Lifestyle

„Ostatnie Tango w Paryżu” po polsku, czyli nowa kolekcja Lou Saints

Redakcja
Redakcja
15 kwietnia 2016
Lou Saints
Fot. Materiały prasowe
 

Lou Saints siostrzaną markę Lilou założoną przez Magdalenę Mousson-Lestang odkryłam przypadkiem. Przyznaję, że jeszcze nic nie posiadam w swojej kolekcji, ale kilka rzeczy trafiło na moją listę pożądania ;).

Po raz kolejny linia prêt-à-porter  została stworzona we współpracy z projektantką mody Anną Poniewierską.

Nowa kolekcja Lou Saints dostępna jest w butiku Lilou przy ul. Mokotowskiej 63 w Warszawie, przy ul. Wrocławskiej 21 w Poznaniu oraz w Concept Store by Lilou w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 20. Zapewniam, że wrażenie estetyczne będziecie miały zapewnione… Marka gwarantuje modę na wysokim poziomie. Starannie dopracowanie detale, wszystko niezwykle kobiece.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Inspiracją do jej powstania były kostiumy z filmu „Ostatnie Tango w Paryżu” z 1972 roku, w którym zagrali Marlon Brando oraz debiutująca wówczas Maria Schneider. Filmowy obraz głównej bohaterki w otulających kożuchach zestawionych na zasadzie kontrastu z delikatnymi zwiewnymi sukniami, stał się dla marki punktem wyjścia do wykreowania ponadczasowych płaszczy,  marynarek oraz sukienek w stylu lat 70., wpisujących się w aktualne trendy. Nowa kolekcja Lou Saints powstała z myślą o kobietach ceniących elegancję, pragnących zaznaczyć swoją zmysłowość.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

W kolekcji Lou Saints nie brakuje subtelnych przezroczystości, dekoltów, podkreślonej talii. Mając na uwadze kobiecą sylwetkę w płaszczach i marynarkach zastosowano ultralekkie kroje, które wysmuklają. Sukienkom i bluzkom zmysłowości dodają troczki przy rękawach lub wiązania na kokardę pod szyją. A garnitury układają się blisko ciała. Dominuje stonowana kolorystyka beżu, bieli, czerni i głębokiego morskiego z efektownymi akcentami w postaci unikatowych wzorów.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Wyrafinowane ubrania Lou Saints wykonano z najwyższej jakości tkanin, takich jak wełna bouclé, jedwabny muślin lub kreszowany len. Dopracowane są w każdym detalu – od koloru stebnówki, przez mereszkowane brzegi, po ręcznie przyszywane guziki z masy perłowej. Taka dbałość o szczegóły pozycjonuje markę w segmencie mody premium dla wymagających klientek, które na co dzień chcą czuć się wyjątkowo i wyglądać perfekcyjnie.

GALERIA ZDJĘĆ

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

18

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe


Lifestyle

Kawa. Poznaj sposoby jak ją odchudzić, by nie szła w boczki

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
15 kwietnia 2016
Fot. Pixabay / shixugang /
 

Kawa to magiczny napój, bez którego dnia nie wyobraża sobie chyba większość z nas. Aromatyczna, pyszna, pobudzająca, w wielu wariantach smakowych. Sypana, rozpuszczalna, z ekspresu. Ile osób tyle ulubionych przepisów na najlepszą kawę. Kawa znakomicie potrafi rozruszać umysł i pomaga skoncentrować się na zadaniu, gdy mózg odmawia współpracy. 

Niestety kawa niesie ze sobą pewne ryzyko. Jej nadmiar nie tylko wpływa źle na samopoczucie, ale potrafi poszerzać obwód w pasie. Oczywiście sama kawa nie tuczy, ale wszystko to, co tak chętnie dodajemy dla smaku i aromatu ma w tym niemały udział.

Co ciekawe, kawa słynie z kofeiny, która zwiększa procesy termogenezy,  poprawiając metabolizm i dodaje energii, dzięki czemu spala więcej kalorii podczas aktywności fizycznej. W opozycji do tego dobrego działania, kawa stymuluje wydzielanie kortyzolu, zatrzymującego sól w organizmie i odpowiadającego za odkładanie się tłuszczu. Lepiej więc pić ją w wersji mniej kalorycznej i przyjrzeć się dodatkom, które w niej lądują każdego dnia.

