Lifestyle

Kiepski start nie oznacza kiepskiego życia. Jest coś, co pomoże ci wyjść z najgorszego bagna

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 marca 2018
Fot.iStock/JANIFEST
 

Jak złe musi być twoje dzieciństwo , żebyś jako dorosły człowiek zmarnował wszystkie życiowe szanse na normalność lub sukces? Psychologowie wyróżniają 10 typowych czynników ryzyka, takich jak rozwód rodziców, alkohol lub narkotyki w rodzinie nadużywanie pozycji dominującej przez rodziców lub opiekunów , bycie ofiarą molestowania seksualnego, przemoc w domu i choroba psychiczna w najbliższej rodzinie. Naukowcy uważają, że przy czterech lub więcej czynnikach twoje szanse na szczęśliwe życie zaczynają spadać. Ale tak nie musi być. Są to tylko liczby, statystyki, rachunki prawdopodobieństwa, które układają się „przeciwko” tobie.

Jest jeden wspólny mianownik, który może „uratować” nas z najtrudniejszej sytuacji, a najprościej i najbardziej banalnie można nazwać go… miłością. Nie chodzi oczywiście o księcia lub księżniczkę z bajki, którzy wyciągną nas z życiowego bagna, podarują milion dolarów i załatwią nam świetną, wspaniale płatną pracę. Chodzi o relacje z ludźmi, których na swojej drodze spotykamy o ich reakcje na nas, o chęć wyciągnięcia do nas ręki i otwarcia się na nas. Skoro nie dostaliśmy w dzieciństwie „narzędzi” do tego, by dobrze żyć, musimy teraz zdobywać je sobie sami i uczyć się jak się nimi posługiwać, obserwując bliskich nam ludzi.

Życzliwość to również miłość. Ona pomaga przezwyciężyć nieszczęście, niesprawiedliwość, złe traktowanie, upokarzające zachowania, których ofiarami padliśmy i przypadkowe zło, z którym ma do czynienia większość z nas podczas dorastania – niektórzy może bardziej niż inni.

Poza miłością, psychologowie wymieniają jeszcze kilka innych, ważnych do osiągnięcia życiowego sukcesu elementów, z których większość jest dość oczywista: trzymaj się blisko przyjaciół, skup się na nauce, przebaczaj, weź psa lub kota, pamiętaj o bliskich zmarłych, patrz w niebo i nie zapominaj o marzeniach, traktuj innych ludzi dobrze, ale podchodź do nich ostrożnie.

A przede wszystkim, nigdy nie zapominaj o tym, że to jak przeżyjesz swoje życie zależy głównie od ciebie, twoich wyborów, twoich decyzji.


Na podstawie:

 


Lifestyle

„U państwa dziecka wykryliśmy guza”. Chcesz wiedzieć, co się wtedy czuje? Opowiem ci

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
13 marca 2018
Fot. Bartosz Komajda z synem Julianem / archiwum prywatne
 

Do sali wchodzi pani ordynator i mówi, że z Julkiem zostanie teraz pielęgniarka, a nas zaprasza na rozmowę. Do przejścia kilka metrów, ale z każdym krokiem nogi robią się jak z waty. Wiesz, że zaraz usłyszysz bardzo złą wiadomość, ale mimo wszystko jeszcze tli się nadzieja, że nie najgorszą z najgorszych. Siadasz na krześle, słuchasz i z każdym słowem coraz mniej do ciebie dociera. „U państwa dziecka wykryliśmy guza”.

Byliśmy normalną rodziną. Julek właściwie nie chorował. Był oporny na te wszystkie sezonówki i choroby dziecięce. Rozwijał się prawidłowo. Zgasł w mgnieniu oka. Nie sądziłem, że rak może rozwijać się jakiś czas i nagle, jak za pstryknięciem palców dać o sobie znać. Bo tak było u Julka.

