Lifestyle

Zazdrość. Zatracamy się, nie próbujemy niczego zmienić… nie w sobie

Anika Zadylak
Anika Zadylak
23 stycznia 2017
Zazdrość. Zatracamy się, nie próbujemy niczego zmienić... nie w sobie
Fot. iStock / SIphotography
 

Zazdrościmy. W zasadzie wszystkiego, bo nie chodzi tylko o partnera czy żonę. To uczucie wzbiera w nas samo, niekontrolowane, chociażby wtedy, gdy widzimy nowe auto u sąsiada, albo świetną kieckę u koleżanki z pracy. Porównujemy się do innych i jeśli tylko wypadamy trochę gorzej (najczęściej w naszej ocenie) pojawia się zazdrość nie wnosząca nic dobrego. Bo o ile zdrowa zazdrość, ta która pobudza zmysły w lekko przygasłym związku lub motywuje nas do działania, jest wskazana i potrzebna, tak ta szaleńcza i niepohamowana, może wyrządzić wiele szkód. Ale może po kolei.

– Miałam uczucie ciągłego sfrustrowania, ciągłej złości, że inni mają więcej niż ja. Choć nie było to prawdą, bo przecież jestem wykształcona, mam dobrą pracę, męża i dom.

Anna, to trzydziestolatka, której obsesyjne uczucie zazdrości, jak sama mówi, narobiło niezłego bałaganu w życiu. – Ciągle się porównywałam, bo gdzieś kiedyś usłyszałam, że to nic złego. Że to daje kopa, by się starać jeszcze bardziej i być lepszym. Sęk w tym, że ja widziałam tylko minusy, bo ktoś miał większe mieszkanie, lepiej zarabiał, miał ładniejsze dzieci. Tak, nawet tego byłam w stanie zazdrościć, że córka koleżanki ma długie, gęste włosy, a nasza Dominika nie. I jeszcze mąż, że mógłby bardziej o siebie dbać, choć niczego mu nie brakuje. Na końcu wzięłam się za siebie i nagle odkryłam, że jestem grubsza – nie za gruba, tylko grubsza od przyjaciółki. I zamiast ewentualnie iść na siłownię, zaczęłam być dla niej niemiła, a nawet obgadywać ją… Dopiero, gdy doszło do kolejnej awantury w domu, gdy zrzędziłam, że moja siostra znowu gdzieś poleciała ze swoim chłopakiem, a my jeździmy na wakacje tylko raz w roku, mąż nie wytrzymał. I wykrzyczał, że mi zazdrość mózg wyżarła. To wtedy zaczęłam się baczniej sobie przyglądać. I za nic nie mogłam pojąć, jakim cudem zapędziłam się w taki kozi róg, gdzie w zasadzie miałam już pretensje do każdego i o wszystko. A przecież takie myślenie, nie może prowadzić do niczego dobrego, nic nie daje, bo zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, bogatszy, mądrzejszy. I co z tego, skoro życie jakie  ja prowadzę jest dobre, jestem w nim szczęśliwa i spełniona. Upłynęło sporo czasu, zanim w mojej głowie zatrybiło, że po jaką cholerę, wypatrywać u kogoś czegoś lepszego, skoro to co moje jest dobre, dobre dla mnie.  Teraz bywam zazdrosna, ale tylko i wyłącznie  o męża i w granicach rozsądku.

Wszystko zaczyna się wtedy, gdy miewamy jakiś kryzys. Przestajemy czuć się wartościowi, wmawiamy sobie, że nie spełniamy oczekiwań innych i swoich, że  na pewno jesteśmy gorsi. Stan nasila się szczególnie w sytuacjach, gdy zauważamy, że komuś obok nas lepiej się powodzi. Że wygrał coś wartościowego, albo poznał kogoś, z kim jest bardzo szczęśliwy. Zaczynamy gorzknieć, patrzeć podejrzliwie, zatruwać życie sobie i wszystkim wokół. I nie tylko zamykamy się w sobie snując dzień i noc ciemne myśli, jacy to jesteśmy źli, a cała reszta sto razy lepsza i to z różnych przyczyn. Najgorsze jest to, że złorzeczymy, że zazdrość opanowuje nas do tego stopnia, że potrafimy cieszyć się z cudzych porażek i nieszczęść. Włącza się nam myślenie typu : „I bardzo dobrze! Mi się nie udaje, to dlaczego jemu, ma się wszystko układać?”. Tak jakbyśmy kompletnie nie zdawali sobie sprawy, że porównywanie się do innych nie musi być dla nas destrukcyjne, ale może zachęcać do zmian, do wysiłku i poprawy naszego samopoczucie.

