Lifestyle

Nie potrzebuję nakazów ani zakazów. Wstydzę się jednego – że okłamałam mojego męża nie mówiąc mu o aborcji

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 października 2016
Fot. iStock / lofilolo
 

To nie jest łatwy temat. To jest właściwie temat, o którym nie mówi się głośno, który kryje się w zaciszach domów. A właściwie bywa tajemnicą tylko jednej osoby – kobiety. Nam najłatwiej osądzać, krytykować, poddawać pod ocenę. Ale dając wolny wybór, dajemy sobie prawo i do takiego wyboru. Usłyszałam historię i długo nie wiedziałam, co z nią zrobić. Może po prostu przeczytajcie:

„Dlaczego opowiadam swoją historię? Żeby pokazać, że nikt i nic nie jest w stanie mi niczego narzucić. Że żadne zakazy ani nakazy, nie mogą zmienić mojej decyzji. W końcu, że ubezwłasnowolnienie kobiety jest równoznaczne z jej poniżeniem i upokorzeniem.

Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Wiedziałam to od zawsze. Nie było we mnie żadnych emocji związanych z potrzebą zostania matką, z chęcią przytulenia niemowlaka. Kiedy ktoś mówił, jakie to cudowne doświadczenie, jakie wyjątkowe i czyniące kobietę szczęśliwszą i spełnioną, patrzyłam ze zdziwieniem. Bo przecież nie każda kobieta musi chcieć zostać matką, mieć własne dzieci, zwłaszcza gdy nawet te najbliższe, jak choćby dzieci twojej siostry, nie wzbudzają w tobie kompletnie żadnych macierzyńskich odruchów. Słowo macierzyństwo jest dla mnie przezroczyste.

On mówił na początku, że rozumie, że jemu na dzieciach właściwie też nie zależy, bo przecież kocha mnie i nic więcej się nie liczy. Ale później, już po ślubie, usłyszałam: „Ale zobaczysz, jak zajdziesz w ciążę, to pokochasz, jak się urodzi, to wszystko się zmieni, to wszystko poczujesz”. Chciałam pytać: jakie wszystko?

Późno wyszłam za mąż, bo dobrze po 30-tce. Jestem kobietą niezależną, lubiącą swoją pracę, aktywny tryb życia. Chodzę na siłownię, basen, dbam o siebie. Lubię wyjeżdżać na weekend, żeby polenić się w jakimś fajnym SPA. Wolność jest jedną z najwyższych dla mnie wartości. I miałabym z tego zrezygnować tylko po to, żeby się przekonać, czy drzemią we mnie macierzyńskie uczucia, które próbuje się mi w mówić?

Pomyślałam: „Dobra, spróbuję, co mi właściwie szkodzi”. Zresztą nie liczyłam, że zajdę w ciążę, kto w tym w tym wieku zachodzi łatwo – wszyscy specjaliści alarmują, że im później staramy się o dziecko, tym mniejsze szanse na jego poczęcie.

Ale ja zaszłam w ciążę szybko. Bardzo szybko. I od razu usłyszałam: „ciąża zagrożona, proszę leżeć, uważać na siebie i dziecko”. To było jak atak na moje jestestwo, na moją wolność, na moje prawo do decydowania o sobie. Byłam jak w klatce. Nic mi nie było wolno, mąż wpadał w szał widząc, że wstaję, żeby ugotować obiad. A ja tak nie chciałam, wszystko się we mnie buntowało, wszystko krzyczało, nie chciałam tej ciąży, tego dziecka. Byłam przykuta do łóżka bez możliwości wyboru…

Poroniłam i… poczułam ulgę. Nie było we mnie żalu, poczucia straty, potrzeby przeżycia żałoby. Cieszyłam się, że wszystko wraca do tak przeze mnie akceptowanej normy, normy, w której jest mi dobrze. Nie miałam wyrzutów sumienia, bo w końcu spróbowałam, miałam to za sobą, upewniłam się tylko w tym, że bycie mamą nie jest dla mnie. Że nie chcę nią być. Odetchnęłam, bo na pytanie, dlaczego nie mamy jeszcze dzieci mogłam spokojnie i szczerze odpowiedzieć: „Poroniłam” i nie tłumaczyć się, dlaczego nie chcę zostać matką.