Pewnego dnia w styczniu 2017 roku Julek zaczął dziwnie się zachowywać. Stracił zainteresowanie zabawą, pokładał się, był zmęczony, nie chciał jeść, ale za to bardzo dużo pił. Miał wypieki na twarzy, chociaż temperatura była w normie. Później dowiedzieliśmy się, że te zaczerwienione policzki to charakterystyczny objaw neuroblastomy. Wtedy wiedzieliśmy, że naszemu dziecku coś dolega, ale tym „czymś” miała być „zwykła” choroba. No, może taka, która wymaga pobytu w szpitalu. Pewnie dlatego tam pojechaliśmy. Czuliśmy, że potrzebna jest szybka diagnoza.

Najgorszy strach z możliwych

Tam wszystko działo się bardzo szybko. Dosłownie jak na filmach. Do Julka ciągle przychodzili coraz to nowi lekarze, każdy z nich go oglądał, zbierał wywiad, dopytywał, zlecał kolejne badania. Ich popłoch robił wrażenie. Najpierw myślisz sobie, że to super, że tak się zajmują twoim dzieckiem. Przecież tyle się słyszy o pacjentach, którzy umierają nie doczekawszy się diagnozy. Ale potem dociera do ciebie, że to poruszenie ma jakiś powód. Że dzieje się coś bardzo, bardzo złego. I chodzi o twoje dziecko. To najgorszy strach z możliwych. Nie ma nic gorszego.

Wyobraź sobie, że trafiasz z dzieckiem do szpitala w piątek, a dwa dni później słyszysz wyrok – rak. Czwarty stopień. Czyli źle. Wtedy jeszcze nie wiesz, o co tak naprawdę chodzi, co będzie dalej – jutro, pojutrze, za miesiąc, za rok.

Kiedy lekarka powiedziała, że w brzuchu Julka wykryli guza, najpierw nie dotarło do mnie, o co chodzi. Pomyślałem sobie „Aaa guz! W sensie – taki jak na kolanie lub czole?”. Lekarka musiała zauważyć, że nie zrozumiałem, co powiedziała. „To nowotwór”. Potem już tylko płakałem. Moja żona milczała. Nie wiem, ile to trwało, ale w końcu trzeba było wrócić na salę. Pójść do tego dziecka, które od środka zżera rak i które już za chwilę może nie żyć. Patrzysz na nie już inaczej niż jeszcze godzinę temu. Ty jesteś innym człowiekiem, twoja żona też. Rodzina, praca, przyszłość, marzenia… Wszystko jest inne.

Fot. Julian Komajda / archiwum prywatne

Fot. Julian Komajda / archiwum prywatne

Wszędzie te łyse główki

Nie dostajesz żadnego wsparcia psychologicznego. W szpitalach niby są jacyś specjaliści, ale widać, że nie rozumieją twojego dramatu. Mówią formułkami, ale to nie pozwala ukoić bólu, zebrać myśli. Pomagają jedynie leki na uspokojenie. Zaczynam je brać, podobnie jak wszyscy inni rodzice na dziecięcym oddziale onkologicznym. Tam widać, kto jest nowy – dzieci mają jeszcze włosy, a rodzice snują się po korytarzach i płaczą. Dosłownie wyją. Chcą się wypłakać, zanim wrócą na salę do dziecka. Tam muszą być silni. Właśnie to sobie z Aśką postanowiliśmy – że Julian nigdy nie zobaczy, jak płaczemy.

Taki stan utrzymuje się bardzo długo. Potem zaczynasz się przyzwyczajać do nowego życie twojej rodziny – w ciągłym strachu i bólu. Poznajesz innych rodziców – tych, których dzieci są w trakcie leczenia, tych, których dzieci pokonały raka i tych, których dzieci mają nawrót i ich losy są przesądzone. Wszędzie widzisz te łyse główki. Może to dziwne, ale ten widok wrył mi się w pamięć. Wszyscy tam zmagają się z nowotworem.

