Lifestyle Psychologia

W domowym zaciszu bez makijażu jest zwyczajną Kaśką, ale na Fejsie… Kim jesteś naprawdę?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
1 lutego 2016
Fot. iStock / Stefano Tinti
 

Kiedy większość czasu zajmuje ci kreowanie swojego wizerunku w wirtualnym świecie, trudno wygospodarować chwilę na  rozwój osobisty i rzeczywiste stawanie się „kimś”. Gdy w twojej własnej głowie  zatraca się granica między tym kim jesteś, a tym jak chcesz być postrzegana zaczyna już być niebezpiecznie. Czy naprawdę nie wyobrażamy już sobie życia bez poddawania się ciągłej ocenie innych, w większości jedynie internetowych znajomych? Po co nam to wszystko?

Bez negatywnych komentarzy, proszę

K. dzień zaczyna od sprawdzenia Facebooka. Zanim wstanie, zanim zrobi sobie kawę i zacznie szykować się do pracy, zawsze spędza jeszcze jakieś 15 minut w łóżku przeglądając ten właśnie portal społecznościowy. A właściwie swój własny profil na tym portalu. Patrzy ile przybyło „lajków” pod wczorajszymi statusami i jakie są komentarze. Dziękuje za te pozytywne (emotikon „smile”), a negatywne ignoruje lub usuwa (zależy od tego jak bardzo nie przypadną jej do gustu, najgorsze są te „ośmieszające”). Przy porannej kawie ogląda profile innych znajomych. O, koleżanka właśnie pochwaliła się dwiema kreskami na teście ciążowym. Można dać „lajka”. I serduszko. Nie, żeby ją to jakoś szczególnie obchodziło. Ale warto dać znać, że się jest, zaznaczyć swoją obecność. Tylko tyle, bo nie ma dziś siły na wymyślenie jakiegoś zabawnego komentarza.

W ciągu dnia, w pracy czasem zmiana statusu. Zdjęcie paznokci w nowym kolorze, uderzających stuk-puk o firmową klawiaturę. Albo oznaczenie koleżanki z pokoju w ulubionym lunch-barze, z krótkim opisem menu. W czasie pracy znów liczy rosnące „lajki” i promuje emotikonem „smile” zasługujące na to komentarze. Byle do 17-tej. Po powrocie do domu K. siada na kanapie i zjada kanapki. Kanapki nie nadają się na Facebooka, nic o tobie nie powiedzą. No chyba tylko tyle, że jesteś całkiem zwyczajna… A nie o to w tym wszystkim chodzi.

Zdjęcie prawdę ci powie… ale nie zawsze przyjemną

Makijaż wyjątkowo dobrze dzisiaj wyszedł, więc K. fotografuje się jeszcze w łazience zanim go zmyje. Zdjęcie przerabia umiejętnie na Instagramie. Trochę inne światło, trochę inaczej wyeksponowana twarz, już lepiej. Można zrobić wrzutkę. „Korpo-gwiazda” podpisuje fotkę K. zostawiając na końcu trzy kropkeczki. Nerwowe oczekiwanie. Przez godzinę marnych kilka lajków. Po 20-tej zaczynają się komentarze. „Piękna”. Emotikon „smile”. „Nic się nie zmieniasz”. Emotikon „smile”. „To naprawdę ty?” Stop. To komplement? Nie wiadomo. Bo może ten komentarz miał oznaczać, że to niemożliwe, żebym mogła wyglądać tak dobrze – zastanawia się K. . Na wszelki wypadek kasuje.

Goniąc „lepszą wersję siebie”

Czy to brak pewności siebie, czy może pustka, którą odczuwamy i brak satysfakcji z naszego życia popychają nas ku „tworzeniu siebie na nowo” na portalach społecznościowych? Skąd bierze się tendencja na pokazywanie się w lepszej, ale nieprawdziwej wersji? Psychologowie nie mają na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.

„Z jednej strony osoby o wysokiej, stabilnej samoocenie mogłyby chętniej dzielić się swoimi zdjęciami, bo są odporne na krytykę internautów. Z drugiej jednak strony osoby o niskiej samoocenie mogą jeszcze chętniej angażować się w „samo promocję”, aby podwyższyć swoje mniemanie o sobie – mówi Agnieszka  Sorokowska z Uniwersytetu Technicznego w Dreźnie*.

