Lifestyle

Nauka dowodzi, że do płaczu macie prawo. Kobiety czerpią ponoć nawet przyjemność, ze smutnych doświadczeń…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
28 października 2016
Fot. iStock / Ernesto Víctor Saúl Herrera Hernández
 

Zalewasz się łzami na reklamie kabanosa i przełączasz telewizję, kiedy ta pokazuje krzywdę zwierząt? A może kłócąc się z mężem czekasz na jego odpowiednią dolinę, żeby wyskoczyć z grubej rury i zalać wszystkie, nawet najbardziej sensowne argumenty morzem łez? Zanim zaczniesz się zastanawiać czy nie jesteś okropną, emocjonalną terrorystką otrzyj mokre oczy i głowa do góry. Nauka dowodzi, że do płaczu masz prawo, bo jako kobieta statystycznie robisz to nawet do pięciu razy częściej niż mężczyzna.

Kobiety faktycznie płaczą więcej 

Kiedy noblista w dziedzinie fizjologii i medycyny, Tim Hunt, wyraził swoją opinię na temat kobiet pracujących z nim z laboratorium, bardzo szybko stracił tytuł profesora honorowego Uniwersytetu w Londynie. Na konferencji dziennikarzy naukowych w Południowej Korei stwierdził, że kiedy współpracuje z paniami to przy pracy z nimi dzieje się zazwyczaj jedna z tych trzech rzeczy: albo się ktoś w nich zakochuje, albo one zakochują się w kimś, albo zaczynają płakać, kiedy zwróci im się uwagę. I chociaż zabrzmiało to nad wyraz seksistowsko i oburzyło gremium naukowe, to przyznać trzeba, że kobiety faktycznie płaczą więcej niż mężczyźni. Jak dowodzą badania dzieje się tak nie z braku umiejętności przyjmowania krytyki, jak stwierdził Hunt, ale w związku z obszerną relacją uwarunkowań biologicznych, społecznych i środowiskowych. Ciekawe jesteście, dlaczego wasz stary nie zapłakał na gali zakończenia roku u córki w przedszkolu – proszę bardzo, przedstawiam naukowe dowody. Szastajcie nimi do woli na polach bitew wszelakich.

Mężczyzna racjonalny. Kobieta emocjonalna

Badania psychologiczne potwierdzają, że panie płaczą od dwóch do pięciu razy w miesiącu, albo jak kto woli od trzech do pięciu razy częściej niż panowie w ogóle (Chyba, że jesteście w ciąży, wtedy nie płaczecie tylko kiedy śpicie). Ta różnica jest powszechna niezależnie od kraju, chociaż, jak dowiedli naukowcy z Uniwersytetu Tilburg w Holandii, zauważają większe rozbieżności w niektórych rejonach świata, co argumentują wpływem kultury na rozwój. Rola mężczyzny w krajach zachodnich pozostaje niezależna, u władzy i rozwiązująca problemy w sposób racjonalny. Kobiety natomiast polegają na innych i podchodzą do rzeczywistości bardzo emocjonalnie. Prawdopodobnie to z tego powodu on oddzwania do administracji osiedla tłumacząc niedopłatę za wodę wynikającą z pomyłek w kalkulacji. Ty albo eksplodowałabyś płaczem tłumacząc, że nie masz co do garnka wsadzić, a przelew dopiero za trzy tygodnie, albo wyzwała urzędniczkę od imbecyla sugerując umiejętne korzystanie z liczydła w przyszłości. Idę o zakład, że panowie swoją powściągliwością zapobiegli kilku konfliktom w historii dziejów świata.

Płaczemy z powodu tych samych rzeczy – śmierci osób bliskich, choroby, skomplikowanych rozstań. Kobiety natomiast płaczą zdecydowanie częściej z powodu małych niepowodzeń, popsutego komputera czy złamanego obcasa w bucie. Zaskakującym może być fakt, że mężczyźni za to łkają chętniej w odpowiedzi na pozytywne wydarzenia. Kiedy jeszcze raz spotkasz się z niezrozumieniem w przypadku rozładowanego na środku ulicy akumulatora swojej dwudziestoletniej Astry, a twoje łzy nazwie się „niepotrzebnymi”, rozwiej wszelkie wątpliwości. Reakcja wynika z twojej fizjologii. Po prostu.

