Lifestyle

„Każda kobieta górnika to bohaterka”

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
10 października 2016
"Każda kobieta górnika to bohaterka"
fot. Flickr/ Oliwia M.
 

Kiedy na Śląsku pojawia się informacja o zawale w kolejnej kopalni, wszyscy wstrzymują oddech. Nie ma osoby, która potrafiłaby przejść obojętnie wobec takiego newsa. Wielokrotnie sami odczuwamy to, co dzieje się na dole – tąpięcia to takie małe trzęsienia ziemi, po których wszystko, o czym myślisz to :„oby tylko na grubie nic się nie stało!”. Choć na Górnym Śląsku działa coraz mniej kopalni, w momencie pojawienia się kolejnego bezdusznego newsa o wypadku na kopalni, serca wielu kobiet przestają na chwilę bić. Ślonskie baby nie należą do najsłabszych. Ciężko jednak szukać takich, które potrafią dorównać siłą i odwagą kobietom górników.

„Nie kochaj piekarza!”

Co roku grudniową porą w śląskich przedszkolach maluchy uczą się pewnej piosenki, która mówi o tym, że pokochanie malarza czy piekarza wcale się nie opłaca. Jeden „pokąsa wąsem”, a drugi pobrudzi nas farbą. Najlepiej kochać górnika! Na Górnym Śląsku nie ma osoby, która nie miałaby w swojej rodzinie lub wśród znajomych kogoś związanego z kopalnią. To właśnie możliwość pracy kilkaset metrów pod ziemią spowodowała, że w górnicze okolice zjeżdżali się mieszkańcy całej Polski. Opłacało się, bo większość kopalni czy hut gwarantowała pracownikom mieszkania na specjalnie powstających dla nich osiedlach. Biegające po placu dzieci, mężczyźni wracający z szychty o twarzach czarnych jak węgiel i one. Kobiety, które czekały. Gotowały obiad, zajmowały się domem, dbały o swoich mężczyzn. Dziś Górny Śląsk to korporacje, zachwycająca architektura i najprężniej rozwijający się region w Polsce. Jedno jednak się nie zmieniło – siła śląskich bab.

Barbara – najważniejsza z kobiet

„Mąż nie pracuje na kopalni już dobre piętnaście lat, ale w domu ciągle najważniejsze jest to samo miejsce. To półka z figurką świętej Barbary. Zawsze muszą być na niej świeże kwiaty i zapalona świeczka.” Pani Maria jest emerytowaną nauczycielką matematyki. Jej mąż pod ziemią pracował dwadzieścia lat. „W kopalni zdarzało się tyle wypadków, a jemu nic się nie stało! Dla nas to prawdziwy cud i ogromne szczęście. Był jeden dzień, kiedy byłam kompletnie przerażona. Heniek miał wrócić o 15-tej. Mijały kolejne godziny, a jego nie było… wyobraźnia zaczęła pracować. Wtedy nie było możliwości zadzwonienia, po prostu jeden czy drugi pracownik musiał zostać dłużej. Pamiętam to jak dziś. Nasi synowie, którzy mieli wtedy może po pięć czy sześć lat, siedzieli na parapecie i wypatrywali taty”. W oczach Pani Marii widać ogromne wzruszenie. Choć wcześniej przekonywała, że bycie żoną górnika to nic takiego, chyba sama zaczęła zmieniać zdanie. „Koło 18-tej pod blok podjechała karetka. Stanęło mi serce, chłopcy zaczęli płakać. Modliłam się do naszej Barbórki, żeby to nie było najgorsze… Heniek miał tylko złamaną nogę. Rozumiesz? Dla nas była to tylko złamana noga!”.

