Lifestyle Macierzyństwo

„Godzina dla rodziny” – nowy projekt w rządzie, który, odnoszę wrażenie, ma nas za idiotów

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
11 maja 2017
Fot. Flickr / Arentas /
 

Ja nie wiem, czy politycy nas rodziców mają za idiotów? Czy naprawdę ktoś myśli, że wraz z przyjściem dziecka na świat ucieka nam jakaś szósta klepka, że dziecko przejmuje jakiś nasz procent IQ do własnego rozwoju?

Ja naprawdę zaczynam się czuć jak jakaś ułomna. Jakbym sobie sama nie potrafiła poradzić z wychowaniem dzieci, z zajmowaniem się nimi, zabawą i opieką. Skoro zdecydowałam się na to, żeby założyć rodzinę i mieć dzieci, to nie dlatego, że liczyłam, że państwo zapewni mi jego utrzymanie, da czas wolny do opieki i nagrodę za bycie matką roku. Nie – jestem dorosłą, odpowiedzialną w pełni władz umysłowych osobą, która wie, że dziecko to nie tylko miłość i ciumcianie z zachwytu nad maluchem, ale też odpowiedzialność. Dlaczego ktoś chce za mnie kierować moimi decyzjami.

Mój nerw wynika z faktu dyskutowania w sejmie nad projektem złożonym przez PSL o tym, aby rodzicom dzieci, które nie ukończyły 10 tego roku życia, dać godzinę wolną w pracy, za to pełnopłatną. I żeby było jasne – rozumiem intencje, szczytny cel, poczucie misji, by rodzice ze swoimi dziećmi spędzali czas w domu, pieprzenie, że nie potrzeba 500 wystarczy godzina (jakby ta godzina nie robiła nikomu żadnych kosztów). Ale do jasnej cholery, czy ktoś rodziców spytał o zdanie? Bo mnie nikt. Chcą mnie na siłę uszczęśliwić godziną wolną, która mnie i tak nie dotyczy, bo mam taką pracę, której czas sama sobie normuję. Ktoś powie, to skąd to oburzenie.

Otóż oburzenie wynika stąd, że wolałabym, by rząd zadbał o to, żeby moja przyjaciółka mogła bez problemu zapisać swoje dziecko do państwowego przedszkola, żeby iść do pracy, za którą tęskni, bo chce do ludzi, bo w domu dostaje już świra. A siedzi na wychowawczym, bo jej pensja nie pokryłaby nawet kosztów niani, dojazdów do pracy. Ale nie, bo zamiast zainwestować w nowe miejsca w przedszkolach, łatwiej jest rzucić godzinę wolną, przez którą pracodawca nie będzie chciał jej przyjąć, bo jedna godzina dziennie, to pięć godzin w tygodniu – czyli prawie dniówka. A w miesiącu robi się tych godzin 20… Średnia perspektywa, kiedy wiesz, że nie masz pracownika niemal przez trzy dni w pracy w miesiącu… I ktoś inny tę dziurę musi załatać.

Tak bardzo zazdrościłam wszystkim kobietom, kiedy rząd uchwalił roczny macierzyński. Moją traumą jest, że musiałam po 4 miesiącach wracać do pracy i zostawiać to małe pod opieką niani. Ale wyjścia nie było. A dzisiaj? Dzisiaj obserwuję moje koleżanki, które dwoją się i troją, jakby tu pracować w trakcie tego roku, co zrobić, żeby nie wypaść z rynku, Z jednej strony ciąży na nich presja Matki Polki, która jeśli nie chce przez rok być ze swoim dzieckiem, to jest tą wyrodną i wyzutą z uczuć i w ogóle dzieci mieć nie powinna. Taka jest nasza narracja: „Inne kobiety czekają, żeby zajść w ciążę, a ta urodziła i do pracy od razu chce wracać”. No ale ja się im nie dziwię zupełnie. Bo rok poza rynkiem pracy, to jest masakra. I jasne, że są kobiety, które z ogromną przyjemnością korzystają z tego macierzyńskiego urlopu, bo mogą, bo ich na to stać, bo nie mają ciśnienia. Ale są takie, które kochają swoje dziecko ponad życie, ale też chcą zadbać o siebie i o ich wspólną już przyszłość! I kombinują – umowy na mężów, jakieś lewe papiery – i wcale im się nie dziwię, bo gdyby państwo zamiast dawać 500 na dziecko, dało 500 do pensji matek – myślę, żeby byłby szczęśliwsze i czuły się bardziej docenione i dowartościowane.

