Lifestyle

„Kiedy mnie już nie będzie”. Umierając, ojciec zostawia swojemu synowi listy i przeprowadza go przez życie, aż do końca

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 lutego 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Ta historia jest wzruszająca i niezwykła. Przeczytajcie ją uważnie i spójrzcie z życzliwością i miłością na swoje życie, na bliskich, na czas, który wam pozostał. Historia, którą opowiada Rafaele Zoehler zaczyna się w momencie, gdy chłopiec jest już na tyle duży, by rozumieć czym jest śmierć.

„Śmierć jest zawsze niespodzianką. Nikt się jej nie spodziewa. (…)

Nigdy nie jesteśmy gotowi. Nigdy nie jest na nią odpowiedni czas. Kiedy nadchodzi, jeszcze ciągle nie zrobiliśmy wszystkiego tego, co chcieliśmy. „Koniec” zawsze jest zaskoczeniem, bardzo trudnym momentem dla wdów oraz dla dzieci, które nie rozumieją tego, czym jest pogrzeb (dzięki Bogu).

Nie inaczej było z moim ojcem. W rzeczywistości, jego śmierć była jeszcze bardziej niespodziewana. Odszedł w wieku 27 lat, w tym samym wieku, w który, zginęło kilku znanych muzyków. Był młody. Zbyt młody. Mój ojciec nie był muzykiem, ani sławnym człowiekiem. Rak nie wybiera swoich ofiar. (…) Miałem 8 i pół roku, na tyle dużo, by go STRACIĆ. Gdyby umarł wcześniej, nie miałbym wspomnień. Nie czułbym żadnego bólu.

Miałem ojca, który był zarówno surowy i zabawy. Kogoś, kto opowiedział dowcip zanim mnie „usadził”. (…) Kogoś, kto pocałował mnie w czoło, zanim poszedłem spać. To nawyk, który mi przekazał, robiłem tak w stosunku do moich dzieci. Miałem kogoś, kto nakłonił mnie, żebym wspierał tę samą drużynę piłkarską. Kogoś, kto potrafił lepiej wyjaśnić różne rzeczy, niż moja mama. Ojca, za którym się tęskni.”

Niestety, ojciec Rafaela zachorował na nowotwór i wkrótce potem, umarł.

„On nigdy nie powiedział mi, że umrze. Nawet wtedy, gdy leżał na szpitalnym łóżku z tymi wszystkimi rurkami, nie powiedział ani słowa. Ojciec robił plany na następny rok, chociaż wiedział, że nie będzie go tu już w przyszłym miesiącu.

(…)

Mama zabrała mnie ze szkoły i pojechaliśmy do szpitala. Lekarz przekazał nam nowinę, z delikatnością, którą lekarze tracą z czasem. Moja matka płakała. Ona miała jeszcze odrobinę nadziei. (…) Poczułem uderzenie. (…) Jak ja cię nienawidziłem, tato. Czułem się zdradzony. Krzyczałem ze złości w szpitalu, aż zdałem sobie sprawę, mój ojciec nie może mnie uspokoić. Rozpłakałem się.”

W tym momencie, do Rafaela podeszła pielęgniarka i podała mu stare pudełko na buty. Wyjaśniła, że znajdujące się w środku koperty, to listy, które jego ojciec pisał do niego przed śmiercią. Podała chłopcu pierwszy list, na którym niewyraźnym pismem napisano ”Kiedy odejdę”. Rafael otworzył ją i przeczytał:

Synu,

Jeśli to czytasz, to znaczy, że mnie już nie ma. Przepraszam. Wiedziałem, że umrę.

Nie chciałem ci powiedzieć, co się stanie, bo nie chciałem widzieć jak płaczesz. Cóż, wygląda na to, że sam się do tego przyczyniłem. Myślę jednak, że człowiek, który umiera, ma prawo działać trochę egoistyczne.