Kobiety czerpią przyjemność z płaczu

Według badań kobiety mają nawet tendencje do wyszukiwania form wypoczynku, które sprawią, że poczują się smutne, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi. Czerpią przyjemność z takich doświadczeń! To wyjaśnia, dlaczego panie nerwowo obgryzają paznokcie w oczekiwaniu na kolejny odcinek ulubionego serialu w telewizji, kiedy panowie drepcą niecierpliwie w miejscu w oczekiwaniu na napisy końcowe. Zdaniem naukowców kobiety mają wysoką zdolność wywoływania łez na poczekaniu zupełnie inaczej niż mężczyźni. Nagle wszystko staje się jasne, świat zwalnia. Panie po prostu lubią chodzić smutne. A jak lubią, to nie wolno im tej przyjemności odbierać. Płakanie należy się kobietom z urzędu ;).

My tu swoje, a biologia i tak po naszej stronie

Niezależnie od kraju pochodzenia, wolności wyrazu i społecznych zasobów, które również wpływają na różnice w ilości wylanych łez, to ważnym, jak nie najważniejszym argumentem w potyczkach „warto czy nie warto płakać” jest biologia. Biologia, która stoi za dziewuchami murem. Badania z 2012 roku dowodzą bowiem, że kobiety mają nawet sześćdziesiąt procent więcej prolaktyny, która jest hormonem reproduktywnym. To ta sama, która stymuluje produkcję mleka w maminych piersiach.  Łzy wylewane podczas emocjonalnych potyczek i gonitw po ulicach miast za zdradzającym narzeczonym są naszpikowane prolaktyną właśnie co dowodzi, dlaczego babkom wolno płakać dużo i często. Z naturą nie ma się co kłócić panowie, odpuście sobie próby.

Do głosu dochodzi również stary, dobry testosteron. Jego poziom skutecznie powstrzymuje mężczyzn od potoków łez. Panowie leczący się na raka prostaty, zażywający silne leki wpływające na zmniejszony poziom testosteronu w organizmie są skłonni do częstszych zrywów emocjonalnych i zdecydowanie częściej płaczą. Morał? Hormonalnie panie są jak małe nieopierzone kurczaczki, podczas gdy panowie uzbrajają tyłki w kolejne, pozłacane tarcze.

Niezależnie od powodów, dla których płaczemy pamiętajmy, że jest to odruch oczyszczający i potrzebny. Podczas płaczu pozbywamy się z ciała stresogennych chemikaliów, polepszamy stan psychiczny, sygnalizujemy problemy zdrowotne. Panie dodatkowo uwiły sobie w sprawie własne, pancerne gniazdko i wykorzystują te cechy w prywatnych rozgrywkach. Która nigdy nie użyła płaczu jako ostatecznego argumentu zagłady niech pierwsza rzuci kamień. Teraz przynajmniej wiecie, że tak zostałyście zaprogramowane.


źródło: www.livescience.com


Lifestyle

Świnia, pochwa i pomidor. 8 tajemnic dotyczących kobiecego ciała, o których nie wszyscy słyszeli

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
28 października 2016
Fot. iStock / RazoomGames
 

Kobiece ciało nie od dziś inspiruje zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Piękno i tajemnica idą w parze nie tylko w materii zewnętrznego wyglądu. Nasze ciała skrywają wiele sekretów, które szczególnie przez mężczyzn bywają nadal nieodgadnione. A próbowało już wielu, choćby wybitny Leonardo da Vinci.

Co wiemy my, a czego Leonardo wiedzieć nie mógł?

Już starożytni próbowali „rozłożyć” kobiece ciała na czynniki pierwsze. W końcu sekcja zwłok nie jest wymysłem okrutnych współczesnych. Kiedyś zdobywano wiedzę w sposób bardziej przyziemny — krojono, dzielono, oglądano i opisywano to, co udało się zauważyć, nie tylko w kobiecej anatomii. Korzystali z wyników tych prac medycy oraz artyści pracujący na podstawie anatomii człowieka. Jednak przeciętnemu mężczyźnie, od starożytności po czasy współczesne, nadal niewiele z takiej wiedzy. Szczególnie wiedza miłosna, cała Ars Amandi opierała się na doznaniach, a nie naukowej teorii. Dziś wiemy znacznie więcej, i to bez seryjnego krojenia kobiet. Czas się podzielić tymi faktami, które do tej pory uchodziły za frapująca tajemnicę.