Dwie kreski na teście kilka miesięcy później. Nie wiem, jak w swojej naiwności mogłam do tego dopuścić. Wszystkie objawy ciąży dopadły mnie natychmiast, nie było mowy, żeby udawać, że nic mi nie jest, żeby dać sobie chwilę czasu… Mój mąż znowu oszalał. Chciał mnie umawiać do specjalistów, kazał leżeć już przed pierwszą wizytą u lekarza. A ja… A ja byłam załamana. W głowie kołatała mi tylko jedna myśl: „Jak to przerwać”… Zaczęłam szukać możliwości jak przerwać ciążę, w internecie jest ich wiele. Kupiłam tabletki na panieńskie nazwisko zastrzegając odbiór osobisty na poczcie. Przecież nie mogłam ich zamówić do domu… To był zwykła pigułka na ból głowy, żadna tabletka poronna. Ktoś postanowił się dorobić się na tragedii kobiet, wiem, że takich jak ja są tysiące.

Najgorszy był uciekający czas, bo przecież wiesz, że musisz to zrobić jak najszybciej, nim płód zacznie się rozwijać, kiedy aborcja nie będzie już możliwa.

Kolejne tabletki. Ostrzegano mnie, że mogą nie przejść przez odprawę celną. Wysyłane z Holandii, przez kraje azjatyckie do Polski. Zestaw farmakologiczny, który pozwoli mi wrócić do mojego życia, który nie pozwoli, żebym nosiła w sobie dziecko, którego wiem, że nie chcę urodzić. „Przesyłka cofnięta przez celników” – taką dostałam informację. Zastanawiam się, ile takich przesyłek sprawdzają, co którą otwierają? Dlaczego akurat moja? Doszedł strach, że ktoś odkryje, że chcę przerwać ciążę, że przyjdzie i sprawdzi, czy to ja kupowałam lek zakazany w Polsce, choć dostępny w innych krajach Europy. Krajach, w których kobieta ma prawo świadomie sama podjąć decyzję!

Musiałam działać, musiałam coś zrobić. Najgorsze były tajemnice, to, że otwarcie nie mogłam nikomu wykrzyczeć: „Nie chcę tej ciąży! Nie chcę być matką!”. Każdy tylko powtarzał, że to szczęście, że cud, że na pewno wszystko się ułoży. A ja wiedziałam, że nic się nie ułoży. Jest w tobie taka niepodważalna przez nikogo pewność tej decyzji, której towarzyszy strach przed potępieniem, oceną ciebie tylko i wyłącznie przez pryzmat przerwanej ciąży i tego, że nie chcesz mieć dziecka. Bo nie chcesz go mieć. Ty to wiesz, inni nie chcą tego zrozumieć. A uwierzcie, że nie jestem wyjątkiem. Są kobiety, które przerywają ciążę, i są takie, które jej nie przerywają, bo się boją, boją się spojrzeń, ocen, pogardy, i żyją z poczuciem wstydu i wrzutami sumienia, bo nie potrafią kochać własnego dziecka…

Na Słowacji jest klinika, w której dokonuje się legalnej aborcji. Było mnie stać na wydanie 100 euro na tabletki, które nie doszły, było też mnie stać na zapłacenie 400 euro za zabieg. Zabieg w komfortowych warunkach, bez poniżenia, z pełnym poczuciem własnej godności…

Kupiłam u rzeźnika pół litra krwi. Zalałam się nią mówiąc, że poroniłam. Świńską krwią…