Niestety, zatracamy się często w zazdrości i nie wyciągamy wniosków, nie próbujemy niczego w sobie zmienić, tylko dostrzegamy same negatywy. Bo ona ma to, czego nie mam ja, bo on wyszedł na czymś lepiej a oni, mają ciągle tylko z górki. A zrobiliśmy coś, żeby pod tę górę ciągle nie wchodzić? Sama zawiść nas na nią nie wprowadzi.

Wystarczy spokojnie się nad tym zastanowić, bo czy fakt, że sąsiad właśnie kupił jacht, odbiera nam szansę na to, żebyśmy też taki mieli? Czy to, że ktoś ma większy dom, oznacza, że nasz jest brzydki i ciasny? Szczuplejsza koleżanka to nie jest symbol naszej otyłości, ani ujmowania nam urody. Przecież to, czego pragniemy, to tylko jeszcze więcej, niż w rzeczywistości już mamy.

Warto byłoby  jednak przemyśleć, czy marzenia, rzeczy materialne sąsiadów są również naszymi. Pamiętajmy, że uporczywe tkwienie w ciągłym poczuciu zazdrości wobec innych robi z nas niewolników i nie pozwala iść dalej.


Lifestyle

Dagmara Skalska apeluje: „Bądźmy kobiece, bądźmy delikatne, subtelne i wrażliwe. Nie bójmy się jako kobiety okazywać naszych słabości”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 stycznia 2017
Arch. prywatne/Dagmara Skalska
 

Zacznijmy na nowo pokazywać swoją kobiecość. Bądźmy delikatne, czułe, subtelne. Wyrzućmy z głowy oficera, który każe nam rywalizować, stawać się lepszymi, niezależnymi i niepotrzebującymi facetów w naszym życiu. Kobiecość to siła i mądrość – mówi Dagmara Skalska ), która w swojej najnowszej książce pokazuje, że nasze problemy w relacjach, w związakach, niepowodzenia w naszym życiu nie są związane z naszym ciałem, że ćwiczyć powinniśmy nasz umysł, by wyjść z toksycznych dla nas myśli, nawyków i przekonań.

Ewa Raczyńska: Dlaczego fitness umysłu, a nie ciała? Jesteśmy przyzwyczajone raczej do tej drugiej formy aktywności.

Dagmara Skalska: Prowadząc warsztaty w całej Polsce spotykam kobiety, które mają zaburzone poczucie własnej wartości, nie kochają siebie, nie układa im się w związkach, mają złe relacje z innymi. Co ciekawe przyczyny takiego stanu rzeczy upatrują we własnym ciele. Wydaje im się, że jak wyrzeźbią sobie sylwetkę, zrzucą zbędne kilogramy i będą wyglądać idealnie jak z reklamy, to właśnie wtedy ten mężczyzna wreszcie je pokocha, ułoży im się, że znajdą wymarzoną pracę, bo mają pięć kilogramów mniej. A przecież to tak nie funkcjonuje.

Dopiero kiedy zaczniemy pracować ze swoim umysłem, czyli zmienimy sposób myślenia, rozpoznamy własne ograniczenia wewnętrzne , stany emocjonalne, destrukcyjne nawyki to wówczas zachodzi w nas zmiana. Trenując na warsztatach z czytelniczkami zauważyłam, że kiedy dziewczyny „odchudzą swoje głowy” z nadmiaru szkodliwych myśli, toksycznych emocji, naturalnie wracają do swojej optymalnej wagi, bo ciało jest odbiciem stanu naszego umysłu. Jeśli w głowie mamy mnóstwo poupychanych przeszkadzających emocji, napięcia, stresu, to automatycznie nasza waga się destabilizuje. W jednym  przypadku tracimy wagę (chudniemy) tak, jakbyśmy chciały  zniknąć, stać się niewidzialne. W drugim przybieramy na wadze  (tyjemy), bo chcemy się przed czymś lub kimś zabezpieczyć.  To mechanizmy obronne!

I to działa?

Gdy mój mąż dwa lata temu nagle zmarł, przeżywałam trudne chwile, miałam momenty, że chciałam zniknąć ze świata (codzienność z którą zostałam nie była łatwa) to odbiło się na poziomie ciała – chudłam. Gdy przepracowałam to doświadczenie na poziomie umysłu zaczęłam wracać do zdrowia i do swojej formy.  Podobnie było z moją kobiecością. Mam 154 centymetry wzrostu, jestem filigranowa, szczerze mówiąc nie przejawiam standardowych wymiarów seksownej kobiety i też nigdy się nie czułam kobieco. Jeszcze jakiś czas temu bywało, że ktoś traktował mnie jak 12-latkę. To był dla mnie kłopot, kompleks. A dziś? Za wiele w swoim ciele nie zmieniłam, bo zmienić się nie da. Operacji plastycznej biustu sobie nie zrobiłam, centymetrów sobie nie dodałam, ale dzisiaj roztaczam wokół siebie aurę kobiecości i mówią mi to mężczyźni, i kobiety. Ja sama czuję się niesamowicie kobieco. I ta zmiana nie wydarzyła się na poziomie mojego ciała, ale w moim umyśle. Zaczęłam emanować kobiecą energią na zewnątrz, bo nawiązałam z nią kontakt wewnątrz siebie.

