Lifestyle REPORTAŻ

Jak zarobić na kobiecie? Szkolenia, katalogi i awanse lepsze od emancypacji, będziesz tańczyć jak ci zagrają

Redakcja
Redakcja
13 października 2019
Fot. iStock
 

Jak zarobić na kobiecie? O, bardzo łatwo. Czasem wystarczy bajkowa wizja szczęścia na wyciągnięcie ręki. Tylko parę spotkań w życzliwym, kobiecym gronie. Kto inny zrozumie cię lepiej? Jeszcze tylko kilkaset złotych na pakiet startowy i  kariera konsultantki stoi przed tobą otworem. Wciągasz się w to i powtarzasz bezkrytycznie te same formułki, które usłyszałaś na szkoleniu. Właściwie to nie było szkolenie, tylko towarzyskie spotkanie z kobietami sukcesu. Jeszcze chwila i ty też będziesz jedną z nich. Ale to nie ty jesteś na scenie, ty możesz tylko tańczyć jak ci zagrają.

Tango Kasi

Kasia uważa, że przynajmniej w jej przypadku kluczowe są jeszcze okoliczności towarzyszące. Jak na przykład taka, że chwilowo nie miała przed sobą żadnych innych perspektyw. Kiedy urodziła dziecko, zrezygnowała z pracy pozostając na utrzymaniu męża. Nie było im ciężko, ale Kasia nie jest przyzwyczajona do tego, że nie zarabia. Ta sytuacja ją przytłaczała. Psychicznie. Ogłoszenie znalazła w internecie, ale o firmie X słyszała już wcześniej od koleżanki. Sprzedajesz znajomym kosmetyki, tylko takie z wyższej półki, masz „kieszonkowe”, a przy okazji dostęp do produktów dobrej jakości. Kupujesz tyle, ile potrzebujesz albo realizujesz zamówienia klientek. Zero ryzyka.

Z pierwszego spotkania wróciła jak nowonarodzona. Mąż nie mógł wyjść z podziwu, jak jedno babskie wyjście i zakupy (nie miał pojęcia, że w torbie znajdują się kosmetyki, na które żona wydała 1000zł) może poprawić humor. A ona miała już w głowie plan. Pokaże teraz wszystkim, jaki ma w sobie potencjał. Zostanie kobietą sukcesu i zrobi karierę w firmie X. A mąż pęknie z dumy.

Umówienie pierwszych spotkań i prezentacja kosmetyków poszły gładko. Kasia szybko „zapunktowała” u swojej przełożonej dobrym wynikiem sprzedażowym już na starcie. Na początku nie zrażało jej, że więcej inwestuje, niż zarabia. Cieszyła się, że jeżdżąc do klientek może zabierać ze sobą dziecko. Było tak rodzinnie, ciepło i kobieco. No i z uśmiechem, ten – najważniejszy.

Z czasem zaczęła coraz częściej uczestniczyć w spotkaniach organizowanych przez firmę, a coraz mniej czasu poświęcać córce i mężowi. Zaniedbywała dom, ale wreszcie miała gdzie założyć elegancką sukienkę, pięknie się umalować. Zakładała czerwone szpilki i z podziwem patrzyła, jak starsze stażem koleżanki odbierają nagrody za swoje wyniki. Przełożona szybko „wyczuła” Kasię. – Widzę, że jesteś ambitna – powiedziała jej któregoś dnia.  – Osiągniesz sukces.

I zaproponowała, by debiutantka podniosła sobie poprzeczkę wyżej. „Tak, żeby się sprawdzić, żeby podjąć wyzwanie”.

