Lifestyle

Witam w kraju, w którym publicznie wydaje się głuche przyzwolenie na to, żebyś była katowana, gwałcona i poniżana

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
24 stycznia 2017
Fot. iStock/Alexander-Cherepanov
 

Jeśli mąż cię napie*dala dobrze trafiłaś. Witam w kraju, gdzie rząd daje głuche przyzwolenie na to, żebyś była katowana, maltretowana i gwałcona. Witam w kraju, gdzie nikt ci nie pomoże, żadna instytucja nie wyciągnie ciebie ręki, nie powie: „chodź damy ci schronienie, pomożemy”. Co to, to nie.

Witam w kraju, gdzie za 500 zł rodzić będziesz dzieci z kolejnych gwałtów, bo twój mąż oprawca wyczuł w tym dobry interes. Pracować nie musisz, on może cię ukrywać w domu, panować trochę nad sobą, jak w ciąży jesteś i tyle. Czwórka dzieci za 2000 złotych, żona posiniaczona nie ma do kogo pójść, a pieniądze i tak są. Żyć nie umierać.

Witam w kraju, w którym twierdzi się, że 95% kobiet, które zostają ofiarami przemocy to zbyt wąski zakres pomocy udzielanej przez instytucje. W tym kraju absurdów, może gdyby kobiety jako ofiary wyrabiały 150% normy, ktoś by zwrócił na nie uwagę, w końcu przodowniczki, byłoby się czym chwalić i na zewnątrz mówić, jakie to państwo wspaniałomyślne wpadło na pomysł pomocy kobiecej.

Ale nie, w tym kraju uważa się, że 5% mężczyzn doświadczających przemocy to istotny powód do tego, żeby nie pomagać w ogóle. Żeby odmówić każdej jednej kobiecie i jej dzieciom schronienia, bezpieczeństwa i poczucia, że chociaż komuś na nich zależy, że chociaż jedna osoba nie uważa jej za szmatę, dziwkę i nic nie warty pomiot, który nie zasługuje na to, by chodzić po tym świecie. A jedyne, na co zasługuje, to na kopniaka w brzuch, na głowę rozbitą o ścianę, czy kuchenną szafkę.

Witam w kraju, gdzie odmawia się dotacji dla działającej przez 22 lata Fundacji Centrum Praw Kobiet, która wsparła setki, jeśli nie tysiące kobiet, które dziś żyją normalnie, choć z piętnem ofiary przemocy.

Witam w kraju, gdzie odmawia się dotacji dla „Niebieskiej linii” – cholernego telefonu, którego numer wetknęła w rękę policjantka pewnej skatowanej kobiecie, która miała odwagę policję wezwać, ale już przy mężu mówiła, że spadła ze schodów. Numer, pod który mogła zadzwonić każda jedna kobieta, każde dziecko, każdy sąsiad. KAŻDY – kto był świadkiem przemocy i kto stał się jej ofiarą. Dziś telefon milczy. A ona oddycha z ulgą, kiedy on wychodzi do pracy zamykając drzwi na klucz… Kilka godzin spokoju. Kilka godzin ciszy. Może dzień, dwa, dopóki znowu coś go nie wyprowadzi z równowagi. Dopóki jej nie zabije, bo ona nie raz czuła, że to już koniec…

Witam w kraju, gdzie odmawia się dotacji dla schroniska dla kobiet, które przyjmowało każdą zranioną duszę, każdą poniżoną i upokorzoną kobietę. Każdą, która wstydziła się tego, na co pozwoliła swojemu oprawcy, ale która patrząc w oczy swojego przerażonego dziecka ten raz zebrała w sobie siły i uciekła. Uciekła do miejsca, które dawało jej schronienie, dawało pomoc, gdzie mogła porozmawiać ze specjalistami i dzięki temu zrozumieć, że to jak wygląda jej życie, to nie jest jej wina.

Witam w kraju, gdzie wydaje się 900 milionów złotych na reformę edukacji, która nic nie zmienia, nie wprowadza nic nowego do edukacji dzieci, a rząd szukając oszczędności po kolei odcina finansowe kupony tam, gdzie nikt nie wyjdzie na ulicę, gdzie nikt głośno nie powie: „Nie zgadzam się. Mój mąż katuje mnie do 10 lat”. Bo ofiary milczą. Ofiary nie staną twarzą twarz ze swoimi oprawcami pod sejmem, nie przygotują transparentów, nie rozłożą parasolek. One zamknięte w czterech ścianach swojego koszmaru często nawet nie wiedzą, że ktokolwiek chce im pomóc, że są miejsca, gdzie znajdą zrozumienie i wsparcie.

