Lifestyle

„Co ja miałam w głowie?”. Jak dobrze, że dziś jesteśmy mądrzejsze o te rzeczy, których drugi raz, a już na pewno trzeci, nie zrobimy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 października 2016
"Co ja miałam w głowie?". Jak dobrze, że dziś jesteśmy mądrzejsze o te rzeczy, których drugi raz, a już na pewno trzeci, nie zrobimy
Fot. iStock/ LaraBelova
 

Tak wiem, że często mówimy, że niczego, co w życiu zrobiliśmy, nie powinniśmy żałować. Bo to doświadczenie, lekcja – bla bla bla.

I ok, może faktycznie nie żałujemy. Ale zdarza się, że myślimy: „nigdy więcej”. Spróbowałam raz i już drugi nie dam się na nic takiego namówić, wciągnąć, czy podjąć identycznej decyzji. „Co ja u diabła miałam w głowie” – ciśnie się nam na usta. Są takie rzeczy, które wywołują w nas dziki rechot, ale też te o których pamiętamy ku przestrodze.

Ja na przykład wybierając się do fryzjera zawsze pamiętam, że RAZ, jeden JEDYNY raz pozwoliłam sobie włosy pofarbować na blond i z pewnością tej decyzji nie powtórzę. Podobnie jak zjedzenia larwy. Było, zdarzyło się, dziękuję za uwagę. Przynajmniej wiem, co mówię. Ohyda.

No więc są rzeczy, których doświadczyłyśmy i… na tym doświadczeniu poprzestańmy, bo lekcja, jaką wyciągnęłyśmy, wystarczy nam na długie… bardzooo długie lata. Zrobiłam szybką sondę wśród koleżanek i okazało się, że każda z nas ma na swoim koncie coś, co zrobiła, a dziś myśli: „I po co mi to było”.

Wakacje all inclusive

Ja osobiście do włosów blond, zjedzenia larwy dorzucam wakacje all inclusive. Daliśmy się namówić, pojechaliśmy i… po jednym dniu wiedzieliśmy, że to kompletnie nie dla nas. No ale się zdarzyło, dziś jestem mądrzejsza o to, jak nie chcę spędzać czasu wolnego. Pewnie podobnie ma ktoś, kto nienawidzi namiotu i raz w życiu dał się jednak namówić.

Randka z nieznajomym

„Raz kozie śmierć” – pomyślała przyjaciółka, a później długo te słowa wypluwała za siebie. Bo nie dość, że gość mały i gruby, bo wcześniej wysłał jej zdjęcie swojego kolegi, to do tego lekko psychopatycznie wystawał u niej pod oknem domu do późnych godzin nocnych. Dzisiaj nie podaje swojego adresu, nie pozwala się odprowadzać i umawia się dopiero po rozmowie na skypie – z włączoną kamerą.

Pierwszy seks

Koleżanka mówi: „Nie z tym, nie w tym kształcie i nie w tych okolicznościach”. Trudno było pytać, co z tych trzech rzeczy było najgorsze: on, kształt czy okoliczności… Ale tak, cóż. Idealny pierwszy raz nie zawsze jest nam dany. Najgorsze, że akurat tego błędu drugi raz popełnić się nie da… Tu się raczej kijem rzeki nie cofnie. Ale niesmak pozostaje… Za to seksu w samochodzie powtarzać nie trzeba, lepiej wozić zawsze miły koc w bagażniku.

Szukanie byłego na Facebooku

Komu social media nie rozwaliły związku, a przynajmniej nie zachwiały nim u podstawy? Ile to miłości starych się odnalazło, także tych, o których zapomnieć byśmy chcieli. A ile my z ciekawości znaleźliśmy i… nie zawsze wyszło to nam na dobre. Bo się okazało, że albo: „rety, jak ja mogłam z nim być” albo: „o matko, jak ja mogłam go zostawić”… Cóż. Czasami warto powstrzymać ciekawość.

Dieta jakakolwiek

Nigdy w życiu żadnej diety. Czy ty białkowej, czy bezglutenowej, czy warzywnej czy diabli wiedzą jakiej. Kto raz spróbował – no dobra, może nie raz, ten tym bardziej wie, z czym to się je, a raczej z czym nie je. „Daj spokój, szkoda czasu, zdrowia i nerwów” – mówi przyjaciółka. Na co to komu, i ta przytyjesz i tak, nie ma diety idealnej, że cyk i już po krzyku, a kilogramy nigdy nie wrócą.