Cukier. Kawosze często próbują złagodzić charakterystyczny goryczkowy posmak napoju, dodając biały cukier. Może się wydawać ze ja jedna, góra dwie łyżeczki nie robią różnicy. A jednak cukier dostarcza mnóstwo pustych kalorii i nie posiada wartości odżywczych. Lepiej jest słodzić odrobinę mniej kalorycznym, ale o wiele zdrowszym miodem, lub melasą , cukrem brzozowym, syropem klonowym i syropem z agawy.

Mleko. Czy do zabielenia, czy w postaci lekkiej pianki unoszącej się na kawie, mleko jest tak samo kaloryczne. Jeśli lubicie jego dodatek, wybierzcie mleko odtłuszczone lub sojowe, migdałowe lub ryżowe. Są one mniej kaloryczne, zawierają mniej węglowodanów i pozbawione są niezdrowego cholesterolu.

Dodatki do kawy. Jeśli do tej pory piłaś jedynie klasyczną małą czarną, zaryzykuj i spróbuj kawową wariację ze zdrowymi dodatkami np. z cynamonem czy kakao. Zawierają one wiele mikroelementów oraz różnorodne dobroczynne działania dla organizmu. Wystarczy ich szczypta by wzbogacić kawę o smak i zdrowe działanie.

Bezkofeinowa alternatywa. Czyli kawa zbożowa, jęczmienna lub orkiszowa. Są mniej pobudzające, lecz zdrowsze jako źródło witamin i minerałów. Ponadto zmniejszają uczucie głodu i poprawiają przemianę materii, łatwiej będzie zrezygnować nam z ciasta do takiej kawy.


Lifestyle

Pożyczone życie zawsze wróci do właściciela, zostawiając nas samych sobie

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
15 kwietnia 2016
Pożyczone życie
Fot.Splitshire / /

Dostało nam się życie. Każdy dostał, w pakiecie. Kiedy supernowa wybuchła w maminym brzuchu, tak życie się poczęło. Dziewięć miesięcy później, przez wąski tunel,pomknęliśmy w stronę światła. I zaczęła się egzystencja. Lubię sobie wierzyć, że każdy z nas stworzony został do jakiejś tam wielkości. Niekoniecznie tej największej, ale za to maksymalnej na indywidualną miarę. Każdy dostał talentów kupę, a potem dostał też wolną wolę i to poniekąd spaprało całą robotę.

Wolna wola…

No tak… uhhh…. ajjj… auććć. Niby fajna sprawa, bo człowiek tyle może! W zasadzie wszystko może, podług zasady: róbta co chceta bracia i siostry, bo skoro nie zabronione to dozwolone. Wyobraźni tylko trzeba mieć na tyle by po chmurach z gracją biegać.

Z drugiej strony, jak tyle człowiek może, to pewnie też i nic nie musi. Wyobraźni też więc nie musi uaktywniać, by na te chmury się wznieść. Bo jak nic to nic. Zero wysiłku. Kanapa, pilot, nudna robota, a i mąż też szarobury. I tak życie zamiast być tęczowe jest jak ten mąż, kompletnie szarobure. Talenty leżą na wpół zdechłe, inspiracja omija nas szerokim łukiem, a kreatywność nawet nie wie, że rzekomo istniejemy.

Bo oto w ramach wolnego wyboru wybraliśmy, że życia własnego żyć nie będziemy. Wysiłku wymaga takie życie, a więc nie, dziękuję. Zamiast tego życie sobie pożyczę, od sąsiada, koleżanki, pani z telewizji, córki polityka, albo syna pana księdza. Im kto bardziej kontrowersyjne życie wiedzie, im bardziej pikantne i warte ploteczki, tym lepiej! Takie życie sobie wezmę i tak się nim nasycę, że aż brzuch mnie będzie bolał.

Ileż to ludzi tak żyje, nieustannie wertując karty życia cudzego? 

