Lifestyle

„Jestem zdrowa, sprawna, inteligentna. Nie ma dla mnie pracy”. Przezroczyste po pięćdziesiątce

Gościnnie w Sessionbordercontroller.info
Gościnnie w Sessionbordercontroller.info
11 czerwca 2016
Fot. Pexels / Unsplash /
 

Ma za sobą pięćdziesiąte urodziny, ma dzieci i wnuki, chciałaby już odpocząć a musi zaczynać od początku. Straciła pracę na kilka lat przed emeryturą. – Może trochę pochorujesz i pójdziesz na rentę, może coś jeszcze znajdziesz – słyszała na pocieszenie.

Nie chce chorować. Chce pracować. Przyzwyczajona do niezależności finansowej, do codziennego wychodzenia z domu, do rytmu pozwalającego na podział dnia, tygodnia, roku, z wyczekiwaniem na urlop. Kilkanaście lat w jednej firmie, kto mnie przyjmie?

– Może masz jakiegoś znajomego?

– Mam znajomych. Lubią moje ciasta, chwalą mój ogród. Ale na pewno nie przyjmą mnie do pracy, od nich zaczęłam poszukiwania.

Trzeba się zarejestrować… Szukać, czytać, dzwonić, prosić

Nie spać zbyt długo. Rano jest więcej ogłoszeń. O dziesiątej są już nieaktualne. Trzeba wstać, ogarnąć się. Nie płakać, rodzina nie musi widzieć łez. Zresztą oni nie mają czasu. Wychodzą rano, wracają późnym popołudniem. Pytają, jak minął dzień, szykują ubrania na jutro.

Urząd Zatrudnienia jest po to, by urzędnicy mieli robotę – stwierdziła po drugiej czy trzeciej wizycie, z której nic nie wynikało. Została zarejestrowana. Jej zadaniem było zgłaszać się co kilka miesięcy, informować o sytuacji. Czas płynął, już nie wstawała tak wcześnie, szukanie ogłoszeń przez internet nie miało sensu. Była zdesperowana, ale nie aż tak, by podjąć pracę ponad siły, za pensję nie pozwalającą godnie żyć. Mogę stać przy zmywaku kilka dni, ale przecież to do końca zrujnuje mój kręgosłup – tłumaczyła, gdy ktoś pytał, jak idzie szukanie pracy.

Rozchorowała się i poszła do szpitala…

Pierwszy raz głośno, obcej osobie, pielęgniarce przeprowadzającej wywiad, musiała powiedzieć, że jest bezrobotna. Bez prawa do zasiłku, który właśnie się skończył. Dostała dwa tygodnie zwolnienia. Pani jest bezrobotna to i tak pani więcej nie potrzebuje – usłyszała. Pracujący dostają na to samo trzy miesiące. Kiedy wyszła ze szpitala, czekało na nią wezwanie na szkolenie z urzędu pracy. Mogła nie iść, wrócić do lekarza i prosić o zwolnienie, ale pomyślała sobie, że na szkoleniach się siedzi, jakoś wytrzyma a to może być dla niej szansa.

Od pierwszego dnia czuła się rozczarowana. Okazało się, że miała się tam nauczyć pisać cv, prezentować na rozmowie kwalifikacyjnej, odpowiednio ubierać i zachowywać. Czy ja jestem ograniczona intelektualnie, ktoś mnie tego musi uczyć? – oburzyła się, opowiadając w domu przy kolacji o swoim dniu.

Szkolenie trwało aż tydzień. Tylko nie było dedykowane tej grupie wiekowej. Nie nosimy zbyt wysokich obcasów, nie malujemy się krzykliwie, nie perfumujemy zbyt mocno, wiemy, jak ubrać się do pracy, nie trzeba nas tego uczyć. A przebieg rozmów kwalifikacyjnych w sklepie czy w barze wygląda inaczej niż w korporacji.

To jak wygląda? – spytała zdenerwowana pani psycholog, gdy ktoś się odważył powiedzieć, że to szkolenie to daremny trud i wyrzucanie pieniędzy.