Kupowania za małych rzeczy

Znacie to? Tę piękną sukienkę z przeceny, której nie ma w twoim rozmiarze. Ale właściwie to przecież okazja, żeby ją ubrać nadarzy się za miesiąc, a za miesiąc, to już zdołacie się w nią wcisnąć. I… nigdy się nie wciskacie… A kieca wywołuje w was tylko nieustanne poczucie winy, ze ZNOWU się nie udało. A jak już jesteśmy w temacie ubrań, to redakcyjna koleżanka zgodziła się kiedyś pod wpływem nacisków telemarketera na przesłanie jej majtek. Tyle, że gacie okazały się wielkie, a ona dostawała je rzez dwa lata co kwartał. Skończyło się, jak zmieniła adres. Także uważajcie, co kupujecie.

Imprezy bezalkoholowej

A zwłaszcza sylwestra, na który zdecydowała się jedna z moich znajomych. Na pytanie – jak było, padło tylko – a jak myślisz. Co tu dużo myśleć. Są imprezy, jest towarzystwo, które na trzeźwo trudno znieść. Bywa. Podobnie, jak się człowiek da namówić na imprezę w nieznajomym gronie. I nie dość, że wpada w dżinsach, gdy wszyscy elegancko w kiecach i garniturach, to jeszcze wieje nudą tak, że masakra, a wyjść po pół godzinie za bardzo nie wypada.

Wysłanego SMS-a

Którego nigdy wysłać nie powinniście. Ale to impuls, chwila, no i nie ma co ukrywać – spora dawka alkoholu otwierają w nas ogromne pokłady szczerości i wylewności, o których niekoniecznie chcemy pamiętać kolejnego dnia. Ja sobie mówię: „Dobra wyślę jutro” i od bardzo długiego czasu ta metoda się sprawdza, bo jutro nigdy nie nadchodzi – na szczęście. Co innego, jak bywamy wylewni face to face, zwłaszcza przy teściowej, której zdolności manipulacyjnych na początku nie jesteśmy świadome i zwierzamy się jej z bardzo osobistych rzeczy…

Dorzucić by się mogło źle wybrane studia, byłego męża, fałszywych znajomych, fatalnej pracy. Ach, pewnie każda z nas jeszcze być coś do tej listy dodała. Na szczęście mamy to już za sobą. Cóż, niestety niektórych rzeczy cofnąć się nie da, ale na szczęście nie trzeba ich już powtarzać. I tego się trzymajmy. 🙂


Lifestyle

Złap mnie, jeśli potrafisz… Ile kosztuje iluzja miłości? O oszustach matrymonialnych

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
11 października 2016
O oszustach matrymonialnych
Fot. Screen z YouTube / klatka z filmu "Złap mnie jeśli potrafisz" / Movieclips
 

Znaleźć je wcale nie jest trudno, wystarczy wejść na odpowiednie forum wpisując w wyszukiwarkę słowa „oszust matrymonialny”. To tam, wiele kobiet w różnym wieku, w różnych sytuacjach materialnych, wymienia się przykrymi doświadczeniami, a nawet ostrzega przed konkretnymi mężczyznami. Nie wszystkie chcą rozmawiać, wiele z nich wstydzi się swojej naiwności, tego, że przez jakiś czas (czasem wiele lat) dawały się wykorzystywać za dosłowną iluzję miłości i związku.

Ofiary Tulipana łączy jedno: jakiś punkt zwrotny życia, jakaś słabość, która sprawiła, że stały się podatne na jego manipulację i wdzięk. Choć te historie wydają się nieprawdopodobne, wydarzyły się naprawdę, a ich bohaterki opowiedziały o swoich przeżyciach, żeby ostrzec inne kobiety przed zbyt zbyt pochopnym zaangażowaniem w związek, który wydaje się idealny.

Historia pierwsza, romantyczna: Tulipan, wersja „luks”

Magda jest szczupłą, długowłosą blondynką, ma 35 lat i własny biznes, finansowo jest niezależna, można nawet powiedzieć, że świetnie sobie radzi. Z mężem rozwiodła się cztery lata temu. – To była zaledwie pomyłka – mówi o tym małżeństwie. – Ale związek z  poznanym rok temu Janem mógł być katastrofą – dodaje zaraz potem.