Witam w kraju, w którym każdego dnia dwa tysiące kobiet jest bitych, maltretowanych. Gdzie sprawcy gwałtów wychodzą na wolność, bo spódniczka była za krótka, a kolczyki zbyt długie i tak naprawdę ofiara sama sobie jest winna. W kraju, gdzie ojciec w domowym zaciszu dziecięcej sypialni przez sześć lat gwałci swoją córkę, a dla własnej rozrywki skacze po głowie jej matki. Dzisiaj już nie mają gdzie pójść. Nie mogą zadzwonić błagając, by ktoś je uratował, by ktokolwiek wyrwał je z piekła.

Witam w kraju, w którym wydaje się środki na badanie tragedii sprzed siedmiu lat, pieniądze na badanie sytuacji tych, którym nic już życia nie zwróci, a odwraca się od tych, którzy jeszcze żyją. Odwraca się w milczeniu od tych kobiet, które leżąc na zimnej podłodze swojej kuchni chcą umrzeć, marzą o tym, żeby zadany im cios był już tym ostatnim, bo już nie mają siły, bo już nie wierzą, że cokolwiek są warte.

Witam w kraju, w którym miłosierdziem i miłością do bliźniego rządzą pieniądze. Gdzie dla opasłych brzuchów chciwych księży znajdują się środku na budowę kolejnych świątyń, a którzy w swoich konfesjonałach wypytują chłopców, jak się onanizują, a ten, który gwałcił dziewczynkę wywożąc z dala od rodziców nadal udziela komunii.

Witam w kraju, w którym chce się zmusić kobiety do rodzenia dzieci z gwałtu, w którym chce się ograniczyć im prawa, a jeśli one protestują, to uderza się w najsłabszych, w najbardziej poszkodowanych, w te kobiety, o które nikt nie dba, których nikt nie zauważa, od posiniaczonych twarzy których każdy odwraca wzrok.

I w końcu witam w kraju, w którym mężczyźni mogą zastraszać, bić, poniżać. W kraju, w którym mogą topić swoją żonę w wannie, a synem tłuc o ścianę. W kraju, gdzie córkę można wykorzystać seksualnie, bo jak się okazuje, nikt jej nie pomoże! Tak, mężczyźni w naszym kraju mogą wszystko. Rząd odmawiając pomocy ofiarom daje przyzwolenie oprawcom.

 


Lifestyle

Weekend ze „Sztuką kochania” w tle. O tym dlaczego warto wybrać się do kina i co oznacza rząd XIII

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
29 stycznia 2017
Fot. Screen z YouTubeLionsgate Movies
 

To miał być weekend „dla dorosłych”. W końcu karnawał, a że my towarzystwo dość rozrywkowe, to szukaliśmy okazji do zabawy. Okazja właściwie przyszła do nas sama, bo bal przebierańców. I gdy snując wizję przebrania się za pszczołę, na co mój mąż zareagował dość histerycznym śmiechem, bo że niby mi do postury pszczółki raczej bardzo, ale to bardzo daleko, bal odwołano. No cóż, nie wszystkie marzenia da się spełnić – to jedna refleksja. Druga – smutna, bo jednak  okazuje ludzi z dystansem do siebie i chętnych do wygłupów i wariacji na swój własny temat nadal chodzi o tym świecie bardzo mało. Ale za to my, jak już wpadliśmy w szał planowania weekendu, załatwiliśmy opiekę dla najmłodszych dzieci z towarzystwa, nie zrażając się przeszkodami wdrożyliśmy w życie szybko plan B – czyli wspólny ze znajomymi (nie bez znaczenia okaże się, że to sześć dorosłych i rosłych osób) – wypad do kina.

Bardzo chętnie przyklasnęłam, bo to przecież świetna okazja zobaczyć tuż po premierze „Sztukę kochania” i wam o niej napisać. Czy warto, czy śmiesznie i czy – o co dopytywały moje koleżanki – Piotr Adamczyk w końcu występuje nago w całej swojej okazałości.

Pierwsza wyrwałam się do rezerwacji biletów, bo i tak przy komputerze siedzę. Klik – sześć miejsc, wszystkie obok siebie, bo sala jeszcze właściwie pusta. „Ha, tak się ma, jak się prawie na tydzień wcześniej rezerwuje się bilety” – myślałam z zadowoleniem, zwłaszcza, że ja bardzo mało rzeczy w swoim życiu planuję nawet tydzień wcześniej. Rząd XIII – uśmiechnęłam się do tej trzynastki, bo w końcu jaka szczęśliwa – wypad zaprzyjaźnioną bandą. Oni sami się pewnie uśmiechną, jak zobaczą bilety. Pozostało czekać do soboty.

