnie. Zawsze. Choć nasze światy tak bardzo się różnią. Choć w moim świecie, kolor włosów księżniczki przegrywa z poranną prasówką, a w twoim demonstracja polityczna jest niczym w porównaniu z nowym zamkiem z klocków. Szanuje cię i kocham, więc słucham cię. Tak samo jak oczekuję, że ty będziesz słuchać mnie. Przecież tak samo nie rozumiesz dlaczego znowu czegoś nie wolno albo coś jest niebezpieczne – a jednak słuchasz. Czy można dać lepszy przykład?

Czy można zrobić więcej dla drugiego człowieka (a co dopiero własnego dziecka) niż być dla niego? Słuchajmy naszych dzieci – i mówmy im, że tak jest.

6. To twoja odpowiedzialność / Jesteś odpowiedzialny za…

Tak, jesteś małym człowiekiem w wielkim świecie, który nie zawsze rozumiesz. Jestem zawsze u twojego boku, masz moje ramię do pomocy, ale ty jesteś odpowiedzialny za:
– swoje mniejsze i większe wybory
– konsekwencje, których nie da się w życiu uniknąć
– zwierzątko, o które prosisz
– słowa, którymi czasem ranisz swoich przyjaciół
– relacje, które tworzysz z bratem, siostrą, dziećmi w przedszkolu
a ja, jestem tutaj blisko, żeby wszystko ci pokazać i wytłumaczyć. Pomóc, jeśli mimo wszystko popełnisz błąd. Ale to twoja „mała” odpowiedzialność, każdy musi się jej nauczyć. Inaczej szybko zgubi się w życiu.

7.  Dasz radę / Uda ci się!

Tak często brak nam pewności siebie i wiary, że coś może się udać, wyjść nam doskonale. Od dzieciństwa słyszymy „za wysokie progi…”. Wystarczy! Ile razy sami, jako dorośli i wykształceni ludzie, nawet nie spróbowaliśmy czegoś zrobić, bo tak bardzo baliśmy się porażki? Nie zabijajmy w naszych dzieciach wiary w siebie! Powtarzajmy im często że dadzą radę, że im się uda. Że my, rodzice wierzymy w nie z całego serca! Bo kto, jak nie my?

Uwaga, nigdy nie mylcie z tego z „musisz być najlepszy” – guzik, nie musisz! Dla mnie zawsze jesteś naj, bo w ciebie wierzę.

Taka mała rzecz potrafi zmienić ludzkie życie, to, że jest ktoś, kto w nas wierzy.

Obejrzyjcie ten film i uwierzcie, że te słowa mają niesamowitą moc!

 

Opublikowany przez na 21 luty 2016


Macierzyństwo Psychologia

„Ten świat jest tak skonstruowany, że śmierć musi mieć sens. Że bywa wyczekiwana…”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 marca 2016
Zorkownia powstała z czysto egoistycznych pobudek. Bardzo chciałam przychodzić do hospicjum, ale nie dawałam sobie rady z emocjami.
Fot. Unsplash / Peter Miranda /
 

Spotykamy się przed hospicjum. Agnieszka z bagażnika swojego auta wyciąga worek z ubraniami. – To po moim synu. Mamy tu taką rodzinę. Matka z czwórką dzieci, jej mąż zmarł u nas dwa miesiące po tym, jak dowiedział się, że jest chory na raka. 

Agnieszka Kaluga, autorka „Zorkowni”, najlepszego literackiego blogu 2011 roku, autorka książki wydanej pod tym samym tytułem.

Ewa Raczyńska: Można żyć obok śmierci?

Agnieszka Kaluga: Ja takiej drogi sama dla siebie nie wybrałam. Tak bliskiej śmierci. W wieku 25. lat straciłam córkę, więc śmierć dotknęła mnie bardzo szybko. Gdyby nie ta strata, to pewnie nie zatrzymałabym się tutaj. Jednak pomoc w hospicjum, to nie jest forma autoterapii, bo ja swoją żałobę przeżyłam, zamknęłam, urodziłam kolejne dziecko. Miałam wybór: albo znaleźć sens w tej stracie, która kompletnie pozbawiona jest sensu, albo utopić się w smutku. Wybrałam to pierwsze, choć śmierć dziecka, sama w sobie, nie ma dla mnie absolutnie sensu, nie ma dla mnie takiej lekcji, która byłaby warta tej ceny.