Tyle samo wjazdów co zjazdów

Poranek Marysi i Heńka był taki sam od poniedziałku do piątku. Wstawali razem o czwartej. Ona robiła mu kanapki, on szybko zbierał swoje rzeczy do brązowej, skórzanej torby. Razem oglądali wschód słońca. Zawsze razem stawali w progu wspólnego mieszkania. „To był nasz rytuał. Krótki pocałunek, obietnica, że wyjedzie tyle samo razy, ile zjedzie, a potem szczęść Boże”. Dziś Pani Maria patrzy na to z lekkim rozbawieniem, choć wtedy do śmiechu jej nie było. „Jak ja potrafiłam wstawać o czwartej rano! Musiałam go naprawdę kochać!” Z jej twarzy nie znika uśmiech. Tak, ich miłość to taka, o której można by pisać książki! Kiedy jej to sugeruję, nie ma oporów przed zupełną szczerością. „Każda kobieta górnika to bohaterka. Wyobraź sobie, każdego ranka wstajesz, całujesz swojego ukochanego i nie wiesz, czy to aby nie ostatni raz, kiedy się widzicie. Ja wiem, każda praca jest niebezpieczna. Taki taksówkarz też nie wie, co go w pracy spotka. W końcu wozi nieznajomych ludzi. Ale w przypadku górnika w grę wchodzi natura. Z nią nie ma żartów. Wypadki na kopalni to nie tylko zawały i wybuchy, ale także woda, która może się pojawić w każdym momencie”.

Szczęść Boże!

Panią Marię znam od lat. Nauczycielka, która kochała swoją pracę, pomimo tego, że jej przedmiot był tym najbardziej znienawidzonym. „Nie rozumiem, dlaczego dzieci tak bardzo nie lubią matematyki! Przecież to taki piękny przedmiot!”. Z tym akurat nie mogłam się zgodzić, ale pani Marii to nie przeszkadzało. „Ty piszesz, ja uczyłam matematyki, a mój mąż fedrował na grubie. Każdy robi to, do czego ma talent. A do pracy na kopalni także trzeba go mieć! To wymaga niesamowitej odwagi… Ja nigdy bym się nie odważyła zjechać na dół”. Coraz więcej miast zmienia swoje kopalnie w atrakcje turystyczne. Najlepszym przykładem jest Zabrze. „Heniek zabrał mnie kilka miesięcy temu na wycieczkę do Kopalni Guido. Zeszliśmy na dół. Tam wszystko jest dobrze zabezpieczone, pięknie przystosowane do turystów. Był jednak moment, kiedy chwyciłam męża mocno za rękę i powiedziałam mu, że już nigdy nie zgodziłabym się, żeby zjechał do pracy”. Dlaczego jej ukochany nigdy nie zmienił pracy, pomimo takiej możliwości? „Zrobił to dla rodziny. Pracując w kopalni miał zapewniony mieszkanie, a dzieci mogły jeździć na darmowe kolonie. No i wszyscy byliśmy górniczą rodziną… Na ulicy co chwilę było słychać ‚Szczęść Boże!’ Jak moglibyśmy ich opuścić?”.

Zupełnie inny strach

To, co pani Maria przeżywała kilkadziesiąt lat temu, Kasia przeżywa dziś. Ma 22 lata, jej chłopak jest od niej dwa lata starszy. Znają się od dziecka, razem bawili się na podwórku. Jak to często bywa, miłość przyszła trochę później, choć zawsze ich do siebie ciągnęło. „Maciek jest górnikiem, ale pracuje dla firmy zewnętrznej, nie bezpośrednio dla kopalni. To trochę mnie uspokaja, mają lepsze warunki, bardziej dba się o bezpieczeństwo pracownika. Doskonale wiedziałam, w co się pakuję! Choć tak na dobrą sprawę, nigdy nie myślałam, że mogę się tak bardzo o kogoś bać”. Tata Kasi ma zaawansowanego raka krtani. Jakby tego było mało, sama miała raka tarczycy. Dobrze wie, co znaczy strach o drugiego człowieka, szczególnie o takiego, którego się kocha. „To jednak coś zupełnie innego. Kiedy ktoś choruje, teoretycznie wiesz, jaka jest kolej rzeczy. Można wszystko przewidzieć. W przypadku pracy na kopalni – każdy dzień jest niewiadomą. Może dlatego tak bardzo szanujemy każdą wspólną chwilę?”.