Możemy sobie tylko dywagować.

Dlaczego nie można pomyśleć nad programem dofinansowania żłobków przy miejscach pracy? Dlaczego nie można dać preferencyjnych warunków dotyczących ZUS-u pracodawcom zatrudniającym młode matki?

Jeśli tylko dostaniemy narzędzia, możliwość wyboru, to już naprawdę nikt nie będzie musiał się martwić, że – jak to ostatnio usłyszałam – dzieci w przedszkolu spędzają po kilkanaście godzin. Znam dziewczyny, których pracodawca naprawdę idzie im na rękę. Mogą pracować zdalnie, gdy dziecko chore bez potrzeby brania wolnego. Mają elastyczny czas pracy między 7:00 a 18:00 – gdzie każdy sam reguluje w jakich godzinach najlepiej przebywać mu w firmie. Jest naprawdę wiele korzystniejszych rozwiązań niż „godzina dla rodziny”, która wywoła z pewnością nie raz burzę w jakieś firmie. Bo przecież, jeśli ktoś pracuje godzinę mniej, to ktoś inny musi to nadrobić – z pewnością za te same pieniądze. I nie wierzę, że nie padnie: „A dlaczego ona wychodzi szybciej? Ja szukam męża – więc może godzina dla singli na założenie rodziny?”, „dlaczego znowu mam mieć gorzej tylko dlatego, że nie mam dzieci?”.

Mam poczucie rozdwojenia jaźni, bo oczywiste jest, że rodzice mówią: „O super by była ta godzina, bo można zrobić zakupy, dojechać spokojnie do przedszkola, załatwić kilka spraw”. A z drugiej – słyszę: „Tylko co na to pracodawca?”. No właśnie, czy pracodawca zatrudniając młodą kobietę, która na pytanie: „Planuje Pani mieć dzieci”, odpowie szczerze, że tak, zatrudni ją chętniej niż mężczyznę, który w ciąży nie będzie, rocznego macierzyńskiego nie ma… I jakoś stereotypowo pewnie pracodawca pomyśli, że ta godzina wolna, to jednak bardziej dla kobiety niż faceta…

Nie wiem, zła jestem, bo nikt nas nie słucha, nikt z nami – kobietami, rodzicami nie rozmawia, nikt nie chce usłyszeć, co jest prawdziwą bolączką, jak można by rozwiązać problemy z korzyścią dla wszystkich, a nie znowu kosztem jakieś grupy… Eh.


Lifestyle Macierzyństwo

Dzisiaj wszyscy wymagają od ciebie bycia on line! Kurde, nawet siedząc na kiblu piszemy maile! Oszaleć można

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
18 maja 2017
Fot. iStock/KristinaJovanovic
 

Kiedyś wystarczyło powiedzieć: „Sorry, nie było mnie w domu”, gdy ktoś mówił, że dzwonił, ale nie mógł się dodzwonić. Ja pierdzielę, co to były za czasy, no nie? Telefon z kablem w domu. Ba, ja to pamiętam telefon u sąsiada, który przychodził powiedzieć, że wujek ze Śląska do nas dzwoni. U sąsiada pod telewizorem stał ten zgniłozielony telefon z tarczą. Wszyscy wiedzieli, co u niego i u nas, bo każdy chętnie rozmowie się przysłuchiwał. Co z tego, że sąsiad, jego żona i kuzyn, który przyjechał pracy szukać. Oni ci pozwalali dzwonić, a ty nie mogłaś mieć pretensji, że słuchają.