Kilka faktów na temat macicy, pochwy, punktu G i nie tylko:

1. Pół kobieta — pół świnia 

Nie, nie chodzi o tajemniczy przepis na stwora wprost z pracowni dr. Frankensteina. Chodzi o wspaniałe, choć nie do końca oddające rzeczywistość rysunki autorstwa wspomnianego renesansowego mistrza da Vinci. Na jego szkicach wychowało się nie jedno pokolenie medyków, choć mogli być oni lekko zaskoczeni, gdy teoria mistrza spotykała się z praktyką. Jak się okazało, dzieła Leonardo obrazujące kobiece ciało, nie zawsze odpowiadały rzeczywistości. Mistrz mordercą nie był, więc czasem cierpiał na brak „modelek” do osobliwych badań. Da Vinci nie mając swobodnego dostępu do kobiecych ciał, posiłkował się narządami rozrodczymi dostępnych zwierząt. Stąd rozbieżności, które od razu wpadają w oko współczesnym anatomom.

2. Mała macica, wielkie możliwości 

Owszem, zdrowa macica przeciętnie liczy sobie 7,5 centymetra długości i 5 cm szerokości. Jednak swoje prawdziwe możliwości uwidacznia przez około 20 tygodni na ciąży — rozszerzając się stale, sięga aż do pępka. Zewnętrzna krawędź macicy osiąga dolną krawędź klatki piersiowej około 36 tygodnia ciąży, po czym opada. A w trakcie połogu kurczy się, wracając do niewielkiego rozmiaru po ok. 6 tygodniach po porodzie.

3. Pochwa kwaśna jak pomidor

Panowie mogą mruknąć z niezadowolenia, ale my, kobiety, jesteśmy naturalnie kwaśne, tam „na dole”. PH pochwy jest bardzo kwaśne, średnio około 4,5 na skali pH (7 neutralne). „Smak” czy też jej kwasowość można porównać do samku kwaśnego pomidora lub piwa. Biorąc pod uwagę to ostatnie, panowie chyba nie powinni mieć w tej materii problemu, racja? Kwaśne środowisko pochwy umożliwia bytowanie zbawiennych dla kobiecego zdrowia bakterii probiotycznych, np. Lactobacillus. Chronią nas one przed infekcjami intymnymi, które potrafią wyjątkowo dokuczyć. 

4. Błona dziewicza bywa kłopotliwa

Co prawda jej obecność bądź brak, nie świadczy o prowadzeniu się kobiety, bo jak wiemy może ona się rozciągać, jak i pękać przy pierwszej penetracji (nie tylko podczas współżycia). Co więcej, ten neutralny dla kobiety fragment ciała, może być przyczyną kłopotów. W rzadkich przypadkach (około 1 na 2000 urodzeń), dziewczynka rodzi się ze zrośniętą błoną dziewiczą, czyli nie ma dziury w tkance, umożliwiające odpływ krwi miesiączkowej. Małe nacięcie błony przez specjalistę likwiduje ten problem. 

5. Punkt G — obiekt niezidentyfikowany

Jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie… Albo i go nie ma, o co spierać się mogą panie, które mają różne doświadczenia podczas stosunków seksualnych. Te, które przeżyły nagły kontakt partnera lub wibratora (czy innej zabawki dla dorosłych) z TYM punktem, po prostu wiedzą, że jest takie magiczne miejsce i tyle. Reszta może cicho pozazdrościć. Naukowcy zajmowali się odkryciem na mapie punktu G, by był on dostępny dla każdego, przynajmniej mentalnie. Ale to się nie udało, mimo licznych badań. Naukowcy twierdzą, że punktem G może być cokolwiek, od wewnętrznej gałęzi łechtaczki do błędnie zidentyfikowanych gruczołów. Może, ale nie musi, tak więc panowie muszą nadal wierzyć nam na słowo, gdy mówimy, że dotarłyśmy z nimi do seksualnego Eldorado.

6. Więcej nie znaczy lepiej

Czasem dziewczynki rodzą się z podwójną pochwą lub macicą, co jest rzadką przypadłością. W wielu przypadkach taka wada nie daje żadnych objawów. Najczęściej występują nietypowe krwawienia miesiączkowego lub problemy z płodnością, które dopiero wskazują na powstałe nieprawidłowości.

7. Miesiączka buduje poczucie wspólnoty

W wielu kręgach kulturowych miesiączkująca kobieta odsuwana jest od życia społeczności i traktowana jako nieczysta. W kulturze zachodniej takiego problemu nie mamy, a nawet mało kto jest w stanie się zorientować, że akurat przechodzimy trudne dni. Co ciekawe, badanie przeprowadzone w 2012 roku wykazało, że miesiączkujące w tym samym czasie kobiety odczuwają ze sobą silniejsze więzi.