Spotykamy się z pracodawcą gdzieś w korytarzu lub na zapleczu, zazwyczaj okazuje się, że praca jest na dziesięć lub dwanaście godzin dziennie, a zatrudnienie na pół etatu. Na koniec mówią nam, że potrzebują ludzi młodszych, ze statusem ucznia lub studenta albo kogoś z orzeczeniem o niepełnosprawności – ktoś wyjaśnił.

– Najtrudniej jest dostać się na rozmowę z żywym człowiekiem. Wiek odstrasza, skoro zaczęłam pracę w stanie wojennym to jasne, że młoda byłam dawno temu. Gdybym miała możliwość pokazania się, jestem przecież zdrowa, sprawna, zadbana, dobrze wyglądam, może wtedy by się udało.

Prowadząca zajęcia miała jeszcze półgodzinną prezentację, z której wynikało, że należy godzić się na każde warunki i najniższe wynagrodzenie, byle tylko pracować. Może w młodości, gdy sił wystarcza i całe życie przed człowiekiem, ale czy pani wysłałaby swoją matkę do rozdawania ulotek w nocy pod pubem?

I takie szkolenia właśnie mnie obrażają i poniżają – stwierdziła jedna z uczestniczek. Nikt mnie nie spytał czego oczekuję, czy potrzebuję tych durnych testów psychotechnicznych. Wolałabym się nauczyć czegoś konkretnego, jakichś umiejętności, które mogłabym wpisać do cv. Przychodzę do domu z tymi materiałami a mąż się pyta, czy uczyli nas rysować szlaczki! Gdybym nie miała motywacji do podjęcia pracy to by mnie tu nie było, leżałabym na kanapie i oglądała seriale.

Nic na to nie poradzimy, kazali nam to musimy się szkolić – ktoś inny usiłował zażegnać spór.

Siedziała wśród tych ludzi mając przed sobą czytnik z jedną z najstarszych powieści Kinga. Nawet się nie kryła z lekturą. Nie brała udziału w zajęciach. Była najbardziej bierną uczestniczką. Patrzyła na nich myśląc – byłam taka sama. Jeszcze zbuntowana, jeszcze gotowa współpracować, układać piramidę potrzeb, przeprowadzać rozmowy kwalifikacyjne z koleżankami z lewej i z prawej strony. Pełna wiary w siebie, aktywna, energiczna. Jak nie jutro to za tydzień, jak nie cały etat to choć pół. Dojazd na drugi koniec miasta – nie problem. Żeby się tylko załapać, a potem szukać czegoś lepszego.

Dziewięćset złotych za miesiąc pracy bez gwarancji pracy na stałe. Pierwsza od trzydziestu lat prośba do męża – daj mi na autobus. Nie zrozumiał, myślał, że nie ma drobnych. Oferta z urzędu zatrudnienia – roznoszenie posiłków po biurach i firmach. Siedem złotych za godzinę. Ale i tak nie została przyjęta.

– Pani jest na to za delikatna – stwierdziła właścicielka baru. Była delikatna. Przecież pomyślała: „za stara”.

linia 2px

Klarka Mrozek awtaraKlarka Mrozek

Blogerka. Wierzy, że dobro zawsze powraca. Kocha koty. Mieszka na wsi. Uważa, że w każdym wieku można coś zacząć od nowa.


Lifestyle

Ojcowie naszych córek, przestańcie udawać, że to nie wasza sprawa. Jest kilka rzeczy, które jesteście im winni

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
11 czerwca 2016
Fot. iSiock / golero
 

Piątkowe popołudnie, mały sklep spożywczy i rodzina z dwójką nastolatków: bardzo poważna mama, bardzo roześmiany tata, wysoki syn i córka w szortach odsłaniających pośladki. Dziewczyna próbuje doradzić matce: – Weź ten groszek, ostatnio próbowałam w sałatce i był pycha. Zobacz, te pomidory też były dobre, miałam ostatnio w szkole do kanapki. I kozi ser, do kaczki byłby super.