Później mieliśmy już u siebie taki nowoczesny aparat, na ścianie. Bez tarczy, tylko z wyciskanymi numerami. Te niecałe zaledwie trzy dekady temu dzwoniący telefon stawiał całą rodzinę na nogi, która w napięciu oczekiwała, któż to postanowił się z nami połączyć.

A teraz? Dzwoni – jak nie odbierzesz, od razu pojawia się SMS: „Dlaczego nie odbierasz, gdzie jesteś? Nie chcesz ze mną gadać?”. Jakby było mało, to niemal w tej samej chwili wyświetla się wiadomość na którymś z popularnych czatów: „Widzę cię, jesteś, daj znak, jak będziesz mogła gadać”. MATKO BOSKA! Ja sobie ostatnio zdałam sprawę, że wszyscy wymagają od ciebie bycia on line. Non stop, przez cały czas. Bez przerwy. Jak nie jesteś podłączona, to nie żyjesz. To może łeb ci urwało, a w najgorszym przypadku – no tak, pewnie zgubiła telefon, albo jej ukradli.

I rozglądam się dookoła zastanawiając się, kto w ogóle podnosi głowę znad telefonu. Siadam w knajpie, czekam na znajomą, a wokół każdy ze wzrokiem wbitym w ekran ogłupiającegophona przebiera zgrabnie paluszkami po klawiaturze. Dobra, ja nie należę do świętych, telefon to moje narzędzie pracy i też spędzamy nad nim długie godziny, ale kiedy już spotykam się z drugim człowiekiem, to nie ma litości, wyciszam, odkładam i internet wyłączam, co by nie brzęczało.

A tymczasem taka sytuacja: jesteśmy zaproszeni na przyjęcie komunijne córki przyjaciół. Od pierwszej minuty przy stole jeden z gości z telefonem pod obrusem. Inna: siedzę na bardzo fajnej i mądrej konferencji, obok dziewczyna nerwowo przegląda w telefonie wszystkie modowe strony (konfa ani o modzie, ani o telefonach), nawet głowy nie podniosła, nie poświęciła chwili, by posłuchać, co ktoś inny ma do powiedzenia… Cóż. W sumie jej strata, albo moja, bo nie znam najnowszych modowych trendów, tylko słucham o ekologii. Kolejna: czekam w knajpie na spotkanie. Trzy kobiety, może przyjaciółki, bo wchodzą wspólnie roześmiane – zamawiają kawę ciastko i… wyciągają telefony. W ogóle ze sobą nie rozmawiają. O – i ostatnio jechałam pociągiem dość daleko i dość długo. Jedyna w przedziale czytałam książkę, reszta – wiadomo – telefony.

I kiedy ostatnio znajoma dzwoni, pisze SMS, zaczepia na czacie myślę sobie: „A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!”. No przecież nic tylko można oszaleć. Próbowałam kiedyś zliczyć, jaki to pożeracz czasu, to odpowiadanie na wszystkie pytania, których nikt by ci nie zadał, gdyby nie było pod ręką telefonu i internetu. Ale jest, i ty musisz być do nich podłączona nieustannie. Bo przecież jak to można być zajętym cały dzień i nie oddzwonić, jak to, nie odpisać na SMS-a. Gdyby ktoś wiedział, który to już podobny do poprzednich z pierdołami SMS, albo która wiadomość na czacie nieodczytana, bo zwyczajnie brakuje czasu, żeby w ciągu dnia odpisać na: „co porabiasz”. No kurde, pracuję! Dwoję się i troję, ogarniam pracę, dom, dzieci i WYBACZ nie mam czasu zaspokajać w ciągu dnia twojej ciekawości! Zwłaszcza, że przekonałam się nie raz, że za tym „co słychać” czy „co porabiasz”, kryje się tak naprawdę litania nieszczęść z drugiej strony! Same powiedzcie, czy tak nie jest? Czy jak ktoś tak niby koleżeńsko was zaczepia, to nie po to, żeby samemu wylać po chwili swoje żale, jak to nieszczęśliwy jest i co mu znowu w życiu nie wyszło? I wcale go nie obchodzi, co u was? O nie, sorry, ja wysiadam z takiego tłoku ludzi, którzy w realu nie maja z kim pogadać, tylko siedzą ze wzrokiem utkwionym w ekran śledząc poczynania bliższych lub dalszych znajomych, a czasami nawet nieznajomych! I tylko czyhają na okazję, żeby zaczepić i zagadać.

