Lifestyle

„Przyjaźń między facetem a kobietą jest niemożliwa i i tak za jakiś czas wylądują w łóżku”. Naprawdę?

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
1 grudnia 2017
Fot. iStock/pixelfit
 

Jakiś czas temu siedziałem w jednej z gdyńskich kawiarni, czekając na osobę, z którą miałem się spotkać, i napawałem się obecnością ludzi, gwaru, przyglądałem się osobom siedzącym po sąsiedzku. Lubię to, lubię przyglądać się obcym ludziom i dopisywać sobie w myślach ich życiorysy.

No więc siedzę sobie w kawiarni, a po sąsiedzku cztery koleżanki – przyjaciółki, w wieku mniej więcej trzydziestu lat. Ubrane od stóp do głów w Pradę, Miu Miu, Dolce&Gabbana – kompletnie nic oryginalnego, zero zwariowanych akcentów, ani pół góralskiego serdaka, żadnych kamizelek na drutach czy torebki po babci.

Ciuchy nowe, jakby wyjęte z magazynu stylistów amerykańskiego serialu. Po jakimś czasie doszła do nich piąta przyjaciółka, natchniona w wersji new age – miała na sobie wszystko hindusko-afrykańskie łącznie z toną koralików i chust wyszperanych w india shopie.

Zaczęły kompletnie nieinteresującą rozmowę o niczym… Jak to zwykle bywa, gdy spotykamy się z kimś, kogo długo nie widzieliśmy, relacjonowały, co u nich słychać, jak się mają itd. Interesująco zaczęło być dopiero, gdy dziewczyna z india shopu stwierdziła, że Marek jest jej przyjacielem. I tylko przyjacielem. Wystylizowane panie podzieliły się na dwa obozy. Dwie twierdziły, że tak być nie może, bo przyjaźń między facetem a kobietą jest niemożliwa i i tak za jakiś czas wylądują w łóżku albo, w najczarniejszym scenariuszu – połączy ich uczucie. Pozostałe dwie doszły do wniosku, że skoro to tylko przyjaźń, to on na pewno musi być gejem! Zupełnie nie rozumiem skąd przypuszczenie, że to Bogu ducha winny Marek ma mieć inną orientację, a nie ich koleżanka. Może to ona woli dziewczyny? 😉 A tak już zupełnie serio… może po prostu rzeczywiście są przyjaciółmi. Bo przecież przyjaźń między mężczyzną, a kobietą istnieje, prawda?

Miałem przyjaciółkę. Trzymaliśmy się razem od dziecka. Nigdy nie połączyło nas nic więcej poza przyjaźnią. Nie wylądowaliśmy razem z łóżku. To była osoba, do której mogłem zadzwonić w środku nocy, że mam problem, a ona ruszyłaby mi na pomoc. Wspieraliśmy się wzajemnie w dążeniu do swoich celów, pomagaliśmy sobie, mogliśmy rozmawiać o absolutnie wszystkim… do czasu, aż Kasia wyszła za mąż. Bartek, którego zdecydowała się poślubić – delikatnie powiedziawszy, nie przepadał za mną. Nie był w stanie pojąć naszej przyjaźni. Zrobił wszystko, co tylko był w stanie, żeby tę przyjaźń zabić. Nie do końca mu się udało… przyjaźnimy się nadal. Chyba? Bo… od lat nie mam z Kasią żadnego kontaktu, tylko dlatego, że on sobie tego nie życzy i zabronił jej się ze mną kontaktować.

Wśród moich znajomych również panuje przekonanie, że przyjaźń między mężczyzną a kobietą jest niemożliwa. Najczęściej pada sugestia, że zawsze prędzej, czy później któraś ze stron zacznie czuć coś więcej. Gdy druga strona tych uczuć nie odwzajemni – pojawia się rozczarowanie, frustracja, która bywa początkiem końca przyjaźni. Równie często pada sugestia o podtekście seksualnym takiej znajomości. Niezależnie od tego czy para wyląduje w łóżku, czy też nie, daj Boże jedna ze stron będzie chciała, a druga nie – to nie wróży nic dobrego, a tym samym taka przyjaźń z góry skazana jest na niepowodzenie.

Wypytywałem zawzięcie i niemal nikt nie był w stanie wskazać mi przyjaźni damsko-męskiej, która trwałaby latami i przez cały ten czas pozostawałaby wyłącznie przyjaźnią.