Czy K. jest niepewna siebie? Raczej nie. W jej firmie na pewno nikt by o niej tak nie powiedział. A sama siebie nie potrafi już ocenić. Musi mieć jakiś punkt odniesienia, czyjąś opinię. Tego nauczyło ją korzystanie z portali społecznościowych. I jeszcze tego, że jak cię widzą inni, tak o sobie myślisz.

Dwa lata temu szerokim echem odbiła się sprawa ukradzionej przez jedną z użytkowniczek Facebooka, tożsamości. Trzydziestolatka kradła zdjęcia z profilu innej osoby, zapisując je na swoim dysku. Następnie nawiązała internetowy romans z nieznajomym mężczyzną. Nie akceptując swojej powierzchowności, ale posiadając bogatą wyobraźnię, zamieniła sobie po prostu ten jeden element na taki, który jej bardziej odpowiadał. Żyła życiem nieświadomej niczego mieszkanki innego miasta. By uwiarygodnić swoją postać, była gotowa na bardzo wiele. Dosłownie stawała się „tą drugą”. Ukradziona tożsamość dawała jej złudne poczucie, że ktoś ją podziwia, docenia, że jest warta uwagi. W rzeczywistości oczywiście podziwiana była postać, którą wykreowała.

Amerykańskie badania* nad owymi wizerunkami obnażają smutną prawdę o współczesnych nas: coraz częściej to jak postrzegamy siebie zależy od tego jak odbiera się nas w przestrzeni wirtualnej, zgodnie z wizerunkiem, który tworzymy, by wpasować się w „jakieś” ramy. To, na ile potrafimy się z tego wyrwać, albo na ile nas to nie dotknie zależy przede wszystkim od jakości naszych relacji z najbliższymi. Na ile są szczere? Czy pozwalamy bliskim na konstruktywną krytykę? Jak często słyszymy od nich wyrazy uznania, podziwu, a przede wszystkim akceptacji?

K. wyrazy podziwu słyszy głównie w pracy, ale to za mało. Nie jest obecnie w żadnym związku, a wolny czas spędza na stawaniu się lepszą wersją siebie. Ale tylko w Internecie. W domowym zaciszu, bez makijażu jest zwyczajną Kaśką.


*  

**


Lifestyle Psychologia

Przemoc psychiczna? Przecież nie bił, nie pił. Zawsze miły. W rękę całował…

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 lutego 2016
Wybaczyłam mu, ale nigdy nie zapomnę tego, co mi zrobił. Piętno ofiary przemocy zawsze będę nosić w sobie
Fot. iStock / Elisabetta Stoinich
 

Nakarmiłam córkę, miała kilka dni, weszłam z nią do kuchni, mąż akurat mył naczynia. Dałam mu ją na ręce: „A teraz ją zabij”. Spojrzał zaskoczony. „No zabij ją, co za różnica, czy jak była u mnie w brzuchu, czy teraz, jak już ją urodziłam”.

Klasyka. Ja wyrwana ze związku z alkoholikiem, z pięcioletnim synem. A on tak szarmancki, opiekuńczy. Z poczuciem humoru. Tak bardzo byłam spragniona miłości i uwagi. Przegrałam, a teraz znowu dla kogoś byłam ważna.

„Jak ty wyglądasz?”

Zaczęło się niewinnie, od uszczypliwych uwag. „W tej kiecce chcesz iść, żeby koledzy się ze mnie śmiali”, mówił, gdy wychodziliśmy na wigilię służbową. Taki żart. Byłam w ciąży, trudno było wybrzydzać w ubraniach. Ale zawsze dbałam o siebie, by dobrze wyglądać. Wiedziałam, że to dla niego ważne. „Chyba lodówkę ci zamknę na klucz”, powtarzał. Ciąża to trudny czas, hormony buzują, huśtawka nastrojów. Nie wiedziałam – śmiać się czy płakać.