Reszta tygodnia toczyła się oczywiście normalnym trybem. Godzinę przed wyjazdem do kina, przyjaciółka pisze: „Który mamy rząd?”. Na co ja spokojnie, że trzynasty. Ale jakoś mnie tknęło, żeby zajrzeć na tę rezerwację, bo para znajomych chciała jeszcze do nas dołączyć.

„WTF?” – myślę patrząc, że sala, która mi się wyświetliła jest ZUPEŁNIE inna od tej, w której robiłam pewnym kliknięciem palca rezerwację. W panice, już mokra od stresu zaczęłam wszystko sprawdzać od nowa… Świetnie „Sztuka kochania”, XIII rząd, sześć miejsc, tyle tylko,  że nie w tym mieście… Kino 100 kilometrów dalej… Taki mały szczegół…

Przypuszczam, że moja mina była bezcenna. Bo gdyby sprawa dotyczyła mnie i mojego męża, to bym się roześmiała, machnęła ręką i tyle, ale zawalenie planu B dla jeszcze innych czterech osób, które czekają w blokach startowych na to wyjście… To już sporo, jak na moje nerwy. Zwłaszcza, że na każdy inny film w ten wieczór sale były pełne!!!

Ale jak się ma dosonałych przyjaciół, to okazuje się, że po planie B, zawsze jest jakiś plan C. Powstał z potrzeby chwili pod hasłem „Ahoj przygodo”. Cóż, plan C był dość elastyczny, na zasadzie, zobaczymy co się wydarzy, czyli jedziemy w ciemno i próbujemy dostać się na to, na co się uda. 20:15 wpadamy do kina, kiedy zaczyna się wcale nie „Sztuka kochania”, ale „La la land”.

– Co to za film – pytają męska część grupy.

– No nie wiecie? Dostał teraz Złote Globy, 14 nominacji do Oscara i gra piękna Emma Stone – szybko zamykam wszystkim usta nie pozwalając kobiecej części wypadu użyć sformułowania „to musical o miłości”. Bo to strzał w łeb, a my na horror – jedyny z wolnymi miejscami ochoty kompletnie nie miałyśmy.

Przemiły pan – ostatni po lewej stronie przy kasie – obiecałam mu, że o nim wspomnę, z nieodebranych rezerwacji utkał dla nas trzy kanapy obok siebie, więc wszystko szło w doskonałym kierunku, nawet fakt, że nie musieliśmy kupować sześciu osobnych popcornów, jakby nas rozstrzelili po całej sali. „Mamy rezerwacje w kinie w innym mieście” – odpowiedzili wszyscy zgodnie, gdy znajoma spotkana  w kinie spytała, dlaczego nie na „Sztukę kochania” – też mi wielkie rzeczy…

„Nudny, przewidywalny, z kiepską grą aktorską” – to czytałam o „La la land” – zastanawiałam się, ile moja miłość do Ryana Goslinga może mu wybaczyć.

Zobaczyliśmy film, który dla mnie wyłamał się z konwencji wszystkiego, co szybkie, wypełnione po brzegi akcją, dialogiem, żartem i dramatem. „Przepiękny” – padło, kiedy pod koniec napisów zaczęliśmy dźwigać się z kanap. Bo to film daleki od tego kina, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni z ostrym rysem psychologicznym bohaterów, dosadny, wyrywający serce i wyciskający łzy prowadzące do szlochu w ostatnim kadrze. Mi „La la land” skradł serce powoli, pomalutku. Zaczął się od irytacji, by jakoś zupełnie poza moją świadomością mnie wciągnąć.  Ale nie w taki sposób, że siedzisz i świata poza kinem nie widzisz. Nie, to tak nie działa… Delikatny – to słowo pierwsze przychodzi mi na myśl, gdy o nim myślę.

Nie będe opowiadać fabuły, bo jaki to ma sens – kto chce, zobaczy sam, choć okazuje się, że nawet banalną historię można wyposażyć w elementy zaskoczenia…

„I czy warto realizować swoje marzenia?” – spytała przyjaciółka powoli ubierając płaszcz, by wyjść z kina… Ile jesteśmy w stanie poświęcić dla marzeń? To we mnie uderzyło. I jeśli budzę się rano i wracam myślami do filmu obejrzanego dzień wcześniej, to dla mnie jest wyznacznik, że warto go zobaczyć. Ryana kocham nadal bez jakiegokolwiek zarzutu, a do tańca dałabym się mu porwać bez mrugnięcia okiem. Nawet bym stepować się nauczyła. A co!