Górnictwo 2.0

Nikt, kto choć raz nie przeżył katastrofy górniczej będąc wśród Ślązaków, nie ma pojęcia, co się wtedy tutaj dzieje. W tramwajach, autobusach, sklepach nie mówi się o niczym innym. Choćby to było zwykłe tąpięcie, każdy zastanawia się, czy na pewno na dole nikomu nic się nie stało. „Dla Warszawy to zwykłe info, które musi zostać zaserwowane w porannych newsach. O trzęsieniu ziemi we Włoszech rozpisują się i rozgadują na kilkanaście minut, ale śmierć jednego czy drugiego górnika nikogo nie interesuje”. Kasia zgadza się z panią Marią. Może i kiedyś żony górników nie wiedziały niczego, ale dzisiaj wiedzą aż za dużo. „Dla mnie każda taka informacja to zawał. No niby wiem, że to nie na kopalni, na której obecnie jest Maciek, ale cholera! Nigdy nie wiadomo, jak duże będą wstrząsy wtórne, czy na pewno metan jest podwyższony tylko w tym jednym miejscu… Może panikuję, ale wiesz, kopalnia to puszka, z której nie ma ucieczki”.

Teraz i zawsze

Obu paniom zadałam to samo pytanie – czy gdyby wiedziały to wszystko, co wiedzą teraz, zdecydowałyby się na związek z górnikiem? Nie miały wątpliwości. „Może i jest o wiele więcej stresu, niż z facetem pracującym w biurze czy sklepie. Serce nie sługa, pokochałam Maćka – górnika i nie będę wymagać od niego, żeby się zmieniał. Bo górnik to także stan umysłu. To naprawdę cudowni faceci, którzy dbają o swoje kobiety i cieszą się każdą spędzoną wspólnie chwilą”. Pani Maria, która ze swoim mężem dwa lata temu obchodziła pięćdziesięciolecie małżeństwa, ma takie samo zdanie. „No dobrze, zasługuję na dodatek do emerytury za dodatkowy stres! Ale poza tym… Mam dwoje wspaniałych synów, którzy spełniają swoje marzenia i mają swoje rodziny, no i męża, z którym w końcu mamy trochę czasu dla siebie. Dosłownie trochę, bo Heniek oczywiście nie może wysiedzieć na miejscu! Teraz pomaga w kościele, ale to dobrze. To nasz znak wdzięczności za to, że nic się nie stało. Oby tylko Barbórka nad nami czuwała.”


Lifestyle

Nasze małe piekiełko samotności… Czasem twoja samotność ma swojego wspólnika

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
10 października 2016
Nasze małe piekiełko samotności... Czasem twoja samotność ma swojego wspólnika
fot. iStock/ themacx
 

Koleżanka singielka opowiadała mi o tym, jak ciężko jest jej być samej. Kiwałam potakująco głową, powiedziałam, że rozumiem i wiem, jak jej ciężko. Spojrzała na mnie zdumiona i lekko zdenerwowana „nie gadaj tak, bo nie rozumiesz. Przecież masz dziecko, masz Jacka”. No tak, mam swojego syna i męża Jacka też mam. Ale czy mam go na pewno?

Słyszałam kiedyś, że nie ma nic bardziej dręczącego duszę człowieka od samotności. No więc ten, kto to powiedział był w błędzie – jest coś o wiele gorszego, bardziej duszącego i bolesnego. To samotność w związku. Niby kogoś „masz”, tworzycie parę, może nawet w świetle prawa traktuje się was jako jedność, ale tak naprawdę wasz związek to fikcja, ułuda, niespełnione marzenie. I nikt nie będzie ci współczuł, nikt nie poklepie po ramieniu, nie otrze łez, nie wysłucha w skupieniu – przecież masz męża, o samotności nie możesz mówić, nie możesz się na nią skarżyć, niewdzięczna ty. Gdyby wiedzieli…