8. Wagina wypowiedziana publicznie

Współczesne media nie mają problemów z używaniem mocnych słów, emitując nieocenzurowane piosenki czy filmy. Kiedyś sytuacja i mentalność była zupełnie inna i nie do pomyślenia było używanie nieodpowiedniego słownictwa i publiczne rozmowy na tematy intymne. Schemat ten złamany został po raz pierwszy w roku 1946 roku, kiedy to Disney wyprodukował film animowany o historii miesiączki do edukacji w szkołach. Wtedy po raz pierwszy użyto słowa „wagina”.


źródło: 


Lifestyle

Nie oddalasz się ode mnie, tylko od samej siebie. Nie opuszczę cię, aż do zapomnienia

Anika Zadylak
Anika Zadylak
28 października 2016
Fot. iStock/Pierre Desrosiers

Ukochana Marianno, żono moja,

Patrzę na Twoje siwe włosy, dotykam pergaminowej skóry i myślę o tym, jak bardzo kocham nasze życie. Wszystkie poranki i noce, każdą kłótnię która niosła Twój głos aż do nieba i łzy, gdy przynosiłem Ci polne kwiaty i przepraszałem. Pamiętam, z jakim podziwem patrzyłem na Ciebie, gdy w bólu i męczarniach, rodziłaś nasze dzieci, jak je pielęgnowałaś mimo zmęczenia, jak śpiewałaś im kołysanki, by miały dobre sny. I gdy na tańce Cię zabierałem i zrzucałaś z nóg buty, a Twoje bose, piękne stopy wirowały nad ziemią. I miłość naszą spowitą nocą, gdy tylko my byliśmy i gwiazdy zaglądające przez okno. I gdy poprosiłem Cie o rękę i oboje płakaliśmy, już wtedy szepcząc sobie przysięgę – I nie opuszczę Cię, aż do śmierci. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że rozdzieli nas nie śmierć, a niepamięć. Diagnoza, która złamała nasze serca, która powoli zabiera mi Ciebie ukochana. Bo od dwóch lat  przyszło nam dzielić los nasz, jeszcze z kimś. Z chorobą Alzheimera, która karmi się Twoimi wspomnieniami, zabiera je i już nie oddaje. Ale miłości mej do Ciebie, nie jest w stanie zniszczyć. Bo ja pamiętam wszystko, co Ty kochana zapominasz.

Zrozumiałem niedawno, że nie oddalasz się ode mnie, tylko od samej siebie. Patrzysz w lustro i dziwisz się głośno, kim jest kobieta, która na Ciebie patrzy. Pytasz mnie o to, a ja cierpliwie odpowiadam, jak Ci na imię, jaką zupę lubisz najbardziej, jakiego koloru nie znosisz, bo twierdzisz, że biały niesie zimę. A Ty tak kochasz gdy jest ciepło. I uśmiechasz się wtedy, bo nie rozumiesz czym jest słońce, widzisz je, ale już nie potrafisz nazwać. Oglądamy razem stare rodzinne albumy, a Ty o naszych córkach mówisz, że przepiękne dziewczynki, że pewnie jakaś mama jest szczęśliwa, że je ma. Opowiadam Ci wtedy, że to nasze dzieci, że jesteś najlepszą matką na tej ziemi, że bardzo Cię wszyscy kochamy. I słyszę – Pan jest taki miły, ale niestety z kimś mnie pan pomylił. I szklą mi się wtedy oczy, zaczynają drżeć zmęczone dłonie, a Ty pytasz z troską czy źle się czuję, czy zadzwonić po moją żonę. A przecież to Ty nią jesteś Marianno, choć nie pamiętasz, choć boisz się gdy próbuję Cię objąć. Jesteś jak małe dziecko, niezdarna, wszystkiego ciekawa. Pytasz o nazwy przedmiotów, żeby za chwilę o tym  zapomnieć. I znowu zastanawiać,  jak się nazywa lampa, którą zapalam Ci przed snem, bo boisz się ciemności. Powiedziałaś kiedyś, że się w niej gubisz, że nie możesz w tym mroku, znaleźć drogi do przeszłości. Bo niby wiesz, że żyjesz, ale nie wiesz że życiem moim jesteś. I, że ja byłem Twoim.

