Psychologia Uroda

To nie stres, a perfekcjonizm zmusza cię do … obgryzania paznokci

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
2 października 2016
Fot. iStock / mheim3011
 

Do tej pory uważano, że tendencja do ciągłego, nałogowego wręcz obgryzania paznokci to objaw stresu i nerwowego charakteru. W efekcie kobieta mająca problem z tym nawykiem nie może pochwalić się ładnymi, zadbanymi dłońmi. Często poza obgryzaniem paznokci, w ruch idą także skórki je okalające. Nie wygląda to estetycznie, co więcej, bywa przyczyną bólu, zniekształceń płytki i poczucia zawstydzenia u posiadaczek obgryzionych paznokci.

Onychofagię, czyli notoryczne obgryzanie paznokcitłumaczy się najczęściej nadmiarem stresu, zaniżoną samooceną, a niekiedy interpretuje jako zachowanie autoagresywne. Jest to częste zjawisko i dotyczy ludzi w różnym wieku. Szacuje się, że aż 45% nastolatków ma z tym problem, a 15% dorosłych nadal nie może przestać tego robić. Ale przyczyna może być zupełnie inna.

Perfekcjonistów dopada to częściej

Jak się okazuje, to właśnie osoby z ciągotami do perfekcjonizmu, częściej i chętniej obgryzają paznokcie. Udowodnił to Kieron O’Connor, profesor na Uniwersytecie w Montrealu. Zbadał on osoby, u których stale przejawia się ten nawyk, w sytuacjach stresowych, frustrujących, nudnych oraz podczas relaksu.

Uczestnicy odczuwali przymus ponownego obgryzania paznokci, podczas istnienia trudnej sytuacji lub frustracji, a nie w fazie relaksu. Przez powtarzające się takie zachowania „obgryzacze” wydają się perfekcjonistami, co oznacza, że nie są w stanie się zrelaksować i uspokoić. Są oni również bardziej niecierpliwi i niezadowoleni z tego, że nie są w stanie osiągnąć swoich celów i przejawiają tendencję do zwiększonego poczucia nudy.

Nawet jeśli przyczyna tego nawyku nie jest taka najgorsza, warto się go pozbyć. Można nakleić sztuczne paznokcie, obcinać naturalne króciutko by nie kusiły, smarować je gorzkimi lakierami czy żelami oraz szukać pomocy u terapeutów. Jednak najlepszym rozwiązaniem tego problemu jest użycie silnej woli. Może się okazać, że nic nie zadziała tak dobrze, jak mocne postanowienie zmiany nawyków.


źródło: , 


Psychologia Uroda

Pierwsza myśl jest taka, że ci się kończy życie. Że to jest wyrok. Koniec

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
2 października 2016
Fot. iStock/Antonuk
 

Kiedy po śmierci Ani Przybylskiej świat na chwilę stanął, serca i umysły ludzi zaczęły pracować w innym trybie. Jak to w ogóle możliwe, że siła wyższa odebrała trójce dzieci sens życia i zostawia pogrążoną w smutku rodzinę zdaną na siebie? Poczucie niesprawiedliwości i braku zrozumienia przelały się przez głowy narodu, który mistycznie złączył się w cierpieniu z bliskimi Ani, nie znając jej osobiście. Goniąc za marzeniami i materialnym spełnieniem zatrzymałyśmy się wszystkie pogrążone w głębokiej zadumie i jakby głębiej zaczęłyśmy spoglądać na własne dzieci. Kim jestem. Dokąd zmierzam. Czy na pewno wiem, ile czasu mi zostało i czy słusznie przechodzę przez życie. Kiedy jakiś czas temu dotarła do mnie informacja, że kolejna dziewczyna toczy nierówną walkę z rakiem o dalsze prawo do rozpieszczania córki, o możliwość uczenia jej szacunku i miłości, tąpnęło mną mocno. Na zdjęciu łysa, owinięta w chustę, słaba. Leżała na szpitalnym łóżku, a obok niej, opatulona, pogrążona w swojej nieskazitelnej nieświadomości maleńka dziewczynka, Maja. Gosia Idzikowska, trzydziestoczteroletnia Wrocławianka, która w zaawansowanej ciąży dowiedziała się o złośliwym raku jajnika nadal stara się pokonać wyjątkowo przebiegłego wroga. Spod kliniki MD Anderson Cancer Center w Madrycie, zgodziła się opowiedzieć swoją historię.

