Lifestyle

Narcyz nie ma jednej płci. Ma tylko jeden cel

Poli Ann
Poli Ann
8 października 2019
Fot. iStock
 

Pokochałaś narcyza, podlewałaś go swoim uwielbieniem, cierpliwością i uśmiechem. Wlałaś w niego całą miłość, jaką w sobie masz.

Najpierw był taki nieśmiały. Wiotka łodyżka, nieśmiało pnąca się mu górze dzięki Twojemu ciepłu.
Był taki piękny, kusił i pachniał tak nęcąco. Rozkwitał, mamił i wabił, karmiąc się Twoim ach i och. 
W końcu, zmęczona zaniechałaś tego trochę, bo sama potrzebowałaś, by dał Ci trochę siebie. Nie dał, oburzony Twoim nieśmiałym pytaniem. Trzasnął drzwiami, wykasował numer, usunął Cię z grona znajomych, a Ty nie wierzyłaś własnym oczom, co z niego uczyniła Twoja miłość. Odszedł, zostawiając Cię w poczuciu winy, że nie dajesz mu całej siebie po końcówki włosów. Chciałaś podlewać go dalej kosztem własnej dumy. Wyśmiał Cię, równając poczucie Twojej wartości z poziomem minus sto.
Chciał Cię zranić najmocniej jak można, a tak naprawdę nieświadomie wyświadczył Ci przysługę. Tak, tak. PRZY-SŁU-GĘ. Oddał Ci wolność, swobodę i spokój wewnętrzny. Już nie drżysz w obawie przed jego gniewem. Jesteś sama sobie sterem i żeglarzem. Może na małej łódce, ale dasz radę utrzymać się na powierzchni. A on? Może znalazł inną, która zatraci się dla niego. Weźmie od niej wszystko i znów będzie szukał kolejnej konewki. Współczuj mu i każdej kolejnej, którą on wykorzysta. Bo narcyz to nie partner. To donica bez dna, transakcja jednostronna i ograniczona czasowo. A przecież miłość wygląda inaczej, prawda?

PS. Narcyzem nie zawsze jest mężczyzna, Drogie Dziewczyny. Narcyz nie ma jednej płci. Ma tylko jeden cel: (U)WIELBIENIE GO.


Lifestyle

„Dziś to dopiero dałam popis. No, no, no”. UPRZEJMA

Poli Ann
Poli Ann
8 października 2019
Fot. iStock

Dziś to dopiero dałam popis. No, no, no. Moje dziecię aż swoją buzię otworzyło ze zdziwienia, że jego matka tak się zachowuje. Z reguły tak robi, jak widzi reklamę jakiejś super zabawki, a to byłam tylko ja. W swojej skromnej i nudnej osobie. 

No ale od początku. Wracam do domu z latoroślą moją po całym dniu zmęczona, objuczona siatami. Powłóczę nogami, bo mnie czort jaki podkusił i szpilki żem rano założyła, co by się ładnie prezentować. Do dwunastej to może się udawało, ale potem już coraz mniej ochoczo używałam swoich kończyn. A tu po robocie zakupy trzeba było zrobić, auto zatankować, po dziecko podjechać i jeszcze te siaty na górę wtargać. Latorośl dzielnie dzieliła ze mną trudy życia miastowego. Nadźwigał się dzieciak wspierając mnie swoimi wątłymi ramionkami. Nasz maraton powoli dobiegał końca. Wyglądać musiałam cudacznie krocząc na szpilkach niczym bocian z kilkoma reklamówkami po lewicy i prawicy. Dziecko za mną zgarbione od siat. Matka wyrodna, nie ma co. Myślałam, że chociaż litość wzbudzę podchodząc do bramki mojego osiedla, strzeżonego dodam, i nie będę musiała szukać klucza w mojej przepastnej torbie albo wklepywać kodu. Tego to musiałabym chyba nosem dokonać, bo zakupy miałam rozłożone równomiernie i ponowne ich podnoszenie uczyniłoby ze mnie bociana upadłego. A jako żem tego nie chciała to przyuważywszy sąsiadkę wołam do niej czy może mi bramki nie zamykać. Uprzejmie oczywiście. Na co babka, jakbym co najmniej jej groziła, odwraca się na pięcie i mówi mi „nie”. Mało nie padłam z wrażenia.”O żesz ty zarazo jedna” – wycedziły moje komórki mózgowe, bo usta by się takim zwrotem nie splamiły. I wtedy to wyrzekłam coś, co moje dziecię zamurowało.

„Dziękuję Pani bardzo za pomoc. Życzę miłego popołudnia” – krzyknęłam głośno i słodko, a sąsiadka aż się zatrzymała i zrobiła oczy zapewne większe niż moja latorośl stojąca obok mnie, i kompletnie nierozumiejąca, tego co się dzieje.
Ja zaś dumnie zdecydowałam, że nos służy nie tylko do oddychania i kichania, i wyklikałam nim kod. W domu, gdzie z trudem się doczłapałam, czekało mnie jeszcze wyjaśnienie mojemu dziecku, że jego matki nie pogrzało kompletnie i zupełnie świadomie tak się zachowała. Latorośl nie bardzo umiała pojąć, że w sytuacji, gdy ktoś bywa niemiły to warto nie zniżać się do jego poziomu tylko zrobić coś, czego się zupełnie nie spodziewa. Kto by liczył na to, że mu się podziękuje za coś, czego nie zrobił? No więc właśnie taką obrałam sobie filozofię. Moje dziecko nie było pewne, czy przyznać mi rację, ale los stworzył okazję, by łaskawie przytrzeć nosa mojej nieuprzejmej sąsiadce. A ta za kilka dni spiesząc się do pracy spanikowana prosiła przechodniów o prostownik. Akumulator jej padł. Co za złośliwość rzeczy martwych. I przypadkiem na drodze owej kobieciny stanęłam ja, znów w szpilkach, a jakże (nieważne, że za kilka godzin będę przeklinać ich wynalazcę), z dzieciakiem u boku i bardzo życzliwie, udając, że o niczym nie pamiętam, pomogłam jej naładować zdechły akumulator. Głupio musiało jej być niezmiernie, bo na koniec szepnęła już bardziej uprzejmie „przepraszam i dziękuję”, co moja latorośl skomentowała jednym słowem „epicko” czy jakoś tak:)