Lifestyle

Czy jak nie umyję okien, to Jezus do mnie nie przyjdzie?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
13 kwietnia 2017
Fot. iStock/Lise Gagne
 

Czuję na plecach oddech Świąt. Dziś już czwartek, a mnie od rana ogarnia panika – żesz w mordę jeszcze nic nie mam zrobione – dudni w uszach, a przed oczami staje mi moja mama, która namiętnie co roku, odkąd żyję, tę tezę wygłasza.Żołądek zaciska mi się ze stresu. Bo przecież JA już na pewno nie zdążę. Czwartek. C-Z-W-A-R-T-E-K. A przecież jeszcze w pracy i dzisiaj i jutro. Dzień w mojej głowie nagle skraca się niemal do godziny. Szynka, biała kiełbasa, żurek, jajka. O matko JAJKA. A przecież z dziećmi trzeba choć kilka pomalować, żeby podtrzymać tradycję i babkę świeżą upiec i sernik pewnie cudownie jakby się znalazł.

W głowie robię szybko listę zakupów. Postanawiam, że podorzucę mężowi, on rosły chłop przebije się przez te kolejki, które pewnie po godzinach pracy zwykłych ludzi okalają sklepy.

I te okna… I szafki i kurze. Zakodowane, prawie wrosłe we mnie świąteczne porządki. Zastanawiam się przez chwilę, kiedy moja mama z nimi zdążała. To mycie okien, kryształów pozdejmowanych z segmentów na wysoki połysk, których fronty też trzeba było starannie wyszorować, żeby smugi nie powstały. W szafach ułożone kolorami leżały nasze ubrania, a w kuchni późno w nocy można było jeszcze spotkać mamę, która klęczała nad wyciągniętymi z szafek talerzami, szklankami i sztućcami szorując zawzięcie każdy najmniejszy ślad brudu – i na naczyniach i w samych szafkach. Cały dom pachniał pastą do podłogi. Pamiętacie ten zapach jasnej emulsji rozlanej po podłodze i starannie ruch przy ruchu na kolanach wcieranej, żeby podłoga lśniła?

I te okna. Okna były zawsze najważniejsze. Pamiętam jeszcze te stare, podwójne, rozkręcane. Myte na tysiące sposobów w poszukiwaniu tego idealnego sposobu – gazetą, ścierką, ręcznikiem. To była czynność, która mamę angażowała w 100%. Bo sąsiedzi muszą zobaczyć, że okna czyste, bo tylko tak widać, że Święta w domu, bo przez te okna każdy przechodząc zajrzy, bo jednak w Wielkanoc więcej ludzi na spacerach. Jakby przez te okna miał do nas zaglądać powstały z martwych Jezus. A gdyby były brudne, ominąłby nasz dom? Zawsze jako dziecko mnie to zastanawiało, a grób i zmartwychwstanie nosiło symbol tych czystych okien.

Tyle tylko, że moja mama nigdy nie malowała z nami jajek – wrzucała w łupinki od cebuli i goniła nas z kuchni z farbkami, żebyśmy nie brudziły, że ona się tyle nasprzątała, sałatkę musi kroić, a my w sobotę rano chcemy jaja do święconki pomalować… W piątek na drogę krzyżową – na którą biegaliśmy jako dzieciaki z dziką ochotą, też nie szła, bo ciasto robiła i resztę szafek w kuchni myła. I dwa dni wcześniej zapowiadała, że broń Boże w Lany Poniedziałek nie lać jej rano wodą, bo ona wyspać się będzie musiała umęczona przygotowaniami do Świąt.

I myślę o tym wszystkim leżąc jeszcze w łóżku i czując jak pętla z nerwów zaciska mi się na żołądku, jak rozważam: „A może zadzwonię do pracy i wezmę wolne” oraz „Jak się zorganizuję, to te okna jeszcze umyję, wstanę jutro po 5-tej rano”, myślę, co upiec, co ugotować i w panice odliczam wolne do Świat godziny, które na masę tych obowiązków już wiem, że nie wystarczą.

