Lifestyle

Cienka granica grubych spraw. Gdzie kończy się body positive?

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
12 września 2016
Cienka granica grubych spraw. Gdzie kończy się body positive?
Screen Instagram informoverload
 

Największym i niezmiennym atakiem na ruch body positive i całą branżę size jest zarzut o promowanie otyłości i niezdrowego trybu życia. Niezależnie od tego, jak bardzo wszystkie modelki, blogerki czy aktywistki starają się wspierać kobiety na całym świecie w procesie zaakceptowania swojego ciała i pokochania swojego odbicia w lustrze, zawsze znajdzie się choć jedna osoba, która zniszczy ich pracę.

Ze skrajności w skrajność 

Na wybiegach królują dziewczyny w rozmiarze 34. W reklamach mamy do czynienia z genialnym użyciem Photoshopa, a do tego ciuchy w mniejszych rozmiarach są po prostu tańsze. Wściekłość dziewczyn w rozmiarze 42+ jest zdecydowanie uzasadniona. Kompleksy bardzo chętnie zadomawiają się w kolejnych umysłach. Może właśnie dlatego tak bardzo cieszę się, gdy widzę modelkę  size w kampanii reklamowej (niekoniecznie środków odchudzających), a kolejna akcja społeczna o samoakceptacji cieszy się ogromną popularnością. Dziewczyny na całym świecie odwalają kawał dobrej roboty, walcząc z chłopięcą sylwetką w świecie mody, a co za tym idzie w świadomości nastolatek, które wpadają w anoreksję, żeby wyglądać jak Anja Rubik. Tylko co z tego, skoro gdzieś na odległym biegunie pojawia się kobieta, która chce ważyć 450 kilogramów? Jasne, to jej życie. Niech robi co chce. Wspomniałam jednak, że zarabia na tym i uważa się za kwintesencję body positive?

Monica – dziewczyna potrzebująca ratownika

Monica Riley mieszka w Teksasie. Jest fotomodelką, szczęśliwą w swoim związku kobietą planującą dziecko. Ot, normalna amerykańska dwudziestosiedmiolatka. Pewnie by tak było, gdyby nie fakt, że Monica chce zostać najgrubszą kobietą na świecie. Co więcej, jest na najlepszej drodze ku sukcesowi! Aktualnie waży 315 kilogramów, a w spełnieniu jej marzenia pomaga jej chłopak. Tak, wiem, każdy ma swoje życie i każdy może sobie z nim robić, co chce. Doskonale to rozumiem i jestem tego samego zdania. Jednak, kiedy ktoś świadomie robi sobie krzywdę, a inni ją pochwalają… czy można stać obok bezczynnie? Riley na swoim tyciu zarabia niemałe pieniądze. Jej fotomodeling polega na wrzucaniu do sieci zdjęć i filmów, na których możemy obserwować, jak pochłania ogromne ilości jedzenia. Co więcej, mężczyźni z całego świata wysyłają jej pieniądze na zakup kolejnych porcji żywności, żeby przez przypadek nie zaczęła chudnąć!

Kompleksy mieszające w psychice

Okej, niech Monica robi, co chce. To jej życie i patrząc na to, że ma przy sobie faceta, który ją w tym wspiera, a przy okazji tysiące ludzi na całym świecie finansujących jej plan, raczej nic się nie zmieni. Problemem w tym całym zamieszaniu są te młode dziewczyny szukające akceptacji. Oczywiście są takie, które zaakceptują swój wygląd bez większego problemu. Będą też niestety te, które wpadną w ogromne kompleksy prowadzące do zaburzeń odżywiania. A jak wiadomo z tej spirali bardzo ciężko się wykręcić. Czytając historię Monici zastanawiałam się, do której grupy ona należy i co siedzie w jej głowie. „Lubię grubą siebie. Mogę być jeszcze grubsza, a przy tym popularna, więc dlaczego nie?”. Czy bardziej: „Ja siebie nie akceptuję, ale skoro inni mnie akceptują, będę spełniać ich życzenia”. Nie wiem, czy któraś z tych opcji jest poprawna. Obawiam się jednak, że któraś z większych dziewczyn czytających tę historię może sobie pomyśleć: „po co mam chudnąć, skoro mogę być grubsza i bogata?”.