Arch. prywatne/Dagmara Skalska

Arch. prywatne/Dagmara Skalska

Ale odkrywanie w sobie kobiecości nie odbyło się pewnie ot tak, to był proces?

Zgadza się. Często obserwuję wśród czytelniczek jak z dziewczynek dojrzewają do mądrych kobiet. W naszej kulturze można zaobserwować  dwie skrajności: pierwszy biegun – kobiety w różnym wieku, które są dziewczynkami i muszą stać się kobietami. One szukają i znajdują w facetach tatusiów, którzy je uzależniają, podporządkowują je sobie. Druga skrajność to kobiety, które w 80% wyrażają pierwiastek męski – rywalizują, walczą, zdobywają,  wypierając swoją kobiecość. W obu tych skrajnościach kobiety powinny nawiązać kontakt ze swoją kobieca naturą. Dzisiaj jestem przekonana, że nie będziemy czuły się szczęśliwe i spełnione, jeśli żyjąc w kobiecym ciele będziemy zachowywać się jak mężczyzna. Gdybym miała realizować się na ścieżce męskości to urodziłabym się w męskim ciele, chyba zgodzisz się ze mną? Wedyjska koncepcja mówi, że nasza kobieca energia jest sześciokrotnie silniejsza niż męska i działa na wielu poziomach! To niezwykły potencjał do odkrycia i świadomego użycia! Jako kobiety jesteśmy w stanie na subtelnych poziomach wpłynąć na to, by mężczyzna aktywował swoje męskie właściwości, które wyrażają się w ochronie nas, w budowaniu w związku poczucia bezpieczeństwa w jego męskiej sile i  mocy. Mężczyzna by czuł się męsko potrzebuje ochraniać swoją kobietę. To bardzo pierwotna i fundamentalna męska aktywność! Prosty przykład – idziemy z mężczyzną ulicą, zaczepia nas trzech oprychów i czy to kobieta wyskakuje i chce się bić?

No nie.

No właśnie, to mężczyzna w sposób naturalny nas chroni. Tylko jeśli mężczyzna ma obok siebie kobietę, która kwestionuje wszystko, co on robi, która daje mu listę sprawunków, mówi co konkretnie ma robić, jak się zachowywać, która powtarza: ja ciebie nie potrzebuję, ja jestem niezależna, to czy ten mężczyzna ma ochotę ochronić taką kobietę? Przecież ona mając tak dużo męskiego aspektu w sobie zaczyna z nim rywalizować, bo męska energia męska energia równa się rywalizacja. To problem 90% związków! Jako kobiety walczące o swoją pozycje, bardzo niezależne i samodzielne mamy duży problem z wyrażeniem słabości z pozwoleniem sobie na nią, nie potrafimy poprosić o pomoc, nie potrafimy powiedzieć, że się boimy. Nie potrafimy w sposób naturalny zwrócić się do swojego mężczyzny, żeby się nami zaopiekował by nam pomógł.  Przypomina mi się, jak jedna z moich kursantek pożaliła się na warsztacie: „wielokrotnie prosiłam swojego męża by pomógł mi wynieść zakupy z auta i nie ma ochoty pomagać”. Pytam się jej, w jaki sposób to robi i słyszę: „Mógłbyś mi czasem pomóc i wyjąć rzeczy z auta!”. A to nie jest prośba, to jest rozkaz i pretensja.

Arch. prywatne/Dagmara Skalska

Arch. prywatne/Dagmara Skalska

To przykład na to, że my kobiety zatraciłyśmy swoją delikatność, czułość, subtelność, którą możemy przecież wyrażać na poziomie komunikacji. Wyparłyśmy to.  Stajemy się coraz bardziej ostre w komunikacji, jest w nas wiele ukrytej agresji, rywalizacji. Siłujemy się ze swoimi mężczyznami, zamiast budować z nimi związki. Walczymy o pozycję, zamiast zauważyć potencjał w tym, że jesteśmy różni, że się uzupełniamy.

Co jest tego przyczyną?