„To nie moje dziecko”

Po urodzeniu Szymka, szybko zaszłam w drugą ciążę. Zupełnie nieplanowaną. „Myślisz, że uwierzę, że to mój bachor?”, usłyszałam po zrobieniu testu. „Pewnie gdzieś łazisz i się ku**wisz. Widziałem jak sąsiad na ciebie patrzył. Cooo? Przychodzi, jak jestem w pracy?”. Byłam w szoku. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Bo przecież ciąża, dziecko, a tu… Trzasnął drzwiami. Wrócił po kilku godzinach z kwiatami. Przepraszał. Że to dla niego szok, stąd taka reakcja.

Ale to nie był koniec. W szale kazał mi usuwać ciążę, mówił, że zleci badania DNA, że nie chce tego dziecka. Że wystarczy mu jedno i „ten bachor” do wychowania – mój syn z pierwszego małżeństwa. Nie wiem, jak dotrwałam do porodu…

Tak wiem, powinnam odejść, nie pozwolić na takie traktowanie. Czasami podnosił na mnie rękę, ale nigdy nie uderzył. „Nie bije, nie pije, co się czepiasz”, nawet nie wiedziałam, jak głęboko miałam to w sobie zakorzenione.

Bo przecież był miły i dobry. Pomagał mi sprzątać. Bawił się z dziećmi. Pracował. Ja mogłam spokojnie wychowywać maluchy w domu.

Ze szpitala musiałam wrócić taksówką, bo nie przyjechał po mnie i córkę. Traktował nas w domu jak powietrze. To wtedy powiedziałam: „Zabij ją, nienawidzisz jej – proszę. Mi kazałeś ją zabić jak była w brzuchu? Co za różnica jeśli zabijesz ją teraz?”.

Nic nie czułam. Mógł ją wziąć. Nienawidziłam? Nie wiem. Stałam i patrzyłam mu w oczy. Przez chwilę, przez niego, ja też nie chciałam tego dziecka.

„Mam jeść te pomyje?”

Przez wiele lat nie pomyślałam, że to przemoc. Trudny charakter, wybuchowość. W końcu, że to moja wina. Że za mało się staram, jestem poszarpana po związku z alkoholikiem i nie umiem kochać tak, jak on na to zasłużył. Nikt nie nauczył mnie miłości i tylko teraz ja krzywdzę… To nie jego wina, że tak do mnie mówi, że tak mnie traktuje. To ja jestem winna, muszę więcej z siebie dawać.

Gotowałam, to co lubił. Dom zawsze wysprzątany. Dzieciaki ogarnięte, jakby ich właściwie nie było. Podawałam mu obiad, a on odchodził od stołu albo rzucałam talerzem pełnym zupy do zlewu: „Mam jeść te pomyje? Myślisz, że taka świetna z ciebie kucharka?”. Przepraszałam, że nie wiedziałam, że może coś innego. „Zjem na mieście” i wychodził. Ale w weekend zabierał nas do restauracji, albo na pizzę. Byliśmy szczęśliwą rodziną.

„Nie wpuszczę cię do domu”

Wróciłam do pracy. Dzieci poszły do przedszkola. Najstarszy do szkoły. Bałam się wyjść z domu po takim czasie. Do ludzi. Zobaczyłam, że dom, i dzieci, i mąż to był mój świat, bez znajomych, spotkań. Kiedy to zaniedbałam? Nie chciałam pamiętać awantur po każdej imprezie, tych wyzwisk, jaką jestem szmatą, dziwką i że z każdym poszłabym do łóżka.

Pracowałam w szpitalu na zmiany. Miałam wrażenie, że wracam z jakieś dalekiej podróży. „Czemu lecisz do domu tak szybko?”, pytały koleżanki. „Dzieciaki czekają”, mówiłam, a żołądek podchodził mi do gardła na myśl, że mogę się spóźnić. Raz wyszedł i zostawił dzieci same. Dostałam w drodze do domu SMS-a: „Taka jesteś twarda, wychodzę, nie czekam”.