Od lekarza, który powiedział, że jest wszystko dobrze i płód rozwija się prawidłowo, wyszłam zapłakana mówiąc, że straciłam także i tę ciążę… To było upokarzające. To kłamstwo, ta seria kłamstw, kiedy podejmując decyzję jesteś z nią sama, bez jakiegokolwiek zrozumienia ze strony innych…

Żyłam pod taką presją, że nie wiem, czy myślałam jeszcze racjonalnie. Z osobą pośredniczącą między mną a kliniką w Słowacji byłam umówiona tak, że w pewne miejsce przyjdzie po mnie samochód i odwiezie mnie do szpitala. Jedyne, o czym byłam w stanie myśleć, to czy znowu ktoś nie chce mnie oszukać, czy przypadkiem mnie nie porwie i co jak przetrzyma dłużej niż dwa tygodnie? Po tym czasie nie będę miała szans na aborcję! To było jedyne, o czym myślałam.

Ale umówionego dnia o konkretnej godzinie podjechało eleganckie auto. Do kliniki jechałyśmy w trzy. Każda ze wzrokiem wbitym w podłogę. Nie rozmawiałyśmy ze sobą, czułam, że ciąży na nich, tak samo jak na mnie, ta wizja społecznego potępienia, niezgody na nasz wybór, którego każda z nas była pewna. Szpital, ulotki po polsku, wszystko wyjaśnione – przebieg zabiegu, jego skutki, to jak będę się czuła. Przywieźli nas tam rano, po południu byłyśmy z powrotem w Polsce. Kilka godzin, a jak inne wracałyśmy. Jakby spadł nam ogromny kamień z serca. Śmiałyśmy się rozmawiałyśmy rozluźnione, opowiadałyśmy, co robimy, jakie mamy plany, marzenia. Żadna nie powiedziała tego głośno, ale czuło się w powietrzu wolność, wolność do decydowania o własnym życiu. O prawie wyboru.

Wyparłam to z siebie. Tak bardzo boję się, że kiedyś nieopatrznie coś powiem, że w głowie nieustannie powtarzam sobie wersję o drugim poronieniu, to dlatego wielu szczegółów mojej aborcji nie pamiętam. Jak bardzo trzeba być społecznie zaszczutym, żeby posunąć się do tego, co ja zrobiłam. Nie, nie chodzi mi o aborcję. Jedyne z czym ciężko mi żyć, to z faktem, że musiałam okłamać swojego męża, najbliższe mi osoby, które nigdy w życiu nie zaakceptowałyby mojej decyzji. Bo o aborcji się nie rozmawia, bo kobietom nie daje się prawa wyboru, bo wmawia im się instynkt macierzyński, który jest reliktem przeszłości, a jedyną słuszną i właściwą misją kobiety jest rodzić dzieci.

Dlaczego tak trudno zrozumieć, że są kobiety które NIE CHCĄ mieć dzieci i które, jeśli zdarzy się, że zajdą w ciążę, powinny mieć prawo jej przerwania? Dlaczego ktoś inny ma za nas decydować, wtrącać się w nasze życie, rozprawiać o naszych sumieniach?

Mówi się, że kobiety walczą o możliwość aborcji, a ja wiem, że walczymy o to, by kobietę traktować z godnością i szanować jej decyzje. O to, by w końcu wszyscy usłyszeli, że kobieta naprawdę jest w stanie zadecydować o tym, co jest dla niej najlepsze bez podszeptów innych, bez oceniania i piętnowania jej wyborów.

Opowiadam moją historię tylko raz. I tylko tobie. Bo chcę, by inne kobiety zobaczyły, że mogą o sobie stanowić. Bo chcę, żeby ci, którzy chcą nas palić na stosie, zrozumieli, że nie potrzebujemy ich prawa do tego, aby podejmować świadomie własne wybory i je realizować.

Głęboko schowany trzymam zestaw do farmakologicznego poronienia. Już po wizycie w klinice zamówiłam jeszcze raz, na wszelki wypadek. Tym razem doszedł. Ma ważność trzy lata, po tej dacie zamówię kolejny. Bo taka jest moja decyzja. Chciałabym, by inni ją uszanowali, już nie wymagam, żeby rozumieli”.