Od początku wchodzenia w kobiecość jesteśmy otaczane męskim światem. Wszędzie słyszymy bądź silna, niezależna, rozpychaj się łokciami, zbuduj pozycje w męskim świecie itd. Dla przykładu pisząc książkę „Fitness umysłu” przyjrzałam się fitnessowemu rynkowi dla kobiet. To co można zauważyć od razu, to język, który jest bardzo męski. Słyszysz od tych trenerek: „Bierz du*pę w troki”, „dasz radę”, „nie bądź mięczakiem”, „pokaż na ile cię stać”. Okazuje się, że na pozór kobiecy świat jest męskim, mamy swojego oficera, musimy wyciskać, musimy się spocić. Wygląda na to, że w niejednej kobiecej głowie siedzi  wielki spocony facet, który pokrzykuje: „walcz!” (śmiech).

A przecież kiedy przebywamy w takim środowisku, to przesiąkamy nim, nasz umysł nabywa takich właśnie nawyków. Gdzie tu jest przestrzeń dla kobiecości, dla wrażliwości, dla kobiecego aspektu, skoro wokół wszyscy każą nam walczyć?

Jeśli  projektuję, że mężczyzna jest mi niepotrzebny, to obok siebie mam nieobecnego partnera. Partnera, który jest marionetką, wykonuje nasze polecenia, jest przez nas kastrowany. Ale to nie jest żadna prawda na temat tej kobiety i tego mężczyzny. To są nasze mechanizmy wyuczone, przeszkadzające myśli i przekonania, programy, które odtwarzamy kulturowo. Na szczęście świadomość ma to do siebie, że to wszystko można rozpuścić uważnością, obserwacją, ćwiczeniem umysłu.

Stąd właśnie wziął się fitness umysłu?

Tak, to pierwszy taki program, który pomaga pozbyć się toksycznych myśli, toksycznych emocji i toksycznych relacji. Czytając ją rozluźniasz się. Nagle odkrywasz, że o wiele lepszą inwestycją jest być autentyczną niż wchodzić w role, przybierać maski odgrywać ten teatrzyk. Zaczynasz widzieć, że jest różnica między tym, co głęboko w tobie a tym co narzucone. W wyniku lektury czujesz, że nie jesteś swoimi myślami (możesz je zmieniać), nie jesteś swoimi opiniami (wyrastasz z nich), nie jesteś swoimi przekonaniami (te znikają gdy zdobywasz mądrość). Zatem jestem ja i jest także, moja myśl, moja opinia, moje przekonanie, moje ego. I okazuje się, że mogę coś z tym zrobić. Mogę tego oficera wyrzucić ze swojej głowy, dopuścić do głosu kobiecość.

Ja sama to zrobiłam, bo miałam taki „oficerski” program w sobie.

Oficerski, czyli jaki?

Jeszcze kilka lat temu byłam super bohaterką, znajomi nazywali mnie „bojówka”, „atomówka”. Dla samej siebie byłam oficerem – takim, który nie znał litości! Mówiłam sobie: przestań się mazać, weź się w garść. Nie umiałam być koło kogoś, kto płacze, bo ja sama nigdy nie wyrażałam słabości, nie umiałam tego. To mój program wyniesiony z domu. Moja mama jest właśnie taka, więc ja ten program odtwarzałam. I kiedy zaczęłam z tym pracować, zmieniłam się, odkryłam swoją kobiecą naturę, delikatność, opiekuńczość. To rozpuściło we mnie blokady, otworzyło serce. Bo kluczowa jest tu miłość, miłość która kieruje nas na ścieżkę współczucia, odczuwania, emocji.

Jeśli działamy z poziomu intelektu, nawet w związku funkcjonujemy jak w pracy robiąc bilans zysków i strat, tego co mi się opłaca, co nie. Brak nam wygospodarowanej przestrzeni do pracy z sercem, gdzie się je otwiera, mówi o emocjach, przytula się. Spotykam kobiety, które na samą myśl, że ich partner miałby je otoczyć ramieniem, mają gule w gardle. Inne doznają wręcz paraliżu ciała wyobrażając sobie, że mówią swojemu facetowi: „Kochanie, boję się”. To się dzieje naprawdę. A ja z nimi pracuję, żeby się tego nauczyły.  Nie chodzi o to, by w życiu dramatyzować, lecz by umieć zaufać i odpuścić kontrolę. By nie katować samej siebie i skorzystać z potencjału, który stwarza relacja i obecność męskiego aspektu, męskiego ramienia.

To jest stały trening, to jest fitness umysłu.

To jest przestrzeń, którą musimy ćwiczyć. Umysł i świadomość jest jak mięsień, on potrzebuje treningu, ponieważ działamy poprzez nawyki, musimy stworzyć mądre nawyki!