SMS: „Oli dzieci się rozchorowały, muszę zostać dłużej w pracy” – żadnej odpowiedzi. Nie mogłam się skupić na pracy. Kiedy po północy wróciłam, nie mogłam wejść do domu. Wymieniony zamek. Nie dzwoniłam, dzieci na pewno spały. Jego telefon wyłączony. Siedziałam na przystanku autobusowym i płakałam. Z bezsilności. Ze strachu o dzieci. Z niemocy. Chciałam nie żyć. Zapaść się, zniknąć. Już nigdy nie wracać. Tylko dzieci. Tak bardzo za nimi tej nocy tęskniłam. Do domu wpuścił mnie o czwartej nad ranem… Przytuliłam się do Zosi i zasnęłam.

„Gówno cię to obchodzi”

Do domu wracał coraz później. „Gdzie byłeś, martwiłam się” – spytałam, kiedy nie wrócił na noc. Zaśmiał mi się pogardliwie w twarz. „Myślisz, że jesteś wyjątkowa?”. Nie rozstawał się z telefonem. „Zdradzasz mnie? Odejdę”. „Kim ty jesteś, żeby mi grozić. Popatrz na siebie. Kto cię zechce, z trójką bachorów. Ciesz się, że to ja ciebie nie wy**łem z domu. Ciężko nawet splunąć w twoją stronę”.

Nie wiecie, co czuje kobieta. Co ja czułam. Chciałam być lepszym człowiekiem. Lepszą wersją siebie. Chciałam zasłużyć na tę miłość. Im bardziej mnie poniżał, tym ja bardziej się starałam. Nawet na siebie w lustrze patrzyłam z pogardą: „Kim ty jesteś, żeby on cię kochał”. Chowasz się. Zapadasz w siebie, bo przecież nic nie jesteś warta. Poniża cię w kuchni, przy znajomych wyśmiewa, w łóżku traktuje jak dziwkę spełniającą jego zachcianki. Ciebie nie ma. Bo przeglądasz się w jego oczach. Gdzie jest dno?

Dno jest tam, gdzie opadasz z sił. Kiedy nie masz siły wstać z łóżka. Kiedy paraliżuje cię dźwięk otwieranych drzwi, a po każdym geście czułości spinasz się przed atakiem. Bo wiesz, że on przyjdzie. Kiedy myślisz, żeby uciec, ale nie wiesz, gdzie i jak? Spakowanie rzeczy cię przerasta.

Wyzywał mnie. Nie wiem już za co. Podniósł na mnie rękę, a ja osunęłam się po ścianie. I wtedy zobaczyłam strach w oczach mojego syna. Podał mi wodę. Bał się. To jest dno. Już niżej nie mogłam upaść.

Odeszłam po 12 latach. On prześladuje mnie do dziś. Przemoc psychiczna? Przecież nie bił, nie pił. Zawsze miły. W rękę całował… I taki elokwentny w sądzie… przy mnie zastraszonej.


Potrzebujesz pomocy? Skontaktuj się z

TELEFON ZAUFANIA (22) 621 35 37, dyżur psychologa: od poniedziałku do piątku, oprócz czwartków w godz. 10.00-16.00, dyżur prawny: czwartki w godz. 10.00-16.00


Lifestyle Psychologia

Czarne mydło, hydrolat i olej Perilla… zdziwisz się, że jeszcze o nich nie słyszałaś. 5 naturalnych, kosmetycznych hitów

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
1 lutego 2016
Fot. iStock / Yuri_Arcurs

Są zaskakujące, naturalne i skuteczne – a jednak często okazuje się, że o nich nie słyszałyśmy. Jak to możliwe? Poznajcie je na własnej skórze – bo są w zasięgu naszych dłoni.

Czarne mydło

Czyli tzw. Savon noir, a jeszcze dokładniej świetny i całkowicie naturalny peeling enzymatyczny. Czarne mydło to w 100% naturalny produkt roślinny.  A możliwość zastosowania tego kosmetyku robi wrażenie od peeling po golenie. A pięty, dłonie i paznokcie? Również, zobaczcie co radzą eksperci z Bioline:

PIĘTY
Chcesz mieć aksamitne pięty? Będziesz potrzebować miski, gorącej wody, czarnego mydła, garść soli morskiej, pumeks, ręcznik, olejek arganowy, bądź inny ulubiony, dwa woreczki foliowe i ciepłe skarpetki. Moczymy stopy w wodzie z solą, następnie rozprowadzamy na stopach czarne mydło i pozostawiamy je na około 15 minut. Po tym czasie pocieramy pięty pumeksem, spłukujemy, suszymy i wcieramy olejek. Stopy owijamy foliowym woreczkiem i zakładamy skarpetki. Godzinę później doświadczycie cudu!
Więcej instrukcji zastosowania znajdziecie