Zobaczyła go na lotnisku. Wysoki, bardzo przystojny, ze swoją melancholijną urodą wydawał się być odrobinę starszy, niż mówił. Pachniał intensywnie, może nawet zbyt intensywnie jej ukochanymi perfumami (prezent od równoczesnej „sponsorki”). Właśnie wracał z Amsterdamu (później okazało się, że wcale tam nie był, a na lotnisku zjawił się właśnie po to, by ją „odnaleźć w tłumie”).

– Co mi odbiło? – zastanawia się głośno – Nie mam pojęcia. Zawsze śmiałam się z tych naiwnych, łasych na banalne komplementy kobiet, gotowych przyjąć do łóżka i życia ledwo poznanego faceta. Cóż, okazałam się równie głupia.

Upadła jej gazeta, on ją podniósł, ich spojrzenia spotkały się, w głowie Magdy zaszumiało, a Jan (zwany również Hubertem, a przez prawowitą żonę – Jackiem) zaprosił ją na kawę. Wieczorem tego samego dnia wymieniali już SMS-y o nieuchronności przeznaczenia. A tydzień później jedli razem śniadanie w jej sypialni. Co o nim wtedy wiedziała? Że jest pilotem prywatnej linii lotniczej. Zarabia krocie i mieszka w hotelach, bo tak mu wygodnie. Ale odkąd ją poznał, przekonał się, że chce mieć dom. Chce mieć z nią ten dom. Albo, jak śmieje się dziś Magda – chce mieć jej dom.

Po dwóch miesiącach wprowadził się do niej. To znaczy właściwie „pomieszkiwał”, bo większość czasu spędzał  przecież w powietrzu. W pracy. Kiedy wyjeżdżał, przesyłał SMS-y: kocham, tęsknię, gdy wrócę, oszalejesz z rozkoszy. 

I trzeba przyznać, że dobry był w tym seksie. W gadaniu też. Głównie o sobie i celebrytach, których poznał w ciągu kilkunastu lat swojej kariery. I wino umiał dobrać. I sprawić, by poczuła się piękna. No jakby pana Boga złapała za nogi. Świat nabrał barw. I to jak intensywnych. Żyła od jego przyjazdu do wylotu. W głowie snuła plany. Ona, racjonalna, mądra Magda.

Nie, niczego nie podejrzewała. Kosmetyki z najwyższej półki, drogie koszule (które z czasem zaczęła prać, bo powiedział jej, że zawsze marzył, żeby ukochana kobieta prała mu koszule), zagraniczne gazety, które przywoził z podróży (a tak naprawdę kupował w EMPIKu i starannie odklejał metkę z ceną,), wszystko przemawiało za „światowym życiem”, o którym z lubością opowiadał. A na symulatorach lotów latał wyśmienicie. Miał nawet uniform, prawdziwy. To znaczy Magda nie podejrzewała wcześniej, że mógłby być nieprawdziwy.

Pieniądze? – Daj spokój – Magda zakrywa twarz dłonią. – Kiedy przyjeżdżał do mnie, czułam się odpowiedzialna, żeby go ugościć. Więc żył tu na mój koszt. Czasem przynosił kwiaty, raz podarował mi drogą sukienkę. Ale tak szczerze mówiąc to ja zasypywałam go prezentami. Tak już mam, jak kocham. Raz nawet pożyczyłam mu większa sumę, bo zablokował sobie kartę i nie zdążył załatwić nowej przed odlotem. To znaczy, tak powiedział. Wstyd mi.

Po pół roku związkowej sielanki Magdę zaczęły męczyć te ciągłe rozstania. Była zakochana, oczekiwała stabilizacji. Zaczęła przebąkiwać o tym, że chciałaby poznać jego rodziców, siostrę i siostrzenicę, których zdjęcia jej pokazywał. – Cierpliwości kochanie, nie zepsuj tego – powtarzał.– Na wszystko przyjdzie czas. A ona się niecierpliwiła, niepokoiła. Coś było nie tak.  I „coś” zaczęło jej przeszkadzać, jak choćby to, że Jan zawsze chowa przed nią telefon. Pewnego dnia nie wytrzymała. Kiedy się kąpał, usłyszała, że przyszedł do niego SMS, bezszelestnie wysunęła aparat z kieszeni spodni. Przeczytała najnowszą wiadomość tekstową. I zlana potem usiadła na podłodze.. Jakaś Iwonka nie mogła już doczekać się jego ciepłych ramion w ICH sypialni. To znaczy w sypialni Jana i tej Iwonki.