Gdyby wiedzieli, że podpisanie papierka w urzędzie stanu cywilnego lub kościelnej zakrystii niczego nie gwarantuje – ani szczęścia, ani radości, ani nawet życia razem. To nie jest recepta na wyrwanie się z samotności i przejście do krainy mlekiem i miodem płynącej. Czasami o tym, że już nie jesteś sama przypomina ci jedynie obrączka na serdecznym palcu i ślubne zdjęcie stojące na komodzie, rysy twarzy dziecka tak podobne do tego, któremu przysięgałaś miłość, wierność i uczciwość do grobowej deski. A więc jednak jesteś mężu, nie wyśniłam sobie tych wspólnych lat, nie przewidziałam się mijając cię w salonie. Mamy siebie nawzajem – przynajmniej oficjalnie.

Gdyby wiedzieli, że najczęściej mijacie się rano w kuchni i wieczorami w łazience, przekazujecie sobie szybkie informacje na bieżące tematy, plany dotyczące dziecka (bo o tych waszych już od dawna nie rozmawiacie), co bardziej interesujące plotki i wieści z życia rodzinnego i towarzyskiego. A czasami nawet i tego minięcia brakuje, bo on wyjechał w delegację albo musiał wyjść wcześniej i został po nim tylko zapach zaparzonej kawy i woń perfum w korytarzu – znak tego, że twoja samotność ma swojego wspólnika.

Gdyby wiedzieli, że za każdym razem gdy słyszysz „mąż na pewno przekazywał”, „Jacek pewnie ci opowiadał”, „pewnie już o tym z Jackiem rozmawiałaś” uśmiechasz się głupkowato, zaciskasz zęby i odgrywasz swoja rolę żony. A w środku na przemian – palisz się ze wstydu i gasisz ten ogień łzami rozpaczy. Bo nie wiesz, nie przekazywał, nie opowiedział. Bo często nie rozmawiacie ze sobą nawet wtedy, gdy siedzicie obok siebie. A może wyczerpał się już wasz limit tematów, wygadaliście przysługującą wam liczbę słów?

Gdyby wiedzieli, że nawet wspólne popołudnia tak naprawdę wspólnymi nie są. Bo telefon zadzwoni, bo humoru brak, bo zmęczenie, rozdrażnienie, fajny program w telewizji albo interesujący artykuł. Bo znajomi wpadli na kolację, trening na siłowni wypada, syn znowu potrzebuje pomocy w zadaniu domowym, z psem trzeba wyjść koniecznie. Nie spędzacie czasu razem, a raczej obok siebie. Równie dobrze można by zastąpić partnera manekinem, plakatem 3D albo kukłą wystruganą z kawałka drewna. Kto wie, może nawet ona dawałaby więcej ciepła.

Gdyby wiedzieli, że seks w waszej sypialni jedynie się zdarza, bywa czasem i nic w nim romantycznego już nie zostało – to jedynie akt cielesny, spełnienie małżeńskiej powinności. Nie ma róż rozsypanych na poduszce, słodkich słówek, czułych gestów, wyznań i gry wstępnej – jest pośpiech, niecierpliwość i frustracja, bo to co dawać powinno satysfakcję dołuje i potęguje wrażenie, że coś uciekło, coś się zgubiło bezpowrotnie. I z jednej strony masz nadzieję, że wrócą stare uczucia, że w tych ruchach, dotyku, muśnięciach odnajdziesz przeszłość, a z drugiej myślisz „no dalej, kończ, muszę na maila odpisać, pranie wywiesić, dokończyć rozdział książki”.

Gdyby wiedzieli, że czasem wolałabym być zdradzaną żoną, że chciałabyś awantury karczemnej, zazdrości, błagania o wybaczenie i prośby o drugą szansę. To przynajmniej są jakieś uczucia, oznaki emocji, wyraz chęci dalszego trwania razem, prób tworzenia wspólnej rzeczywistości. Obojętność jest najgorsza, bo nie wiesz, co w sercu i głowie tej drugiej osoby siedzi, zaczynasz wyobrażać sobie, że to twoja wina, że może za mało z siebie dajesz, że powinnaś bardziej, inaczej jakoś. Ale co bardziej i co inaczej, tego nie wiesz, bo on ci nie powie – z jego strony jedynie chłód, spokój i cisza.