Arch. prywatne/Dagmara Skalska

Arch. prywatne/Dagmara Skalska

Chyba łatwiej nam żyć z nawykami, które znamy…

Czy łatwiej, czy trudniej? Ja myślę, że przez destrukcyjne nawyki (np. ciągłe kłótnie, wyrażanie agresji), szkodliwe mechanizmy (oceny, oczekiwania itd.)  i ograniczające przekonania (nie dam rady, muszę walczyć itd.) nie jesteśmy szczęśliwsi!

Pamiętajmy, że szczęścia nie da się udawać. Szczęście widać po naszym rozluźnionym ciele, po pozytywnej energii, po tym co mówię. Jeśli jestem nadmiernie kąśliwa, kłótliwa to już znak, że mam w sobie napięcie, szukam konfliktowych sytuacji, żeby dać mu upust. Jestem jak gotujący się czajnik z wodą lub tykająca bomba. A z drugiej strony wystarczy sobie przypomnieć stan, kiedy jestem zakochana. Jesteśmy uśmiechnięte, pięknie wyglądamy, nasze ciało jest przyjemnie rozluźnione, świeżość z nas bije, jesteśmy życzliwe. Chyba zgodzisz się ze mną, że trudno ukryć szczęście – każdy je dostrzeże…

Jak ciebie zmienił ten proces, ten trening umysłu?

Bardzo mnie zmienił. Stałam się delikatna czuła i opiekuńcza, pozwoliłam sobie na słabość. Zmądrzałam, spokorniałam stałam się uważniejsza. Wcześniej byłam nie do zniesienia i to mi mówią ludzie, którzy mnie znają. Kilka lat temu odbierano mnie jako bardzo ekspansywną osobę, która zabiera przestrzeń, która była hałaśliwa, robiła wokół siebie dużo szumu. Mocno byłam skoncentrowana też na sobie, na swoim ego. Moja przemiana jest bardzo widoczna. Obudziłam w sobie współczucie, jestem delikatniejsza, ludzie są przy mnie rozluźnieni, nauczyłam się słuchać. Mężczyźni chcą się mną zaopiekować, kiedyś nie miałam takich sygnałów.

Jednak najważniejsze to, że ja sama czuję swoją kobiecość, pozwalam sobie ją wyrażać. Zmieniło się moje odczucie męskiej energii, ona już mnie nie zmusza do rywalizacji, mogę się jej poddać, pozwolić być chronioną przez mężczyznę. Wcześniej chciałam z  mężczyznami rywalizować, udowadniać, że jestem równie dobra, a nawet lepsza. Teraz widzę, że więcej zyskuję nie rywalizując.

Kobieta ma taką aktywność, że łączy ludzi. Nasza pierwotna umiejętność to budowanie ogniska domowego, ciepła, koncentrowanie rodziny. Dla kobiety naturalnym narzędziem wyrażania tego wszystkiego jest jej dom. Wiem, że niektóre kobiety uznają mnie teraz za wsteczną ale uważam, że całkowite rezygnowanie z tych umiejętności na rzecz wyłącznego sukcesu zawodowego zabija przestrzeń, w której możemy uczyć się tej naszej kobiecości i ją rozwijać, dojrzewać w niej. Mówię to będąc bardzo aktywną kobietą!

Ale feminizm nie wyklucza kobiecości.

Zgadza się. Celem jest, żeby tych właściwości używać dla pożytku i naszego i innych. Trzeba mądrze wybierać. Trzeba wsłuchać się w siebie, a nie iść za modą czy podszeptami z zewnątrz. Być może cię to zdziwi, ale coraz częściej spotykam dziewczyny, które pracują na wysokich stanowiskach, podejmują ważne decyzje, ciąży na nich duża odpowiedzialność, ale są nieszczęśliwe. I podczas warsztatów odkrywają, że zaniedbały związek, że nie było ich w domu, że straciły przestrzeń dla bliskości, dla emocji.

Żyjemy w takim pędzie, że nie weryfikujemy naszych priorytetów. Wpadamy w codzienność bez refleksji, bez czasu na nią.

Ale dlaczego wpadamy? Bo zaburzyłyśmy swój kobiecy aspekt, który podszeptuje: łącz, łagodź konflikty, otaczaj ciepłem, rozpuszczaj przeszkody, przytulaj, opiekuj się. Odczuwamy parcie do działania, do udowadniania, do rywalizowania – to męska energia.