Cienka granica grubych spraw

Przy okazji każdego artykułu, posta czy vloga o akceptacji swojego ciała i modelingu size pojawia się to samo zdanie. „To promocja otyłości!” Promocją otyłości jest Monica Riley, nie kampanie społeczne takie jak #IamAllWoman czy sklepy z kolekcjami size. Jako dziewczyna nosząca rozmiar 44/46 doskonale znam te spojrzenia i hejt mniej lub bardziej znajomych ludzi. To właśnie do tego są potrzebne akcje, w których każda z nas może zobaczyć kobietę podobną do siebie, nie wygładzoną w programie uchodzącym za cud XXI wieku. Plus size ponoć rozpoczyna się od rozmiaru 42, ale pozytywny stosunek do swojego ciała nie powinien mieć rozmiaru. Granica między akceptacją siebie a niehumanitarnym traktowaniem jest jednak zdecydowanie zbyt cienka.

Najpierw zdrowie, potem waga

W całym założeniu tego ruchu chodzi o skończenie promowania niezdrowego trybu życia, niezdrowej sylwetki, wagi niszczącej życie. Miałam szczęście poznać kilka dziewczyn, które działają w polskiej branży size. Od każdej z nich usłyszałam, że po prostu chcą być szczęśliwe i chcą pokazać dziewczynom w większych rozmiarach, że to naprawdę możliwe. Można się ładnie i modnie ubrać, iść na siłownię, jeździć rowerem do pracy. Być dobrą dla samej siebie. Wszystko to jest jednak napędzane dbałością o swoje dobre samopoczucie i zdrowie. Nie ma mowy, że czując się źle w swoim ciele czy mając problemy ze zdrowiem, nie skierują swoich kroków na siłownię, basen czy do dietetyka. Tak na dobrą sprawę, większość z modelek size ciągle jest pod opieką trenera i dietetyka. Monica stoi po drugiej stronie barykady. Nie dba o siebie, ani o swoje zdrowie. Dba o fantazje seksualne swoich widzów i swojego partnera. W żadnym momencie nie jest to body positive. To po prostu brak szacunku do samej siebie.


Lifestyle

Dlaczego jesteśmy nieszczęśliwe w związkach? Bo za bardzo się im poświęcamy!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 września 2016
Ania Witowska
Arch. prywatne/Ania Witowska
 

Facet potrzebny od zaraz. Na już i teraz, bo tylko on sprawi, że będziemy szczęśliwe, bo tylko w związku z drugim człowiekiem potrafimy zobaczyć siebie jako pełnowartościowe kobiety. Tyle tylko, że jak w ten związek już wchodzimy, to szczęście się jakoś ulatnia, a my stajemy się sfrustrowanymi kobietami, którym do stanu pełni szczęścia zamiast coraz bliżej, jest coraz dalej.

Ewa Raczyńska: Dlaczego my kobiety tak rzadko potrafimy być szczęśliwe w związkach? Wiecznie coś nam przeszkadza, uwiera?

Ania Witowska: To proste. Po pierwsze dlatego, że większość kobiet ma niskie poczucie własnej wartości albo nie ma go wcale i nie wie, co mogłoby je uszczęśliwić. Po drugie, bo nie mają żadnej pasji, żadnych zainteresowań i potrzebują uwiesić się na facecie, żeby pożyć jego życiem. I po trzecie – bo traktują faceta, jak polisę ubezpieczeniową na życie.

Konkretnie i mocno…

Widzisz, kobiety, zwłaszcza Polki, nauczone zostały tego, że należy poświęcić się w związku i stawiać potrzeby mężczyzny wyżej niż swoje własne. I jesteśmy przekonane, że facet właśnie za to powinien nas kochać. Tyle tylko, że w męskim świecie, działa to inaczej. Facet szuka kogoś, kto będzie jedyny i wyjątkowy, a jak wyjątkowy ma być ktoś, kto nie ceni własnych potrzeb? Jak on ma ją szanować, skoro ona sama nie szanuje siebie, skoro uważa, że musi zadowolić mężczyznę i zrezygnować z siebie. Gdzie jest ta jej wyjątkowość? Mężczyźni zostawiają kobiety, bo nie ma tego „czegoś”, on w niej tego nie dostrzega, bo też ona w sobie tego nie widzi. Tylko facet jest dla niej ważny.

Ale czy jesteśmy w stanie to zmienić, przecież nawet w dotychczas dobrym związku potrafi przyjść moment, kiedy facet mówi lub chociaż myśli: „Nie mogę z nią już wytrzymać”?