Natomiast, jeżeli już tak się stało, musiałam nadać temu sens sama. Powołałam do życia stowarzyszenie dla rodziców po stracie „Dlaczego”. Kobieta po śmierci dziecka najpierw siedzi w domu i czuje się samotna, internet to jest pierwsze wyjście do ludzi, szukanie podobnych historii, później myślenie czy jest jakaś grupa wsparcia po utracie dziecka – takie grupy tworzyłam. Wtedy też powoli zaczęła we mnie dojrzewać myśl o studiowaniu psychologii, bo trzeba ludziom pomagać mądrze.

Byłam bardzo zaangażowana w działalność „Dlaczego”, bo na własnym przykładzie przekonałam się, że kobieta po stracie dziecka potrzebuje przede wszystkim wsparcia. Jednak po kilku latach poczułam, że kręcę się w kółko. Wchłonęłam tak wiele tych historii, nie mieszczę ich już w sobie, nie ma we mnie już tyle świeżego zaangażowania w kolejną. Poza tym tak już mam, że jak coś rozkręcę i to żyje swoim życiem, to się z tego wycofuję i idę dalej.

Zatoczyłam koło. Wzięłam udział w filmie „Moje dziecko jest aniołem”, udzieliłam dziesiątki wywiadów o stracie. Ale co dalej? Nie chcę być jedynie specjalistką od śmierci dzieci i osieroconych rodziców.

Kiedy pisano do mnie, czy po raz kolejny zorganizuję mszę w Dzień Dziecka Utraconego, nie miałam już do tego siły. Ale zorganizowałam wszystko, jakoś nie umiałam powiedzieć „nie”, mimo że od kilku lat do kościoła nie chodzę. Zorganizowałam też wtedy wystawę fotografii dziecięcych nagrobków z wierszami, które napisały osierocone mamy. Ta msza 15. października jest ważna i piękna, rodzice przynoszą świece, które zostawiają na ołtarzu w czasie Przemienienia, jest w tym coś niesamowitego i ważnego.

I po tej mszy, którą, choć wstyd się przyznać, zorganizowałam z niechęcią, podeszła do mnie para. Pamiętałam ich z wcześniejszych spotkań. Ona 22 lata, on 25. – maszynista. Zmarło im półroczne dziecko; przeziębione zakrztusiło się własnymi wymiocinami, kiedy mama poszła do apteki po lekarstwa, a tata zasnął, bo całą noc prowadził pociąg… Powiedzieli mi wtedy, że od śmierci córeczki to był pierwszy cudowny dzień w ich życiu. Ta msza, to że mogli światełko położyć na ołtarzu, ta wystawa zdjęć nagrobków, wiersze, twarze rodziców, którzy przeżyli tę samą tragedię…

I wtedy sobie pomyślałam: kurczę, to nie jest dla mnie, nie o to chodzi, czy ja chcę, czy nie chcę. To było dla nich i jakbym tego nie zrobiła, to oni nie dotknęliby tego czasu, nie poczuliby, że nie są sami, że inni, z takim samym cierpieniem jak ich, żyją tuż obok…

W hospicjum jesteś sześć lat, tu nie kręcisz się w kółko wokół śmierci i straty?

Jedynym pewnikiem w naszym życiu jest zmiana – lubię ten aforyzm. To nie jest constans. Ja nie nauczyłam się żyć ze śmiercią w uniesieniu, ze spokojnym pogodzeniem się, że wszystko płynie. W hospicjum przychodzą trudne momenty, zwłaszcza, gdy umiera dziecko albo osoba młoda – nie mam na to zgody. Mogę to spróbować zaakceptować.

Ale ja też chcę zaznaczyć, że nie jestem osobą, która poświęca się na ołtarzu miłości bliźniego. Moment mojego przyjścia do hospicjum to była bardzo świadoma decyzja, miałam w sobie wewnętrzną siłę dlatego, że umiałam już zadbać o siebie. I pewnie dlatego wciąż tu jestem.

Dlaczego więc powstała Zorkownia?