A jak się nie odezwiesz, to obraza! To śledzenie, ile minut temu byłaś na czasie, to pretensje, wtedy najczęściej SMS-em: „Widzę, że odczytałaś wiadomość i co?”. I gówno! Bo ja najczęściej to nawet nie pamiętam, o co chodziło? O kolor sukienki, którą ostatnio założyłam, czy może o rozmowę sprzed dwóch miesięcy, którą moim zdaniem skończyłyśmy dawno temu? A może o coś, o czym nie mam zielonego pojęcia, o temat, na który nie chcę się wypowiadać, bo zwyczajnie mnie nie interesuje. A może w natłoku spraw i codzienności, ok, przeczytałam, pomyślałam: „później odpiszę”, ale „później” przyszło 100 innych wiadomość, z których na część odpisać musiałam i tamte, starsze choć raptem sprzed kilku godzin, uciekły w otchłań internetu.

Kiedyś znajoma ze zdziwieniem, tyle, że nie wiem, czy większym jej czy moim, spytała: „O rety, a ty tak potrafisz na urlopie odciąć się, zostawić telefon, wyłączyć internet”. No a jak inaczej odpocząć? Jak inaczej czas spędzić z dziećmi i seks z mężem dobry mieć, gdy coś nieustanne pika lub wibruje (tak wiem, skojarzenie z seksem jeszcze mogłoby być dobre).

Bycie online, wiecznie na stand by’u to przekleństwo naszych czasów. Takie jest moje zdanie. Idziesz biegać – weź telefon. Idziesz się kąpać – weź telefon. Ile razy rozmawiałyście siedząc na kiblu? Kto się przyzna? A dlaczego tak się dzieje? Bo każdy oczekuje, że tu i teraz możesz być dla niego dostępna. Kurde MUSISZ być, skoro świecisz się na niebiesko, czy zielono! A tak się nie da. No do cholery, nie dajmy się zwariować! Oszczędzajmy siebie nawzajem!

A korzystając z okazji chciałam przeprosić za setki maili, na które w ostatnim czasie nie odpisałam, za wiadomości, które odczytałam, ale na nie nie zareagowałam. Gdybym tak mogła ustawić sobie wszędzie powiadomienie: „Jeśli to coś bardzo ważnego, a ja nie zareaguję, proszę, przypomnij mi się za dwa dni, a potem za kolejne dwa”. Ha, wtedy też miałabym pewność, co do kosza mogę spokojnie wyrzucić.


Lifestyle Macierzyństwo

Przyjaciółka mówi: „Bo ty jesteś jak dojna krowa”. No jestem i strasznie mnie to wku*wia!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 maja 2017
Fot. iStock

Macie takie dni, że wku*w paruje wam uszami? Że najchętniej to byście każdemu, kto chce coś od was odgryzły głowę i zakopały tak, by nigdy jej nie znalazł. Marzy wam się jednym tupnięciem nogi unicestwicie świat! Ba, nawet się nie marzy, tylko czujecie, że za chwilę wybuchniecie, a z wami wszystko dookoła?