Fot. Julian Komajda / archiwum prywatne

Fot. Julian Komajda / archiwum prywatne

2 operacje, 8 cykli chemii, przeszczep szpiku

U Julka wykryli w brzuchu guza wielkości grejpfruta. Miał neuroblastomę – nowotwór złośliwy, który atakuje tylko malutkie dzieci. Rak dał już przerzuty do kości i szpiku kostnego. Lekarze decydują się na szybkie, agresywne leczenie. Wszystko dzieje się szybko – w ciągu jednego roku Julek przechodzi 2 operacje, 8 cykli chemii, przeszczep szpiku, niezliczoną ilość badań. Walczy, widać to po nim. Znosi wszystko bardzo dzielnie, choć nie ma pojęcia, co się dzieje. Co może zrozumieć taki 2-latek? W końcu nadchodzi moment, gdy kolejne zabiegi, badania, pobieranie krwi już nie robią na nim wrażenia.

Starasz się być dobrej myśli – przecież jest plan leczenia, wszystko musi pójść dobrze. Kolejnym etapem leczenia jest immunoterapia. Po 5 cyklach podawania przeciwciał choroba powinna dać Julkowi spokój. I wtedy nadchodzi kryzys. Po drugiej dawce dochodzi u niego do neurotoksyczności i zatrucia układu nerwowego. Lekarze decydują się wdrożyć leki, które zneutralizują działanie wcześniej podanych przeciwciał.

Fot. Julian Komajda / archiwum prywatne

Fot. Julian Komajda / archiwum prywatne

„Nic więcej nie możemy zrobić”

Julek przestaje mówić, ruszać się, reagować. Nie potrafi samodzielnie się wypróżniać, ma koszmary senne. Ciągle krzyczy. Nigdy nie zapomnę tego przeraźliwego krzyku. Lekrze nie potrafią powiedzieć, kiedy to wszystko minie i czy w ogóle minie. Dopiero po kilku miesiącach powoli wrócił do siebie. Nie ukończył jednak niezbędnego leczenia. Kolejnej próby immunoterapii już nie będzie ze względu na ryzyko ponownego wystąpienia neurotoksyczności.

„Nic więcej nie możemy zrobić”. Wiesz, jak to brzmi? Najpierw myślisz sobie „No i na co było to całe jego cierpienie? Przecież to dziecko ma zaledwie 3 lata, a przez ostatni rok nieustannie doświadczało bólu”. Pojawia się niemoc, złość, smutek, przerażenie. Ale te uczucia są inne niż wtedy na początku, gdy pada pierwsza diagnoza. Bo wtedy masz nadzieję, słyszysz o metodach leczenia, jest plan, coś się dzieje. Wierzysz. A teraz? Jakiej myślisz masz się uczepić i kurczowo trzymać?

Fot. Bartosz Komajda z synem Julianem / archiwum prywatne

Fot. Bartosz Komajda z synem Julianem / archiwum prywatne

To jest właśnie twój sprawdzian

A potem dostajesz kopa. Potężnego kopa. Odkrywasz w sobie takie pokłady sił, o których wcześniej nie miałaś pojęcia. Szukasz, analizujesz, wydajesz ostatnie pieniądze na konsultacje, Z pomocą przyjaciół piszesz niezgrabne maile w różnych językach do różnych specjalistów z różnych stron świata. Błagasz o pomoc.

I nagle jest światełko w tunelu. Dostajesz odpowiedź. Gdzieś na końcu świata trwają właśnie badania nad specjalną szczepionką, dedykowaną takim dzieciom jak Julek. Dowiadujesz się więcej i z każdą chwilą coraz bardziej do ciebie dociera, że to jedyna opcja. Że to jest właśnie twój sprawdzian. Ty jako rodzic musisz stanąć na wysokości zadania i zrobić wszystko, żeby uratować swoje dziecko.

I robisz to.

Potrzebujesz tylko 800 tysięcy złotych.

Poznajesz nowych ludzi, prosisz o pomoc, szukasz rozwiązań. Już nie tylko mówisz, że poruszysz niebo i ziemię, a faktycznie je poruszasz. Twoje życie ma tylko jeden cel – uratować swoje dziecko.