Zorkownia powstała z czysto egoistycznych pobudek. Bardzo chciałam przychodzić do hospicjum, ale nie dawałam sobie rady z emocjami. Miałam poczucie, że muszę zapamiętać każdą z historii, jaką opowiadają mi pacjenci, bo jak ją zapomnę, to ona zginie. Pisząc czułam, że trochę je ocalam, odkładam do Zorkowni i że sama nie muszę już ich dźwigać. Nawet jak się skupię na czymś innym i zapomnę szczegóły, to ta historia jest, mogę do niej wrócić.

Blog był zresztą przez półtora roku dostępny tylko dla znajomych. Koleżanka powiedziała, żebym Zorkownię pokazała światu: „Piszesz w taki sposób o hospicjum, że ja zaczęłam myśleć o nim dobrze. I jeśli moja mama miałaby kiedyś do hospicjum trafić, to ja dzięki tobie będę się mniej bać, bo skoro ty jesteś takim wolontariuszem, to z pewnością są inni podobni do ciebie. I może to nie jest taka umieralnia, jak się myśli”. To wtedy usłyszałam…

Dzisiaj Zorkownia nie ma nowych historii… 

Nie ma tygodnia, żebym nie dostawała pytań, co z Zorkownią, czy jeszcze będę pisać. A ja na razie nie mogę. Rozgłos wokół bloga sprawił, że stałam się ostrożniejsza. Tracę energię na zmianę imion bohaterów, chronologii, szczegółów…  Jestem daleka też od wystawiania wszystkim laurek, bo przecież w hospicjum bywają relacje trudne, a teraz o tym napisać… trochę niezręcznie.

Wiem jednocześnie, że nie mogę porzucić bloga. Kilka tygodni temu dostałam maila od dziewczyny, która pisała, że jest studentką medycyny i że chciała zrezygnować ze studiów. Nie dawała sobie rady ze świadomością, że świat lekarzy jest okropny, dużo w nim kumoterstwa i cwaniactwa. Ktoś podesłał jej linka do bloga, a ona przeczytała go od deski do deski. I napisała mi, że skoro są tak dobrzy wolontariusze, to muszą być też dobrzy lekarze i że dzięki Zorkowni zrozumiała, że to ona może zdecydować, jak dobrym lekarzem będzie. Przeczytałam to i się poryczałam. I pomyślałam: kurde, nie mogę tego zostawić.

Ale zbieram różne rzeczy. Osoby które mnie znają i którym mogę o tych swoich rozterkach powiedzieć, rozumieją, wspierają i zagrzewają do pisania. Ale jak się trafi zazdrosna baba, to powie: „Przyjdzie taka gwiazda raz w tygodniu, usiądzie, posłucha, napisze i jeszcze na tym zarobi”. Jakby się w Polsce zarabiało nie wiadomo jakie pieniądze na książce. Nie chcę dawać pożywki złym, zazdrosnym i małostkowym ludziom. Wiem, po co przychodzę do hospicjum, a po co nie.

Jak umierał u nas ostatnio 7-letni Kubuś, to pisałam o nim tylko na Facebooku w kontekście kartek pocztowych, bo Kuba kochał pocztówki. Dzięki odzewowi czytelników dostał ich tysiące. Nie umiem napisać o nim na Zorkowni, w tym bardziej intymnym dla mnie miejscu, i nie chcę, bo to jest dziecko, zatem dużo lajków. Mam w sobie moralny opór i wewnętrzy kompas.

Nie planowałam wydawać Zorkowni, start w konkursie na najlepszy blog też był trochę przypadkiem i z przekory, nie oczekiwałam wygranej, chciałam tylko pokazać światu, że można pisać bloga o hospicjum. Nie pomyślałam, że wygrywając stracę anonimowość. Bałam się po całym tym zamieszaniu wrócić do hospicjum, bo przecież mogli powiedzieć: „Agnieszka, nie na tym wolontariat polega”. Tymczasem dostałam bukiet kwiatów i malowanych przez pacjentów motyli, list gratulacyjny od szefa hospicjum oraz wicewojewody, mnóstwo ciepłych słów i uścisków od wolontariuszy.

Fot. Screen/Agnieszka Kaluga

Fot. Screen/Agnieszka Kaluga

To na czym polega wolontariat?