Lifestyle

Drodzy rodzice, koniec walki! Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Apel nauczycielki

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
14 października 2016
fot. iStock/ nicole waring
 

Gdyby ktoś płaciłby mi za każde „Nie wiem, jak pani sobie radzi z tyloma dziećmi na raz”, pisałabym teraz do was ze słonecznej plaży na Hawajach popijając drinka z palemką. Ale jestem zwykłym nauczycielem, więc piszę z wynajmowanego mieszkania, w którym po taniości urządziła mnie Ikea. Jednak nie o pieniądzach będziemy dzisiaj mówić, bo też i za bardzo nie ma o czym. Mamy Święto Edukacji Narodowej, potocznie Dniem Nauczyciela zwane, pomówmy więc o edukacji.

Bezsensowne spory

Mogłabym napisać pełny żalu i pretensji tekst o tym, jak to źle i smutno jest być pedagogiem, że rodzice są be, że dzieciaki niegodziwe, że pracować ciężko. Jakiś rodzic by mi odpisał, że to wina nauczycieli, że wymagania za duże, program nie taki, że kneblowanie, przywiązywanie do krzesełek, wyzwiska i przemoc wobec dzieci. Ja bym zaprzeczyła, oburzyła się, „jak pan/ pani śmie” pewnie bym napisała, o brak umiejętności rodzicielskich w chwili złości posądziła. Pan/ pani podałby/ podałaby mi konkretne przykłady, ze dwa linki podrzucił/a, program interwencyjny w telewizji polecił/a, a na koniec stwierdził/a, żem głupia, do pracy z dziećmi się nie nadaję i w tej całej edukacyjnej mafii pewnie jestem umoczona. I co by z tego wynikło? Jedno wielkie nic!

Społeczeństwo narzeka na stan edukacji, gani nauczycieli, reformy i wprowadzane ustawy. Edukacja (pod osobą nauczycieli)  ma pretensje do rodziców, narzeka na braki w wychowaniu i zbytnie wzięcie sobie do serca idei bezstresowego wychowania. Od lat jedni próbują przekonać tych drugich, że to ich racja jest ważniejsza, fukają, marudzą, zamartwiają się, złoszczą, a czasem otwarcie drą koty. I jedna i druga strona zapomina często w tym sporze o najważniejszym – wszyscy jesteśmy tylko ludźmi!

Perfekcyjni rodzice nie istnieją i choćbyśmy bardzo chcieli ze wszystkim zdążać na czas, wszystko ogarniać i być ideałem w każdym calu, to i tak zdarzy się po drodze niejedna wtopa, kolejna gafa lub nieoczekiwany problem, który wedrze się w nasze skrupulatnie ułożony plan i spowoduje mały Armagedon. Nie ma też nauczycieli idealnych, którzy każdemu by dogodzili, z każdym dogadali się bez problemu, wszystko wiedzieli i na każdego znaleźli idealną metodę nauczania. Im szybciej obie strony zdadzą sobie z tego sprawę, tym łatwiej uda im się wypracować porozumienie i osiągnąć zamierzony cel – jak najlepsze wychowanie i wykształcenie małego człowieka.