Czarne mydło nadaje się do wykonania peelingu twarzy i ciała, produkt stworzony jest z czarnych oliwek i ma postać brązowo-czarnego żelu.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Glinki

Glinka kosmetyczna – nazywana też kaolin – to prawdziwa perełka. Znamy ją głównie jako składnik maseczek oczyszczających skórę. Ale glinek jest całkiem sporo – do wyboru i do koloru.

Głównym zbawienne dla skóry działanie glinki, to absorbowanie nadmiaru sebum i produktów metabolizmu skóry, czyli zanieczyszczeń skóry. Bardzo dobrze wygładzają i ujędrniają skórę, czujemy pod palcami efekty zabiegu z jej udziałem. A dla kogo jaka glinka?

ten typ zawiera bardzo dużo minerałów. Polecana do cery mieszanej, wrażliwej i trądzikowej. Poprawia wygląd, oczyszcza, wzmacnia i uelastycznia. Można używać jej jako naturalnego szamponu do włosów.

– to naturalna glinka o wysokiej zawartości żelaza. Polecana do skóry dojrzałej. Dobrze rewitalizuje. Pomaga uporać się z zaskórnikami, Sprawdzi się również w pielęgnacji skóry trądzikowej, tłustej, mieszanej czy z problemami pigmentacyjnymi.

(glinka porcelanowa lub glinka chińska) – dla skóry wrażliwej i suchej. Bardzo delikatna i łagodna. Ma charakterystyczną lekką i jedwabistą konsystencję. Remineralizuje, wygładza i uelastycznia. Ma działanie łagodzące (pozytywnie wpływa na gojenie).

GLINKA CZERWONA – ma bardzo podobne właściwości do glinki zielonej, ale jest znacznie bardziej delikatna. Można ją stosowac przy cerze naczynkowej i wrażliwej, delikatnej skórze.  Również oczyszcza z nadmiaru sebum.

GLINKA RÓŻOWA (French clay pink) – Jest połączeniem glinki czerwonej i białej w proporcji 1:2. Taka mieszanka jest dobrym wyborem dla osób z bardzo wrażliwą skóra, lub ze skłonnościami do alergii.

do cery tłustej i trądzikowej. Bogata w 20 różnych soli mineralnych oraz szereg mikroelementów. Bardzo dobrze oczyszcza skórę z sebum. Pomaga w leczeniu trądziku oraz wyprysków na skórze.

GLINKA BŁĘKITNA (bentonitowa) – pielęgnacja skóry tłustej, łojotokowej czy z egzemą lub łuszczycą. Wnika bardzo głęboko – dzięki czemu poprawia krążenie, usuwa obumarłe komórki skóry i dobrze ja mineralizuje. 

Stosujemy  jako maseczka do twarzy i ciała. Glinkę łączymy z wodą lub hydrolatem, gotową maseczkę nakładamy na twarz lub ciało na około 10 – 15 minut. Po tym czasie dokładnie spłukujemy, tonizujemy i nawilżamy.

UWAGA – w styczności z metalami, glinki tracą swoje właściwości.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Hydrolaty

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Nazywane inaczej „wodami kwiatowymi” lub „wodami roślinnymi”.  To dość proste, acz skuteczne kosmetyki. Właśnie w prostocie tkwi ich siła. Dzięki temu, że są dość wąsko wyspecjalizowane – potrafią działać małe cuda w swoim ogródku, bo każda roślina cechuje się nieco innym spectrum działania. Również dzięki prostocie nie mają zatrważających cen, a sposobów ich zastosowania z pożytkiem dla skóry jest naprawdę wiele.