– Pierwsze, co mi przyszło do głowy to, że jakaś baba molestuje mojego faceta – mówi Magda. –Słyszy się dużo teraz o stalkingu, a Jan jest bardzo przystojny. W głowie mi buzowało z zazdrości. Już chciałam biec z tym telefonem do łazienki, ale coś w głowie szepnęło mi: zaczekaj. Zdołałam się opanować. Sfotografowałam ten SMS swoim telefonem, i kontakt pod „I” też. I jakoś starałam się wytrzymać do jego odlotu.

Nie było łatwo. Myśli Magdy uparcie wracały do treści SMS-a, ukochany zauważył, że jest „inna” niż zwykle. Wieczór nie należał do udanych. Na szczęście rano Jan miał wylecieć na tydzień do Stanów.

Kiedy następnego dnia, targana wątpliwościami Magda zwierzyła się jednak przyjaciółce ze swoich podejrzeń, że ktoś „poluje” na jej faceta, a ta pokręciła jej kółko na głowie. „Co ty o nim właściwie wiesz? – spytała. – Tyle co ci powiedział, prawda?

Szybko wybrały numer telefonu do „I” . Miłemu, damskiemu głosowi w słuchawce Magda z bojącym sercem powiedziała, że dzwoni w sprawie Jana. No bo właściwie, co miała powiedzieć? Głosik odpowiedział, że to pomyłka. Magda zaczęła więc opisywać swojego ukochanego: wysoki, brązowe oczy, pieprzyk pod okiem…. Wtedy w słuchawce zapadła cisza. A potem kobieta rozłączyła się, żeby po chwili zadzwonić znowu z pytaniem, czy mogą się spotkać. Ma na imię Iwona i mieszka 300 km od Warszawy. Jan może być jej Hubertem. Opis odpowiada wyglądowi, ale Hubert nie jest pilotem. No i jest przecież jej narzeczonym. Wątpliwości rozwiała wymiana MMS-ów przedstawiających ich „wspólnego chłopaka”. Tego wieczora przegadały pół nocy popijając –  jedna wino, druga miętę na uspokojenie. I nakręcając się wzajemnie w rozpaczy i nienawiści.

Iwona swojego Huberta utrzymywała od dwóch lat przekonana, że jej ukochany jest w Warszawie tajnym i wysoko postawionym  agentem biura ochrony rządu, a jego ciągłe nieobecności związane są właśnie z odpowiedzialną pracą i częstym wyjazdami. –  Wiesz kochanie, że nie mogę ci powiedzieć wszystkiego – powtarzał jej często. –  Twoje bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze. Tak mówił, kiedy obejmował ją silnym ramieniem. Miała swojego bohatera.

Cicha i spokojna Iwona cierpiała „do wewnątrz”. Huberta poznała cała jej rodzina, mowa była nawet o ślubie. Jej plany, marzenia o szczęśliwy związku legły w gruzach. Gdyby nie Magda, żywiołowa i ekstrawertyczna, wyrzucające z siebie negatywne emocje za nie obie, kompletnie by się załamała. Bo kochała Huberta do szaleństwa.

Konfrontację zrobiły w mieszkaniu Magdy. Iwona wyszła z łazienki jak w amerykańskim filmie, kiedy stęskniony Jan witał swoją Magdę. Wtedy nastąpiło nieoczekiwane: Jan, albo Hubert odegrał przed nimi ostatni akt przedstawienia.

– Położył się na kanapie i wybuchnął płaczem. Myślałam, że będzie się rzucał, uciekał, a on zagrał na emocjach. Powiedział, że ma ciężko chorą córeczkę i robił to wszystko z rozpaczy. Zostawił nam numer telefonu do swojej żony i wyszedł. Zgłupiałyśmy. Wtedy widziałyśmy go ostatni raz. Zapadł się pod ziemię

Pod numer zapisany na skrawku „New york Timesa” zadzwoniły.  – Ja nic nie wiem – powiedziała przestraszona, ale najprawdziwsza żona. – Jacek wyprowadził się z domu, co jakiś czas dostaję przelew na córkę. Chora? Teraz była kilka dni przeziębiona i nie poszła do przedszkola. Ale nic poważnego jej nie jest. Pilot? Agent? Jacek jeszcze kilka lat temu uczył w liceum fizyki. Potem zaczął wyjeżdżać do Niemiec, na budowę. A dalej, to już nie wiem. Nikt za nim nie trafi.