Michalina Grzesiak: Gosiu, jakie było życie przed rakiem?

Gosia Idzikowska: Byłam zawsze dziewczyną sukcesu, nie chciałam mieć dzieci. Mój mąż odwrotnie. Jesteśmy parą czternaście lat, ślub wzięliśmy trzy lata temu. Kiedy dochodziło do tematu powiększania rodziny, ja myślałam przyszłościowo. Chciałam mieć dzieci, owszem, ale nie teraz. Moje życie było na tyle idealne – zarabiałam pieniądze, miałam wygodny czas, jeździłam po świecie, że nie myślałam na serio o porzuceniu go. Byłam kierownikiem działu handlowego w dużym motoryzacyjnym salonie. Właściwie nadal nim jestem, bo tak się „ cudownie” złożyło, że choroba dopadła mnie, kiedy mogę bezpiecznie siedzieć w domu.

To co się takiego zmieniło, że jest Maja?

Kilka rzeczy, przypadków, o których trudno mówić, sprawiło, że poznałam osoby, które pokazały, jak należy w życiu zwolnić. Po drodze, zabawna sprawa, mój mąż miał operowane kolano. Przez dwa miesiące był pod moją, absolutną opieką. To doglądanie go, wyprowadzanie psów trzy razy dziennie, zakupy, gotowanie obiadów sprawiło, że zaczęłam dopuszczać do siebie myśl o zajmowaniu się na stałe drugim człowiekiem. Poczułam, że taka opieka jest „do zrobienia” i że sprawia mi przyjemność. Kiedy zaczęłam intensywniej myśleć o dziecku, coś się we mnie odblokowało i tak, jak od czternastu lat nic, tak wtedy w miesiąc wszystko.

Pindzia, bo tak pieszczotliwie nazywasz córkę, jest cudem, z medycznego punku widzenia. Miałaś guza na jajniku jeszcze przed ciążą, poczęcie dziecka było praktycznie niemożliwe, prawda?

Tak. Nie powinnam była zajść w ciążę w pierwszej kolejności. Nie miałam prawa, ale los jest strasznie pokręcony. Wiedział lepiej. Zanim dowiedziałam się, że noszę pod sercem życie zapisano mnie z guzem na operację usunięcia endometriozy. W szale kolejnych wydarzeń, zaskakującej informacji, że jestem w ciąży, plany operacyjne musiały naturalnie ulec zmianie. Do operacji nie doszło. I wiesz, gdyby się wtedy dowiedzieli, że to nie endometrioza, a rak jajnika, nie  miałabym żadnych szans na dziecko po zabiegu. Myślę, że dużo późniejsza diagnoza, dosadna informacja, pocisk taki, sprawił, że wierzę, że ja i Maja byłyśmy sobie po prostu pisane. Kiedy  dowiedziałam się, że to jednak nowotwór, pamiętam, jakbym dostała w twarz. To jest takie uczucie, jakby Ci ktoś właśnie wykrzyczał w złości, że jutro umrzesz . Przewrotnie, ale w tamtym momencie nie rejestrowałam czy jestem w ciąży czy nie. To na mnie postawiono wyrok. Na mnie. Na Gosi. A później, jak nie wierzę w zabobony, tak pochylam czoła. Będąc w ciąży z Mają  byłam jedyną kobietą z rakiem jajnika w Polsce, co spowodowało, że wszystkie drzwi się przede mną otwierały. Szczęście w nieszczęściu. Czasem myślę – dobrze się stało, bo jest Misia. Oczywiście nie cieszę się, że jestem chora, bo to jest wielka lipa, ale dzięki temu mam dziecko, którego pewnie w innych okolicznościach nie mogłabym mieć już wcale. I wiesz, kiedy po raz kolejny ryczałam z bezsilności do sufitu, mój mąż oznajmił, że to się po prostu musi dobrze skończyć, bo to jest za bardzo poj*bana historia.