Dorośli się kłócą, dzieciaki tracą

W tym sporze, który istniał kiedyś, zdarza się teraz i pewnie zdarzać nadal będzie, wygranych nie ma, za to przegranych można wskazać bardzo łatwo. Bo podczas gdy dorośli się kłócą i próbują przewalczyć swoje zdanie, przerzucają się argumentami i głośnymi przykładami, dzieciaki tracą. Tracą autorytety, tak ważne dla młodych ludzi – bo czy może nim być nauczycielka, którą w domu określa się jako głupią, nie mającą racji albo wtrącającą się w nie swoje sprawy? Tracą poczucie bezpieczeństwa, gdy w domu i w szkole mówi się zupełnie innym głosem, podważa zdanie tej drugiej strony i prezentuje zupełnie inne wartości i zachowania. Tracą okazję do wypracowania swoich trudności, bo gdy rodzic pozostaje głuchy na opinie wychowawców, upiera się przy swoim często dla zasady lub zrzuca całą odpowiedzialność na przedszkole lub szkołę, mija cenny czas, a problemy mogą się pogłębiać. Tracą ciepło, zaangażowanie i oddanie wychowawcy, bo gdy ma się głowę pełną oskarżeń i ciągłych pretensji ze strony rodzica, trudno jest wykrzesać z siebie coś ponad przeciętną i zmotywować do wzmożonych wysiłków.  Tracą także i radość z bycia uczniem i z poznawania świata, bo gdy atmosfera jest niezdrowa i pełna napięć, trudno o optymizm, zainteresowanie i uwagę.

Jedziemy na tym samym wózku!

O co te spory, kłótnie i wzajemne dogryzania, skoro wszyscy jedziemy na tym samym wózku? I jedni i drudzy podjęliśmy się arcytrudnego zadania – jak najlepszego wykształcenia i wychowania nowych ludzi. Ciągłe roszczenia i pretensje nie zmieniają sytuacji, a już na pewno nie zmienią jej na lepsze. Może gdyby rodzice nie zrzucali na nauczycieli ciężaru wychowania, nie oczekiwali, że mają ich zadowolić i postępować zgodnie z ich żądaniami, chwalili za te dobre rzeczy, a nie tylko ganili za złe, byłoby łatwiej się dogadać. Może gdyby nauczyciele nie zadawali zadań domowych, nad którymi głowi się pół rodziny do późnej nocy, nie punktowali każdego „nie takiego” zachowania rodziców, rozmawiali z nimi przyjaźnie i nie mieli się za jedyne, najmądrzejsze autorytety w dziedzinie pedagogiki, byłoby znacznie prościej znaleźć wspólny front i zawrzeć przymierze.

Odpuśćmy sobie nawzajem, spójrzmy na siebie z życzliwością i sympatią, jak na normalnego człowieka, ze wszystkimi jego słabościami i niedoskonałościami. Zamiast szturchać się, popychać i rozpychać łokciami, idźmy ramię w ramię, równym krokiem i w tym samym kierunku. W końcu mamy jeden wspólny cel, który warty jest tego wysiłku.


Lifestyle

Za błędy matek, płacą córki… Trudno wziąć odpowiedzialność za własne życie, nie za czyjeś, w zastępstwie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 października 2016
Fot. iStock / Yulia Popkova

Tak, to prawda – jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Przejmujemy tę odpowiedzialność z chwilą, gdy za decyzją, że oto pora rozpocząć dorosłe życie idą jakieś konkretne działania. Wyprowadzka, związek, życie na swój koszt, pierwsza praca, pierwsze własne, większe pieniądze. Wolność. Ta jednak, czasem pozostaje jedynie iluzoryczną, bo od wpływu niektórych emocji i spraw z przeszłości nie tak łatwo się uwolnić. Nie odetnie ich od nas opuszczenie rodzinnego gniazda, zerwanie więzi z najbliższymi, czy rzucenie się w wir obowiązków.

Gdyby w jakiś magiczny sposób udało nam się pozbyć całego bagażu niepotrzebnych złych doświadczeń i blokujących nas wewnętrznych ograniczeń, które zostawili nam w prezencie na dorosłość rodzice… Za ich błędy płacimy nieraz zbyt długo, a czasem do końca życia.

Magda ma 40 lat, za sobą dwa nieudane związki. Po zakończeniu ostatniego, wymyśliła nowe powiedzenie: „do dwóch razy sztuka”. Singielka z wyboru. Bezdzietna z braku mężczyzny. Tego właściwego. Nie wierzy, że go znajdzie. Właściwi mężczyźni nie pojawiają się w jej rodzinie. A wszystko przez matkę. Przynajmniej tak myślała zanim poszła na terapię.

