Lifestyle

Mity na temat staników, w które prawdopodobnie wciąż wierzysz

Karolina Krause
Karolina Krause
9 lutego 2017
Fot. iStock/Zhenikeyev
 

Chcąc nie chcąc, wszyscy od czasu do czasu dajemy się na coś nabrać. Nawet jako dorosłe kobiety wierzymy często w bajki na temat staników, które usłyszałyśmy w przeszłości. Niezależnie od tego, czy padło to z ust naszych mam, sióstr, przyjaciółek, czy niedoinformowanych brafitterek, te 8 mitów z pewnością mija się z prawdą. Zobacz, czy przypadkiem nadal nie stosujesz się do którychś z nich:

Mit pierwszy: Spanie w staniku ujędrnia piersi

Choć spanie w biustonoszu ma wiele zwolenniczek, o tyle teoria tego naturalnego liftingu piersi, nie została do tej pory poparta żadnymi badaniami.

Jak podaje profesor Amber A. Guth, chirurg plastyczny z NYU Langone Medical Center: „Nie ma naukowych dowodów na to, że noszenie stanika, w jakikolwiek sposób wpływa na to, co dzieje się z naszymi piersiami w miarę upływu czasu. Przeważająca część zmian w tym zakresie wiąże się z doświadczeniami, które spotykają nas w trakcie ciąży, porodu i karmienia piersią.”

„To po prostu naturalna kolej rzeczy” – dodaje Guth.

Mit drugi: Noszenie stanika sprawia, że piersi szybciej stają się obwisłe

Fot. Istock/Inquieta

Fot. Istock/Inquieta

Z kontrowersyjnego badania przeprowadzonego we Francji wynika z kolei, że noszenie stanika może przynosić więcej szkód niż korzyści. Zdaniem francuskich naukowców uwięzienie w piersi w miseczkach ma bowiem zapobiegać ich naturalnej zdolności do stawiania oporu grawitacji, a przez co zanikania mięśni, które mają utrzymywać ich jędrność.

Guth tłumaczy jednak, że nasze piersi w przeważającej większości składają się głównie ze skóry, tłuszczu i wiązadeł. Dlatego tłumaczenia związane z ćwiczeniem mięśni wydają się co najmniej absurdalne.

Mit trzeci: Biustonosze mogą powodować raka piersi

Część naukowców jest także zdania, że ucisk piersi spowodowany noszeniem stanika może skutkować problemami z krążeniem krwi, co z kolei może wywołać niedotlenienie i niedożywienie komórek, a w efekcie prowadzić nawet do powstawania nowotworu.

Przyznają jednak, że takie powiązania wykazano wyłączenie u kobiet, które miały źle dobraną bieliznę (zbyt ciasną) i nie zdejmowały jej nawet do snu.

Jeśli więc nie nosimy bielizny za małej o przynajmniej dwa rozmiary. Nie mamy się o co martwić.

Mit czwarty: Nie powinnaś prać swego biustonosza zbyt często

Fot. Istock/Inquieta

Fot. Istock/Inquieta

Pomyśl: czy naprawdę założyłabyś tę samą sportową odzież kilka dni z rzędu, bez wsadzenia jej najpierw do pralki? No właśnie.

Tak samo jest z naszą bielizną – nawet jeśli tego nie czujemy – nasze ciało ciągle się poci. Związki te przenikają potem wewnątrz bieliźnainego materiału, powodując jego niszczenie. Jeśli więc zależy ci na dłuższym życiu twojego stanika, pierz go jak najczęściej.

Mit piąty: Nie wkładaj swojego bistonosza do pralki!

W tym micie kryje się jednak sporo prawdy. Pranie naszego biustonosza w pralce znacząco skraca bowiem jego żywot. Dlatego najlepiej, jeśli będziemy prać go ręcznie, w zimnej wodzie, z dodatkiem proszku do prania (choć podobno najlepiej sprawdzają się szampony dla dzieci!).

Jeżeli jednak nie przeszkadza ci częsta zmiana swojej kolekcji bielizny, możesz spokojnie wsadzić go do pralki.

Mit szósty: Dobry stanik może przetrwać przez długie lata

Zdarza się, że bardzo przywiązujemy się do swoich staników i najchętniej zatrzymałybyśmy je na wieczność. Prawda jest jednak taka, że po upływie roku większość staników traci swoje właściwości: materiał niszczy się i rozciąga, przez co pierś nie jest właściwie podtrzmywana. Dlatego powinniśmy pamiętać o tym, by co jakiś czas zrobić remanent w swojej „bieliźnianej szafie”.