A Wy – macie takie doświadczenia? Wierzycie w przyjaźń damsko-męską? A może same przyjaźnicie się z facetami?


Lifestyle

Przysięga małżeńska nakazuje nam kochać się w zdrowiu i w chorobie. Życie pisze nam różne scenariusze

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
13 sierpnia 2018
Fot. iStock/themacx
 

-Lepiej być samemu niż z byle kim – oznajmił X przy sobotnim piwie. – Byle kim? – zdziwiłem się… – Przecież byliście ze sobą od kilku lat! Sprawialiście wrażenie szczęśliwych!  – No właśnie… wrażenie! A to tylko pozory…

Po tej rozmowie zacząłem przyglądać się relacjom par wokół mnie. Moi rodzice przeżyli w małżeństwie ponad 40 lat, ale zawsze… no przynajmniej odkąd pamiętam, żyli raczej obok siebie. Jak bardzo nie sięgam pamięcią wstecz – każde z nich miało swoje życie, zainteresowania, pasje. Sprawiali wrażenie raczej dobrych znajomych, niż wielce zakochanej pary. Byli diametralnie różni, pod wieloma względami sprawiali wrażenie niedopasowanych.

Z trzech sióstr jedna jest w szczęśliwym (mam nadzieję, że nie z pozoru) małżeństwie, druga ani myśli wiązać się z kimkolwiek, trzecia jest po rozwodzie i, jak twierdzi, dopiero teraz cieszy się życiem.

K. i M. stanowią wybuchową mieszankę – kłócą się tak, że dom trzęsie się w posadach, ale chwilę później godzą. Ich związek to ciągła sinusoida – rozstają się, schodzą… On się wyprowadza, ona wyrzuca go z domu, on odchodzi, ona odchodzi, ale… tak naprawdę bardzo się kochają. Nie wyobrażają sobie bez siebie życia. Być może dlatego, że rozwiązują wszelkie konflikty na bieżąco, nie zamiatają nic pod dywan, tylko zawsze jedno drugiemu gotowe jest wszystko… wykrzyczeć nie ma później efektu lawiny i fali wzajemnych pretensji. Nie mówiąc już o tym, że stanowią ciekawostkę dla reszty znajomych – czy to akurat moment, że są razem, czy chwilowo nie. Sam byłem świadkiem jakichś… siedemnastu „definitywnych końców” tego związku. Mimo to nadal wierzę, że są dla siebie stworzeni. 🙂

A. i T. są ze sobą od kilku miesięcy… po latach! Byli parą w liceum, ale później drogi ich się rozeszły. Niedawno znowu się spotkali. Przypadkiem, choć może to przeznaczenie popchnęło ich ku sobie i opatrzność chciała, by się spotkali? Igraszki losu. W każdym razie – błysk, piorun z jasnego nieba! Uczucie spadło na nich z siłą huraganu. Są niemal nierozłączni. On przeprowadza się dla niej z Warszawy do Trójmiasta. Zamyka wszystkie swoje sprawy, kończy, co ma do skończenia i…

A. i A. to wspaniała rodzina. Patchworkowa, ale tym bardziej spójna, silna i… cudowna! A. związał się z A., gdy ta była po rozstaniu z mężem i ojcem jej dziecka. Powiedzenie, że można trafić komuś do serca przez żołądek – w tym wypadku zadziałało. Pracowali razem, a ona każdego dnia przynosiła do biura pyszności… z myślą o nim. Spotykali się coraz częściej po pracy i odkryli, że mają ze sobą zadziwiająco wiele wspólnego. A. pokochał synka A. niczym swoje własne dziecko. Mimo, że ta relacja od początku nie była łatwa… są razem już ponad 10 lat. Ona wcześniej zdradzana miała silną potrzebę kontrolowania, nie była gotowa zaufać. Na horyzoncie cały czas był ojciec jej dziecka. Niby już tego faceta nie kochała, ale zważywszy na dziecko. nie było szans, by był to w 100 % zamknięty rozdział. Tym bardziej, że mimo iż rozstali się jakiś czas temu wydawało mu się, że ma prawo decydować o tym z kim ona się zwiąże.