Dzwoni przyjaciółka: „Otwieramy świąteczną wymianę jedzenia? Bo ja nie zdążę z wszystkim”. Ja też nie zdążę, choć właściwie do końca nie wiem z czym. Ustalamy, że ja zrobię więcej sałatki i część jej oddam, a ona roladę i ze mną się podzieli. Z kolejną wymieniamy się ciastami – za jej babkę pół mojego sernika. I jeszcze żurek w zamian za sałatkę jajeczną i… uśmiecham się do siebie. I już wiem, że wcale nie muszę robić wszystkiego sama i że w nas wszystkich mamy zakorzeniły niechcący przedświąteczne wyrzuty sumienia – że porównując się z nimi my wszystkie za mało się staramy, za mało z siebie dajemy, za mało gotujemy i za mało sprzątamy.

Patrzę przez okno. Pada deszcz. Ma padać przez całą Wielkanoc. I myślę sobie, czy Jezus do mnie nie przyjdzie, jeśli tych okien nie umyję? Czy Święta się nie wydarzą, jeśli zamiast myć okna usiądę z moimi dziećmi i pomalujemy wspólnie jajka, a ja pozwolę im nabrudzić w kuchni, kiedy będą piec babeczki do święconki? Czy wyznacznikiem rodzinnej atmosfery będą równo ułożone w lśniącej szufladzie sztućce? Przecież wyszorować kuchenne szafki mogę zawsze, a Święta będą teraz, zaraz. Co jest dla mnie ważne? Naprawdę te umyte okna?

Na rowery pewnie nie pojedziemy w taką pogodę, ale może rozłożymy się na podłodze i pogramy w planszówki i pośmiejemy się wspólnie, a w Lany Poniedziałek to ja wypoczęta wstanę najszybciej, żeby oblać moje dzieci wodą.


Lifestyle

Karolina Piasecka – ofiara przemocy ma twarz i nazwisko. A naszym komentarzem pozostaje: „Nie jestem w stanie tego słuchać”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 kwietnia 2017
Karolina Piasecka ofiara przemocy
Fot. iStock / grandeduc
 

Rzadko mi się zdarza zaniemówić. Rzadko słowa grzęzną mi w gardle, a ja pozostaję w szoku i nie wiem, co powiedzieć, co napisać…

Bo jak skomentować fakt, że mąż, który powinien kochać, który zdaje się być przykładnym mężem i tworzyć dobrą rodzinę mówi do swojej żony, że jest gównem, pedałem o pie*dolonym niewdzięcznikiem?

Co można powiedzieć, kiedy słyszysz, jak zatyka usta żonie, jak każe się jej zamknąć, bo jak nie będzie cicho, to ją zabije?

Jak można się zachować, kiedy on każe jej recytować, co zrobiła źle, każe się tłumaczyć, dlaczego nie jest wdzięczna za wszystko, co on dla niej robi, za to, że zabrał ją na bal, że kupił jej kwiatka, że drzwi nowe wstawił. Jak ona śmie być niewdzięczna i nie dziękować od razu, gdy jego łaska na nią spłynęła?

Przesłuchałam całość nagrania udostępnionego w sieci przez Karolinę Piasecką, żonę, którą mąż katował, bił, poniżał i poniewierał. Który mówił jej, że jest nikim, że jest nic nie warta, że jest szmatą je*aną. Słuchałam i płakałam, bo nienawiść, która wylewa się z jego słów jest nieprawdopodobna i trudna do przełknięcia. Nie zatkałam uszu, nie chcę mówić „to jest straszne, nie można tego słuchać”. Nie, dzisiaj narasta we mnie wściekłość na każde: „Oj nie dało się, to wstrząsające”. Jak ktokolwiek, kto odtworzył to nagranie może tak powiedzieć? Jak można tak skomentować krzywdę, która została wyrządzona tej kobiecie, której nikt nie podał ręki, a znajomi mówili jedynie, że faktycznie on bywał porywczy. Ona przeszła przez to sama, zupełnie sama, ile godzin, ile nocy słuchała podobnych do tych z nagrania obelg, ile razy oberwała, ile siniaków musiała ukrywać?