Cóż, jak widać, muszę cię jeszcze dużo nauczyć. W sumie, nie wiesz nic o życiu. Napisałem więc te listy dla Ciebie. Pamiętaj, nie wolno otworzyć je przed tym, aż nadejdzie właściwym moment, OK? To jest nasza umowa.

Kocham Cię. Zadbaj o swoją mamę. Jesteś teraz jedynym mężczyzną z domu.

Kocham, tata.

Tak zaczęła się przygoda życia Rafaela. Okazało się, że na każdej z kopert znajdujących się z pudełku napisany był inny tytuł. Chłopiec wyciągał je potem w odpowiednich momentach, a słowa ojca pomagały mu zachować się właściwie, zrozumieć swoje emocje i reakcje. Niektóre, czytał ze swoją matką.

 

„Kiedy masz swoją największą kłótnię z mamą”

Teraz ją przeprosisz.

Nie wiem, dlaczego walczysz, nie wiem, kto ma rację. Ale znam twoją mamę. Więc, uwierz, przeprosiny są najlepszym sposobem, aby rozwiązać wasz problem. Mówię o przeprosinach na kolanach.

To twoja matka, dziecko. Kocha cię bardziej niż cokolwiek i kogokolwiek na tym świecie. Czy wiesz, że wybrała naturalny poród, bo ktoś powiedział jej, że to będzie dla Ciebie najlepsze? Widziałeś kiedyś rodzącą kobietę? Czy potrzebny ci jest większy dowód miłości?

Przeproś. Ona ci wybaczy.

 

Inne, musiał czytać sam.

„Kiedy stracisz dziewictwo” :

Gratulacje, synu.

Nie martw się, z czasem będzie lepiej z czasem. Pierwszy raz zawsze jest do bani. Mój był z brzydką kobietą … właściwie to była prostytutka.

Najbardziej boję się, że teraz, jak już to przeczytałeś, pójdziesz zapytać mamę co to jest dziewictwo.

 

Ojciec towarzyszył Rafaelowi całe życie. Był z nim, choć nie było go obok. Jego słowa dodawały siły, której nie mógł mu dać żaden człowiek.  Kiedy Rafael czytał kopertę zatytułowaną „Kiedy się ożenisz”,, przeżywał to szalenie emocjonalnie. Ale chyba nie tak, jak tę z napisem „Kiedy staniesz się ojcem” .

Teraz zrozumiesz, czym jest prawdziwa miłość, synu. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo ją kochasz, ale prawdziwa miłość jest czymś, co będziesz czuć do tego drobiazgu. Nie wiem, czy to chłopiec czy dziewczynka. Jestem trupem, nie jestem wróżbitą.

 

Był też szalenie bolesny i najkrótszy list „Kiedy twoja matka odejdzie”:

Ona jest teraz moja.

Ostatnią kopertę, Rafael otworzył jako 85-letni, schorowany mężczyzna, leżąc na łóżku szpitalnym, z rurkami w nosie i gardle. Zdanie Kiedy nadejdzie twój czas” było już ledwo widoczne na kopercie. Choć Rafael bał się i nie chciał wierzyć, że jego czas nadchodzi, w końcu, wziął głęboki oddech i otworzył kopertę.

Witaj, synu. Mam nadzieję, że jesteś już stary.

Wiesz, ten list był najłatwiejszy do napisania, napisałem go jako pierwszy. Był to list, który miał mnie uwolnić od bólu utraty ciebie. Myślę, że twój umysł staje się bardziej przenikliwy, gdy jesteś tak blisko końca. Łatwiej o tym mówić.

W moich ostatnich dniach tutaj, myślałem o życiu, jakie miałem. Było krótkie, bardzo szczęśliwe. I byłem twoim ojcem i mężem twojej mamy. O co jeszcze mógłbym prosić? To dało mi spokój. Teraz ty możesz zrobić to samo.

Moja rada dla ciebie: nie trzeba się bać.