Kasia podjęła wyzwanie. Wzięła kredyt (oszczędności się skończyły), osiągnęła wymagany pułap sprzedażowy i zdobyła broszkę. Dziś mówi, że to najdroższa i najbrzydsza ozdoba jaką posiada. A przecież kosztów emocjonalnych nie wliczyła…

Przygoda z firmą X zakończyła się tuż po zdobyciu wymarzonej nagrody. Dzień po uroczystej gali, Kasia dostała telefon z gratulacjami i propozycją kolejnego wyzwania. Odmówiła. I wtedy przestało być miło. Odłożyła słuchawkę i usiadła na dywanie. To był dzień, w którym uświadomiła sobie, że w kosmetyki zainwestowała ponad 11. 000zł nie licząc kredytu na 5000zł oraz dwóch paczek kosmetyków wartych 2000zł, których już pewnie nikomu nie sprzeda. Rozpłakała się. Wieczorem powiedziała o wszystkim mężowi, który nie miał pojęcia o większości jej wydatków. Objął ją ramieniem, wysłuchał i w pierwszym odruchu mało nie zgniótł telefonu Kasi dzwoniącego nachalnie z propozycją kolejnego „wyzwania”. Z kłopotów finansowych wybrnęli we dwójkę.

Smutny walc Barbary

W sieci Kasia znalazła kontakt do Basi, która będąc konsultantką w firmie X zadłużyła się na 25 000zł. – Nie potrafię zrozumieć, jak dałam się w to wciągnąć – mówi Basia. – Może to nie jest biznes dla wszystkich, może ja się po prostu do tego nie nadaję? Żeby spłacić choć część długu, kosmetyki z firmy X sprzedaje na Allegro, po zaniżonych cenach. Oficjalnie jest to zabronione, ale Basia nie ma wyjścia  – Normalna cena zestawu do pielęgnacji twarzy to około 800 złotych – tłumaczy dodając: – Na szkoleniu mówi się nam, że produkt numer 1 nie zadziała, jeśli wcześniej nie umyjemy skóry produktem numer 2, a na końcu nie nałożymy produktu numer 3. Tylko wtedy mamy pewność, że otrzymujemy pełną pielęgnację. I my to samo mówimy klientkom.

Kiedy pytam o możliwość zwrotu niesprzedanego towaru, Basia uśmiecha się smutno. Prawda jest taka, że zwrotów nie ma. Osobiście nie słyszała o tym, by ktoś otrzymał pieniądze ze zwrotu. Jest za to presja „na wynik”, pranie mózgu na szkoleniach, szał i piski radości podczas uroczystych kolacji, na których rozdaje się nagrody oraz wymuszanie na konsultantach składania coraz większej liczby zamówień.

Basia nie ma pretensji do firmy. Za tarapaty, w których się znalazła wini jedynie siebie. Spodobało jej się marzenie o byciu panią dyrektor. Ono pociągnęło za sobą inne. To o mieszkaniu na kredyt, o nowych ubraniach (te, w których chodziła na szkolenia i spotkania pożyczała od siostry), o miłości nawet… Bo przecież ten, kto odniósł sukces, ma to wszystko, prawda?

Na jednym z forów internetowych, pod hasłem „firma x” znajduję historię Krzysztofa, jedynego żywiciela czteroosobowej rodziny. Jego żona podbierała pieniądze ze wspólnego konta, by opłacić kosmetyki, które prezentowała klientkom. Działała jak „zaprogramowana”. Filozofia sprzedażowa firmy i wizja kariery stała się nadrzędna w stosunku do dobra rodziny, dzieci. Trudno o jakiekolwiek porozumienie między małżonkami, logiczna argumentacja nie odnosiła skutku. Krzysztof, który ciągle wierzy, że żona jeszcze kiedyś zrozumie, zwraca się do innych kobiet z dramatycznym apelem: : „Jak będziesz chciała zostać konsultantką tej firmy, licz się z tym, że stracisz to co masz najcenniejsze”.

Fot. Flickr / Ashley Webb / CC BY

Fot. Flickr / /

W sieci krążą podobne opowieści. Byłe konsultantki dzielą się swoimi historiami z chęci ostrzeżenia innych kobiet przed nieetycznym działaniem firmy. Co ciekawe, pod każdym takim postem pojawia się lawina komentarzy. „Jeśli nie sprzedajesz, to nie zarabiasz – proste”, „Pracuję w tej firmie od dwóch lat i jestem szczęśliwa”, „Te osoby same są nieszczęśliwe i szkalują innych”,” To najuczciwsza firma jaką znam”, „Przecież nikt Cię nie zmuszał”.