Mit siódmy: Nowy stanik powinien zapinać się na ostatni zamek

Fot. Istock/Inquieta

Fot. Istock/Inquieta

Większość brafitterek obala także mit, że idealnie dobrany stanik to taki, który pasuje nam, gdy zapniemy go na ostatni (najluźniejszy) zamek. Zamiast tego powinniśmy dobierać biustonosze zapinając je na środkowy zamek. Nigdy bowiem nie wiemy, czy w międzyczasie nie przybierzemy lub nie stracimy trochę na wadze. W ten sposób będziemy mieć pewność, że nasza bielizna jest do nas idealnie dopasowana.

Mit ósmy: Zawsze znasz swój rozmiar

Choć może się to nam wydawać śmieszne. Prawda jest taka, że nie zawsze wiemy, jaki mamy rozmiar. Tylko dlatego, że przez większość czasu kupowałyśmy biustonosz w jednym sklepie, na przykład w rozmiarze 85B, nie oznacza to, że ta metoda zawsze będzie się sprawdzać. Większość marek dobiera bowiem rozmiary według własnych norm i czasami może się okazać, że zamiast 85B powinniśmy kupić stanik w rozmiarze 75 C. Dlatego za każdym razem powinniśmy przymierzać bieliznę, zanim ją kupimy.


Źródło: 


Lifestyle

Emocjonalna apteczka dla samotnych matek, czyli jak dbać o higienę psychiczną

Karolina Krause
Karolina Krause
9 lutego 2017
Fot. iStock / Anetlanda
 

Bycie samotnym rodzicem to niełatwe zdanie. Wymaga od nas pełnego zaangażowania i bycia w gotowości przez 24 godziny na dobę. W Polsce matek samotnie wychowujących swoje dzieci jest jedenaście razy więcej niż samotnych ojców. Często zostają nimi w wyniku śmierci partnera, rozwodu lub innych nieszczęśliwych wypadków. Już na samym początku taka rodzina obarczona jest, więc swego rodzaju traumą, a to jak się z nią upora w dużej mierze zależy od jej psychicznego samopoczucia. Dlatego tak ważne jest, aby potrafiły zadbać o swoją higienę emocjonalną.

Często jednak samotne matki są zbyt zajęte zaspokajaniem potrzeb swoich dzieci, że zapominają o własnych emocjonalnych potrzebach. Choć oczywiście zdarza się to nie tylko im. Guy Winch, psycholog, mówca motywacyjny i autor wielu książek na temat emocji, zwraca uwagę, że dla większości z nas zdrowie fizyczne jest o wiele ważniejsze niż zdrowie psychiczne. Już, jako dzieci uczymy się przecież, jak o nie dbać.

W zasadzie każdy 5-latek wie dziś, że gdy się skaleczy to trzeba opatrzyć ranę, żeby nie wdała się infekcja, no i oczywiście rozumie też, że trzeba dać o zęby (bo będą bolały). A co wie na temat dbania o psychikę? Prawdopodobnie nic. Jak to możliwe, że bardziej dbamy o zęby niż o własny umysł?

Choć higiena psychiczna jest szczególnie ważna w przypadku samotnych matek, tak naprawdę wszyscy powinniśmy o nią zadbać. By o nią zadbać Winch proponuje nam zastosować się do tych 5. kroków:

Zwróć uwagę na swój ból

Jeśli od kilku dni bardzo cierpisz, zwróć uwagę na to, co powoduje twój ból i postaraj się zrobić coś, by zaleczyć emocjonalną ranę. Nie ściskaj, ani ni ignoruj tego, co cię boli!

Zatamuj emocjonalne krwawienie

Naucz się rozpoznawać zbliżający się negatywny cykl – kiedy na przykład uczucie porażki prowadzi cię do utraty pewności siebie, czy poczucia bezradności – i staraj się go zatrzymać.

Chroń poczucie własnej wartości

Upewnij się, że jest odpowiednio wysokie. Gdy spada, zajmij się rzeczami, które pomogą ci odzyskać wiarę w siebie. Unikaj krytycznych myśli o sobie.

Fot. iStock / samxmeg

Fot. iStock / samxmeg

Wypowiedz wojnę negatywnym myślom

Naucz się unikać ruminacji. Pamiętaj, że negatywne myślenie przyciąga negatywne wydarzenia.

Zbieraj informację na temat emocjonalnych ran

Ich konsekwencji i możliwych „powikłań”. Poszukaj wsparcia, które będzie odpowiadało twoim własnym doświadczeniom.

Choć wszystkie te zadania są równie istotne, sposób ich rozwiązania różni się w zależności od osoby. Zależy, bowiem zarówno od jej charakteru, jak i indywidualnych doświadczeń. Dlatego każdy z nas samodzielnie musi zadbać o wyposażenie swojej „emocjonalna apteczki pierwszej pomocy”.