Magda i Iwona nie chcą powiedzieć dokładnie ile pieniędzy „zainwestowały” w nietrafione uczucie. Drogie zegarki, koszule, buty, sprzęt komputerowy, gotówka. No i dach nad głową. Pewności,  że ofiar jest więcej, nie mają.  Dlatego przeszukują fora internetowe w poszukiwaniu potencjalnych „współdziewczyn” Jacka.

– Już chyba nigdy nie pozbędę się tego wstydu – mówi Magda. – Ale może przynajmniej kogoś ostrzegę? Ktoś przyjrzy się bliżej swojemu związkowi?

Historia druga, prozaiczna: Kolekcjoner Perełek

Poznali się przez Internet wiosną. Historia klasyczna. On utyskiwał na swoje nieudane życie rodzinne, ona współczuła. Zrobiło się przyjemnie, obiecująco, sytuacja wydawała się jasna: Piotr od razu dał Beacie do zrozumienia, że żony już nie kocha, ale jest bardzo dobrym ojcem. I jakoś bardzo szybko zaproponował spotkanie. U niej, u Beaty, oczywiście.

Pierwsze wrażenie?

No nie, nie był typem przystojniaka. Ale uroku osobistego i siły przekonywania odmówić mu nie można, to na pewno. Że już po kilku dniach znajomości pilnie potrzebował pieniędzy? Przecież jesteśmy tylko ludźmi, to się zdarza. Pieniądze na konto miał dostać później, a wydatki nie mogły czekać. Beata, z dobroci poruszonego serca, pożyczyła. Raz, drugi, trzeci i zawsze „tylko na chwilę, bo on już, zaraz, za moment odda”. Nie oddawał.

Związek powoli rozwijał się, Piotr postanowił założyć działalność gospodarczą. Coś zmieni, ruszy się. Nie zarejestrował jej jednak na siebie, tylko na swoją matkę. Beaty to nie zdziwiło, tak się robi, prawda? Pożyczki od Beaty stały się częstsze: zawsze brakowało jakiegoś towaru, żeby biznes się kręcił. Ale jakoś się nie kręcił. To nie było to. Wtedy Piotr wymyślił interes życia: przekwalifikuje się na masażystę, a przy okazji, wyciągnie od Unii ładnych parę groszy ze specjalnego programu. Szybko zdał egzamin, znalazł pokój, w którym mógłby urządzić gabinet i rozpocząć własną działalność. Ponieważ „nie zdążył” jej zarejestrować, poprosił Beatę, żeby umowę najmu lokalu wzięła na siebie. Jak tylko gabinet zacznie działać, on będzie go regularnie opłacał, umowę przerejestruje na siebie. Oczywiście podpisała, a po drodze zafundowała mu jeszcze sprzęt do gabinetu („oddam niedługo, połowę mam, to sam dołożę”).

W tym czasie zdarzały im się jeszcze wspólne wyjazdy, było im dobrze razem, można powiedzieć, że przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Beata nie rozumiała tylko, dlaczego Piotr nigdy oficjalnie przy znajomych nie nazwał jej swoją partnerką. Zawsze tylko „moja znajoma to, moja znajoma tamto”… Wdarł się jakiś niepokój. Zaczęła być bardziej ostrożna, uważna. Taka intuicja kobieca, która podpowiada, że coś jest nie tak, ale nie bardzo chce się jej słuchać. Piotr zdołał ją jeszcze przekonać, żeby uczyniła go współwłaścicielem drogiego auta („zapłacę ci połowę wartości samochodu, to uczciwy deal”), które kupiła i które szybko stało się autem na jego własny użytek. Obiecanych pieniędzy nie zobaczyła.

I tu powoli ich drogi zaczęły się rozchodzić. Beatę przestały przekonywać słodkie słówka, odgrzewane komplementy, a przede wszystkim ta relacja zaczęła jej ciążyć. Ile czasu można czekać i być niekończącym się portfelem mężczyzny, który nawet nie przedstawia jej jako swojej kobiety? Rozczarowanie przeszło w złość i obojętność.  Bolało, jak każde rozstanie. Ale trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy.