Dzisiaj ofiara przemocy domowej ma twarz i nazwisko. Obnaża wszystkie sekrety zamknięte dotychczas w czterech ściana swojego domu. A my mówimy: „Nie da się tego słuchać”?!?

A przecież to jest krzyk rozpaczy, to jest krzyk: „Zobaczcie, jak żyłam!”. To jest palec wymierzony we mnie, w ciebie i w każdego innego, który udaje, że nie widzi, że nie zauważa.

Krzywda i tragedia tej ofiary przemocy przystrojona została w polityczny płaszcz. A przecież przemoc nie ma wspólnego światopoglądowego mianownika, nie wyznaje zawsze tych samych zasad, nie udaje, że kieruje się tymi samymi wartościami. Ale dzisiaj nikt nie mówi o ofierze – na piedestale znajduje się kat, na którym co poniektórzy rozgrywają swoją kolejną polityczną partię. Ale czy ktoś pochylił się nad ofiarą, czy oprócz: „To niewyobrażalne, co ją spotkało, współczujemy jej” pojawiło się coś więcej?

W Polsce co czwarta kobieta jest ofiarą przemocy domowej. 9 na 10 kobiet w swoim życiu przynajmniej raz staje się ofiarą przemocy – różnych jej rodzajów – seksualnej, ekonomicznej, psychicznej, nie tylko fizycznej. A my mówimy przy nagraniach Karoliny Piaseckiej: „Nie mogę tego słuchać”?!?

A co one mają powiedzieć, te wszystkie kobiety, które każdego dnia doświadczają tego, co pani Karolina? Im też mamy jedynie współczuć, a one mają zatkać uszy i udawać, że to, co mówi do nich oprawca, ich nie dotyczy. Tak wiem, zaraz ktoś mądry napisze: „Głupia jest, niech odejdzie, takiego debila niech zostawi”. I wyć mi się na cały głos chce, kiedy słyszę lub czytam takie komentarze, komentarze, które piszą kobiety, które nigdy w życiu nie doświadczyły takiego upokorzenia, którym nigdy w życiu nikt nie powiedział, że są zwykłymi śmiechami, gównem i nic nie wartym pomiotem.

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co czuje ofiara przemocy, jak zostaje upodlona i zniszczona przez drugiego człowieka, któremu przecież ufała. Jak żyje, jak zastraszone zwierzę, które drży na sam dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza. A która wychodzi na niedzielny spacer z mężem – katem i uśmiecha się szeroko do wszystkich, a one kupuje jej kwiaty od kwiaciarki na rynku. Piękna para. Tylko ona za te kwiaty obrywa w domu, za to, że na nie nie zasłużyła, że on znowu musiał na nią wydać pieniądze, a ona nawet tego nie jest warta. I nie podziękowała wystarczającą ilość razy i w taki sposób, jak on by sobie tego życzył.

Rozmawiałam z ofiarami przemocy, z ofiarami, które wyrwały się z rąk swoich oprawców, a które nawet po latach drżą na tamte wspomnienia, ich ciało pokazuje, ile zostało w nich strachu…

One kochają? Pewnie tak. Mają nadzieję, że on się jednak może zmieni? Na pewno. Ale to my musimy im pokazać, że to droga bez wyjścia, że mają prawo prosić o pomoc i tylko w jego oczach są nikim, bo dla nas jak każdy inny człowiek stanowią wartość. Dzisiaj mówiąc: „Nie mogę tego słuchać” zatykamy usta wszystkim innym ofiarom przemocy, które toczy ogromny wstyd za to, że pozwalają tak się traktować. Jak mamy je usłyszeć? Jak one mają nam zaufać? Jak mają powiedzieć: „Już dłużej nie mogę”, skoro zawsze będą się bały, że odwrócimy się i zatkamy uszy, zostawiając je same z całym tym bagażem cierpienia, z bagażem, w którym oprócz upokorzenia nie ma nic więcej.