I nie ma to kompletnie nic wspólnego z okresem, ze zmianami hormonalnymi. Może coś można zrzucić na pogodę, która doprowadza już do szewskiej pasji, a spoglądający na was zimowy płaszcz, który z taką radością kupowałyście PÓŁ roku temu, NADAL musicie nosić!

O rety, po prostu macie ochotę wykrzyczeć światu, żeby się od odpie*dolił! Zniknąć dla wszystkich, nie odbierać telefonów, nie czytać SMS-ów i nikogo do domu nie wpuszczać. A jak pomyślicie o Karaibach… i że nie możecie sobie od tak tam polecieć… To już miara goryczy się przelewa.

Patrzy na was butelka wina, którą najchętniej otworzyłybyście tuż po wejściu do domu, by zapaść się w błogą ciszę i nicość, w której jesteście tylko WY!

Jeśli tak miewacie, to uwierzcie, nie jesteście same, jest przynajmniej jedna osoba na świecie – JA, która doskonale was rozumie.

No ale, że bywam dociekliwa, więc próbuję tę falę wku*wu rozgryźć… I trudno nie zgodzić się z przyjaciółką, której daję upust swojej mega frustracji, a która pisze mi: „Bo ty jesteś jak dojna krowa i wszyscy wiszą na twoich wymionach”. No cóż, bardziej dosadnie się chyba nie dało, choć… cycki mam nieduże.

I możemy być mądre i mówić: „Oj ważne, by dbać o siebie”, „Nie musisz zadowalać innych, ważne, żebyś czuła się dobrze ze sobą”, „Żyj swoim życiem, a nie tym, jakie inne chcą ci narzucić”. Bla bla bla. Mądrości swoją drogą, praktyka swoją. Bo ja faktycznie czuję się jak dojna krowa wpadając w kołowrotek zaspokajania potrzeb wszystkich dookoła i spełniając każdego oczekiwania.

To ta faza, że nie daję sobie prawa powiedzieć, że nie mam czasu, że jestem zmęczona. Nieeee, ja muszę być na stand by’u cały kuźwa nieustający czas nie dając sobie samej prawa do oddechu.

Muszę być matką, która choćby trupem miała paść zrobi krokiety po staropolsku, bo syn wyjeżdża na wymianę do Niemiec i „fajnie by było, jakby rodzice coś przygotowali”. Pytam kumpeli: „A ty co robisz?”, a ona mi między oczy: „Przestań, kupiłam gotowe w Biedronce pierogi z kapustą i grzybami”. A mi w głowie na czerwono napierdziela alarm: „ERROR ERROR system samokontroli się przepalił”!!! Biorę głęboki oddech, myślę sobie: „Oj tam, jedzie na tydzień, stres pożegnam w kuchni, bo w końcu nic innego tak mnie nie odstresowuje”. Każdy ma swój sposób odreagowania. Wiecie, jak moja rodzina rozpoznaje poziom mojej frustracji? Po ilości jedzenia, które przygotowuję. No więc koło staropolskich krokietów pojawiła się drożdżówka, gołąbki, bigos z młodej kapusty, tarta ze szpinakiem i suszonymi pomidorami. Kiedy zaczęłam się zastanawiać nad sałatką tradycyjną, mój mąż powiedział: „Chyba wystarczy”… Opamiętałam się, padłam na twarz zasypiając na siedząco.

Ale nie, siebie nie oszukasz. Bo przecież jedna przyjaciółka wysyła łzawe i mało zrozumiałe SMS-y jak świat się jej zawalił, bo sukienki na ślub siostry kupić nie może. WTF? Ja serio pytam, o co jej chodzi, bo w moim kołowrotku jej problem dla mnie urasta do absurdu, za to u niej jest to rzeczywisty powód końca świata. Stawiam ją do pionu rzucając: „Dobra, pójdę z tobą na zakupy” i już po chwili żałuję tego, co powiedziałam. Bo kiedy niby kiedy z nią pójdę? Między jednym zleceniem a drugim, które nagle sypią się jak z rękawa, nawet gdy części odmawiam, to ich wysyp jest taki, że tonę.