A. mając poczucie porażki, że jej małżeństwo nie przetrwało, starała się swojemu synowi rekompensować rozbitą rodzinę i… rozpieszczała go na potęgę. Nie była w stanie mu niczego odmówić – niezależnie od tego czy chodziło o formę spędzania czasu, czy zakup kolejnej zabawki, gry, konsoli. Zupełnie jakby nie docierało do niej, że jej syn nie wychowuje się w rozbitej rodzinie, bo A. kocha jej syna jak własne dziecko. A. świetnie sprawdzał się, gdy trzeba było zająć się dzieckiem, dołożyć się do utrzymania, ale gdy tylko próbował wychowywać, być konsekwentny, stanowczy – nagle brutalnie przypominała mu, że to nie jego dziecko. Na szczęście to tylko początki – teraz jest już znacznie, znacznie lepiej.

Udało im się dojść do porozumienia… bo wiele ze sobą rozmawiali i… chcieli się porozumieć. A to chyba klucz do stworzenia naprawdę zdrowej, wspaniałej relacji i to im się udało.

K. i Z. rozstali się po dwudziestu latach, co nie było specjalnym zaskoczeniem dla nikogo. Ba! Można powiedzieć, że wszyscy odetchnęli z ulgą. Z. zdradzał K. od bardzo dawna. Ona o tym wiedziała. Też od dawna… I coraz bardziej gasła, zamykała się w sobie. Nic nie wskazywało jednak, by w końcu zdecydowała się odejść. Na szczęście w końcu spadła ta kropla, która przelała czarę goryczy i… od kilku tygodni próbuje mierzyć się z rzeczywistością. Sama. Była silną kobietą… kiedyś. Mam nadzieję, że ma w sobie tę siłę nadal. Wierzę, że niejedno nam jeszcze pokaże i udowodni wszystkim, że jak się chce – można wszystko!

Przysięga małżeńska nakazuje nam kochać się w zdrowiu i w chorobie. T. jest świetnym przykładem właśnie takiej miłości. S. jest sparaliżowana po wypadku samochodowym. Mimo rehabilitacji – nie ma wielkich szans na poprawę jej stanu zdrowia. Nigdy nie będzie chodzić, ani sama funkcjonować. T. jest programistą. Pracuje w nocy, a całymi dniami opiekuje się S.. Wielokrotnie słuchałem komentarzy znajomych, że powinien ją zostawić, bo marnuje sobie życie i gotowałem się na tego typu słowa. Uważam je za bezduszne. To właśnie dla mnie prawdziwa miłość. Wystawiona na próbę. Cholernie ciężką. Miłość oparta na wielkim poświęceniu, ale MIŁOŚĆ.

A ja? Po wielkim uczuciu – najpiękniejszej miłości, serii epizodycznych relacji, krótkich związków… cały czas szukam, cały czas wierzę, że miłość spotka mnie raz jeszcze. Choć wiem, że pewnie zaprzepaściłem sporo szans, z części nie skorzystałem… ze strachu, głupoty, bezmyślności. A może z powodu myślenia aż nazbyt wiele? Zamiast po prostu rzucić się w ten miłosny wir – nie dawałem sobie szansy. Sęk w tym, że ilekroć na kimś naprawdę mi zależy, jestem pod czyimś wrażeniem to… nie daję sobie i tej osobie szans. Tak jakbym chciał uniknąć rozczarowania tej osoby mną samym. Nie, nie… to nie kwestia kompleksów. Ja naprawdę uważam, że jestem fajny… 😉 Dziwny, nie przeczę, ale fajny. 😉


Lifestyle

Nie chcemy mieć dzieci. Zresztą nie po to zarzynam się nocami na siłowni, żeby teraz zniszczyć sobie figurę przez jakiegoś dzieciaka

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
1 grudnia 2017
Fot. iStock/YakobchukOlena

Dawno niewidziani znajomi zaprosili mnie do siebie. Przyjechałem do najnowocześniejszego wybudowanego właśnie w Gdańsku, eleganckiego apartamentowca, z portierem w recepcji. Wszedłem po marmurowych schodach, wjechałem chromowaną windą, w absolutnej ciszy. Tuż za progiem przywitała mnie uśmiechnięta para nowoczesnych, energicznych ludzi sukcesu. Pracowali od świtu do nocy. Ona w jednej z największych agencji reklamowych, on jako prezes banku, niemal bez przerwy pod telefonem, bez przerwy przy komputerze. Ona podobno – gdy miała ważny kontrakt – potrafiła nie wychodzić z agencji i dwa tygodnie, spała w biurze, brała prysznic, jadła (błogosławiony catering dietetyczny) i pracowała dalej.