Wysłuchała Ewelina Celejewska

Bartek i jego żona Joanna nie zamierzają odpuścić. Skoro w Europie nie ma już szans na leczenie Julka, postanowili szukać pomocy dalej. Szpital Memorial Sloan-Kettering Cancer Center w Nowym Jorku zakwalifikował Julka do leczenia z zastosowaniem nowatorskiej szczepionki anty-neuroblastoma. Dzielny 3-latek na początku marca przeszedł serię badań i z początkiem kwietnia może wyjechać na leczenie do USA. Do tego jednak niezbędna była pomoc innych ludzi, którzy wsparli zbiórkę pieniędzy na szczepionkę. Nadal jednak potrzebne są fundusze na przeloty i pobyt w Nowym Jorku. O walce, jaką przez ostatni rok stoczył Julian, można więcej przeczytać .


Lifestyle

Co oznacza kolor twojej miesiączki. Sprawdź, czy jest powód do niepokoju

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 marca 2018
Fot. iStock/Anetlanda

Kolor krwi miesiączkowej wiele mówi o stanie twojego zdrowia. Jeśli zauważysz coś niepokojącego, zdecydowanie powinnaś udać się do lekarza, by rozwiać wątpliwości i zaradzić ewentualnej infekcji. Sprawdź, co oznacza dane zabarwienie i co powinno wzbudzić twoją czujność i skłonić do wizyty u ginekologa.

Kolor różowy

Różowoczerwona krew może oznaczać niski poziom estrogenu. Jeśli jesteś zapaloną biegaczką lub czynnie uprawiasz jakiś inny sport, to może być powodem takiego właśnie zabarwienia twojej krwi. Udowodniono, że wysiłek fizyczny, a szczególnie bieganie, może spowodować spadek poziomu estrogenu. I jest to zdecydowanie coś, na co należy zwrócić uwagę, ponieważ niektóre badania wykazały związek między niskim poziomem estrogenu a osteoporozą w późniejszym okresie życia.

Kolor wodnisty

Barwa wodnista, nijaka lub jasnoróżowa, może oznaczać niedobór witamin i składników mineralnych. Koniecznie sprawdź, czy nie masz anemii, zwłaszcza jeśli miesiączka staje się coraz mniej obfita. W skrajnych przypadkach taki kolor sygnalizuje nowotwór jajnika. Ale nie denerwuj się na zapas. Być może pijesz bardzo dużo płynów. Im im więcej wody w organizmie, tym rzadsza krew.

Kolor  ciemnobrązowy

Ciemnobrązowy lub ciemnoczerwony kolor krwi menstruacyjnej może oznaczać, że kawałki błony śluzowej macicy i krwi zalegają w drogach rodnych, a płyn dopiero toruje sobie drogę ujścia z organizmu. Krew zdążyła się utlenić, stąd zmiana barwy. Nie jest to niepokojący objaw.

Kolor ciemnoczerwony, ze skrzepami

​​Możesz mieć niski poziom progesteronu i wysoki poziom estrogenu. Jeśli jednak skrzepy są duże i jest ich wiele, może masz problem z krzepliwością krwi i zaburzenia  równowagi hormonalnej . Przyczyną mogą być także mięśniaki macicy. Udaj się do lekarza by to sprawdzić.

Mieszanina barw szarej i czerwonej

Jeśli nie jesteś w ciąży (tak, okres w ciąży jest możliwy), to może być objaw infekcji intymnej, być może choroby przenoszonej drogą płciową. Może jej towarzyszyć bardzo nieprzyjemny zapach. Wówczas należy jak najszybciej udać się do lekarza.

Kolor czerwonej żurawiny

Takie zabarwienie jest uznawane za objaw zdrowia. Wszystko jest w porządku, ale pamiętaj o regularnych kontrolach u ginekologa.


Na podstawie: 

 


Zobacz także

Wyjść, zamknąć za sobą drzwi i zniknąć. Dlaczego każda matka potrzebuje czasem powiedzieć „dosyć, nie ma mnie”

Jesteśmy samotne, tak bardzo samotne. Jednak tylko od nas zależy, czy będziemy w tej samotności tkwić do końca

Dzidzia piernik. Kiedy chcesz się odmłodzić, ale się postarzasz

https://steroid-pharm.com

www.anabolik-store.com.ua/blokatory-aromatazy/proviron_25mg.html

viagra sans ordonnance toulouse