Chcę zaznaczyć, że nie ma niczego złego w samej istocie walki o prawa kobiet, o samostanowienie, o wolność. Niczego tak nie cenię jak wolności – bez wolności nie ma wyboru, nie ma rozwoju nie ma życia. Ale mam wrażenie, że my się trochę zagalopowałyśmy w procesie walki o wolność i nie zauważyłyśmy gdy na rzeczowej walki wolność straciłyśmy… To co miało nam służyć zaczęło nam szkodzić. Umknęło naszej uwadze, że tak urosłyśmy podczas tej przepychanki w siłę, że stałyśmy się mężczyznami… Że w swoim związku, łóżku też walczymy o swoje prawa, o równouprawnienie. To kompletny  absurd! W relacji nie o to chodzi!

Związek jest współzależnością. Żeby być z kimś blisko, muszę często umieć się poddać, podporządkować się i współdzielić przestrzeń. Jeśli wciąż walczę o niezależność, to trudno o taki stan rzeczy. To najlepiej widać w seksie. Gabinety są pełne kobiet, które nie mogą doświadczyć orgazmów. Dlaczego? Bo żeby mieć udany seks, musze się oddać.  W seksie mężczyzną nade mną góruje, patrząc na sam akt seksualny nawet czysto fizjologicznie to bardzo bezpośrednie wejście mężczyzny w przestrzeń kobiety. Muszę mu na to pozwolić, poddać się temu i jeśli nie potrafię tego robić w życiu, to nie uda mi się to w seksie.

Arch. prywatne/Dagmara Skalska

Arch. prywatne/Dagmara Skalska

Profesor Jan Miodek powiedział kiedyś, że „kobieta najprawdopodobniej pochodzi z dialektu toskańskiego i pierwotnie znaczyło: istota lubiąca dotykanie, przytulanie się. Czyli w kobiecie etymologicznie jest już wpisany aspekt kochania, dotykania. I to też jest bardzo piękne”. Bardzo lubię to tłumaczenie.

Mądrość kobiety poznaje się po tym, że nie walczy o to, co może otrzymać w sposób naturalny – wsparcie, ochronę, pomoc. Paradoks polega na tym, że mężczyźni tęsknią za tym by móc nam to dać – wiem o tym chociażby z listów, które dostaję od czytelników (tak, mężczyźni też mnie czytają!), oni się pogubili.

Może boimy się tej kobiecości? Boimy się okazywać słabości?

Spotykam dużo sfrustrowanych kobiet, które płaczą, że nie czują się kobieco. Więc pytam się ich, jak mają się tak czuć, skoro w 80% są facetami. Gdzie jest równowaga w związku, który w ich przypadku składa się w większości z męskiego aspektu wyrażanego przez nią i przez niego?  Popatrz, co się dzieje z facetami dzisiaj, oni są szafiarkami, prowadzą blogi modowe, słynni mówcy motywacyjni nie wyjdą na scenę bez pomalowanych rzęs, gdzie są mężczyźni? Gdzie jest ta pierwotna męska energia? Przecież my czujemy jej brak. Niemal każda kobieta marzy o mężczyźnie, który jest prawdziwym wojownikiem, takim nieogolonym (śmiech). Ochrania nas zupełnie spontanicznie. Jest silny, zdecydowany, bo ma kontakt z własną mocą.

Przeczytałam kiedyś słowa, które bardzo dobrze określają to o czym mówimy. Wypowiedział je ks. Piotr Pawlukiewicz: „Prawdziwy facet ma takie coś, że jak stoisz naprzeciwko niego, to czujesz, że stoisz naprzeciwko faceta. On nic nie robi. Oddycha tylko i się patrzy”.

Kobieca energia projektuje męską.  Niestety brak żeńskiej energii prowadzi do tego, że mężczyźni robią się coraz bardziej zniewieściali. I to nie jest dobra zmiana, bo spotykam się z kobietami i mężczyznami, którzy są nieszczęśliwi. Tracimy swoją kobiecość, bo emanowanie seksem to nie jest jeszcze kobiecość, założenie bikini także nią nie jest. Kobiecość znajduje się o wiele głębiej. Powinniśmy dawać sobie prawo do niej, nie negować, nie przykrywać siłą i niezależnością. Nie musimy medialnie przecież mówić jedynie o tym, jakie powinnyśmy być silne, jak bardzo same walczymy o nasze prawa, po co to robić? Jaki jest dzisiaj w tym cel? Czy to czasami nie jest zasłona dymna dla tego czego naprawdę się obawiamy? Warto zapytać o to siebie samej. Ja zadałam sobie te pytania i dzisiaj jestem  innym punkcie.