Po dwóch latach związek przestał być związkiem, rozstali się, choć oficjalnie zostali dobrymi znajomymi. Działalność Piotra funkcjonowała dalej, a on sam „upolował” kolejną sponsorkę, swoją pacjentkę. Była „bezpieczna”: wdowa, z trójką dorosłych dzieci, miała duży dom wymagający jedynie drobnych remontów. Można się było  wykazać. Skorzystał. Szybko łózko w gabinecie zamienili na to w jej domu. I tak Piotr zamieszkał u swojej „pacjentki”, jeździł samochodem Beaty, a działał w lokalu za pieniądze jego właścicielki. Polepszyło mu się. To byłby układ „idealny”, gdyby nie to, że zniecierpliwiona Beata zażądała zwrotu pożyczek. Wtedy rozpętało się piekło. Miły i uroczy dotąd Piotr zafundował jej stek wulgarnych wyzwisk. Zimny prysznic okazał się skuteczny. Beata zabrała się za porządkowanie swoich spraw.

Szybko wyszło na jaw, że samochód, który kupiła Beata, Piotr sprzedał, bo ktoś podpisał się za nią na umowie zbycia auta. Drugi samochód zarejestrował na nową partnerkę. Sprawa, zgłoszona na policję, zakończyła się wyrokiem w zawieszeniu.

Ale to nie koniec tego love story.

Całkiem niedawno okazało się, że Piotr umowy najmu lokalu, w którym działał jego gabinet nigdy nie przerejestrował na siebie, a należności z jej tytułu nie opłacał. Beata jest więc teraz dłużna dobre 10 000 zł. Dowiedziała się o tym od właścicielki lokalu. Jak to możliwe, że przez tak długi czas godziła się na to, by Piotr nie płacił jej czynszu? Cóż, taki Piotra urok.

Beata podejrzewa również, że Piotr podpisywał (sam się do tego upoważniając) w jej imieniu umowy na usługi telekomunikacyjne. Wie też, że w międzyczasie wynajął kolejny lokal pod działalność, nie wiadomo, czy również nie na nią.

Dziś Beata oblicza, że od pierwszego spotkania z Piotrem minęło dokładnie 10 lat. Jest zdeterminowana by odzyskać swoje pieniądze. Działa na własną rękę. Wyszukuje informacje o jego działalności, przeszukuje komentarze na forach dotyczących oszustów matrymonialnych. Podpisuje się zawsze „Perełka”. Tak właśnie Piotr nazywał swoje „jedyne”.

Beata wie, że jego związek z wdową się zakończył. Może różnica charakterów poróżniła go z tą Perełką? A może „Perełka” przejrzała na oczy?…  Tak czy siak, Piotr wyniósł się z jej życia. Naiwnych nie brakuje, znajdzie sobie następną. To już taki jego sposób na życie:  najpierw zabiera się do pomocy i uzdrawiania, potem liczy ile na takiej znajomości skorzysta. Jeżeli się opłaca – osacza spragnioną uczucia kobietę. Jeśli nie – szuka dalej. Do skutku.


Wysłuchała: Anna Frydrychewicz

O oszustach matrymonialnych


Lifestyle

„Wyścig nadal trwa – każdego dnia, każdego roku. Ale przekroczymy linię mety”

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
11 października 2016
Kobiety i dziewczęta zawsze doświadczały przeszkód. To nas nigdy nie powstrzymało.
Fot. Screen z YouTubeThe Global Goals

„Kobiety i dziewczęta zawsze doświadczały przeszkód. To nas nigdy nie powstrzymało. Poświęcałyśmy się, walczyłyśmy, prowadziłyśmy kampanie i osiągałyśmy sukcesy. Byłyśmy odrzucane i znowu wygrywałyśmy. W wyścigu po sprawiedliwość przeskoczyłyśmy niezliczenie wiele przeszkód, aby wygrać w walce o nasze prawa. Kobiety nie mogły głosować, były wykluczone z edukacji, nie płacono im sprawiedliwie za wykonywaną pracę. Nie miały prawa głosu w sprawach politycznego przywództwa.  Nawet pierwsza Olimpiada nie uwzględniła udziału kobiet. To było wtedy. Wiele ogromnych i wysokich przeszkód zostało jeszcze do przeskoczenia. Wyścig nadal trwa – każdego dnia, każdego roku. Ale przekroczymy linię mety. Nikt nas nie może powstrzymać. Równość! Teraz!”