Marzenie o szybkim sukcesie i łatwych pieniądzach, mit kobiety wyglądającej jak milion dolarów i spełnionej w każdej dziedzinie. Tak łatwo padamy ofiarą manipulacji. Co takiego sprawia jednak, że nawet opadając na dno i ciągnąc za sobą najbliższych, nie potrafimy się opamiętać? I Kasia i Basia przyznają, że w ten „kobiecy” biznes zainwestowały grubo ponad swoje możliwości. Nie potrafią jednak wytłumaczyć dlaczego. Kasia wie jednak na pewno, że nigdy w życiu nie zaufa kobietom, które, tak jak jej przełożone, uśmiech mają przyklejony do twarzy i powtarzają „Dasz radę”.

Bo czy normalny człowiek jest szczęśliwy 24 godziny na dobę?


Lifestyle REPORTAŻ

„Jest mi bez Ciebie trudniej, ale lepiej” – list do męża

Listy do redakcji
Listy do redakcji
13 października 2019
Fot. iStock/Marjot
 

Piszę dziś ten list. Już dawno chciałam go napisać. Tyle, że wciąż brakuje mi pewności, siły i nadziei, by go wysłać. Nawet nie jestem pewna od czego zacząć…

Jest mi bez Ciebie trudniej, ale lepiej. Nie sądziłam, że to się kiedyś zdarzy, że przejdzie mi przez gardło. Wiele nas kiedyś łączyło. 16 lat, to w końcu kawał czasu. Dziś na pytanie, co nas łączy, oboje odpowiadamy tak samo – dzieci. Nic więcej. A Ty nadal nie rozumiesz, tego, co się właśnie z nami dzieje. Śpimy w jednym łóżku, pijemy kawę z podobnych kubków, kąpiemy się w tej samej wannie. Siedzimy nawet przy tym samym stole. I wymieniamy się podobnymi uwagami: „Zapłaciłaś energię?”. „Wyrzucisz śmieci?”, „Odbierzesz ją dzisiaj”.

Za nami wiele kłótni, wiele obietnic. Krzyczę, że to koniec, że nie chcę tak żyć. Ty też nie chcesz, ale nie chcesz niczego zmienić. Nie chcesz terapii, rozmów o nas. Nie chcesz wyjechać gdzieś ze mną, zmieniać się, pracować. „Nie męcz mnie”, mruczysz moszcząc się na kanapie, z książką, gazetą,  do złudzenia przypominając koszmar mężczyzny z mojego dzieciństwa. Pogrążony we własnych myślach, własnym świecie. Co tam, że syn mówi: „Tato, pobaw się”. Mówisz, że oczywiście, że tak, że zaraz. Tyle, że zaraz nie nadchodzi. You know. Miałam żyć inaczej, żyję podobnie jak kobiety z pokolenia matki.

Nie chcesz też pozwolić mi odejść. Bo ja– w odróżnieniu do nich wiem, że można odejść. „Chyba nie rozbijesz rodziny?”, syczysz mi nad uchem. Albo stajesz w drzwiach z miną pt. „pobłażanie” i cedzisz lekko: „Rozbijesz? Dzieciom? Rodzinę?” A ja nie mam dość siły. Odebrała mi ją ta przeklęta miłość. Miłość, która odbiera mi prawie wszystko, a może nawet wcale nie istnieje.

Po co to właściwie piszę? Chyba tylko po to, żeby się uwolnić, może przeczytać potem, że nie jestem sama, że inne mnie rozumieją – bo  Ty nie. Że ktoś jeszcze poza mną jest samotny w świecie „małżeństwo”. Czym czego zazdroszczą mi inne kobiety, co z góry ma być szczęściem, stabilizacją, normalnością. Phi, ile kobiet ukrywa cierpienie za tą śmieszną fasadą.

Chciałam trzymać Cię zawsze za rękę, ale nadszedł czas, że Ty tego już nie chciałeś. Puściłeś ją. Szukałam Twojej dłoni po omacku milion razy, za każdym razem bezlitośnie się mi wymykała, wyrywałeś ją, w końcu przestałam szukać. Dziś chyba już nie chcę jej ani szukać, ani znaleźć. Ale też nie mogę znieść myśli, że nie będzie jej gdzieś blisko. Paradoks co? Już Cię może nie kocham nawet, ale wciąż nie potrafię być wolna.