Mogę powiedzieć jedno: kiedy odkryjemy kobiecość, to odkryjemy w sobie niesamowita siłę, lecz wyraża się ona zupełnie w inny sposób niż to co obserwujemy obecnie… Dzisiaj nie walczę, nie biję głową w mur, nie ukrywam, nie wypieram i raczej nikt o mnie nie powie, że jestem nieporadną kobietką – przetrwałam największy życiowy sztorm.  Jestem stabilna, mam poczucie spełnienia, ufam sobie, mam dostęp do mądrości, współczucie, inspiruje setki osób bo używam swoich wrodzonych naturalnych umiejętności. I to jest stan, który czują kobiety dopuszczając do głosu swoją kobiecość.


 

Najbliższe uwalniające warsztaty z Dagmarą Skalską pt. „Fitness umysłu ze Skalską”:

  • 01 Kraków (ostatni tydzień zapisów zostało 10 wolnych miejsc. Kliknij)
  • 02 Trójmiasto (zapisy trwają )
  • 02 Warszawa (zapisy trwają )

Książkado kupienia w dobrych księgarniach w całej Polsce lub na stronie autorki.

 


Lifestyle

Niewidzialni ojcowie. Kiedy tata nie chce zajmować się dzieckiem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 stycznia 2017
Niewidzialni ojcowie. Kiedy tata nie chce zajmować się dzieckiem
Fot. iStock/AleksandarNakic

Ten problem funkcjonuje często jako temat tabu, szczególnie w rodzinach, które żyją na większej niż średnia stopie materialnej, choć nie jest to reguła. Mimo, że psycholodzy biją na alarm, podkreślając jak ważny jest dla dzieci czas, spędzony z tatą, przerażająco duża grupa ojców woli pozostać „niewidzialnym”. W ciągu tygodnia widzą dzieci tylko wcześnie rano i późnym wieczorem, kiedy maluchy już śpią. W weekendy robią co mogą, byle się nimi nie zajmować, zasłaniając się zmęczeniem, pracą, czy argumentując „ty to robisz lepiej” i zostawiając kwestię zorganizowania dzieciom zajęć na głowie partnerki. A jeśli już zdecydują się na „wymęczony” spacer, obecni na nim są tylko ciałem. Gorzej być nie może.

Przecież chciał

–  Nie rozumiem – mówi Małgosia, mama dwuletniego Kacpra i pięcioletniego Antka. – Przecież on chciał mieć dzieci. Rozmawialiśmy o tym jeszcze przed ślubem. Cieszył się z dwóch kresek na teście, chodził ze mną na badania kontrolne, był przy porodzie. Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, jeszcze jakoś się mobilizował, wychodził na spacer. Potem zaczął się stopniowo odsuwać, wycofywać. Od urodzenia drugiego syna, praktycznie nie ma z dziećmi kontaktu. To prawda, mój mąż ma wyczerpującą pracę, ale ja również pracuję, na pół etatu, bo przecież zajmuję się domem i synami. Chciałabym mieć chwilę dla siebie, ale najbardziej zależy mi, żeby dzieci miały ojca…

Schemat jest taki sam: on wraca z pracy, odpoczywa, najchętniej tak długo, że w końcu to partnerka kąpie i kładzie dzieci spać. Do soboty jakoś dotrwa. W weekend ona prosi „Zabierz ich na spacer, rozłóż planszówkę, poczytaj”, a on obiecuje, że zaraz, za chwilę, za godzinkę. Ona się upomina, on czuje coraz większa presję. Atmosfera robi się coraz bardziej napięta, więc ona odpuszcza, dla dobra dzieci. Ubiera je, wychodzi na plac zabaw, albo sama wyciąga kredki. A on? Cieszy się wolnym czasem.

Mąż Beaty zaczyna chorować już w piątek wieczór. Boli go głowa, więc w sobotę śpi do południa. W domu musi być cicho. Jeśli nie jest, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostawi ich i pojedzie do kawiarni albo na zakupy („Przecież ja muszę odpocząć”).

– Wcześniej jeszcze próbowałam, organizowałam im bilety do muzeum, do kina – mówi Beata. – Mąż sam nigdy nie wykazał żadnej inicjatywy. Rozkładałam gry planszowe. Raz nawet wyjechałam bez zapowiedzi. Odwiózł dzieci do swoich rodziców, a sam wrócił do domu, miał dwa dni wolnego. Kiedy próbuję z nim o tym rozmawiać, zaczyna krzyczeć, żeby na niego nie naciskać, a poza tym, to przecież i tak codziennie coś dla nas robi, bo chodzi do pracy i zarabia pieniądze. Czy kocha dzieci? Nie wiem już sama. Myślę, że gdzieś w głębi kocha, ale nie ma ochoty na bliższy kontakt. Chyba, że gdzieś wśród znajomych, żeby nie zostawać w tyle i pokazać jakim jest dobrym ojcem. Patrzę na to i chce mi się płakać. Dzieci robią sobie nadzieje, są szczęśliwe, a kiedy wracamy do domu, wszystko wraca do „normy”