Mówią, że niektóre wspomnienia, tak jak zagubione przedmioty, przynoszą ulgę, gdy nie możemy ich odzyskać. Bo były bolesne, niepotrzebne, bo nas zawodziły. Patrzę na Ciebie i cieszę się, że nie musisz pamiętać moich złych słów, wypowiedzianych bezmyślnie, w zdenerwowaniu. Że nie musisz zadręczać się obrazami ze szpitala, gdy  w rozpaczy błagałaś o zdrowie, dla naszej chorej córki. Że nie musisz budzić się w nocy z krzykiem, bo zła noc przyniosła sen, o naszym wypadku kilkanaście lat temu. Gdy patrzyłaś przerażona, na moją zakrwawioną twarz i prosiłaś, żebym Cię nie zostawiał. Cieszę się i nienawidzę jednocześnie, bo wraz z tymi złymi, zniknęły wszystkie inne nasze, wspólne chwile. I już nie cieszysz się o poranku, gdy wchodzę do sypialni i pytam, czy Ci czegoś nie potrzeba. Krzyczysz i płaczesz, opętana przez strach, przed nieznanym. Myślisz, że jestem kimś obcym, każesz mi wyjść, grozisz, że zadzwonisz po swojego męża. I zachłystując się własnymi łzami, wołasz w nicość moje imię i trzęsąc się cała dziwisz, dlaczego nie ma mnie obok. A ja jestem, stoję tak blisko Ciebie i nie mogę dotknąć, żeby Cie uspokoić, bo już od tak dawna mnie nie poznajesz. Czasem myślisz, że jestem pielęgniarzem, czasem, że naszym ogrodnikiem, który zmarł w ubiegłą wiosnę. Czasem pytasz naiwnie, co chcę Ci sprzedać, biorąc mnie za uroczego akwizytora. A ja nic nie mam dla Ciebie kochana. Prócz cierpliwości, miłości i wiary, że jeszcze choć raz doczekam, że wtulisz się we mnie. Że zwrócisz się do mnie świadomie moim imieniem, że pójdziemy na spacer, i odpowiesz, że też mnie kochasz.

Wiesz Marianno, to nie jest Twoja wina. To, że czasem nie wytrzymuję i zostawiam Cię z opiekunką na chwilę, też nie. Nie chcę płakać przy Tobie, martwić Cię i tłumaczyć, że to łzy bezsilności. Bo jak mam przypomnieć Ci, że nadchodzi kolejna gwiazdka, że zawsze piekłaś nam wtedy makowca, że roniłaś łzę wzruszenia przy wigilijnym stole. Bo tak cieszyło Cię, że znowu jesteśmy wszyscy razem, w komplecie. Bo w te święta, choć wszystkie krzesła będą zajęte, nie będzie najważniejszej dla mnie i naszych dzieci osoby. Ciebie nie będzie, moja ukochana żono, bo znowu do naszej córki będziesz mówiła „pani”. A wnuków pytała, gdzie mieszkają i dlaczego nie spędzają tego najpiękniejszego w roku dnia, ze swoja rodziną. Będziesz patrzeć smutno przed siebie, błądząc myślami po swoim pustym świecie i szukając, choć jednego momentu. Choć skrawka, ułamka sekundy, który pozwoli Ci przypomnieć sobie, że to Ty jesteś jej częścią. Rodziny, która cały czas czeka na Twój powrót. Choć wie, że to podróż w jedną stronę, że zagubiłaś się i już nie znajdziesz drogi do domu. Znowu będę musiał uspokajać, naszego wnuka, który patrząc w niebo, cichutko będzie prosił, żeby babcia go rozpoznała i wzięła na kolana, jak kiedyś. To wszystko takie trudne kochana, tak ciężkie do zniesienia, do udźwignięcia. I tylko to uczucie we mnie do Ciebie, daje mi siłę i nie pozwala przestawać ufać. Że gdzieś tam w głębi serca, wiesz kim jestem.

I piszę dziś ten list. I przeczytam Ci go przed snem, a Ty się uśmiechniesz i powiesz, że piękny. Dodasz, że miłość jest jak powietrze, że jest potrzebna każdemu. Że Ty tez kiedyś taką przeżyjesz, i że to straszne, że tak muszę cierpieć i patrzeć na to, że moją żonę zabiera choroba. I nawet mnie pogłaszczesz, dotkniesz swoją dłonią mojej twarzy, a ja w swoim cierpieniu choć na chwilę, będę znowu szczęśliwy. Bo znów jak kiedyś, poczuję się Twoim mężem. I w duchu będę powtarzał, przysięgę naszą małżeńską sprzed lat. Przez okrutny czas tylko, zmienioną i  brzmiącą – I nie opuszczę Cię, aż do zapomnienia.


Zobacz także

Katarzyna Bosacka: „Nasze dzieci więcej uczą się na temat żywienia pantofelka czy eugleny zielonej, a mniej na temat odżywiania człowieka”

5 zdań chronicznych kłamców – uważaj, jeśli je usłyszysz

5 sposobów na to, by stać się bardziej życzliwym i zjednać sobie ludzi

сиалис купить

www.buysteroids.in.ua/kupit-peptidyi.html

узнать больше buysteroids.in.ua