Ty sobie myślisz, że będziesz przychodzić czytać pacjentom książki, a tymczasem na kursie dla wolontariuszy uczą cię, jak zmienić pidżamę, podać kaczkę. Na początku byłam wolontariuszem, który chciał robić wszystko, ale – i to jest moja rozwojowa zdobycz – ja już wiem, że pewnych rzeczy robić nie chcę. Gdyby ktoś mi kazał przyjść i przez cztery godziny zmieniać pościele, to wolałabym iść do kina czy na zakupy.

Przychodzę do pacjentów dawać im to, na co personel hospicjum nie ma i nie może mieć czasu. Bo nikt nie usiądzie przy panu Andrzeju, który był pilotem odrzutowca, i nie wysłucha jego historii, jak musiał się katapultować, bo zabrakło mu paliwa i trzy dni ze złamaną ręką siedział na drzewie, pił wodę z liści, jadł korę czekając, aż ktoś go uratuje. Żeby to usłyszeć, musiałam obok niego usiąść, zdobyć jego zaufanie, poopowiadać o sobie, pooglądać filmiki o odrzutowcach, a żaden lekarz czy pielęgniarka nie ma na to czasu, bo zajmuje się swoją pracą.

Tak rozumiem wolontariat.

Oczywiście z punktu widzenia pielęgniarki, nie jestem idealnym wolontariuszem, ale przebieżka po wszystkich oddziałach i hurtowe czynności pielęgnacyjne nie są dla mnie. Nauczyłam się to łagodnie pokazywać i robić swoje.

Nie jest jednak tak, że ta chęć pomagania, to takie karmienie naszego egoizmu? Dzięki temu, że pomagamy innym czujemy się lepszymi ludźmi?

Pamiętam rozmowę z taksówkarzem. Jakoś zeszło na prowadzenie bloga i on mi wtedy powiedział, że jest zbyt wrażliwy na taką pomoc. To bardzo dużo mówi o nas, bo my chcemy pomagać i wysyłamy te SMS-y, ale tak, żeby się nie pobrudzić. Lepiej wysłać SMS na dzieci głodujące w Afryce, niż pomóc sąsiadowi z klatki obok.

I tak, zgadzam się z tym, że pomaganie ludziom to też egoizm. Mam alergię na takie określenie jak: posługa, składanie się na ołtarzu dla bliźniego. Ja tak nie chcę, nie chcę się całkowicie poświęcać dla innych. Chcę fajnie żyć, pojechać na wakacje, mieć dobre relacje z facetem, czytać książki, kupić coś fajnego, zjeść coś dobrego. Spełniać się i tu i tu.

Z dużym smutkiem obserwuję wolontariuszy, którzy chcą się poświęcić, bo mają kiepskie relacje z bliskimi, nieprzerobioną stratę, uciekają od siebie w innych. I to jest ten zakamuflowany egoizm, którego nie lubię. Łatwo jest pomagać obcej osobie.

Mnie zatrzymał mój mąż. Nie pamiętam, o co chodziło, gdzieś mieliśmy iść, coś wspólnie zrobić, a ja mówię, że nie mogę, bo muszę jechać do hospicjum. I on mi wtedy powiedział: „no tak, z rakiem nie wygram”. Wtedy zrozumiałam, że jego problem nigdy nie będzie tak duży jak kogoś, kto właśnie umiera. Nie wzięłam przecież ślubu z hospicjum, tylko z nim. Wtedy się zatrzymałam. Jasne, dużo fajniej jest być w hospicjum wieczorem, bez całego codziennego szumu, studentów na oddziale, rehabilitacji, krzątaniny, ale o 18-tej jestem mamą i żoną, jestem w domu….

Można się zatracić w tej pomocy?

Chciałabym mądrze pomagać, a w tym mądrym pomaganiu pomaga mi hospicjum. Na początku angażowałam się bez reszty. Przeżywałam każdą historię, dawałam pacjentom swój numer telefonu, odbierałam nawet po 22:00, odpisywałam na SMS-y do kogoś, kto był w żałobie. Teraz umiem już odmawiać tak, żeby nie zranić.