Na podstawie:

 


Lifestyle

Są dowodem na to, że w kobietach tkwi siła. Razem potrafią sięgać po najbardziej szalone marzenia!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 lutego 2017
Arch. prywatne
 

Co się może zdarzyć, gdy spotka się kilka kobiet mających to samo marzenie? Jak to co? Marzenie wejdzie w status: „realizacja”. Bo jakżeby inaczej. One są dowodem na to, że to w nas kobietach drzemie siła, że wspólnie możemy bardzo bardzo wiele, nawet sięgać po marzenia, które wydawały się nam samym wcześniej nierealne.

Jest ich 11. Mieszkają w Gdańsku, Warszawie, Poznaniu, Łodzi, Berlinie i Londynie. Rozsiane nie tylko po Polsce, ale i po Europie. Mają dzieci, mężów, żony, własną pracę. Na pozór wydawałoby się, że nic ich nie łączy. A jednak. Jak wszystkie podobne projekty, tak i ten zrodził się… przypadkiem. – Właściwie zostałyśmy sprowokowane – wspomina Ane Piżl. Ale po kolei.

Chociaż tylko dwie z dziewczyn mieszkają nad morzem, to pasją, która łączy ich wszystkie, jest żeglarstwo. – Tylko jedna z nas zawodowo jest związana z żeglarstwem. My jesteśmy amatorkami, które kochają żagle. I od razy uściślam – bo ludzie często tak myślą – nasze żeglowanie to nie jest leżenie na pokładzie jachtu i opalanie się. Pływamy też po zimnych morzach, chociażby Północnym, a także po Atlantyku.

– Pomysł na kobiecą drużynę regatową narodził się, kiedy postanowiłyśmy – cztery przyjaciółki, popływać jachtem regatowym, który właśnie został sprowadzony sprowadzany z Newport. Historia tego jachtu odbiła się szerokim echem w świecie żeglarskim po pierwsze dlatego, że jest to aktualnie jeden z największych jachtów regatowych w Polsce, a po drugie – na Atlantyku podczas burzy w maszt uderzył piorun. Przypłynęła więc do nas ze spaloną elektroniką i wymagająca remontu. Namówiłam przyjaciółki, że skoro jacht i tak stoi, trochę czasu upłynie nim go naprawią, a do takiego żeglowania po Zatoce można go było wykorzystać, to może popływamy – wspomina Ane Piżl. – Żeglowanie na nim to była ogromna przyjemność i tak naprawdę nie było planu, co dalej. Jednak w trakcie tego rejsu, a raczej wspólnego treningu, okazało się, że wszyscy którzy podchodzili zobaczyć jacht dziwili się: czemu na pokładzie są same baby?

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Komentarze były różne – trochę życzliwych, trochę złośliwych, ale to wtedy przyszło mi do głowy, że kurczę dziewczyny, to musimy zmienić. Dlaczego babska załoga na jachcie regatowym wywołuje taką sensację, przecież tak nie powinno być. W końcu nikt nie komentuje, jak na regatówkach pływają sami faceci… Na świecie istnieją kobiece załogi, tylko u nas takiej brak – startującej w zawodach. Z tego wariackiego i spontanicznego pomysły zrodził się właściwie społeczny projekt.

Ktoś by pomyślał: ale jak to? Regaty, zawody? Trzeba być zawodowcem żeby wziąć udział.

Otóż nie, dziewczyny przełamują kilka ważnych stereotypów.

Po pierwsze pokazują, że kobiety mogą pływać na regatach, że można stworzyć kobiecą drużynę i z powodzeniem żeglować.

Po drugie, że każdy może pływać i brać udział w regatach.