Uwagi córki mama przyjmuje z lekkim uniesieniem brwi, potem tylko wydyma eleganckie usta. Ani słowa. Lekceważenie. Pytanie: „To które mięso, jak myślisz?” kieruje natomiast w stronę syna, wpatrującego się namiętnie w kawałek schabu. Wiadomo. Facet zdecyduje najlepiej.

Zrezygnowana nastolatka siada w końcu kącie sklepu, po turecku i po cichu. Wyjmuje telefon. Czas oczekiwania na rodziców wypełni jej przeglądanie Facebooka.  Ojciec, w modnych letnich butach i z zakłopotaną miną klepie ją po plecach. – No wiesz, jaka mama jest. Musi mieć po swojemu. – Taaa – w głosie dziewczyny słychać wiele: i rezygnację i bardzo nieudolnie udawaną obojętność. I żal. Na chwilę łapię jej spojrzenie, błyskotliwe, ironiczne, smutne. Potem już myślami jest gdzieś daleko. Ojciec ucieka wzrokiem w półki z konserwami. Woli święty spokój niż (przez chwilę) napiętą atmosferę. Woli zrezygnować niż zawalczyć. A przecież nastoletniej córce mógłby dać tak wiele.

Drogi tato dziewczyny w szortach w kwiatki, i wy, ojcowie innych dziewczyn, które wkrótce staną się kobietami:

Stańcie czasem po „jej” stronie

Żeby wiedziała, że to co mówi i czuje jest równie wartościowe jak słowa innych członków rodziny. Nie pozwólcie jej wątpić, że ma prawo wyrazić własne zdanie, że uczestniczy na równych prawach (lub na takich samych prawach jak swoje rodzeństwo) w podejmowaniu decyzji dotyczących domowych spraw. W tym wieku ma się już swoje poglądy.

Okażcie jej miłość

Bezwarunkową. Nie karzcie jej za gwałtowność emocji, nie moralizujcie. Rozmawiajcie. Zainteresujcie się tym, co ona czuje. Nie zrażajcie się odstraszającą miną i wzrokiem bazyliszka. Choć może myślicie, że jest inaczej, ona chce mówić o swoich uczuciach, chce także by ktoś jej wysłuchał.

Spędzajcie z nią więcej czasu

Nie odwracajcie wzroku, gdy pokazuje wam na ekranie swojego smartfonu zdjęcia ulubionych muzyków, za którymi szaleje. Nie powiecie mi chyba, że i wy nie zbieraliście plakatów „rockowych” dziewczyn. Zabierzcie ją na rower i pogadajcie o tym, co czyta. Możecie być zdziwieni jak bogaty jest jej świat.

Drogi tato, przestań bać się swojej żony

Bo chcesz, czy nie, twoja córka wybierając w przyszłości partnera będzie się w jakimś stopniu wzorować na waszym związku. Chyba nie marzysz o tym, by związała się z bezpłciowym pantoflarzem?

I nie pozwól innym lekceważyć swojej córki

Niech wie, że ma w tobie wsparcie. Jasne, w dorosłym życiu będzie musiała umieć obronić się sama. Ale do tego potrzebne je poczucie wartości, które dziś budujesz w niej także ty. Więc nie pozwalaj uciszać jej, gdy wyraża swoje zdanie, albo gdy chce zabrać głos w sprawie, która jej dotyczy. Choćby nawet chodziło o pomidory.

Naucz ją, że świat nie kręci się tylko wokół niej

Dzieje się coś niezwykłego, gdy uświadomimy sobie, że wszechświat nie obraca się wokół nas. Nie jesteś tu po to, żeby usuwać spod jej stóp wszelkie przeszkody, ale by nauczyć ją jak być silną i rozumieć, że nie zawsze musi mieć rację.

Nie traktuj jej jak obiekt erotyczny i ucz, że nie musi ulegać presji

Nie oburzaj się. Czternastolatka to jeszcze dziecko, nawet jeśli ma już piersi. Jesteś świadkiem seksistowskich żartów, niestosownych przytyków? Reaguj. Nie zachwycaj się z dumą jej zgrabną figurą, ale tym, jaka jest mądra. Podpowiedz, że nie musi się malować, nie musi nosić tak krótkich spodenek,by być wyjątkowa. Że wyjątkowość jest w niej.