–  Mój ojciec był zwykłym pijakiem – mówi Magda. – Nie „przemocowcem”, nie awanturnikiem, ale kimś, na kogo po prostu nie można było liczyć. Mama żałowała go i ratowała do końca, do tego dnia, w którym się zapił. A kiedy ratowała, to nic nie było ważne – ani  Magdy zadania z matematyki, ani bolący z nerwów brzuch i gorączka, ani strata ukochanej przytulanki, kiedy biegły do niego w zimie, bo kumpel od kieliszka zadzwonił, żeby go zabierać, inaczej wyrzuci na śnieg i trupa znajdą.

Relacje z tatą? Żadne. Kiedy nie był akurat w alkoholowym ciągu, chodził do pracy, ciągle nowej. Mama promieniała, nagradzała mu to jak umiała, ze taki cudowny, że się zebrał, pojechał, że o rodzinę dba. A on wtedy chodził dumny jak paw, żartował, nawet w zeszyty Magdy zajrzał, ale tylko na chwilę. Minęły dwa, trzy miesiące, a potem znowu pił, wynosił z domu co się dało (raz nawet Magdy nowe, zimowe buty na bazarku sprzedał, bo żona ukryła przed nim pieniądze). A potem znowu umierał i  umierał, ona go ratowała, choć już nie było za co.

O co ten żal? O to, że nie wymagała od niego zmian, walki o nas, o rodzinę. Że brała go takim, jaki był z tym pijaństwem, bo przecież on „dobry jest, nie bije i kocha nas”. I, że nie powiedziała mu, że powinien być jeszcze ojcem, a nie tylko „być”. Że tak się zatraciła w tym ratowaniu, że zapomniała o sobie, zawalała pracę, a ją, Magdę zaniedbała. Za tą samotność w sumie.

– Dlaczego nie odchodzisz, no zrób coś – krzyczała jej prosto w twarz, kiedy ojciec kolejny raz wrócił do domu pół przytomny, gubiąc po drodze prawie całą wypłatę, choć wiedział, że w domu coraz ciężej.  – Tylko dziwka zostawia męża – usłyszała od matki nastoletnia wtedy Magda. I jakoś to tak głęboko w nią zapadło.

Jak tylko zdała maturę, znalazła dorywczą pracę, nie chciała ratować już ojca. Zrobiła kurs księgowości, jeden, drugi, trzeci, potem zaocznie studia. Jako specjalistka, szybko znalazła etat. Z matką widywała się sporadycznie, wtedy, kiedy ojca nie było w domu. Z resztą, on wkrótce umarł. Nie chciała, by ją to dotknęło, chciała żyć swoim życiem.

Nie udało się, bo… się zakochała. Wzorem matki, zaczęła ratować swojego ówczesnego chłopaka. Byli razem 7 lat. – On, wieczny chłopiec. Milion marzeń, pomysłów, interesów, tylko pieniądze się go nie trzymały. Pożyczał od niej, płakał, obiecywał, że to ostatni raz i robił nowe długi. Raz zniknął na rok. Zadzwonił, że wyjechał za granicę, żeby się odkuć”, że wróci, wszystko odda, będą żyli po królewsku. Trzy miesiące brała proszki na sen, denerwując się czy on jeszcze żyje, czy nie wplątał się w jakąś mafię. Jak matka o dorastającego syna.  Kiedy udało jej się jakoś wyciszyć, uspokoić, wrócił. Przywiózł jakąś nieznaczną sumkę i pomysł na kolejny biznes, który oczywiście nie wypalił. Wtedy załatwiła mu pracę u siebie w firmie. Był kierowcą. Przez dwa lata panował względny spokój (nie licząc sytuacji, w której „zgubił” część towaru, który wiózł – Magda pokryła straty firmy z własnej kieszeni).