Pokazali mi to swoje imponujące mieszkanie. W pewnym momencie ku memu zdziwieniu zauważyłem, że ono nie ma… kuchni. Mieli olbrzymi salon kąpielowy z niesamowitą, wielką wanną, olbrzymi prysznic, saunę za szklanymi drzwiami i małą siłownię. Do tego wyłożona miękkim dywanem sypialnia i pięćdziesięciometrowy salon, cały urządzony z szarościach, wygodny, z olbrzymimi, miękkimi sofami i barkiem, na którym stał ekspres do kawy i czajnik elektryczny. Pół ściany zajmował olbrzymi ekran, zupełnie niczym w kinie. On opowiadał o jakichś nowinkach technicznych, które wykorzystali przy projektowaniu wnętrza, dzięki czemu mogą cieszyć się krystalicznie czystym dźwiękiem, gdy oglądają filmy, albo słuchają muzyki. Tylko czasu brak na oglądanie…

Jedliśmy zamówione dania z tajskiej restauracji, siedzieliśmy na miękkich sofach, każdy przy swoim malutkim szklanym stoliku. Stołu do wspólnego celebrowania posiłków również nie było. Rozmawialiśmy o tym, że nie jestem w stanie pojąć, jak mogą obyć się bez kuchni. Oni twierdzili, że kompletnie jej nie potrzebują, bo jadają wyłącznie na mieście albo w biurach.

– A co z dziećmi? – zapytałem w pewnym momencie
– Jakimi dziećmi? – odpowiedzieli zgodnym chórem pytaniem na pytanie wzdrygając się nieco.

Dzieci absolutnie nie wchodzą w grę – stwierdziła ona. Nie chcemy mieć dzieci. Zresztą nie po to zarzynam się nocami na siłowni, żeby teraz zniszczyć sobie figurę przez jakiegoś dzieciaka. Poza tym… wyobrażasz sobie mnie zmieniającą pieluchy? – powiedziała z nerwowym śmiechem. Nie, dzieci są obrzydliwe, zasmarkane… nie, nie, nie! To stanowczo nie dla mnie.

Spędziliśmy resztę wieczoru na rozmowach, śmiechu. Przez cały czas towarzyszył nam w tle koncert symfoniczny odtworzony w najwyższej jakości dźwięku. Było bardzo miło, chociaż gospodarz wydawał mi się nieco przygaszony. Zrzuciłem to na karby zmęczenia. On nawet podczas mojej wizyty przez cały czas był w pracy. Podłączony do laptopa niczym do życiodajnej kroplówki, albo aparatu tlenowego.

W końcu postanowiłem się zbierać. Kierowca gospodarza czekał przed budynkiem, by odwieźć mnie do domu. Ledwo zasiadłem w skórzanym fotelu z tyłu pojazdu, gdy zawibrował mój telefon. Dostałem SMS-a od niego: „Ja chciałbym mieć dzieci. Bardzo. Viola nie chce o nich słyszeć. Kocham ją, więc pozostaje mi się pogodzić z jej decyzją.”

Od tamtej pory nie mogę przestać o tym myśleć. Sam bardzo chciałbym mieć dzieci. Duuużo dzieci. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Ba! Upatruję w nich w dużej mierze sens mojego istnienia. I nie, nie chodzi mi o przedłużenie rodu, ale raczej przywołanie na świat istot, które pokocham całym sercem, za które będę odpowiedzialny, które będę uczył życia, przekazywał wiedzę, doświadczenia.

Czy byłbym w stanie pokochać kobietę, które stanowczo deklaruje, że dzieci nie wchodzą w grę? Czy w imię miłości byłbym gotów do takiego poświęcenia?
Czy taki związek jest w stanie przetrwać? Niby ich przykład pokazuje, że tak, ale… jak długo? Co jeśli on pewnego dnia stwierdzi, że jednak nie jest w stanie tak dłużej? Pytań sporo… i żadnych odpowiedzi.

A Wy co sądzicie o takiej postawie?


kokun.net/offers/levitra-kaufen

https://anabolik-store.com.ua/gormon-rosta

acheter viagra sans ordonnance rennes