Już wiesz, że to rak.  Co czujesz? Co czuje dziewczyna w Twoim wieku, z Twoim nastawieniem do życia. Sama na początku naszej rozmowy nazwałaś się dzieckiem sukcesu, a tu taki kaliber. Myślałaś o sobie? O córce? O przyszłości?

Pierwsza myśl jest taka, że ci się kończy życie. Że to jest wyrok. Koniec. Kiedyś przeczytałam u Kory, że dopada człowieka zwierzęcy lęk przed umieraniem, i to jest absolutna prawda. Więcej nie rozważasz, bo informacja, którą się w ciebie strzela i odczucia, które temu towarzyszą, są tak strasznie instynktownie pierwotnie, że nie masz kiedy myśleć głębiej. Boisz się śmierci. Na tamtym etapie robiłam co musiałam zrobić, brałam chemię, konsultowałam się z lekarzami, odbierałam to w kategoriach zadania. Wyszłam z założenia, że ja to ja, zawsze mam w życiu zajebiste szczęście, więc i tym razem wszystko się uda. Niemożliwe wręcz, że może być źle. Wypadły mi wszystkie włosy, wyglądałam strasznie. Mimo to nadal chodziłam do pracy. Jestem takim typem, że nie wyobrażałam sobie iść na zwolnienie z powodu ciąży, nie wspominając o chorobie. Byłam łysa, miałam raka. Nie doceniłam przeciwnika.

Kiedy zobaczyłaś Maję? Pamiętasz?

Nie widziałam jej od razu bo mnie uśpili do cesarskiego cięcia. Poznałyśmy się dopiero dwa dni po porodzie, bo ja cały czas leżałam na intensywnej terapii przykuta do łóżka, owinięta kablami, przez które podawano mi morfinę. Pewna wspaniała Pani doktor wykradła Majkę z oddziału dziecięcego i przyniosła zawiniątko wkładając mi ją w ręce. Przyznaję, ja się wtedy chyba nawet rozpłakałam.

Rozpłakałaś! Pierwszy raz wspomniałaś o płaczu. Mam wrażenie, że Ty jesteś straszna twardzielka, a ja taki mięczak. Ja bym płakała cały czas.

Słuchaj, to nie było tak, że ja czekałam na dziecko i zapłakiwałam się nad instynktem macierzyńskim. Dopiero w trzecim trymestrze oglądając program „Moje 600 gramów szczęścia”  zaczęłam zalewać się łzami. Wtedy mną wstrząsnęło. Teraz mogę śmiało stwierdzić, że moja córka jest najważniejsza na świecie. Nie zamieniłabym życia z dzieckiem na życie bez. Po porodzie były przede mną jeszcze dwa ostatnie kursy chemii. Zaparłam się, że je wybiorę i będę zdrowa. Wierzę w siłę ludzkiego umysłu. Mówiłam do siebie, że będzie dobrze, tak wyleczyłam węzeł chłonny, zaatakowany przerzutami i kurzajkę. Skoro pozytywne myślenie uzdrowiło kurzajkę i węzeł, w zamiarze było wypędzenie wszystkiego podobnie.

Zaczęliście walczyć, zbierać pieniądze.  w dwa dni na konto siepomaga.pl wpłynęło blisko 700 tysięcy złotych. JAKIM CUDEM?!