Nie mówcie mi, że to nie wasza- ojców- sprawa. Ilu z was spojrzało z oburzeniem na rozchichotane, skąpo ubrane i wulgarne, prowokujące nastoletnie dziewczyny? A ilu ujrzało w nich zagubione i rozpaczliwie zabiegające o uczucia – czyjeś córki? Zanim osądzisz, pomyśl czy zrobiłeś wszystko, by twoja nastolatka była inna.


Lifestyle

Dopiero wtedy ogarnia nas przerażenie, gdy sobie uświadamiamy, że szmat życia przeżyliśmy nie żyjąc wcale

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
11 czerwca 2016
Dopiero wtedy ogarnia nas przerażenie, gdy sobie uświadamiamy, że szmat życia przeżyliśmy nie żyjąc wcale
Fot. Unsplash /

Wiem, wiem… kolejny tekst z serii: kiedy byłam małą dziewczynką, a może i chłopcem, bo przecież po drzewach łaziłam jak PRO, przez rzeki się przeprawiałam, spałam w namiotach i kąpieli zażywałam w jeziorze. Kolejny mówię, bo chyba nadmiernie wybiegam myślami ostatnio do tego czasu gdy świat był taki jakiś bardziej dostępny, bardziej osiągalny i można go było brawurowo zdobywać nie bojąc się ciągle o konsekwencje.

Łażę tam sobie w głowie, na takie myślowe przechadzki, bo jakoś tak brak mi tych lat beztroski, tych momentów mocy i wyobraźni, która nie zna granic. Zastanawiam się też kiedy i co takiego się stało, że nagle ten magiczny świat wymknął mi się, poniekąd przez palce przepłynął i już tylko w głowie w urywkach i migawkach istnieje.

Pewnego dnia bowiem zdałam sobie sprawę z tego, że boję się tak jak nigdy wcześniej się nie bałam. Boję się jeździć szybko samochodem, łazić nocą po mieście sama, zapuszczać się w las na grzyby, których zbierać też się boję, bo a nuż trujące jakieś muchomory pozbieram w miejsce podgrzybków czy borowików. Boję się przez rwący strumień przechodzić i na drzewo boję się włazić po mniej lub bardziej zakazany owoc. Parę dni temu, wsiadając na kajak, na rzece gładkiej jak szkło, całkiem poważne zadałam pytanie: gdzie tu są pasy i jak je zapiąć? Niestety nie, to nie był żart, pytałam na śmiertelnie poważnie.

Do tego wszystkiego mam męża, który nie boi się niczego. NI-CZE-GO. Pierwsze w życiu nurkowanie zrobił w podziemnych rzekach w Meksyku, po bagatela, dziesięciominutowym instruktażu: „nurkowanie dla początkujących”. Potem po oceanie błąkał się przez sześć miesięcy, wprawdzie z przystankami na lądzie, ale za to na łodzi takiej żywcem z XIX wieku wyjętej (zamiast nowoczesnej nawigacji, gwiazdy, wiatry i prądy oraz przygoda jak się patrzy). Kiedy później na kajak wsiadł dla odmiany, to na rzece, która rwącą się okazała i bez pardonu przeciągnęła go po kamieniach z kajakiem do nogi przywiązanym. Sytuacja to była z kategorii: „jak życie stracić w strumyku”. Lecz  on, mąż, przetrwał i to zagrożenie, po czym z wody na powietrze zwinnie się przerzucił. Licencję pilota szybowca zaczął robić.

No więc, nie dość, że ja sama wszystkiego się boję, to jeszcze mam w domu takiego śmiałka, który poprzez swój własny, totalny brak strachu, zamienia moje obawy w gigantyczne zmory, które męczą mnie i dręczą całkiem bezlitośnie.