Oczywiście, że tak! To kwestia zmiany przekonań, które można przebudować. Kiedyś rolą kobiety było zajmowanie się ogniskiem domowym. Im bardziej było oddana domowi, rodzinie, tym rzekomo była lepsza. Ale to się zmieniło. Gdyby facet dzisiaj chciał się wiązać z kimś, kto będzie mu sprzątał, to by sobie zatrudnił panią do sprzątania. Byłoby znacznie taniej…

Nawet jeśli wchodzimy w związek ze świadomością, jak powinien on wyglądać, kiedy wiemy, że, aby być szczęśliwym w związku powinniśmy też dbać o siebie same, to i tak wpadamy w schemat: dom, obiad, dziecko. I ten mąż, który musi być przy tobie, właściwie nie wiadomo dlaczego. I musi zaspokajać twoje potrzeby, tylko dlatego, że z tobą jest.  A w drugą stronę? Czy ty zaspokajasz jego potrzeby?

No przecież ja mu sprzątam, gotuję, zajmuję się dziećmi i koszule prasuję?

No właśnie. Ile kobiet tak myśli? Że to facetowi wystarczy? My patrzymy na relację z naszego kobiecego punktu widzenia. Nam się wydaje, że dajemy mu tak wiele, ale on tak naprawdę wcale tego nie chce. Kobiety kompletnie nie rozumieją, czego chcę mężczyźni.

Prowadzę i spytałam je kiedyś, czego mężczyźni najbardziej chcą w związku. Większość odpowiedziała, że seksu. Naprawdę?!? Naprawdę faceci w związku chcą tylko seksu? Przecież seks można mieć bez wchodzenia w relację. Takie są założenia kobiet, uogólniamy zamiast wejść w buty faceta i pomyśleć o tym, że on też jest człowiekiem, on też ma swoje lęki, potrzeby.

My – kobiety omawiamy nasze frustracje, emocje,  a faceci nie. Oni się ze swoimi uczuciami gotują i muszą sobie z nimi sami poradzić, sprostać zrozumieniu siebie i nas, bo wywierana jest na nich presja, że przecież muszą być silni i nie mogą pozwolić sobie na słabość.

Nie chcemy, żeby nas traktowano stereotypowo, a my same właśnie przez stereotypy postrzegamy mężczyzn.

Dokładnie. To wygląda tak: znajdujemy faceta, tworzymy związek, rozsiadamy się wygodnie w fotelu i myślimy: „uff no to się udało”. A po miesiącu miodowym zamieniamy seksowne łaszki, na wyciągnięte dresy, zapominamy, że związałyśmy się z kimś aby było nam dobrze razem i zaczynamy jęczeć, narzekać i najczęściej zachowywać się dokładnie tak, jak nasza matka w związku.

Dlaczego ja byłam usłużna w związku? Codziennie obiad, posprzątane, wypachnione. Dam ci prosty przykład. Mój tata pracował w delegacji, i jak tylko wracał to moja wokół niego skakała. Tak samo jak ja później wokół różnych mężczyzn, z którymi byłam.

Wydaje mi się, że Bruce Lipton wytłumaczył to bardzo prosto: niezależnie od tego, jak bardzo wiesz, jak relację powinno się budować, jak starasz się być w związku taka, jak powinnaś być, czyli mieć swoje pasje, swoje życie, nie uwieszać się na facecie, to jednak po mniej więcej pół roku zaczynają dochodzić do głosu twoje przekonania, czyli to, co wyniosłaś z domu, zaczynasz powielać schemat. I jeśli tego nie zauważysz, nie zaczniesz właśnie nad swoimi przekonaniami i schematami  pracować, powtórzysz te same błędy, nie ma bata, żeby było inaczej.

A może problem tkwi w tym, że my nadal nie rozumiemy, że mężczyzna chce partnerki, a nie kucharki, sprzątaczki i opiekunki do dzieci?

My myślimy, że wiemy, jak to jest być partnerką w związku. Kobiety mówią: ja chcę, żeby on był ze mną szczery, ale nie są na tę szczerość gotowe. Bo co, jak on usiądzie przy stole, spojrzy prosto w oczy i powie: „kochanie nie jestem pewien tego związku, nie wiem, w jakim kierunku idziemy”? Będzie drama i jazda, bo ciężar szczerości będzie nie do uniesienia! Ty masz prawo nie być pewna, mieć wątpliwości, ale on nie. Jemu tego prawa nie dajemy. Przecież on “powinien”, bo ma wszystko, wszystko mu daję, tłumaczymy, więc o co mu chodzi?