Choroba to taka sprawa, w której chcesz, żeby ktoś za Ciebie podejmował trudne decyzje. Na wakacjach, które zafundowaliśmy sobie dla odpoczynku, mój mąż oświadczył, że trzeba szukać innych opcji. Opowiedział mi wtedy, że wszyscy nasi przyjaciele zgrali się ze sobą i  w tydzień ogarnęli cały wachlarz możliwości. Stanął przede mną pamiętam i stanowczo oświadczył „MUSISZ MI ZAUFAĆ.” Tą stanowczością potrząsnął mną wewnętrznie. Początkowo zaczęliśmy zbierać pieniądze na Rak ‘n’ Roll. Pomogła moja firma. Na pierwsze konsultacje do Madrytu pojechałam za pieniądze ze zbiórki, wydałam piętnaście tysięcy złotych. To jest zupełnie inny świat, lekarze tutaj byli przygotowani, rozrysowali wszelkie możliwości. Wróciłam do Wrocławia, spakowaliśmy się i na szybko wróciliśmy do Hiszpanii. Walczyć o mnie. Po prostu.  Pytasz, dlaczego udało mi się uzbierać tyle pieniędzy w dwa dni na siepomaga.pl? Nie mam pojęcia, dlaczego zostałam wyróżniona. Siła ludzi, których spotkałam na własnej drodze spowodowała, że w dwa dni moim losem zaczął żyć internet. Sprawa urosła do tego stopnia, że w pewnym momencie musieliśmy zatrzymać lawinę pomocy, bo pieniądze zostały już uzbierane, a na konto napływały nadal środki.  Po czasie wiem, że się da. W to wszystko trzeba uwierzyć i mieć przy sobie dobrych ludzi, którzy myślą za Ciebie w chwilach największych słabości. Kogoś, kto Cię kopie w dupę!

Myślisz czasem o tym co będzie, jak Ciebie zabraknie?

Parę razy podchodziłam do pisania Majce listów pożegnalnych. Chciałam napisać na szóste urodziny, na piętnaste, osiemnaste, kiedy już policzono mi życie. Piętnaście miesięcy. Taka jest mediana w podobnych przypadkach. Zdarza mi się powiedzieć do Dawida, że go o coś proszę, że jak mnie już nie będzie, ma powtarzać dziecku często, że je kocha. On jest raczej mało wylewny, muszę mu przypominać, że mówienie o miłości jest mega potrzebne. Przypominam, że ma ją całować bez okazji. Tak, zdarza mi się dawać krótkie instrukcje, ale ja wiem, że gdyby mnie faktycznie zabrakło, to on sobie świetnie poradzi. Jest najlepszym człowiekiem na świecie. Wszystkie jego czyny, pomimo braku wylewności świadczą o tym, jak bardzo mnie kocha. Zaraz się znowu popłaczę…

Jedyne co mogę robić teraz, to starać się wyzdrowieć i nie stękać codziennie.

Patrzysz inaczej na życie?

Dużo odpuściłam, zapisałam się do psychologa. Podeszłam do choroby kompleksowo. Zadbaj o ciało, o rozum, jedz zdrowo, zaakceptuj , że jesteś chora. Dużo rzeczy robię szybciej. Dużo więcej ryzykuję, nawet gotując. Nie zatrzymuję się nad głupotami. Pogodziłam się z tym, jak wyglądam. Postarzałam się o dziesięć lat a mój brzuch wygląda jak rąbnięty siekierą. Prawda jest taka, że staram się być silna i uśmiechnięta, bo jest Misia i Dawid. Dla nich, dla siebie, mam dużo siły. Teraz dopiero zrozumiałam, że najważniejsza jest rodzina. Nie tylko dziecko i mąż. Wszyscy. Moja mama, babcia, teście, psy, przyjaciele (kolejność przypadkowa). No i ja. My się zajebiście kochamy i po prostu chcemy być razem.  Staram się nigdy nie mówić, że walczę dla Majki, bo to nie jest właściwa motywacja. Właściwa według mnie to szacunek i kochanie swojego życia. To co chciałam swoją postawą przekazać innym w trudnej sytuacji to to, że zawsze trzeba walczyć. O każdy dzień, miesiąc, zdrowie, uśmiech. Jest mnóstwo osób, które wyrwały się statystykom. Ksiądz Kaczkowski, Magda Prokopowicz z Rak’N’Rolla. Owszem, nie ma ich już z nami, ale ich ogromna motywacja do życia, poczucie celu spowodowało, że wycyganili sobie od losu dużo więcej życia niż im wieszczono. Nie, nie wycyganili, po prostu wzięli, bo można. A Majkę kocham nad życie. Czasem zdarza mi się ronić łzy z tej miłości. Tak bez sensu. Ja się chyba do tego na głos nie przyznaje, żeby nie psuć wizerunku twardej babki… 😉

Jak widzisz siebie za kilka lat? Jakie masz plany?