Gdyby wiedzieli… ale nie wiedzą. A ty im tego nie powiesz, bo nie umiałabyś się przyznać do tego, że twoje małżeństwo to wydmuszka, wasze prywatne piekiełko samotności, a jedyne, co was w nim trzyma to kredyt hipoteczny, dziecko i piękne wspomnienia. Nawet przed samą sobą nie chcesz powiedzieć głośno, że to koniec, że trzeba coś zmienić, że tak dalej być nie może. I trwasz pomimo wszystko, solo tak, choć na pozór w duecie. Tak samotnie razem.


Wysłuchała: Agnieszka Dyniakowska

 

Zapisz

Zapisz


Lifestyle

Przestańcie się dręczyć. Nie bądźcie na siłę. Jesteście genialnymi matkami

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
10 października 2016
Fot. iStock / Mkovalevskaya

Zaspałaś na dzień dobry czterdzieści minut. Pogoda, jak na jesień przystało, nie rozpieszcza. Z masakrą na poliku i niedopitą kawą w termicznym kubku, jak maszyna ubierasz dzieci. Dopiero zaczynasz je szykować. Szukasz spodni dla syna i gdzie do cholery jest czapka córki?! Pognieciona podkoszulka z Hello Kitty błaga, żeby ją wyprasować, ale nie ma czasu. Od piętnastu minut powinniście stać już na drugim skrzyżowaniu w drodze do szkoły syna. Kanapki z szynką dla Młodego zapakowane na szybko, pewnie rozwalą się jeszcze przed pierwszym dzwonkiem.

O zbilansowanej diecie może dzisiaj pomarzyć. Biały chleb z masłem i plastrem suchej krakowskiej musi mu wystarczyć do obiadu. Trudno. Nie wypłaciłaś trzydziestu złotych na komitet rodzicielski. Nie kupiłaś teczki na prace plastyczne córki. Od dwóch miesięcy donosisz trzy pudełka wyciąganych chusteczek higienicznych do przedszkola za rogiem. Przed dyrektorką powtarzasz: tak, tak, wiem, zapomniałam. Przepraszam. Wsiadasz do auta, przekręcasz kluczyk, a z tylnej kanapy dobiega rozpaczliwe: „Mama! Nie zapięłaś mi pasów!”. Zjeżdżasz na pobocze. Dopinasz fotelik. Już się nie spieszysz nawet, bo wiesz, że nic to nic zmieni. W butach na obcasach i płaszczu z wełny całym w kocich kłakach zaczynasz płakać. Bezsilność zżarła cię już dwa razu i wypluła, a twoje poczucie bycia beznadziejną matką urosło do entej potęgi. Zanim zaczniesz biczować się po raz kolejny wyżymając troczek od kurtki córki, który przytrzaśnięty drzwiami przejechał poza samochodem pół miasta w deszczu, weź szybkie dwa wdechy i przekalkuluj jeszcze raz ten cały swój domniemany katastrofizm.

Jestem najlepszą matką dla swoich dzieci

Pamiętasz, kiedy na pasowaniu na przedszkolaka płakałaś łzami jak grochy, a za bucikami z kokardą, o jakie poprosiła cię córka, jeździłaś dwa dni? Pamiętasz do kogo przybiegła najpierw, kiedy dostała dyplom i książeczkę w nagrodę? Do ciebie, bo mimo wszystkich niedociągnięć nadal jesteś najlepszą mamą dla swoich dzieci. Nie waż się zapomnieć. To one rozliczają cię z twoich dokonań.