A ileż tam analizy jest, rozkładania zdarzeń na atomy? Ileż ocen? O! Tych to jest zwłaszcza wiele, bo na każdy aspekt cudzego życia przynajmniej jedno zdanie mamy. I ba! Nie szczędzimy naszej opinii, bo im więcej opiniujemy, tym bardziej cudzym życiem żyjemy. A to, paradoksalnie,daje nam poczucie, że żywi jesteśmy jak nigdy! Z kanapy się zrywamy i jeśli nie na plotkarską kawę z koleżanką, to przynajmniej na jakiś portal internetowy się wbijamy i z pasją, o jaką sami się nawet nie podejrzewamy, rzucamy się w wir nieswojego życia jak w jakąś obezwładniającą przyjemność. Potem wciągamy w tą akcję przyjaciół, znajomych, nieznajomych, wrogów… każdego kto tylko wciągnąć się da do tego, by podgrzewać, podjudzać, do pieca dorzucać tak, żeby aż gorąco było od życia, które nasze nie jest.

Fajnie, tylko gdzie tu sens? I czy doprawdy cudze życie warte jest większej uwagi niż nasze własne, zaniedbane, po macoszemu traktowane istnienie? Czy doprawdy nie zasługujemy na to, by na sobie się skupić, na tych talentach nam tylko danych, które puszczone w ruch okazać się mogą o niebo ciekawsze od życia pani X na Fejsbuku?

Swoją drogą, ten cały internetowy ruch pospolity, ciągłe posty, ekshibicjonistyczne pokazówki… żyjemy tym jak powietrzem komentując w nieskończoność, kłócąc się zawzięcie, niektórzy nawet przyjaźnie kończą, albo sami kończą… skasowani. Czy naprawdę potrzeba nam takiej rozrywki, z braku lepszego słowa?

Kiedyś sąsiadki skanowały cudze życie wyglądając wiecznie przez okna i nasłuchując via kaloryfer co też u sąsiada się dzieje. Było to jednak jakoś tak bardziej naturalne, bardziej ludzkie, powiedzmy. To co dzieje się obecnie, ludzkie nie jest już wcale. Dostając dostęp nieograniczony do człowieczych historii, porzucamy całkowicie wysiłek stworzenia historii własnej. I robi się tak jakby naprawdę nas nie było. Przestajemy tworzyć, przestajemy marzyć i tylko wegetujemy przyczajeni w oczekiwaniu na kolejną historię, do której podpiąć się będziemy mogli jak do jakiejś butli z tlenem.

Wolna wola dobra rzecz, ale w tym kontekście to raczej przyczynek demoralizacji, w wyniku której zamieniamy się w istoty plotkarskie i płytkie po prostu. O leniwych nie wspominając. Szkoda to wielka, bo wybór w drugą stronę, choć pozornie trudniejszy, powinien przecież być oczywisty, instynktowny niemalże. To bowiem wybór własnej wyjątkowości, wybór który czyni każdego z nas wielkim na miarę własnej, indywidualnie pojmowanej wielkości,powinien być naszym pierwszym wyborem. Wybierając siebie, świadomie przeżywając własną historię, idziemy pełną parą w kierunku pełnego satysfakcji, spełnionego życia. Wybierając życie cudze, zapożyczając historie nie swoje, jesteśmy li tylko widzami. Kiedy seans się kończy, zostaje pusta, ciemna sala. Pożyczone życie zawsze bowiem wróci do właściciela, zostawiając nas samych sobie. Smutnych i zagubionych. No i gdzie tu jest sens?


Zobacz także

„Kocham cię, nie mogę bez ciebie żyć” – notorycznie mi powtarzał. Przez dobrych kilkanaście miesięcy żyłam w strachu

Odkryj w sobie talent! Akcja „Kwiecień-plecień, czyli upleć nam ciekawą historię”

Witaj szkoło… no i się zaczęło. Jak planować, żeby nie oszaleć? Akcja „Rodzic wraca do szkoły”

http://www.farm-pump-ua.com/

http://www.farm-pump-ua.com/

кломифен купить