To wielka szkoła życia. Bo bywa też tak, że raz przyjmuję śmierć, a innym razem jest mi z nią nie po drodze, zmagam się, buntuję, uciekam. To też jest trudne. Pół roku temu był u nas chłopiec. Wiedziałam, że zostanie maksymalnie tydzień… Kiedyś wepchnęłabym się jako pierwsza, żeby wszystkich ratować. Ale tym razem nie weszłam. Chłopiec był otoczony rodziną, miał przy sobie tych, którzy go kochali… To taka racjonalna decyzja: „nie jestem im potrzebna, po co mam sobie to robić?”, dziecko nie potrzebuje wolontariusza, ono potrzebuje bezpiecznego miejsca i lekarzy. Bo cała rodzina jest przy nim, a wchodzenie tam, oglądanie tego chłopca, zaszkodziłoby mi na pewno, nie miałabym nic do zaoferowania i dania tej rodzinie, oni już wszystko mieli.

Mam w sobie, nie wiem, jak to nazwać – może instynkt samozachowawczy, może intuicja – rodzaj doświadczenia w byciu przy śmierci i chorobie innych, który pozwala mi poznać, czy wejść w daną relację czy nie. Przykładem niech będzie pani Zosia i jej córka Ania. Sytuacja z jesieni zeszłego roku, o której na pewno napiszę na Zorkowni, ale jeszcze nie teraz.

Pani Zosia była w wieku mojej mamy, a Ania moją rówieśniczką. Mama umiera na raka, a córka jest w siódmym miesiącu ciąży. Ania miała nigdy nie mieć dzieci. Jest jedynaczką, jej córeczka dostanie tak samo na imię, jak babcia.

Zobaczyłam Anię, jak uśmiecha się na skraju płaczu, kiedy jej mamę kładziono na hospicyjnym łóżku. To był mój czas na podjęcie decyzji, bo wiedziałam, że jak się zaangażuję, to będę przychodzić do hospicjum tylko dla nich. Zaproponowałam Ani rozmowę. Wiedziałam, że się rozpłacze, bo trzymała się tylko ze względu na mamę. Poszłyśmy na taras, ona się wypłakała, porozmawiałyśmy… Cały czas myślałam o tej małej nienarodzonej jeszcze dziewczynce. Nie życzyłabym Ani, żeby urodziła wcześniaka, a w tej sytuacji było to bardzo możliwe. I wiedziałam, że wchodząc w tę relację czeka mnie przygotowywanie jej na to, że jej mama może nie doczekać narodzin wnuczki. Bałam się, że chęć zatrzymania mamy będzie tak wielka, że pani Zosia będzie umierać w cierpieniu. Ale udało się – Ania bardzo spokojnie pożegnała mamę, a mała Zosia urodziła się miesiąc po śmierci babci, która odchodziła z dużym spokojem… Byłam na pogrzebie pani Zosi, wygłosiłam w imieniu Ani przemowę, potem, po urodzeniu małej, odwiedziłam je w domu.

Umiesz towarzyszyć ludziom w spokojnym umieraniu? Uczysz ich tego spokoju?

Zobaczyłam, że potrafię towarzyszyć ludziom w odchodzeniu i w żałobie. Wpływ na to z pewnością mają moje doświadczenia. Dzięki temu wiem chyba jak nie szkodzić, a to już sporo. Ze swoją żałobą sobie poradziłam, ale to nie jest tylko moja zasługa, ale też ludzi, którzy przy mnie byli. Moi cudowni rodzice i fantastyczny mąż, który pozwolił mi tę żałobę spokojnie przeżyć. Dostałam na to czas. Jak nie miałam siły wstać, to zostawałam w łóżku. Oczywiście wszyscy się martwili, ale dali mi przestrzeń na przeżycie żałoby po swojemu. Mogłam się rozjechać i znaleźć siebie na nowo.

Byłam zawsze bardzo odważna. Wtedy, po śmierci Martynki, stawiałam czoła emocjom i wspomnieniom. Mam tak, że muszę się mierzyć z rzeczami – tymi małymi i, jak się okazało, dużymi też. Uciekanie od nich, unikanie, powoduje narastanie lęku, a tego nie chciałam. I to nie znaczy, że nie boli, bo boli cholernie.