Matki są samotne

Do czego to prowadzi? To dość oczywiste. Coraz bardziej sfrustrowane i zmęczone partnerki „wybuchają”, w związku i w domu wszyscy odczuwają skutki coraz większego napięcia. A dzieci rosną z wszczepionym modelem rodziny, w której tata jest tym „od pieniędzy” (argument „przecież zarabiam, dzięki mnie macie to wszystko”, słyszą tak często, ze przyjmują go jako niepodważalny), a mama – nawet jeśli i ona również pracuje zawodowo – rodzicem „od wszystkiego”. Rośnie poczucie odrzucenia przez ojców, rośnie mur niezrozumienia. Kontakt wciąż „odkładany na później” nie następuje.

Więc dlaczego?

Psychologowie wymieniają kilka podstawowych czynników przyczyniających się do takiej sytuacji.

Presja sukcesu

Mężczyźni, którzy odnoszą sukcesy na wysokich stanowiskach odczuwają dużą presję, by powiodło im się także w życiu rodzinnym. Chcą móc się chwalić. Tymczasem z dziećmi, które z racji swoich obowiązków zawodowych, widują rzadko, czują się po prostu nieswojo. Zamiast próbować znaleźć jakąś pierwszą nić porozumienia, uciekają więc przed poczuciem porażki, przed tym co jest dla nich trudne. Zwłaszcza, że początkowo maluchy wychowywane przez matki buntują się przeciwko obecności ojca.

Brak przykładu

Dzisiejsi 30-to  i 40-latkowie, wychowywali się zazwyczaj w rodzinach, w których główną osobą opiekującą się dziećmi była matka. Ojciec był zazwyczaj jedynie tym, który chodzi do pracy, czasem przywoła do porządku krzykiem, nierzadko klapsem. Nie mając odpowiednich wzorców, mężczyźni nie umieją nawiązać kontaktu z dzieckiem, które jest już na tyle duże, że można z nim zagrać w piłkę, pokolorować  poczytać książkę, czy poukładać klocki. Są to dla nich sprawy nudne i zupełnie nowe.

Zbyt późno nawiązany kontakt z dzieckiem

Wielu mężczyzn widzi dzieciństwo jako czas bliskości między matką a dzieckiem. Nie chcą „przeszkadzać”, a rezultacie tracą możliwość poznania syna, czy córki, nawiązania z nimi bliskiego kontaktu. Kiedy „się budzą”, jest już za późno, każda próba wydaje się nienaturalna, trudna. Im starsze dziecko, tym bardziej jego obecność wydaje się niekomfortowa.

Niechęć matki w stosunku do działań ojca

Czasem same partnerki zniechęcają swoich mężów do zaangażowania w opiekę nad wspólnymi dziećmi. Krytykują, poprawiają, nie potrafią zaufać, uważają, że one zrobią wszytsko lepiej, szybciej, sprawniej. Zrezygnowany ojciec powoli odsuwa się coraz dalej, zostawiając całe to pole matce. Czas mija, ona jest coraz bardziej zmęczona, narzeka, że jest ze wszystkim sama. Ale on nie wie „jak to robić” bo nie miał okazji się nauczyć.

Zmęczenie

Praca w korporacji, czy na wysokim, odpowiedzialnym stanowisku okazuje się bardzo kosztowna emocjonalnie. Jeśli wywiązywanie się z obowiązków zawodowych stanowi obciążenie ponad możliwości, praktycznie brak już sił na realizowanie się w ojcostwie, czy małżeństwie. Uczucie, że się „zawodzi” nie jest moblizujące tylko jeszcze bardziej dołujące. Warto się także wówczas zastanowić, czy nasz partner nie ma depresji.

Przyczyny ojcowskiego „odrzucenia” są różne, nie warto generalizować. Zjawisko jest jednak niebezpieczne, ze zwględu na bardzo negatywny wpływ na rozwój i umiejętności społeczne naszych dzieci. No i, rzecz jasna, na komfort psychiczny i samopoczucie nas samych.

 


Zobacz także

Andaluzja to namiętna czarnowłosa tancerka w falbaniastej czerwonej sukni

Trwała depilacja receptą na kompleksy! Rozmawiamy z ekspertem – Jolantą Tymińską z sieci DepilConcept

Mąż ją zdradził i wyśmiewał się z niej z kochanką. Dzisiaj na pewno tego żałuje

https://steroid-pharm.com

дженерик левитра украина

У нашей компании полезный интернет-сайт , он описывает в статьях про сварочные материалы.