Czy są marzenia, dla których warto porzucić wszystko to, co w danym momencie wydaje się nam mniej ważne, a może wieczne i nie do stracenia? „La la land” to film, gdzie nic nas nie goni, nie zmusza do wysiłku naszej głowy. To film, który płynie w rytmie „City in the stars” wdzierając się bynajmniej w moje emocje.

Ale żeby nie było tak słodko: „To przedostatni musical, na którym byliśmy” – orzekła męska część grupy, gdy wyszłyśmy jeszcze ze szklącymi się oczami. Oni stwierdzili, że nawet horror byłby lepszy. Także, jeśli zamierzacie się wybrać  – zróbcie sobie lepiej babski wypad.

My na koniec płakaliśmy ze śmiechu, bo po filmie próbowaliśmy się wszyscy wcisnąć do budki fotograficznej, wokół której krążył zaniepokojony pan ochroniarz. Bo jak to sześć dorosłych osób, którzy łącznie mają jakieś 10 metrów wysokości wpycha się do tak małego pomieszczenia? Zdjęcia bezcenne. Wspomnienia również.

Weekend ze „Sztuką kochania” tym razem zdecydowanie w tle, uważam za doskonały! Czasami warto mieć plan C. 😉 I takich przyjaciół pod ręką, którzy na mój telefon, że pomyliłam miasta orzekli: „Czym tym się przejmujesz, gdybyśmy w życiu mieli tylko takie problemy”.

Nie wiem tylko, co będzie, gdy zaproponuję kolejną rezerwację wspólnego wypadu tylko dla dorosłych…


Lifestyle

Czy kobieta musi zamordować swojego oprawcę, by w Polsce dostrzeżono problem przemocy domowej? Rocznie ginie do 400 kobiet

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
17 stycznia 2017
Czy kobieta musi zamordować swojego oprawcę, by w Polsce dostrzeżono problem przemocy domowej? Rocznie ginie do 400 kobiet
Fot. iStock / GeorgePeters

Próbuję od pewnego czasu odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego mężczyźni, którzy obecnie dzierżą władzę w swoich rękach tak nienawidzą kobiet? A nawet próbowałam to sobie złagodzić, że może nie nienawidzą, ale zwyczajnie nie lubią, a może ich drażnimy? Tylko dlaczego pozostaje bez odpowiedzi.

Kurde pytałam też osób zdecydowanie ode mnie mądrzejszych, ale nikt łopatologicznie tego problemu wytłumaczyć nie potrafi.

No przecież nie może być tak, że wszyscy posłowie partii rządzącej zostali kiedyś przez jakąś kobietę skrzywdzeni, nieszczęśliwie zakochani, porzuceni. To by było chyba jednak zbyt proste.

Kobiety chce się zepchnąć na dalszy plan marginalizując nasze problemy. Bo w sumie to co my za problemy mamy. 500 złotych na dziecko dostałyśmy, kosmetyczne poprawka w kodeksie karnym dotyczącym alimentów jest. Nic tylko się cieszyć i skakać pod sufit.

Tymczasem Ministerstwo Sprawiedliwości odmówiło na ten rok wsparcia finansowego dla Centrum Praw Kobiet. Fundacji, która od 22 lat wspiera kobiety będące ofiarami przemocy domowej. Kobiety, które nie mają gdzie się podziać, które przez wiele lat boją się prosić o pomoc kogokolwiek, bo wcześniej znikąd wsparcia nie otrzymały, zostają właściwie bez niczego, zdane na same siebie.

Ja tego kompletnie nie jestem w stanie pojąć. Najpierw próbuje się nam odebrać prawa o samostanowieniu, dać 500 – dzisiaj mam wrażenie, że po to, by naprawdę nas zamknąć w domach, choć nie chciałam nigdy generalizować. Ale co mamy myśleć my kobiety, skoro po kolei ogranicza się nam to, co zdaje się miałyśmy, a raczej powinniśmy zagwarantowane?

Dlaczego mamy cierpieć po cichu, nie dochodzić swoich praw. Spotkałam kobiety, które mąż bił, a wcale niekonieczni bił. Bo oprawca może mieć na sobie garnitur, skórzaną teczkę pod pachą, a w domu napierdzielać żonę, ile wlezie, gdy tylko coś nie pójdzie po jego myśli. A ona nie zna dnia, godziny, ani tak naprawdę przyczyny? Za co, po co?