Pamiętam, jak byłam u psychologa pół roku po śmierci Martynki – myślałam, że mam depresję. Ale wtedy usłyszałam, że żałoba to nie choroba, że nie ma na nią tabletek, że mam prawo tak się czuć. Żałobę trzeba przeżyć, przepłynąć, przepuścić przez siebie… Dałam sobie czas na rozpierduchę życiową i paradoksalnie wtedy wiele rzeczy puściło, zaczęło się układać.

Później synek urodził się jako wcześniak w bardzo ciężkim stanie. A ja byłam cały czas sama, jak umarła Martynka moje koleżanki zakładały rodziny, zachodziły w ciążę. Jak pojawił się Bartek, mało kto rozumiał życie z wcześniakiem, o którego zdrowie ciągle drżysz.

Ważne, by z takich doświadczeń wziąć jak najwięcej.

Życzyłabym sobie i moim bliskim spokojnej śmierci. Nawet w hospicjum nie zawsze jest spokojnie – nawet jak ktoś dostaje silne leki przeciwbólowe, to jeszcze pozostaje serce i głowa. Jeśli bardzo nie chce się umierać, odchodzenie jest dużo trudniejsze, nawet na poziomie fizycznym. Ale jak ktoś, kto ma kilkuletnie dziecko, ma chcieć odejść, zostawić je?

Mówiłaś, że śmierć dziecka dla ciebie jest kompletnie pozbawiona sensu, podobnie nie ma w tobie zgody na śmierć kogoś młodego. A jest w ogóle taka śmierć, która ma sens?

Myślę, że życie bez śmierci nie miałoby sensu. Gdybyśmy wiedzieli, że mamy nieskończoną ilość czasu, to byśmy nie szanowali swojego życia, tego co się nam wydarza i relacji, które mamy.

Mnie bardzo rozczula moja mama. Skończyła 63 lata. I ja robię teraz dla niej rzeczy, których nie robiłam wcześniej. Kupuję jej kwiaty bez okazji albo ładny lakier paznokci. Bo to jest moja mama i ona jeszcze jest, nie chcę później biegać z kwiatami i ze zniczami na cmentarz. Kwiaty ucieszą ją przecież teraz.

Mój tata marzył, żeby polecieć kiedyś samolotem, nigdy nie leciał. Kupiłam więc bilety z Poznania do Warszawy – zjedliśmy szarlotkę, pospacerowaliśmy i tego samego dnia wróciliśmy powrotnym lotem.

Myślę sobie o pewnej pani, była koło 80-tki. Miała ośmioro dzieci i jak one do niej przychodziły z mężami, żonami, dziećmi, to jej najbliższa rodzina liczyła 54 osoby. Ona ani razu nie powiedziała, że nie chce umierać. Doczekała wnuków od wszystkich dzieci, jej życie się wypełniło.

Wiem też, że śmierć bywa wyczekiwana, gdy umiera wdowiec. Był taki pan, profesor, którego żona umarła na raka. 60 lat temu z żoną stracili dziecko, a on po tylu latach mówił z taką nieprawdopodobną czułością o tej stracie. Kiedy chorowała jego żona, u niego również wykryto raka, ale on pozwolił sobie na chorowanie dopiero po jej śmierci, mówił, że już na nic nie czeka. Że jest szczęśliwy, że żona umarła wcześniej. Byli ze sobą ponad 60 lat, doczekali się dwójki dzieci i wnuków. Siedziałam obok niego i tak bardzo chciało mi się płakać, to był cudowny człowiek. Jemu wszystko się wydarzyło, łącznie z odprowadzeniem żony. Nie chciał już tych wszystkich chemii, terapii. Są ludzie, którzy czekają na śmierć jak na zbawienie.

Ten świat jest tak skonstruowany, że śmierć musi mieć sens. To taki nasz proces wzrastania i dojrzewania, jak wędrówka słońca. I kiedy sobie myślę: „życie wieczne” – jestem przerażona. Ktoś mnie straszy, że nie będę zbawiona, bo nie chodzę do kościoła, ale ja nie trzymam się kurczowo życia. Oczywiście nie chciałabym teraz zginąć w wypadku samochodowym, mam jeszcze kupę rzeczy do zrobienia, chciałabym żyć jak najdłużej, żeby moje życie się wypełniło, mieć poczucie, że wszystko zobaczyłam, zrobiłam co chciałam, że mój syn jest szczęśliwy. Chciałabym uśmiechnąć się do tego i wtedy odejść.