Nie planuję tak daleko, jak „za kilka lat”. Choroba uczy pokory. Jest jak jest, cieszę się chwilą. To się właśnie we mnie zmieniło najbardziej. Jak masz coś zrobić – zrób tu i teraz, to jest moment, w którym powinnaś. Nie później. Nie potem. Chciałabym wrócić do pracy, mam tam fantastycznych ludzi. Chciałabym mieć kury, zawsze chciałam. Chciałabym zwolnić. Sukces faktycznie jest w głowie. Planuję, że wrócę do Polski, że będą święta, co kupię dziecku pod choinkę, że nie będę na nich płakać…

…planuję!


Psychologia Uroda

Nie jesteś ważny, człowieku. Jeśli tylko cudze przedkładasz nad swoje

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
2 października 2016
Fot. iStock/lofilolo

Człowiek ma plany. W głowie, na liście „to do”, a także w szufladzie, zamknięte pod kluczykiem. Z reguły całkiem obszerna to lista… punkty, podpunkty, wydrukowane albo odręcznie utrwalone z pomocą schludnej kaligrafii. To są plany człowieka. Potem, człowiek ma cudze plany, najczęściej doraźne, na gębę, telefon, email też bywa popularny, zwłaszcza ostatnimi czasy. Te drugie plany, z reguły podlegają realizacji natychmiastowej. Te pierwsze, całkiem przeciwnie!  Leżą odłogiem. Czekają na lepszy czas, mówimy, kiedy wreszcie będzie można usiąść, przewertować  to życie i zająć się tym czym zajmować się powinniśmy. Sobą znaczy się. Bo czyż nie sobą powinniśmy się zajmować? No niby tak, powiemy, ale telefon dzwoni, zadanie dostajemy i na złamanie karku lecimy je realizować.

Więc o co chodzi? Instynkt bowiem powinien raczej ku naszym marzeniom nas pchać. Czemu zatem realizujemy cudze życzenia z nabożną nadgorliwością traktując swoje pragnienia i potrzeby tak bardzo po macoszemu?

Przyszło mi do głowy, że chodzi o nagrodę i ten kod wygrawerowany na jakimś tam płacie przez mamę lub tatę albo społeczeństwo. Nagrodę, która idzie w parze z jakże pożądaną powszechnie zdolnością „zadawalania innych”. Znowu bowiem dziecko trzeba na scenę przywołać, to wewnętrzne dziecko, które od wersji mini mini, niemalże od dnia narodzin, jedną miało misję: przetrwać. A żeby przetrwać musiało wiedzieć jak przypodobać się światu, jak zadowolić tych wszystkich wymagających, którzy notabene, sami za dziecka przerabiali to, czego dziecko właśnie nauczyć się musi.

Sprawa była przy tym prosta. Działanie zgodne z oczekiwaniami było nagradzane. Przede wszystkim uwagą, wsparciem, zadowoleniem, zaangażowaniem w dziecka świat. Działanie wbrew oczekiwaniom niestety było karane: obojętnością, raniącą krytyką, brutalnym podcinaniem skrzydeł i co najgorsze komunikatem, że co to za dziecko na miłość boską! nic nie warte.

Nic więc dziwnego, że życie dziecka dookoła oczekiwań się plotło i z prawdziwą potrzebą, z tym wewnętrznym: „to jestem ja i tak postąpić muszę”, niewiele wspólnego miało. Kod przy tym był jednak tak cudownie prosty. Więc każde dziecko, prawie bez wyjątku, dzielnie wykonywało to, co zlecone mu było. Jak miało pomysł własny, nierzadko o geniusz zahaczający, było gaszone w brutalny wręcz sposób i powiadamiane drukowanymi literami, że mama czy tata są z dziecka takiego bardzo, ale to bardzo, niezadowoleni.