Tymi słowami znana brytyjska aktorka Emma Watson zaczyna narrację na udostępnionym w sieci filmie. W pełnej symbolicznych przekazów i mocnych akcentów produkcji wylicza bez wahania dokonania populacji na rzecz polepszenia sytuacji pań na świecie. 1893 rok – prawo wyborcze dla kobiet w Nowej Zelandii i 192 inne państwa, które poszły w tym samym kierunku. Rok 1963, w którym Amerykanie podpisali ustawę o równej płacy, a za nimi 60. innych przywódców. Wymienia przykłady, w których kobieta sprawdziła się w roli głowy narodu, parlamentarzystki i studentki. Rzuca przykładami, na które cywilizacja pracowała tysiące lat, tysiące wojen, zmian władzy, a które mimo XXI wieku nie są jeszcze ostatecznymi dokonaniami kończącymi nierówną walkę o prawo i równouprawnienie.

3 miliony dziewczynek rocznie zostaje brutalnie obrzezanych

Żyjemy w idyllicznym świecie dostępu do książek, internetu. Kiedy nie chcemy kochać mężczyzny, żegnamy się z nim i idziemy dalej. Kiedy nie mamy ochoty na egzamin, udajemy chore, a oblaną kwasem twarz kobiety w nagrodę od męża sadysty znamy jedynie z okładki Newsweeka. Gdzieś na świecie właśnie okalecza się dziewczynkę. Według UNICEF-u każdego roku obrzeza się w brutalny sposób 3 miliony kobiet, które zaczęły miesiączkować, ale zdarza się również okaleczać dwuletnie dzieci w imię przesądów i tradycji. Dwulatki! Spójrzcie na swoje dzieci. Wyobrażacie to sobie?

Zmagania z odbiorem kobiecości, budowanie równowagi  w postrzeganiu płci przychodziło nam wyjątkowo długo i boleśnie, a i tak mimo zaawansowanej wiedzy i wciąż rozwijającego się postępu gospodarczego, zmuszane jesteśmy do walki z absurdami wynikającymi z niewiedzy i uprzedzeń.  Myślicie, że was to nie dotyczy, bo mieszkacie w Europie. Bo macie dostęp do szerokiej wiedzy, możliwość systematycznego  korzystania z porad lekarzy i płaski telewizor reagujący na ruchy dłoni z odległości pięciu metrów. Myślicie, że jesteście lepsze. Mimo wszystko czytajcie dalej.  Ta walka jest też dla was. Dla mnie.

Brak edukacji jest przyczyną ubóstwa. Ubóstwo nie pozwala się edukować ze względu na brak czasu

Zanim jeszcze raz przegrzebiecie internet w poszukiwaniu nowości i wydarzeń z życia, zeskrolujecie Facebooka góra dół i wyśmiejecie zaangażowanie kobiet udzielających się w bitwach o prawo do równego traktowania, pamiętajcie, że jesteście cesarzowymi na bardzo specjalnych prawach. Jesteście monarchiniami, które dostąpiły zaszczytu umiejętności czytania i posiadania dostępu do informacji w ogóle. 1.4 miliarda ludzi na świecie nie ma dostępu do nowoczesnych źródeł energii, nie wybiegając nawet w przywilej komentowania politycznej rzeczywistości na łamach social media. Kiedy wy dopieszczacie kolejny komentarz o bezsensowności uczestniczenia w czarnym marszu, który „i tak nic nie zmieni”, pomyślcie ciepło o kobietach, które dostarczają właśnie wodę do 75% gospodarstw rolnych w krajach rozwijających się. Zajmuje im to średnio 200. milionów godzin dziennie i skutecznie oddala od nauki i pracy zarobkowej. Brak edukacji jest przyczyną ubóstwa. Ubóstwo nie pozwala się edukować ze względu na brak czasu. Błędne koło. Nadal uważacie, że wasz głos w debacie jest zupełnie bez znaczenia? Zastanówcie się. Zacznijcie myśleć i podejmować ŚWIADOME decyzje.