Macierzyństwo Psychologia

Eko żywność? Owszem istnieje, ale nie każdy produkt z etykietką „naturalne” jest ekologiczny

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
9 marca 2016
Eko żywność
Fot. iStock / pixdeluxe

Szukasz w sklepach produktów eko? Zwróć szczególną uwagę na pochodzenie tego, co wkładasz do koszyka. Nie każde warzywo z etykietką „eko” czy jaja „naturalne” i mleko „od szczęśliwych” krów właśnie takie będzie. Jeśli chcesz kupić zdrową, naturalną i smaczną żywność, sprawdź skąd rzeczywiście pochodzi.

Zapewne już wiesz, że nie wszystko złoto co się świeci i uważnie przyglądasz się temu, co jako nowalijki sprzedawane jest w sklepach. I bardzo dobrze, “naturalne” warzywa w lutym i marcu, to dość podejrzane. No dobrze, skoro nowalijki wcale takie zdrowe nie są, to co może takie być – ekologiczne mięso, jajka czy mleko?

Nauka broni natury

Ekologiczne warzywa, owoce, mięso oraz jaja są zdrowsze, co potwierdzono w badaniach naukowych. Międzynarodowy zespół ekspertów kierowany przez naukowców z Uniwersytetu w Newcastle w Wielkiej Brytanii, na łamach British Journal of Nutrition* opublikował nowe zestawienie badań naukowych. Wynika z nich, że ekologiczne mięso i mleko ma więcej wartości od zwykłych produktów:

  • mleko i mięso ekologiczne zawierają około 50 % więcej dobroczynnych kwasów omega-3 w porównaniu do produktów konwencjonalnych,
  • ekologiczne mięso charakteryzuje się nieco mniejszą zawartością dwóch nasyconych kwasów tłuszczowych (mirystynowego i palmitynowego), których spożywanie wiąże się ze zwiększonym ryzykiem zachorowania na choroby układu sercowo-naczyniowego,
  • mleko ekologiczne zawiera o 40 % więcej sprzężonego kwasu linolowego (CLA),
  • mleko ekologiczne zawiera nieco więcej żelaza, witaminy E i niektórych karotenoidów,
  • mleko konwencjonalne zawiera o 74 % więcej jodu, a także nieznacznie więcej selenu.

Z innych badań które ukazały się ukazały się w czasopiśmie „British Journal of Nutrition”, wynika również, że owoce i warzywa z upraw ekologicznych, zawierają prawie o połowę mniej rakotwórczego kadmu oraz czterokrotnie mniej pestycydów. Odznaczają się również niższym stężeniem azotu , azotanu  i azotynu niż te konwencjonalne. Ponadto zawierają od 18 do 69 proc. więcej antyoksydantów – w tym najsilniejszego z nich, czyli resweratrolu.  

Nie wszystko eko, co ze wsi pochodzi

Ekologiczna żywność pochodzi z upraw i hodowli prowadzonych zgodnie z prawami natury. Jest zdrowa, bo pozbawiona pestycydów, substancji przyspieszających wzrost, metali ciężkich i innych szkodliwych substancji. Warzywa aby były eko, muszą spełnić szersze kryteria, niż tylko zostać wyciągnięte z wiejskiej ziemi. Nic ze starań właściciela działki, wstrzymywanie się od używania chemii, jeśli działka leży 200 metrów od fabryki czy jakiegoś ścieku. Zanieczyszczona gleba, woda czy powietrze, nie wyda nam ekologicznej uprawy! Podobnie ze zwierzętami gospodarskimi, karmionymi sztuczną paszą, żyjącymi w zanieczyszczonym środowisku, ich mięso nie będzie ani smaczne, ani zdrowe.

Tylko takie produkty będą eko!

Warzywa i owoce. Bez sztucznych nawozów, za to podsypywane nawozami naturalnymi, dostarczającymi roślinom składników niezbędnych do zdrowego wzrostu. Najlepiej sprawdza się obornik, najlepiej koński lub bydlęcy lub kompost, czyli nawóz wytwarzany z odpadów roślinnych.