Rozstali się ostatecznie, kiedy poroniła. To on odszedł, bo nie był w stanie znieść jej cierpienia, tak mówił. A ona cierpiała podwójnie: nie radziła sobie z brakiem wsparcia i empatii z jego strony i poczuciem, że traci nad nim kontrolę. Kiedy powiedział, że to koniec, świat się zawalił.

Została sama, na kilka lat. Odżywała powoli. Zmieniła pracę, szybko awansowała, udało jej się kupić większe mieszkanie, zrobić prawo jazdy. Znaleźć grono życzliwych znajomych i odrobinę otworzyć na innych. Potem w jej życiu pojawił się TEN DRUGI (i chyba ostatni). Z pozoru poważny, poukładany, rozwiedziony i zabiegający o nią na każdym kroku. Królewicz z bajki. Kwiaty, wycieczki, obietnice… Pędem wdarł się do jej serca i łózka. A potem… zarzucił robotą. – Kochanie, zrobisz to dla mnie – mówił podsuwając jej rozliczenia swojej firmy. – Kochanie, jeszcze tylko te dwa papierki. Pomagała, ratowała jak mogła, nieraz naginając  i siedząc po nocach, aby nie zawalić własnych, zawodowych obowiązków. Kiedy poprosił o zmianę kilku cyfr w ważnych dokumentach finansowych firmy, była gotowa zaryzykować, byle ją nadal kochał. W końcu, targana wątpliwościami, zwierzyła się przyjaciółce. Ta była bezlitosna: –Facet, który naraża swoją kobietę na odpowiedzialność karną za jego brudne interesy jest zerem. Tu nie ma miłości, tylko wyrachowanie. On cię wykorzystuje, nie widzisz?

Więc Magda nie zmieniła tych jego cyferek i z drżeniem serca czekała, co dalej, czy jeszcze będzie ją kochał. Przyjaciółka miała rację. Obraził się, na zawsze, zabrał swoją elegancką piżamę i nie wrócił.

I tu nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Bo mogło być źle, naprawdę źle, gdyby nie kilka bliskich, dobrych osób, które pojawiły się w życiu Magdy. To dzięki nim zaczęła zauważać powtarzalność swoich błędów. To one przekonały ją do wzięcia udziału w terapii i poruszenia tego wierzchołka góry lodowej. I to one, dzwoniły do niej z pytaniem, czy wszystko w porządku, kiedy już po trzeciej sesji szła po ulicy zanosząc się od płaczu, a w domu wymiotowała kompulsywnie, jakby podświadomie miała wyrzucić z siebie wszystkie tłumione przez lata emocje, żale, złość i bezradność.

Dziś jest stabilnie. Można wreszcie spojrzeć sobie w oczy, przed lustrem. Można zadzwonić do matki  i na pytanie: „ciagle jesteś sama”, odpowiedzieć – nie, jestem ze sobą,  z najważniejszą osobą na świecie. To o mnie muszę zawalczyć, siebie uratować.

Wierzę, że mogę przerwać to przeklęte koło błędów. Wierzę, bo widzę już, że żeby być z kimś, muszę najpierw nauczyć się być z sobą – powtarza słowa terapeuty. – Próbuję wybaczyć. I wziąć odpowiedzialność za własne życie. Nie za czyjeś, w zastępstwie. błędy matek, płacą córki… 


Zobacz także

6 codziennych trudności, które dobrze znają wysoce inteligentni ludzie

6 zaskakujących oznak inteligencji. Często to robisz?

„Chyba gadam głupoty”… 3 rzeczy, które robią kobiety, by być miłą, skromną i naiwną. Czas z tym skończyć!

Wyjdź na dziesięciominutowy marsz, choćby wokół osiedla. Akcja #ŁapENDORFINY, wyzwanie #9

cialis-viagra.com.ua/

rs-clinic.com.ua/lechenie-alkogolizma/lechenie-zhenskogo-alkogolizma/

https://chemtest.com.ua