15. milionów niepełnoletnich panien młodych rocznie

Kiedy nie wychodzicie na ulice, bo stanowisko o być albo nie być, o tym co dalej z waszymi głowami, poglądami i sumieniem ma podjąć w waszym imieniu rząd, pochylcie się nad 15. milionami niepełnoletnich panien młodych rocznie, które stają w obliczu czyjegoś boga przyrzekając wierność, miłość, uczciwość i ODDANIE. Jak banalnie i abstrakcyjnie w waszym mniemaniu brzmią dalekosiężne wyznania w ustach dziewięciolatki? Dziękujmy więc nauce, technice, rozwojowi kultury i nauki, że nie postawiły nas nigdy w obliczu przysiąg, których nie miałyśmy prawa zrozumieć. Że nie zmuszono nas do odejścia od szkolnych partyjek w gumę na rzecz ideologii, religii i chorych tradycji. Na rzecz przyzwyczajeń i zwyrodnienia globalnie zamiatanego pod dywan biurokratów i fantastów.

Jeżeli nadal uważacie, że to, co zostało już z wypracowane na rzecz wolności, należy się wam jak psu miska, błagam.  Rozkazuję. Utożsamiajcie się z tymi dziećmi! Łamały się narody boleśnie i długotrwale zanim postawiły przed sobą porozumienia. Zmiany nie przychodzą z dnia na dzień i nie są kwestią jednostkowych próśb i głosów. Wasza obecność się liczy. Wstańcie do cholery i idźcie! Krzyczcie głośno!

2/3 spośród 774. milionów niepiśmiennych ludzi na świecie to KOBIETY!

Jeżeli znowu podejmujecie decyzję o odejściu od głosowania mając na uwadze znikomą wagę pojedynczego głosu wiedzcie, że 2/3 spośród 774. milionów niepiśmiennych ludzi na świecie to KOBIETY! Kobiety, które przeszłyby na boso kilometry żeby mieć wpływ na swoją przyszłość. Na rozwój. Wpływ na siebie. Nie bądźcie bierne i nie osiadajcie na laurach postępu, którego jesteście częścią. Ruszcie się i zacznijcie utożsamiać z rolą kobiety we współczesnym świecie. Nic nie przyszło za darmo dziewczyny. Każda jedna liczy się jak sto.

I do wszystkich malkontentów tak prężnie komentujących damskie poczynania, nazywając aktywistki pogardliwie feministkami, tworząc z ruchów ekstremistyczne kręgi, wręcz sektę – znajdźcie sobie głębsze źródło poniżania. Kobiety to o was mowa. Ruchy feministyczne nie miałyby prawa bytu gdyby niezachwiana równowaga damsko – męska nakręcająca świat. Co trzecia mężatka w Malawi, a co piąta w Indiach nie podejmuje żadnych decyzji dotyczących domowego budżetu nawet, kiedy źródła wpływów pieniędzy do takiego budżetu pochodzą z jej ciężkiej pracy. Kobiety nie mają prawa głosu.

Macie własne konta? Karty? Jesteście na bardzo uprzywilejowanej pozycji. Nie obrzucajcie się więc łatkami i ekstremistycznymi poglądami, bo w nierównej walce same podcinacie sobie skrzydła. „Feministka” to  nie jest argument w wojnie damsko – męskiej. Tym bardziej ŻADEN w wojnie damsko – damskiej. Słuchajcie się wzajemnie i zacznijcie szanować.

#dayofthegirl

11 października jest światowym dniem dziewczynki. kobiety od zawsze zmieniały świat, a nowa, młoda generacja może zrobić to tylko lepiej. Zanim złożycie broń i zrezygnujecie ze starań o swoje prawa, pomyślcie jak ciężko dochodzi się do oczywistego ładu, w którym się znalazłyście. Ile narodów, a w nim matek, córek, babć jest na początku tej bardzo wyboistej drogi. Pod hasztagiem #dayofthegirl szukajcie więcej informacji w sieci.


 

Na podstawie analizy PAH: „Równouprawnienie i prawa kobiet w globalnym rozwoju”


Zobacz także

Lista 9 rzeczy, które ludzie zdrowi robią inaczej

Aż 70% kobiet z rakiem piersi może uniknąć chemioterapii! Wszystko dzięki nowym badaniom

Botki na słupku czy na koturnie? Co nosić jesienią i zimą 2018/2019?

дженерик сиалис

таблетки виагра инструкция цена

Станозолол