– Mi samej wydawało się, kiedy oglądałam zawody, wyścigi, że aby brać udział w regatach – trzeba urodzić się nad morzem, trenować od dzieciaka, przejść przez wszystkie klasy regatowe i potem, jak się człowiek gdzieś wespnie po tej drabince, może zostać wielkim żeglarzem regatowym – tłumaczy Ane. A okazuje się, że to wcale tak być nie musi. Żadna z dziewczyn nie jest wielkim żeglarzem. Oczywiście każda ma kilkunastoletnie doświadczenie zdobyte przede wszystkim w żeglowaniu amatorskim, bo większość z nich pływała rekreacyjnie, czysto dla przyjemności. Dziewczyny są dowodem na to, że wystarczy przyjść, zdecydować się na przeżycie wielkiej przygody, poczuć chęć nauczenia się czegoś nowego i… wspólnie zacząć trenować. Wiek nie ma znaczenia – wszystkie są po 30-tce, ale jeszcze przed 37. rokiem życia. Sami przyznacie, że to nie jest wiek, w którym zaczyna się trenować jakiś sport. – To pokazuje, że nie ma żadnych granic, żadnych barier, każdy może przyjechać, spróbować swoich sił i zrealizować marzenia. My nawet zawodowo jesteśmy z innej bajki – jest dziewczyna, która wykłada na uniwersytecie, jest psycholog, terapeutka, właścicielka sklepu sportowego, ratownik medyczny, dziewczyna, która organizuje festiwale muzyczne, ale to nam nie przeszkadza razem działać – tłumaczy Ane.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Trzecim ze stereotypów, który łamią dziewczyny, jest ten, że kobiety na jednej powierzchni nie potrafią się na dłuższą metę między sobą dogadać. W końcu się pokłócą, obrażą i tyle ze wspólnego projektu. A tu wcale tak nie jest. Wręcz przeciwnie – świetnie się uzupełniają, rozumieją. Ane podkreśla, że pływając też z mężczyznami, wie, że w męskiej załodze także huczy od emocji, czasami nawet bardziej niż w kobiecej. – Jasne, że się kłócimy, chociażby o nazwę drużyny, ale to nigdy nie przeradza się w jakiś głębszy kryzys.

Dziś kobieca załoga żeglarska nosi nazwę „Shekle” pochodzącą od szekli – rodzaju klamry używanej na jachcie, która łączy elementy takielunku, scala, spina, integruje. I one właśnie to robią: scalają i integrują. Dzisiaj największa polska kobieca drużyna regatowa składa się z 11 kobiet.

Pomysł zrodził się dwa lata temu, a od roku lat regularnie spotykają się na treningach, biorą udział w zawodach. Postanowiły spełnić swoje kolejne marzenie, a mianowicie wziąć udział w Mistrzostwach Europy. – Nie chcemy w ogóle sprawiać wrażenia, że my jesteśmy jakieś najlepsze, bo żeglarek w Polsce jest bardzo dużo, wiele z nich nas inspiruje. Nam bardziej chodzi o to, że w tych regatach na największych jachtach nadal bierze udział bardzo mało kobiet, a to, co my robimy, pokazuje, że można się pouczyć, można przeżyć udział w zawodach niekoniecznie będąc zawodowo żeglarzem.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

W całej tej regatowej przygodzie jest bardzo dużo zabawy, frajdy, którą czerpią z tego pomysłu dziewczyny. Zależy im na pokazaniu: „hej ty też możesz, jak tylko masz marzenia – realizuj je”. I nie chodzi tu tylko o żeglowanie, ale o wszystkie obszary naszego życia.

są doskonałym przykładem na to, że kiedy czegoś bardzo chcemy – warto dążyć do realizacji swoich planów, choćby najbardziej zwariowanych. Przecież to nie musi być żeglarstwo, wiele z nas nosi w sobie jakieś marzenia do realizacji. Na co czekamy?

Dziewczyny postanowiły wystartować w Mistrzostwach Europy, które odbędą się w lipcu tego roku. – Na tych zawodach będą najlepsze załogi z całej Europy. Nie możemy się równać z ekipami, które mają wieloletnie doświadczenie, wspólnie pływają już bardzo długo. My dopiero dwa lata, jesteśmy amatorską drużyną ale czemu nie spróbować, czemu nie nabrać doświadczenia. Na pewno damy z siebie wszystko, będziemy chciały wypaść jak najlepiej, na tym też nam zależy. Ale też nie stawiamy sobie poprzeczki zbyt wysoko, żeby nie stracić przyjemności z tego, co robimy.