Robimy krzywdę mężczyznom. Nie chcę ich wybielać, bo wśród nich są też i źli faceci, tak samo jak wśród kobiet są te dobre i złe. Nie chcę być orędownikiem diabła. Natomiast trzeba podkreślić, że nam kobietom nie chce się w ogóle zagłębić czego chcą, czego pragną faceci, co ich uszczęśliwia. Opieramy się tylko na stereotypach nie dopuszczając w związku facetów do głosu.

Jesteśmy w stanie to dostrzec i zmienić?

Tak, ale aby zobaczyć w drugiej osobie wartościowego człowieka – trzeba najpierw dostrzec go w sobie. Przede wszystkim to w sobie najpierw mamy znaleźć  przekonanie, że jestem wartościowa niezależnie od wszystkiego. Musimy w końcu zrozumieć, że nie czyni mnie lepszym człowiekiem to, czy ktoś chce ze mną być. Nie potrzebuję takiego potwierdzenia. Związek absolutnie nie jest po to.

Poza tym te wszystkie kobiety, które chcą potwierdzenia własnej wartości przez to, że ktoś z nimi jest, wnoszą do relacji wszystkie swoje mechanizmy obronne, niewyleczone rany oraz brak poczucia bezpieczeństwa . To stąd się biorą wszystkie analizy: „Hmm nie rozmawiał dzisiaj za dużo ze mną, chyba się mną nudzi”, „Wrócił później do domu, chyba już ucieka z domu, od nas, ode mnie, “Na pewno kiedyś mnie zdradzi, zostawi, jest tyle lepszych kobiet”. A to jest tylko wyłącznie nasze lenistwo, bo nie chce nam się odrobić własnych lekcji, nie chce nam się zrozumieć, że nie potrzebuję nikogo, kto potwierdzi, ile jestem warta.

Ale boimy się, że nie jesteśmy dość dobre, żeby on ze nami został…

A kto stoi za tym, aby być, aby stać “dość dobrą”? My same! Postrzeganie siebie i wewnętrzny dialog. Myśląc “jestem do bani” – nakręcam się, prowadzę w głowie dialog, w którym stawiam siebie na przegranej pozycji, zakładam z góry za mojego faceta co mi powie, jak będzie przeciwko mnie, jak mnie zostawi… I już jestem na niego wściekła, choć nie dałam mu szansy na realne wypowiedzenie się.

Tak, często uważamy, że facet nas unieszczęśliwia, że bycie z nim, to ograniczanie naszego potencjału, hamowanie w realizacji różnych planów.

Używamy mężczyzn jako wymówki. Bo przecież ja muszę być w domu, muszę zrobić wszystko, być dla niego.  Świetny przykład paradoksu – jeśli misją kobiety jest znaleźć kogoś, kto potwierdzi jej wartość tym, że chce z nią być, to jak już się trafi takowy – ona zakłada, że to cud i kompletnie głupieje i rzuca całe swoje życie, no bo o ten cud trzeba zadbać i nie wypuścić go z rąk. I zaczyna dawać wszystko w nadmiarze, poświęcać się, “podawać na tacy”, usuwać pyłek z pod nóg i być na każde zawołanie… a facet przyjmuje to jako standard. Mija jakiś czas i zaczynamy mieć pretensje, że czemu ja tak się staram, tak mało dostając w zamian? Ano dlatego Kochana, że takie wyznaczyłaś zasady, bo takie masz standardy.

Zauważ to się dzieje już na samym początku budowania relacji. Kobiety mają problem z tym, kto ma zapłacić za kolację na randce, bo nie chcą wyjść na materialistki, bo chcą pokazać, że są bezproblemowe i “łatwe w obsłudze”. A ja mówię: „Słuchaj dziewczyno, on ma zainwestować w ciebie i pieniądze, i czas, jeżeli teraz tego nie zrobi, to kiedy? To bardzo proste wskaźniki jego zaangażowania!  Słyszę też: „Ja musze z nim szybko iść do łóżka. Bo wszyscy dookoła idą”. Ale co tak naprawdę tym zyskasz i jakie Ci to da gwarancje?  Seks sam w sobie jest mechaniczną rzeczą, dopiero emocjonalne zaangażowanie obu stron po tym gdy zbudowaliśmy więź pomiędzy sobą staje się kochaniem i czymś co łączy i zbliża. Poza tym trzeba pamiętać także, że fizyczność czyni nas kobiety bezbronnymi, zmienia sposób w jaki patrzymy na relację, dlatego warto więc poczekać.