Bo ja pewnego dnia dorosłam. Mąż tymczasem, ciągle w umyśle dziecka siedzi. Bo ja obcięłam wyobraźni skrzydła, co by nie latała w rejony nieograniczone, niezbadane i nieokiełznane. Mąż natomiast ma w głowie fabrykę marzeń, które cenzurze żadnej nie podlegają. Bo ja weszłam w system i poddałam się wszystkim jego regułom, podczas gdy mąż…. no cóż… reguł nie lubi, system mu nie pasuje, żyje więc po swojemu, a i zasady ma własne. Z jakiegoś jednak powodu los nas ku sobie pokierował. I tak ja, po latach wielu, zdałam sobie nagle sprawę, że życie moje zorganizowane jest de facto dookoła strachu. Smutne to niemiernie, choć pewnie wcale nie takie zaskakujące. Jak się bowiem dobrze zastanowić, strach jako taki, pozwala masy na wodzy trzymać przecież. Pozwala kontrolować, manipulować, robić z ludzkością to, czego tylko systemowa dusza zapragnie.

Bez strachu, człowiek jest zbyt wolny, zbyt nieosiągalny, chciałoby się rzec: „nieusidlalny”. Ogarnąć go nie sposób nie mówiąc o posłuszeństwie. A system lubi posłusznych. Lubi, bo to dzięki nim istnieje. To dlatego od dziecka nieustannie straszą nas subtelnie. Społeczeństwo, szkoła, nawet własna, nieświadoma spisku rodzina. Kodują nas na strach, ćwiczą, musztrują, jak w wojsku proszę ja ciebie. Kiedy więc wreszcie w dorosłość wchodzimy jesteśmy na cacy załatwieni.  Pokorni, podporządkowani posłuszni we wszystkim. Jak baranki zasuwamy za pastuszkiem. I wszystko jest eleganckie. Żyjemy przecież, żyjemy tak jak wszyscy. Sąsiedzi, sąsiedzi sąsiadów… żyje sobie ludzka masa pod kontrolą.

Zdarza się jednak, od czasu do czasu, że przeciek się zrobi i z ludzkiego morza uporządkowanego, wyrwie się jednostka albo i dwie. Śmiałek. Taki jaki to mi się pewnego dnia trafił i zamieszania narobił wiele. Wtedy otwieramy szeroko oczy i wtedy dopiero ogarnia nas przerażenie. Gdy sobie bowiem uświadamiamy, że szmat życia przeżyliśmy nie żyjąc wcale, wtedy dopiero strach ma sens. I taki strach to ja rozumiem. To pierwszy krok jest do ocalenia siebie.

I oczywiście, że nie rzucę się do rwącej rzeki, nie wybiorę się w podróż na najwyższą górę świata, nie zacznę też jeździć z prędkością światła po autostradach. Bo w końcu przecież dorosła już jestem i rozum swój jakiś tam mam. Więc tego nie zrobię. W każdym razie nie od razu i może nie na skalę, która z szaleństwem graniczy. Ale jedno wiem na pewno. Pasów na kajaku zapinać już nie będę, na szlak też pójdę i do lasu na grzyby i przez strumień po kamieniach jak najbardziej. I odrestauruję też nieco fabrykę marzeń w odwykłej od marzeń, zapyziałej głowie. Zapuszczę skrzydła wyobraźni tak by mogła dziewczyna polecieć w piękny świat i wrócić z inspiracją na fantastyczne życie.

I powiem Wam jeszcze tylko tyle: kto chce niech siedzi w systemie i życie niech wiedzie strachliwe. Kto jednak choć trochę duszę ma rozedrganą, kto marzeniom przyczaić się pozwolił w oczekiwaniu na lepsze czasy (zamiast im skrzydła masakrować bezmyślnie), kto czuje, że los znacznie więcej ma mu do zaoferowania niż życie identyczne z życiem sąsiada, ten niech się weźmie w garść bo najwyższa już pora. Świat do odważnych należy. I tylko do odważnych. A zatem kochani, do dzieła.


Zobacz także

Konkurs „Prawdziwa przyjaźń”

Lista 9 rzeczy, które ludzie zdrowi robią inaczej

Znaczenie pierwszych dziecięcych przyjaźni w życiu dziecka oczami eksperta. Weź udział w konkursie!

www.biceps-ua.com

женская виагра

https://steroid-eu.com