Hydrolat, to woda z niewielka zawartością olejków eterycznych – swego rodzaju produkt, który powstaje po produkcji olejków eterycznych. Ale nie traktujcie ich jak produktów ubocznych destylacji. W kosmetyce mają spore zastosowanie. Niektóre powinny być stosowane jedynie w rozcieńczeniu – ponieważ są jedynie półproduktem; inne – są pełnowartościowym naturalnym kosmetykiem, który z powodzeniem zastąpi tonik, czy poprawi działanie pozostałych kosmetyków pielęgnacyjnych. Poznajcie je.

Hydrolat z nasion dzikiej marchwi – idealny do skóry zaczerwienionej i wrażliwej. Wykazuje silne właściwości regenerujące i zmiękczające, łagodzi podrażnienia (i zaczerwienia) oraz wysypki skórne, zmiękcza, pobudza skórę do wzrostu (a dokładnie jej komórki), ma działanie uszczelniające naczynka.

Hydrolat z bławatka – do pielęgnacji spuchniętych i zmęczonych powiek oraz do demakijażu. Odświeża, działa kojąco na okolice oczu, łagodzi opuchliznę. Poprawia również koloryt i koi skórę. Wykazuje działanie antyseptyczne i rozjaśnia cerę. doskonały do demakijażu.

Hydrolat z czystka – do skóry trądzikowej i z przebarwieniami. Oczyszcza skórę, zwęża pory. Pomaga redukować plamy i przebarwienia.

W codziennej pielęgnacji możemy używać hydrolatów:
– jako toniki po oczyszczeniu twarzy peelingiem, scrubem, savon noir
– jako dodatek do maseczek z glinki
– pod ulubiony olejek, krem lub serum
– do leczniczych okładów takich jak: wysypka, poparzenie słoneczne, ugryzienie owadów…

jest bardzo wiele do wyboru (ja spotkałam się z co najmniej kilkunastoma) a i cena miło zachęca do kosmetycznych eksperymentów (bo kosztują około 20 zł).

Chia serum

Fot. Materiały prasowe | chia serum profesjonalny zabieg liftingujacy na twarz, szyje i dekolt.

Fot. Materiały prasowe | chia serum profesjonalny zabieg liftingujacy na twarz, szyje i dekolt.

Czyli istny koktajl młodości. To akurat skomponowany kosmetyk w formie serum. Oprócz  szlachetnego oleju z nasion chia, zawiera składniki aktywne z: czereśni, śliwki, geranium, kwiatu pomarańczy, granatu i kwiatu may chang. Koenzym Q10 i roślinny kwas hialuronowy – to właśnie kosmetyczne perełki. Serum chia to całkowicie pochodzący z natury produkt liftingujący.

Serum przede wszystkim kojarzy nam sie z potrzebami skóry dojrzałej, al eten produkt bardzo dobrze dopieści skórę wrażliwą i wymagającą nawilżenia.

 

Olej Perilla

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

To tłoczony na zimno naturalny olej z nasion pachnotki. Jakie ma właściwości? Całkiem niesamowite. Można go stosować, przy każdym rodzaju skóry, ale szczególnie dobroczynne działania ma dla skóry problemowej – z trądzikiem, atopowej i z podrażnieniami oraz dla skóry starzejącej się (oficjalnie możemy nazywać ten proces umownie – jako podrażnienie czasem 😉 ).

łagodzi podrażnienia, uelastycznia i działa przeciwzmarszczkowo. Wspomaga wytwarzanie kolagenu, rozjaśnia przebarwienia, ma również działanie przeciwzapalne, przeciwbakteryjne (dlatego jest doskonały dla osób zmagających się z trądzikiem). Ma również działa antyoksydacyjne. Do tego jego cena sprawia, że jest w zasięgu dłoni (cena ok 30-35 zł). Ciekawy i fajny produkt, o którym większość kobiet jeszcze nie słyszała – a szkoda.


Artykuł powstał we współpracy z BIOLINE

 


Zobacz także

5 rzeczy, w które rodzice powinni zainwestować dla dobra swojego dziecka

Płatki z aktywną witaminą C – TIMEWISE®. Będziecie zaskoczone, co potrafią!

Czy trzy kobiety, które łączy były mąż, mogą się zaprzyjaźnić? Czy może połączy ich zemsta na mężu? „Zmowa byłych żon”

виагра для женщин цена в аптеке

сиалис инструкция цена

Дека дураболин