Od dawna jest już ta pora, by odejść. Skąd wiem, że pora?

– Bo nie słuchasz, gdy mówię. Warczysz za to: „Co znowu?!”

– Bo nie piszesz w ciągu dnia: „Co słychać”. Jeśli już to tylko czasem: „Załatwiłaś?”

– Bo jestem sama w codzienności, a gdy krzyczę o tym, znużony pytasz: „Ale o co ci, do diabła, chodzi”

– Bo jestem sama w łóżku, chociaż śpisz obok i nawet się czasem bzykamy. Nie wiem jak inaczej nazwać penetrację bez cienia czułości, uwagi, troski, bez cienia próby, by było lepiej, mocniej niż wczoraj. Bym choć na chwilę odpłynęła. No cóż, najważniejsze, że odpływasz Ty. Albo udajesz, bo średnio wierzę, że wystarczy Ci te kilka minut jęków i wzdychań.

Więc walczę, tylko po to by zderzać się z rzeczywistością. Myśleć, że bez Ciebie byłoby prościej, lepiej. Chociaż nie oszukiwałabym siebie, że mam męża. Świata bym nie oszukiwała, wszyscy by mi współczuli. Nie takiego życia chciałam. Okazało się, że każde moje marzenie obracasz w pył, że wszystko co jest dla mnie ważne – Ty, choćby i nieświadomie, niszczysz. Porzucasz mnie zawsze, gdy najbardziej Cię potrzebuję. Dokonujesz wyborów, które najbardziej mnie ranią. Bo nigdy nie uwzględniasz w nich mnie, dzieci.

I nie rozumiesz, nie próbujesz zrozumieć. Widzisz w swoim lustrze tylko siebie, podczas gdy ja chciałam widzieć nas.

Więc lubię, gdy wyjeżdżasz, późno wracasz. Już nie czekam. Chciałabym cofnąć czas, żeby to wszystko się nie zdarzyło – bo najbardziej boję się, że z „tym” już niczego nie naprawimy.

Dziś wolę nie wiedzieć, co będzie jutro. Gdy odwracasz się plecami. – Nie chcę teraz rozmawiać – mówisz. A ja kiedyś słyszałam, wiem, że tak wygląda obojętność, małżeńskie znudzenie, zmęczenie, przemijanie. Układam w głowie te wszystkie zdania, które powinnam  powiedzieć  i te których bym nie chciała, ale milczę. Nie umiem. Nie teraz. Wiem tylko, że nie chcę być tu, gdzie jestem.

Ja. 33 lata. Matka dwójki dzieci, mężatka. Dziesięć lat temu gotowa pokroić się za miłość. Za nas. Za przyszłość. Jak to boli. To, że jestem taka zwyczajna.


Lifestyle REPORTAŻ

Gdyby nie ta chrypka, krzyczałabyś jak nie cierpisz jesiennej pogody. Bo o gardło trzeba dbać

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 października 2019
Fot. iStock

Poranna pobudka i nieprzyjemna niespodzianka… Aj, boli! No tak, przyszła jesień, zrobiło się co prawda pięknie i kolorowo, ale równocześnie… zimno. A w gardle sucho i nieprzyjemnie kłująco… Nie znoszę tego uczucia. No, ale cóż, wystawiam jedną nogę, drugą i biegnę do pokoju córki. „Czas wstawać do szkoły”- chcę powiedzieć, ale udaje mi się wydać jedynie jakiś zachrypnięty dźwięk i prawie natychmiast zanoszę się kaszlem… 

Chrypka zdarza mi się często, ze względu na moją specyfikę pracy. Jako lektor nadwyrężam struny głosowe i jeszcze do niedawna często chorowałam na zapalenie krtani. Dziś na pytanie jak mogę lepiej dbać o swój głos odpowiadam z przekonaniem, że  najważniejsza sprawa to oczywiście odpowiednie nawilżenie i zapewnienie dodatkowej powłoki ochronnej moim strunom głosowym.