W przypadku samotnych matek w odbudowaniu swojej samooceny, pomocna może okazać się koncentracja na sile, jaką musiałyście w sobie znaleźć, aby znaleźć się w danym miejscu waszego życia. Ona nie znika od tak, cały czas macie ją w sobie. Pomyślcie o tym, co robicie dla swoich dzieci. O rzeczach, które dobrze wam wychodzą.

W wyposażeniu waszej apteczki mogłyby się także znaleźć:

Czas dla siebie

Większość samotnych matek, wykonuje pracę na dwa etaty. Nikt nie jest w stanie wytrzymać takiego tempa, ani fizycznie, ani psychicznie. Dlatego pomyśl o tym, by od czasu do czasu zadbać o to by mieć chwilę tylko dla siebie i to najlepiej bez dzieci (o ile to oczywiście możliwe).

Przygoda

Jednym z najlepszych sposobów na walkę z czarnymi myślami i poprawę samopoczucia, jest zaplanowanie małej przygody. To nie musi być nic wielkiego. Tylko coś, co na chwilę oderwie cię od codziennej rutyny, czy przeglądania mediów, w ramach rozrywki. Może skusisz się na rowerową wyprawę za miasto, albo jazdę na łyżwach? Zastanów się, co mogłoby sprawić ci przyjemność i wyjdź naprzeciw swojej przygodzie!

Matka Natura

Skoro cały twój dzień mija ci na podróży między pracą a domem, ile czasu spędzasz na łonie natury? Jeśli właśnie pomyślałaś, że właściwie to zero, zapewne wiesz już, czego brakuje ci do odrobiny szczęścia. Udowodniono, bowiem, że oglądanie naturalnych pejzaży znacznie obniża nasz poziom stresu. A spacer na świeżym powietrzu pozytywnie wpływa na nasz umysł. Dlatego wyjdź z domu, oddychaj i doceń to, kim i gdzie teraz jesteś.


Źródło: 


Lifestyle

Misja spełnienie. Dlaczego dziś kochamy nasze dzieci „za bardzo”?

Karolina Krause
Karolina Krause
9 lutego 2017
Fot. iStock / South_agency

Zajęcia z robotyki, kółko teatralne, lekcje gry na fortepianie, taniec, konie, dodatkowe zajęcia z kosza, no i koniecznie lekcje drugiego języka. Bo przecież języki tak bardzo przydają się w życiu. Lista zajęć dodatkowych, którymi wypełniamy dziś naszym dzieciom czas wolny zdaje się nie mieć końca. Dziecko staje się dziś centrum naszego wszechświata, a dążenie do, uszczęśliwiania go za wszelką cenę, podstawowym celem jego rodziców. Dlaczego?

Powodów do traktowania dzieci, jako swoją największą inwestycję psychiczną, emocjonalną i finansową ciągle przybywa. Choć droga do takiego ich postrzegania, różniła się w zależności od społeczeństwa, tendencja ta uwidacznia się dziś zarówno w Europie, jak i Stanach Zjednoczonych. Jenifer Senior, amerykańska antropolożka mieszkająca w Nowym Jorku, w swojej książce „Dużo radości, przyjemności”, stara się wyjaśnić, jak do tego doszło.

Po pierwsze ekonomia

Czasy, w których dzieci płodziło się po to, by zapewnić sobie dodatkową pomoc w dorzucaniu do rodzinnego budżetu, na szczęście odchodzą już w zapomnienie. Z danych posiadanych przez GUS wynika, że ponad połowa rodzin prowadzących gospodarstwa domowe, to rodziny z jednym dzieckiem. I choć zdecydowanie jest to krok w dobrą stronę, zmiana ta spowodowała, że dziecko stało się dziś, mówiąc wprost „ekonomicznie bezwartościowe, za to emocjonalnie bezcenne”.

Antykoncepcja

Zdolność do kontrolowania kwestii posiadania dzieci, sprawia, że rodzice w przeważającym stopniu decydują się na to, by mieć ich mniej. Mimo, że władza w Polsce, wyraźnie stara się temu zapobiegać (po przez chociażby 500+), na efekty tych zmian będziemy musieli jeszcze długo poczekać. Tymczasem standardowy model zarówno Polskiej, jak i Amerykańskiej rodziny to w dalszym ciągu 2+2, co powoduje, że zaczyna nami kierować ekonomiczna zasada niedoboru. W myśl, której im mniej czegoś posiadamy, tym większą wartość temu przypisujemy.

Wyższy wiek rodzenia

Coraz częściej też kobiety z wyższym wykształceniem decydują się na dzieci znacznie później. W Stanach Zjednoczonych średnia wieku urodzenia dla kobiet wynosi 30 lat, choć Polki ze średnią 29,1 z każdym rokiem doganiają tu zachodnie statystyki. A każda matka wie, że im dłużej czekamy na dziecko, tym nasze oczekiwania wobec czekającej nas roli rosną.