Dziecko urosło, wiadomo. Zrobił się z niego spory człowiek. Ale kod jest ciągle ten sam, niezmieniony , na jakimś tam płacie dłutkiem wychowawcy dobrze utrwalony. Niesie on jedną, druzgocącą acz zasadniczą wiadomość: nie jesteś ważny człowieku. Twoje marzenia, pragnienia, te żałosne listy „to do”, ta cała mozolna kaligrafia życzeń, to zwykła bzdura i strata czasu. Weź ty się lepiej za zadawalanie innych, bo to oni są warci a nie ty.

Ilu z nas ma taki kod? Ilu rozpoznaje w tym wszystkim siebie? Pewnie tłum, bo wychowanie na powyższą modłę to był standard swego czasu w Polsce. I wszystko jeszcze byłoby ok, gdybyśmy od zawsze mieli świadomość tego wychowawczego podtekstu. Gdybyśmy tylko zdawali sobie sprawę z tego co nam na tym płacie napisano. Ale niestety. Wychowawcza to jest enigma i nie tak łatwo ją złamać. Chociaż złamać można! Trzeba tylko przyjrzeć się własnym sukcesom z jednej strony i ich brakowi z drugiej. Czy rzeczywiście jest tak, że jak koleżanka prosi to bierzemy się do roboty i rezultaty mamy oszałamiające, a jak projekt jest nasz, to odkładamy go na potem, prokrastynuujemy jak Olimpijczycy, po mistrzowsku? Jeśli bowiem jest tak, że cudze przedkładamy nad swoje, wbrew logice i naglącej potrzebie, to szanse są, że voila! Mamy w móżdżek wbity kod: nie jesteś ważny człowieku. Tenże zaś najczęściej idzie w parze z kodem: zadawalacz. No i mamy efekt wiecznego niespełnienia.

Świadomość przy tym to piękna rzecz. No bo jakże tu odkładać upragnione plany i marzenia na potem gdy człowiek już wie dlaczego to robi. I o ileż łatwiej jest odmówić wszystkim potrzebowskim dookoła, gdy rozpracowało się mechanizm własnych zachowań. Świadomość bowiem nie tylko otwiera oczy, ale i zobowiązuje. Do tej pory człowiek bowiem nie wiedział, ba! całkowicie nie rozumiał dlaczego, kiedy wolna chwila na coś własnego już się pojawiła, on zamiast zabrać się do dzieła, zalegał na kanapie, by bezmyślnie oglądać nic nie wnoszący, a nawet niepokojący mentalnie show o pannach i paniach Kardashian, czy inne, podobne kuriozum medialne. Ileż to czasu przelało się niejednemu przez palce, gdy tak marnotrawił życie czyniąc rzeczy bezrozumne. I oczywiście, że trochę niewinnej głupotki w życiu też nam potrzeba. I oczywiście, że pomagać ludziom to sprawa jest szczytna. Absolutnie nie próbuję tu lansować konceptu, że bliźniemu ręki nie należy podawać. Trzeba jednak nie tylko znać umiar, ile może i przede wszystkim wiedzieć kiedy postępując w taki czy nie inny sposób, nie sabotażujemy przypadkiem siebie. Ciężko jest bowiem odkodować kod, który utrwalono nam przez lata. Ciężko jest oswoić się z myślą, że jesteśmy ważni. Ciężko rozwinąć skrzydła, które regularnie nam podcinano. Ciężko, bo wszystko w nas mówi do nas starym tekstem.

Dlatego świadomość to taka piękna rzecz. No i nie sposób od niej uciec, nie sposób nie zauważyć. Jak raz się włączy to jak czerwona lampka, świecić się będzie natrętnie, aż człowiek odczyta wiadomość i zacznie działać w jej kierunku. Bo prawda jest taka, że jesteś ważny, człowieku. Więc pora przestać udawać, że nie.


Zobacz także

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Żyj, jak chcesz, ale nie daj się ograniczać i nie ograniczaj innych

Wkurzasz się, że inni osiągają sukces, a ty nie? Osiem rzeczy, które powinnaś na początek zrobić, by też tam być

9 prostych sposobów, by w nowym roku stać się lepszym sobą

www.progressive.ua

www.cialis-viagra.com.ua/kamagra/super-kamagra