Dziewczyny czarterują jacht Oiler.pl. To jest bardzo stara regatówka, ale bardzo utytułowana, na niej żeglarze wygrywali niejedne regaty.

Arch prywatne

Arch prywatne

Zawsze musi w tym wszystkim być troche prozy, bo aby realizować marzenia – niemal zawsze potrzebne są finanse. Dla „Shekli” największy koszt to właśnie wynajęcie jachtu na treningi i zawody.

Wielu stukało się w głowę słysząc, ze „Shekle” chcą wystartować w Mistrzostwach Europy. A one głośno mówią: „A czemu nie?”. Co ważne dziewczyny wezmą udział w Mistrzostwach Europy, jeśli uda im się zebrać potrzebne fundusze na czarter jachtu. W tym przypadku każde 10 zł ma znaczenie.

Kto chce pomóc , dać im swoje wsparcie niech zajrzy na stronę ODPAL PROJEKT. Kliknij

I jak tu takiego projektu nie wesprzeć? Jak tu nie sprawić, by świat o nich usłyszał?


Lifestyle

Kiedy los ofiarowuje ci rozwód, otwórz białe wino, a potem potnij i spal suknię ślubną. Czyli jak sobie ulżyć po rozstaniu

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 lutego 2017
Fot. Screen z Facebooka Alf Bak OmugaggaW'omwenda

Kiedy jej małżeństwo rozpadło się po dziesięciu, niełatwych latach, Katlynn McKee, fryzjerka z Illinois, postanowiła uczcić swój rozwód nietypową sesją, podczas której piła białe wino, pocięła swoją suknię ślubną, a na końcu podpaliła ją, by na zawsze uwolnić się od złych wspomnień.

Miało być jak w bajce, a wyszło… jak wyszło.

„Mój związek nie był dobry, więc to była ulga wreszcie poczuć się wolną”– powiedziała 25-latka, która ma 6-letnią córkę. Katlynn poprosiła o pomoc w realizacji wymarzonej sesji swojego… ślubnego fotografa. Do koszyczka zapakowała butelkę białego wina i zbiorniczek z gazem. Weszła do brudnej wody w białej ślubnej sukni, tej samej, w której 10 lat temu składała przysięgę małżeńską. Zabłocona sukienka została potem pocięta i spalona na popiół.

„To było bardzo wyzwalające, ekscytujące i mocne”– powiedziała Katlynn, dodając, że jej były mąż proponował swój udział w tej rozwodowej sesji, ale odmówiła. „Był zaskoczony, że mam zamiar to zrobić, bo to nie jest w moim stylu. Żartował, że powinien tam być, żebym mogła go uderzyć, ale chciałam, żeby to doświadczenie było tylko moje” – wyjaśniła. Katlynn, która jest szczęśliwa w nowym związku, planuje powiesić zdjęcia w swoim domu. Jej nowemu partnerowi bardzo się podobają.

Co myślicie o takim sposobie radzenia sobie z rozwodowymi emocjami? 🙂


Zobacz także

Samiec alfa? A któż to taki? Taki typ nie istnieje, chyba, że jest jego kiepską podróbką

W gabinecie lekarskim ginekolog gwałcił swoje pacjentki. Już 20 zgłosiło się na policję

W gabinecie lekarskim ginekolog gwałcił swoje pacjentki. Już 20 zgłosiło się na policję

Kochać, to towarzyszyć drugiemu w pogoni za jego marzeniami. 10 rzeczy, których dla miłości poświęcić ci nie wolno

https://biceps-ua.com/

buysteroids.in.ua

www.steroid-pharm.com/xanodrol-oxandrolone.html