Pracuje „głosem” nie od dziś. Sale lekcyjne, choć piękne i przestronne, są klimatyzowane, a to również nie wpływa kojąco na moje gardło. Gdy tylko robi się zimno sale są „dogrzewane” dodatkowymi urządzeniami. Przede mną całe dziesięć miesięcy intensywnej pracy w takich właśnie warunkach. Suche powietrze i unoszące się w nim pyłki kurzu fatalnie wpływają na błonę śluzową… Przesuszona, dłużej się regeneruje i jest bardziej narażona na podrażnienia i infekcje. W domu korzystam z nawilżacza oraz dodatkowo, urządzenia filtrującego powietrze. W pracy używam specjalnych preparatów nawilżających śluzówkę gardła. Przy takiej ciągłej eksploatacji głosu profilaktyka to dla mnie podstawa.

Klimatyzacja bardzo wysusza powietrze, co u mnie powoduje niekontrolowane napady suchego kaszlu. Kaszel jest odruchem obronnym, oczyszcza drogi oddechowe z zanieczyszczeń, ale w pracy bardzo przeszkadza… Zdarzało się, że musiałam nawet przerywać zajęcia i „ratować się” na szybko ciepłym napojem. Teraz mam przy sobie zawsze .

Naturalne metody? W domu mama na takie przypadłości profilaktycznie przygotowywała mi mleko na ciepło, z miodem i rozpuszczonym masłem. Jakieś płukanki, może z kory dębu? Trudno stosować je podczas zajęć…

Siła złego na jednego, więc w pracy wymieniamy się swoimi niezawodnymi sposobami na zapobieganie gardłowym problemom. Koleżanka przygotowuje sobie na zajęcia napar z szałwii, o  której wiem, że ma wysokie właściwości antyseptyczne. Z babcinych metod wspominamy jeszcze tymianek, ale dla mnie ten charakterystyczny smak jest nie do przeskoczenia… Bardziej widzę tymianek jako sympatyczną ozdobę mojej kuchni, w doniczce, na parapecie…

Kiedyś ktoś rzucił hasło „„. Sprawdziłam, bo szczerze przyznaję, że nie miałam pojęcia co to takiego. Okazuje się, że to, co nazwą przypomina mi egzotyczną rybę, to grzyb. Zaraz, grzyb na gardło?! No tak, bo wytwarzane przez niego śluzy, konsystencją i lepkością przypominają naturalny śluz pokrywający warstwą ochronną nasze gardło. Czyli nawilży i dodatkowo jeszcze odkazi. Zdecydowanie można stosować ją profilaktycznie, a że jest bezpieczna mogą spożywać ją i dzieci i kobiety w ciąży.

W aptece płucnica jest dostępna pod postacią , w różnych smakach. Uff! Łatwiej wybrać coś dla siebie, bo szczerze mówiąc, wszelkie specyfiki na gardło nieprzyjemnie szczypią mnie w język… Z ulotki dołączonej do preparatu wynika, że przeciwzapalne, przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, cytotoksyczne, antyoksydacyjne właściwości związków obecnych w płucnicy są znane od dawna.

Czas zadbać o swoje gardło. Pogoda „idealna”, dziś jest jeszcze zimniej niż wczoraj, a ja zapomniałam zdjąć ze strychu pudło z jesiennymi szalikami. Warunki w pracy? Bez zmian, dodatkowo grzejniki na pełnych obrotach, żeby nam dzieci nie pozamarzały. W suchym, gorącym powietrzu unoszą się jakieś pyłki. Nie pozostaje nic innego jak sięgnąć po moje


Artykuł powstał we współpracy z

 


Zobacz także

Zrób krótki test i sprawdź, czy jesteś uzależniona od kofeiny. Akcja #30dnibezkawy

100 000 dzieci w całej Polsce pozna zasady prawidłowej higieny jamy ustnej. Rozpoczęła się 7. edycja programu edukacyjnego „Dziel się Uśmiechem”

Kochasz słodycze? Czy wiesz, co to mówi o twojej osobowości?

link pharmacy24.com.ua

подшивка от алкоголизма

купить реферат в Туле