Polski PRL

Kwestia wysokich oczekiwań nie dotyczy oczywiście tutaj wyłącznie kobiet. Współcześni rodzice, jako pokolenia wychowywane w czasach komuny i PRL’u, gdzie pomarańcze uchodziły za prawdziwy luksus, a podstawową rozrywką dla dzieci był „trzepak”, chcieliby dla swoich dzieci lepszego życia. Podstawową zasadą, którą się kierują (zwłaszcza ojcowie) jest to, że „chciałbym, by moje dziecko miało lepiej niż ja”. Pytanie tylko, czy rzeczywiście mieliśmy, aż tak źle?

Wyrzuty sumienia

Kolejną zmianą, z jaką musiało zmierzyć się nasze społeczeństwo, jest fakt, że dziś nie da się już utrzymać rodziny z jednej pensji. Przez co coraz więcej kobiet pracuje dziś zawodowo. Wiele z nich ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Bo przecież „pracująca matka, to zaniedbane dziecko”. Aby więc odkupić swoje poczucie winy, starają się zostać tymi na wskroś idealnymi „matkami roku”. Zapominając przy tym, że ich własne matki, które zostały w domu, by „zająć się dzieckiem” niekoniecznie spędzały z nimi więcej czasu. Chociażby, dlatego, że w tym samym czasie trzeba było: dom wysprzątać, obiad ugotować, a na głowie miały zazwyczaj więcej niż jedno dziecko. W efekcie, czego dzieci dostawały od nich krótkie hasło „idź się pobaw” i wychowywały się głównie wśród swoich rówieśników.

„Nie mam, co z nimi zrobić”

Oficjalnym powodem, dla którego rodzice zapisują dziś swoje pociechy na szereg zajęć dodatkowych jest to, że nie wiedzą, co im się w przyszłości może przydać. Świat zmienia się dziś, bowiem w tak zawrotnym tempie, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie umiejętności okażą się kluczowe do osiągnięcia sukcesu za najbliższe 5 lat, a co dopiero za 10! I nie ma nic dziwnego, że starają się zadbać o przyszłość swoich dzieci.

Tylko, że bardziej bezpośrednią przyczyną wydaje się być to, że zwyczajnie nie mają, co z nimi zrobić! Większość rodziców kończy, bowiem pracę o 17: 00, a świetlice szkolne działają, co najwyżej do tej godziny. Nie dalej, jak kilka miesięcy temu znajoma pracująca w szkole, opowiadała mi o matce, która przyjechała po swego syna o 17: 30, zmuszając ją do zostania w pracy po godzinach. Zrozpaczona mama tłumaczyła się, że nie ma jak odebrać dziecko wcześniej, bo inaczej zostanie zwolniona. Więc, albo będzie musiała poszukać dla niego dodatkowego zajęcia, albo zwolni się z pracy. I koło się zamyka.

Dystrybutorzy szczęścia

W spadku po trudnym dzieciństwie zostało nam jednak jeszcze jedno ważne marzenie, a mianowicie to, że ponad wszystko chcemy, by nasze dzieci były szczęśliwe. To szczytny cel, ale jednocześnie mało realny. Bo, co to tak naprawdę oznacza? Nie ma jednego przepisu na szczęście, ani na to jak wychować szczęśliwe dziecko. Niektóre dzieci nie będą takie nigdy i nie mamy na to żadnego wpływu.

Dlatego poświęcając się uszczęśliwianiu ich skazujemy siebie na syzyfowe pracę, a nasze dzieci na to, że staną się mniej odporne emocjonalnie i narcystyczne. Jak więc nie dać się temu zwariować?

Po pierwsze nie traktujmy naszych dzieci, jako przedłużenie nas samych. To odrębne jednostki, a jako rodzice jesteśmy odpowiedzialni przede wszystkim za to, by wychować ich na porządnych ludzi, zapewnić im dach nad głową, przekazać im pewien kodeks moralny i wyposażyć ich w jedną dowolnie wybraną umiejętność. Szczęście to, bowiem efekt uboczny. Wypadkowa tego, że robimy to, w czym jesteśmy dobrzy. Po za tym wasze dzieci już mają ogromne szczęście – mają was.


 

Źródło: 


Zobacz także

„Młode cycki też chorują (…) dotykajcie, badajcie, sprawdzajcie przez cały rok”

Rodzice, którzy wychowują „dobre” dzieci robią te 5 rzeczy – nigdy o nich nie zapominaj!

Dlaczego całujemy się w usta i co, zdaniem naukowców, mogłoby nam całowanie zastąpić?

steroid-pharm.com

Наш классный портал про направление ринопластика киев.
masturbation gifs