I choć to było bolesne, wysłuchałam nagrania Karoliny Piaseckiej do końca. Bo ona z mojej strony choć na to zasłużyła, bo na to zasługuje każda ofiara przemocy, który powinna zostać przez nas wysłuchana.


Lifestyle

Po 20-tu latach małżeństwa już nóg co drugi dzień nie golę, obiadu z dwóch dań nie gotuję. I wiecie co? Dobrze mi z tym!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 marca 2017
Fot. iStock/:teksomolika

Siedzę rano skupiona na odpisywaniu na maile. Dzieciaki już w szkole. Kawa obok, w brzuchu burczy, ale śniadanie jeszcze może poczekać. Jednym okiem zerkam na mojego męża. Rozbiera się. I stoi w samych slipkach. „No co się patrzysz, rozbieraj się” – mówi i… wybuchamy śmiechem. Bo on wie, że ja próbuję pracować, a ja wiem, że on zaraz wskoczy w dresy, bo idzie ogarniać wiosennie podwórko. I tak faktycznie się dzieje. Ubiera się i wychodzi. A ja myślę: „Ja pierdzielę, kiedyś bym pomyślała, że on tak na serio i też bym się szybko rozebrała”.

No więc robię rachunek sumienia niemal 20 wspólnych lat… Czy wy też macie podobne refleksje?

Obiad z dwóch dań

Tak, robiłam dawno temu. Zupkę, drugie danie, a jeszcze o deserze nie zapominałam. Ciasto w weekend to była norma. Teraz? Poznałam wszystkie tajemnice mrożonek, zwłaszcza jak można do nich ugotować ryż, podsmażyć pierś z kuraka i obiad w 15 minut gotowy. Bosko jest, gdy wystarczy na dwa dni.

Rączka w rączkę

Ja wiecznie gdzieś za nim gonię, zawsze jestem pół kroku z tyłu i drę japę: „Czy ty możesz na mnie poczekać, ja też idę”. Wtedy na chwilę wyhamowuje, by po kilkunastu krokach znowu gnać. A kiedyś? Kiedyś za rączunię wszędzie. „Zakochana para Jacek i Barbara”.

Wspólne wieczory

Pamiętacie to jeszcze? Kiedyś przytuleni na kanapie oglądaliście wspólnie film przez jakieś… 15 minut, by w końcu i tak stwierdzić, że seks jest lepszy od najbardziej oscarowego hitu. Teraz wspólna kanapa służy do tego, by ułożyć się tak, by podczas filmu… zasnąć. Najlepiej jak najwygodniej i z jak największą ilością koca.

Wszystko razem

Oj tak. Jak do kina to razem, jak na spacer (o matko jaki spacer) to wspólnie, na imprezę – no jakżeby inaczej, jeśli nie razem. A teraz? Ja tam marzę, by się wyrwać z domu samej, żeby on z dziećmi został. A jak przyjaciółka dzwoni: „Koncert? W sobotę? Babski wypad” – to nawet mu nie mówię o planach. To znaczy mówię, ale na godzinę przed wyjściem, że wychodzę. On szczęśliwy i ja szczęśliwa. Bo on, jak znowu najdzie go ochota na męski weekend, nie będzie mieć skrupułów, podobnie, jak ja, gdy odbije mi z samotną wyprawą w ukochane góry.

Gra wstępna

Kiedyś mogła przeciągać się w nieskończoność. Ba, trwać pół nocy nawet. A teraz… przyznajcie szczerze, ile trwa najczęściej? 10 minut? Pewnie maks, bo zmęczeni, bo jutro praca, bo dzieciaki rano na wycieczkę. Nie, żebyście narzekali, ale jednak… Różnica jest.