Mówię dziś innej przyjaciółce, która jest na granicy wejścia w romans z kolegą swojego męża, że marzę, by ktoś wynalazł naturalny środek, który pozwoli choć jedną noc nie przespać i funkcjonować z rześkim umysłem cały kolejny dzień. Bo co mi po tym, ze noc zawalę, skoro w dzień i tak nic nie zrobię, tylko odsypiać będę. A mój organizm nie rozumie, gdy próbuję mu wytłumaczyć, że ja tak nie chcę, że nie na to się z nim umawiam i że nie może mnie tak zawodzić, bo tylko jego mam. Na nic się zdadzą prośby i błagania. Wybija godzina zero, a ja muszę spać. Macie na to jakiś sposób? Żeby tak nie spać i nadrobić zaległości, gdy wszyscy inni śpią. Bo tylko, gdy śpią, to nic nie chcą. To mąż nie patrzy spod byka mówiąc: „Jeszcze masz zamiar pracować?”. Nożesz MAM! MAM bo MUSZĘ! I odwal się i idź spać, i nic nie chciej na miłość boską! Przysięgam, że za te godziny ciszy się odwdzięczę! Obiecuję! Ugotuję coś pysznego nie w ilości jak dla pułku i wino z tobą wypiję.

Wiecie, z czego wynika ten wku*w i morderczy instynkt pozbycia się wszystkich dookoła? Z odpuszczenia, z otwarcia własnych granic. A macie, wchodźcie, rozgośćcie się. Och nie ma kto się zająć twoimi dziećmi, jasne, podrzuć do mnie. Ojej, nie zdążysz z projektem, jasne, że ci pomogę. O rany, musisz się wygadać – żaden problem, tak mam czas… a w głowie przewija mi się lista rzeczy do zrobienia! O fajnie, że wpadłaś na kawę (może w termosie podam i zrozumie aluzję). To jest jakaś masakra! I my same to sobie robimy, nagle przejmujemy się bardziej niż zawsze tysiącem rzeczy, czyimś opiniami. Bo w przypływie jakieś miłości i dobroci dla świata chcemy być takie miłe, fajne, lubiane i pomocne. Czym to przypłacamy…? No ja permanentnym wku*wem. Wku*wem histerycznym, bo nawet gdy mąż pyta, czy coś potrzebuję ze sklepu, mam ochotę skoczyć mu do gardła i nim wyzionie ducha wyszeptać złowieszczo: potrzebuję świętego spokoju.

To już zakrawa na porządne zaburzenie. Tyle, że kiedy dociera to do mnie – a dociera, kiedy wychodzę na chwilę pobiegać z psem i nagle biegam dwie godziny, to najchętniej cała owinęłabym się drutem kolczastym. Bardzo gęsto, tak gęsto, żeby nikt się nie mógł zbliżyć do mnie i widział dokładnie, gdzie stawiam granicę. I na buzię na chwilę kaganiec by się przydał, żebym nie pogryzła.

Na szczęście jest wyjście z tej sytuacji. Bo po pierwsze primo: najważniejsze to zdać sobie z tego sprawę. Drugie primo: wysiąść z tego błędnego koła. Trzecie: usiąść z boku, złapać oddech, nabrać dystansu. I po czwarte: zwolnić… dla siebie, dla innych. Wrócić do siebie, tam, gdzie czujemy się najlepiej ze sobą. Jaka ulga, prawda?

To, co – do następnego razu, bo wiadomo, że się trafi. 🙂 Muszę drut kolczasty kupić.


www.rs-clinic.com.ua/lechenie-alkogolizma/kodirovanie-alkogolizma-kiev/

суррогатное материнство стоимость украина

левитра купить