Zanim zaczniesz się umartwiać, przypomnij sobie, co robicie zanim położycie się spać. Ile wyśpiewaliście razem piosenek, ile wierszy znają twoje maluchy. Zanim zamkną oczy, zawsze znajdujesz dla nich choćby piętnaście minut na to, co naprawdę ważne. Na położenie się obok na poduszce chmurze, na zachwyt nad nową kiecką Barbie wyciętą z papieru i rysunkiem, na którym syn podobno namalował auto. Żebyś nie wiem, jak mocno padała na twarz, na szczere „wow, ale pięknie!” zawsze masz chwilę. To się liczy! To jest ważne.

Jeżeli masz ochotę na szybko wypisać się z roli rodzica, bo uwiera cię systematycznie niedonoszona teczka na prace plastyczne, to otrząśnij się i spójrz na to z innej perspektywy. Przypomnij sobie, jak w hipermarkecie córka podając z półki mleko mówi: „proszę, mamusiu”, jak sprawnie synowi przez gardło płynie „przepraszam”, kiedy pokłóci się z kolegami. Namaszczaj się momentami, w których nauki i przekaz z domu wypływają w codziennych relacjach z rówieśnikami i ze światem. W przypadku starszych dzieci patrz, jak dorosły potomek traktuje swoją pierwszą dziewczynę. Tego szacunku od kogoś się nauczył, prawda? Uśmiechnij się stojąc w tym deszczu i otrzep sierść kota z płaszcza, przecież on to wszystko wie od was!

Zanim jeszcze raz dopuścisz do siebie myśl, że jesteś beznadziejna, na chłodno przypomnij sobie wszystko, co ci się jednak udało. Miej przed oczami zachwyt w oczach córki, kiedy późnym wieczorem przywiozłaś kolorowanki z ulubiona postacią z bajki i brzoskwinie, o które prosiła cały dzień. Pamiętaj słowa dzieci, które niosą cię jak na rękach wśród swoich znajomych mówiąc głośno „to jest moja mama”. „Moja mama!” wypowiadane z dumą to prawdopodobnie najwyższe cywilne odznaczenie jakiego możesz się spodziewać.

Przede wszystkim zapamiętaj raz na zawsze, że dopóki wszystko co dla nich robisz płynie ze szczerego serca i chęci polepszenia bytu – jesteś super. Tak naprawdę macierzyństwo to nowa gra, do której usiadłaś pierwszy raz, a przy każdym kolejnym dziecku możesz śmiało przyznać głośno, że niby już w to grałaś, ale za każdym razem to zupełnie inna plansza. Inny level. Odpuść sobie chęć bycia perfekcyjną, jeżeli ewidentnie nie leży to w twojej naturze i odetchnij z ulgą. Naucz się cieszyć z siebie jaką jesteś i doceniać całokształt radosnej matczynej twórczości, którą dzielisz się ze światem własnych dzieci dzień w dzień.

Masz prawo wspominać, masz prawo tęsknić

To nie przestępstwo myśleć, że kiedyś było inaczej, bo miałyśmy więcej swobody i czasu dla siebie. Nie robimy nic złego wracając z nostalgią do czasów, kiedy byliśmy z mężem we dwoje, a życie nasze płynęło od weekendu do weekendu, od podróży do podroży.  Od tego są wspomnienia. Rzucone w nowe role życia, zupełnie inne niż singlowa beztroska, uczymy się z doświadczenia na doświadczenie jak być dobrym człowiekiem. „Dobrym” nie znaczy „idealnym”, a wolna od wyrzutów sumienia głowa na pewno da nam więcej czasu na kreatywne wychowanie.

Przestańcie się dręczyć. Nie bądźcie na siłę. Jesteście zajebi**ymi matkami nawet w pogniecionym podkoszulku z Hello Kitty.

Fot. iStock / alien185

Fot. iStock / alien185


Zobacz także

A co, jeśli problem leży w tobie? Skąd masz wiedzieć, że to ty jesteś toksyczna, a nie wszyscy wokół beznadziejni

Dlaczego kobiety pragną żonatych mężczyzn?

10 ciekawostek o Mazurach, które mogą cię zaskoczyć!

сиалис упаковка 10 штук