Seks

Pamiętam, jak kiedyś od wiele lat starszej kobiety usłyszałam: „Seks, ja już go tak znam, że wiem, gdzie dotknąć jak złapać, żeby zadziałało”. Myślałam: „O matko”… Dziś będąc niewiele młodsza od niej wtedy, mogłabym jej podać rękę…

Kolacja przy świecach

Tylko wtedy, gdy prąd wyłączą i siedząc naprzeciw siebie klniemy, że telefon niedoładowany, że netu brak i w ogóle czemu ten świat taki zelektryzowany.

Łazienka

Pamiętacie ten czas, kiedy myślałyście, że nigdy się przy nim nie załatwicie i odwrotnie, że byście nie chciały widzieć go siedzącego na klozecie. Po tylu latach jednak się zmienia perspektywa prawda? Jak już was widział, jak rodziłyście, jak wymiotowałyście na imprezie – ba, nawet wam palce swoje wkładał, żeby ulżyć… Tak, intymność nabiera innego wymiaru… zupełnie innego.

Higiena

Nogi golone co drugi dzień, bikini mogłaś nawet woskiem, depilatorem i czym tam jeszcze doprowadzać do gładkości. Cóż, nie ma co ukrywać, że gdy nadchodzi zima, a nogi chowamy pod spodniami albo grubymi rajstopami, to golenie i depilacja schodzą na bardzo, baaaaaardzo daleki plan. I myślisz sobie nawet – przecież faceci i tak nie zwracają na te owłosione nogi uwagi, to tylko nasz, kobiecy wymysł.

I tak sobie pozostałam przy tych porannych rozmyślaniach, kiedy to mąż tylko „zażartował” z tym rozbieraniem się. Cóż, tacy byliśmy jeszcze wczoraj – młodzi, zakochani, zapatrzeni w siebie. Ale wiecie co, wolę to, co dziś. Na szczęście nie muszę robić obiadu z dwóch dań, szorować podłogi, że niby taka pedantka jestem i mogę spokojnie zostawiać nieumyte po kolacji naczynia, bo zwyczajnie mi się nie chce sprzątać. I jeszcze mogę powiedzieć: „Matko, jakie mam nogi już owłosione”, bo wiem, że on mnie przygarnie do siebie, powie: „Kocham te twoje owłosione nogi” i pocałuje w czoło, w czoło, bo chwilę wcześniej zjadł tatara z dużą ilością cebuli… Kiedyś bym udawała, że tego smrodu nie czuję myśląc, jak cudowną jednością jesteśmy.

Nie, brrrrr. Strzepuję z siebie te wspomnienia. Wolę jednak tu i teraz, kiedy mogę być sobą, nie muszę nikogo udawać, być lepsza, mądrzejsza i piękniejsza. Mogę wstać z włosami sterczącymi w różne strony, zasnąć na kanapie, bo on wie, że to nie jest przeciwko niemu, tylko zwykłe zmęczenie. Mogę powiedzieć, że mi się nie chce. Że nie mam ochoty. Lubię ten nasz zbudowany na 20-tu latach dystans – do nas samych, do siebie nawzajem. Lubię to zrozumienie w jego oczach, gdy udaję, że z nim oglądam film, a jednak przysypiam. I gdy mówi: „Przestań te wszystkie 20-tki do pięt ci nie dorastają”. Ha. Wtedy sobie myślę: „Gotujcie te swoje obiady, szorujcie podłogi i dbajcie o gładkie bikini”. To minie i za kilka lat okaże się kompletnie w waszym związku niepotrzebne, bo inne rzeczy będą dla was ważniejsze.

P.S. Ale kolację przy świecach zaplanowałam na weekend. Dzieci do przyjaciółki poślę. 😉


www.steroid-pharm.com

www.steroid-pharm.com

Становер