Ministerstwo tłumaczy, że odmawia finansowania CPK ponieważ fundacja zawęża pomoc jedynie do kobiet. A ja się pytam, gdzie to zawężenie, skoro 95% ofiar przemocy domowej stanowią kobiety? Czy musi dojść do tragedii, żeby ktoś otworzył oczy? Zobaczył, jak to naprawdę wygląda?

Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się historia Francuzki opowiedziana w filmie „Zabiłam, aby żyć”, którą mąż bił przez 14 lat. Przez 14 lat systematycznie się nad nią znęcał, gwałcił. Wiecie, jak się czuje ofiara? Jak czuje się kobieta, kiedy silniejszy od niej mężczyzna ją upokarza, upadla śmiejąc się jej w twarz i mówiąc z przekonaniem, że i tak nikt jej nie uwierzy, że i tak nikt jej nie pomoże, więc po co ma iść. Milczące przyzwolenie sąsiadów, rodziny było tylko potwierdzeniem jego słów. Bo skoro nikt nie reaguje, to on MUSI mieć rację.

Policja nie widzi problemu, a ona próbując uciec i tak wraca do domu, gdzie za czterema głuchymi ścianami przeżywa w ciszy swój dramat. Swój i czwórki swoich dzieci. W końcu ofiara staje się katem. Jednym pchnięciem noża, kiedy próbuje się bronić, zabija swojego męża. Toczy się proces, w którym przez trzy dni kobieta opowiada o swojej tragedii, o tym, jak przestała być człowiekiem, a stała się zaszczutym zwierzęciem. Prokurator podkreśla jednak, że sądzą morderczynię, a nie ofiarę przemocy! Że ofiarą jest mąż, a próbuje się w procesie nadać mu status oprawcy.

Kobietę sąd oczyszcza z zarzutów o morderstwo. W filmie padają znaczące słowa, że skoro ona nie uzyskała przez 14 lat pomocy od państwa, teraz jej głos powinien zostać wysłuchany, właśnie teraz powinna zostać uniewinniona…

To historia sprzed lat. Ale przecież kilka tygodni temu ułaskawiono Jacqueline Sauvage, która trzema strzałami w plecy z broni myśliwskiej zabiła swego męża.
Znęcał się nad nią przez 47 lat ich małżeństwa, gwałcił i bił. Później gwałcił też swoją córkę… Kobieta została skazana na 10 lat więzienia, za to, że przez 47 lat była ofiarą i w końcu nie wytrzymała… Wyrok wstrząsnął społeczeństwem, kobiety zebrały podpisy pod petycją i Jacqueline Sauvage została uniewinniona. We Francji wywołało to po raz kolejny dyskusję na temat przemocy domowej, której doświadczają kobiety ze strony mężczyzn. Statystki wówczas podawały, że we Francji w 2014 roku 118 kobiet zostało zamordowanych będąc ofiarami przemocy domowej.

W Polsce ginie rocznie z rąk swojego oprawcy od 300 do 400 kobiet. Nikt o nich nie pamięta, może ktoś zapłacze na pogrzebie, może ktoś zmaga się z wyrzutami sumienia, że nie pomógł, nie usłyszał, nie dostrzegł… Może…

Więc wytłumaczcie mi (nie będę kląć, obiecałam sobie) dlaczego w naszym kraju odmawia się dotacji dla Fundacji, dzięki której choćby jedna kobieta mniej nie stanie się ofiarą śmiertelną swojego kata, nie osieroci dzieci, które albo zostaną w domu z oprawcą i o ich los nikt już nie zapyta, albo trafią przez władze, które odmówiły pomocy ich matce, to domu dziecka?

Wytłumaczcie mi, dlaczego ofiara ma milczeć? Dlaczego nie chce się jej pomóc? Czy naprawdę brak tam na górze zwykłego ludzkiego pochylenia się nad życiem tych kobiet, które żyją w piekle, z którego nieliczni chcą pomóc się im wyplątać?

Wytłumaczcie mi dlaczego odmawia się finansowania Fundacji, która pomaga w 95 procentach ofiarom przemocy domowej tylko dlatego, że nie pomaga  pięciu pozostałym procentom, które stanowią mężczyźni?

Fundacja, która dawała wsparcie psychologiczne, prawne, a także zawodowe kobietom, by te mogły wraz ze swoimi dziećmi zacząć prowadzić normalne życie, próbować zabliźnić te wszystkie krwawiące rany, o których zapomnieć się nie da, nie ma środków na pomoc. Nie ma środków, ponieważ państwo, które mówi o miłosierdziu odmawia dotacji. Przez 22 lata działalności to się nie zdarzyło…