Mięso. Ekologiczne mięso pochodzi z gospodarstwa, które przestrzega określonych norm związanych z chowem. Zwierzęta karmione są paszami roślinnymi z gospodarstwa bądź z zewnątrz, ale posiadającymi stosowny certyfikat. Nie wykorzystuje się tu antybiotyków, wspomagaczy wzrostu, pasz i produktów powstałych z organizmów genetycznie modyfikowanych. Jest zdrowo i z pozytywnym wpływem na smak i aromat takiego mięsa. Ma ono wyższą jakość i właściwości odżywcze niż mięso pochodzące z przemysłowej hodowli.  

Sprawa ma się bardzo podobnie, gdy szukamy zdrowego mięsa drobiu. Jeśli chcemy kupić ekologiczny drób, najlepsze mięso pochodzi od kur, kaczek i innych, z wolnego wybiegu, karmionych zieloną paszą. Dzięki temu mięso ma doskonały smak i aromat oraz jest zdrowsze.

Mleko i jaja. Te produkty są tym smaczniejsze i bardziej wartościowe, im bardziej naturalną karmę będą jadły krowy i kury. Jaja ekologiczne mają więcej wartości odżywczych i mniej cholesterolu. Zawierają także dwa razy więcej witaminy E, prawie trzy razy więcej beta-karotenu i nawet o 30 proc. więcej kwasów omega-3 niż te od kur hodowanych w klatkach. Jeśli kupujemy je w sklepie, zwróćmy uwagę na oznaczenia na skorupkach:

0 – jaja z produkcji ekologicznej, kury żyją na wolnym wybiegu, karmione są ekologiczną karmą, trawą i jedzą dżdżownice,

1 – jaja z chowu na wolnym wybiegu, kury żyją w kurniku, ale mają możliwość wychodzenia na wolny wybieg

2 – jaja z chowu ściółkowego, kury hodowane w zamkniętych kurnikach

3 – jaja z chowu klatkowego, kury żyją w niewielkich klatkach, w których nie mają możliwości poruszania się, nie są również wypuszczane

Niestety nie każdy może sobie pozwolić na zakup eko produktów, szczególnie mięsa, z racji jego wysokiej ceny – różnica w porównaniu do produktów nieekologicznych bardzo często przekracza 100%. Warzywa i pozostałe, mają cenę wyższą o 20% od zwykłych produktów. W przypadku pokarmów ekologicznych, płacimy rzeczywiście za zdrowie i smak.

Jak rozpoznać eko żywność w sklepie?

Nie można wierzyć producentowi “ na słowo”. Papier, a raczej etykieta wszystko przyjmie i nawet chemiczne warzywa mogą stać się “eko” czy “naturalne” bo producent tak obliczył zysk. Mówi się, że wszystko co eko, będzie małe, brzydkie i z robakami, bo do owocu z chemią robak się nie dostanie. To nie do końca prawda, ponieważ można nakładem sił i naturalnym wspomaganiem wyhodować dorodne i zdrowe rośliny, tylko nie da się tego zrobić na masową skalę. Dlatego kupując podejrzanie tanie eko-warzywa, szukajcie znaków instytucji które poświadczą ich pochodzenie: Ekogwarancja PTRE, PNG, Cobico, Bioekspert, BioCert Małopolska, Polskie Centrum badań i Certyfikacji, Buiro ds. badań i Certyfikacji Oddział w Pile, Agro Bio test. Tylko powyższe daje gwarancję ekologicznych zakupów. Podobnie z mięsem – zwróćcie uwagę na certyfikaty QAFP, PQS, QMP, one dają gwarancję zakupu zdrowej żywności.


Źródło: 


Zobacz także

7 rzeczy, którymi nie powinniśmy się dłużej stresować. Bo szkoda na to życia

„Dopiero niedawno, po siedmiu latach pomyślałam, że już nigdy do niego nie wrócę. To nie była miłość, ale uzależnienie… uzależnienie od cierpienia”

Nie wszystko w moim życiu wyszło tak, jak sobie to wymarzyłam i wy to też wiecie. Mamo, tato, dziękuję wam za…

https://buysteroids.in.ua

steroid-pharm.com

https://steroid-pharm.com