Dla wielu kobiet mężczyzna jest planem finansowym na życie. Opcją na przetrwanie. Nie potrafimy rozmawiać o pieniądzach, zarabiać ich (bo brak nam poczucia wartości, wiedzy w czym jesteśmy dobre oraz edukacji finansowej), dlatego często podświadomie szukamy kogoś, kto dołoży się nam do domowych rachunków. I tak koniec końców kończymy w związkach, które są mega nieszczęśliwe, z których nie możemy się wyplątać, bo straciłyśmy finansową niezależność, bo godzimy się na zbyt wiele, tylko dlatego, że same nie możemy się utrzymać. To dość wysoka cena…

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Nie jest tak, że się boimy tego, że on odejdzie, jeśli od nas nie dostanie wszystkiego, znajdzie sobie lepszą, która da mu więcej?

A jego mdli od tego nadmiaru kobiety, od dawania mu więcej niż poziom relacji tego wymaga. Od tych obiadków, mycia podłogi po raz trzeci, nadskakiwaniu i usługiwaniu mu. Wiesz dlaczego?

Nie.

Bo on ma świadomość, że na to wszystko nie zasłużył. Mężczyźni są zdobywcami. Taki facet, któremu kobieta daje wszystko na przysłowiowe dzień dobry, myśli: „kurde dlaczego, dlaczego ona mi tyle daje, skoro ja się nie wykazałem, dlaczego ona dla mnie rezygnuje ze swojego życia, swoich znajomych, jest pod telefonem na każde moje zawołanie, skoro ja jeszcze nic jej nie dałem?”.

Kobieta w ten sposób “wychodzi” tego faceta, później on się łaskawie z nią wiąże, ale jest bierny i leniwy… a ona ma pretensje, że ten związek nie działa i, że nie czuje się ważna. No ale jest facet – nikt jej nie powie, że jest starą panną, ani, że nikt jej nie chce… I właśnie tu mają źródło te wszystkie nieszczęśliwe relacje, nieodrobione własne lekcje, rzucanie się na niewłaściwego kandydata byle tylko był, niskie standardy…

Niskie poczucie wartości sprawia, że kobieta w związku nie komunikuje swoich potrzeb, nie rozmawia ze swoim partnerem o nich,  nie ma odwagi być sobą i niestety oprócz funkcji, że tak powiem gospodarczo- domowych niewiele wnosi. I dlatego taki związek zamiast się rozwijać sunie po równi pochyłej. Są razem, bo dzieci, bo kredyt…

No dobrze, ale przecież ta kobieta, kiedy ją poznał, fascynowała go. Miała swoje zainteresowania, plany na przyszłość, które nie sprowadzały się tylko do zajmowania się dziećmi i obiadu z dwóch dań? Dlaczego zmieniamy się w związku w gderliwe baby? Nie jesteśmy tą, w której nasz facet się zakochał?

Kobiecie SIĘ WYDAJE, że ona musi się zmienić w związku, że musi się nagiąć, poświęcić i tego samego wymaga od faceta. Bo skoro ja się poświęcam, to ty też musisz. Nie idź na mecz, zostań w domu, zobacz, ja się nie spotkałam z przyjaciółką – tak działa ten schemat. Tyle tylko, że o tę zmianę nikt kobiety nie prosi, mężczyzna od niej tego nie wymaga, a ona i tak to robi.

Nie bez winy jest także fakt, że związkowo jesteśmy niewyedukowani – ciągle wierzymy w te bzdury, że miłość sama przychodzi i zostaje, że związek się sam układa, że jakoś to będzie i, że fakt, iż kiedyś zadeklarowaliśmy wobec siebie uczucia, wystarczy na następne wspólne 30 lat życia.

Nakłada się na to także różnica między kobietami a mężczyznami, która jest dość znacząca: faceci chcą dobrej zabawy, a kobiety poważnego związku i poczucia bezpieczeństwa. I podkreślę – wcale nie chodzi w przypadku facetów o beztroskie zabawianie się. Oni chcą być z kobietą, przy której będą czuć, że żyją, przy której w ich życiu cały czas coś się będzie działo, która coś wniesie, a nie będzie marudną roszczeniową i nie ukrywajmy – często bezbarwną i nudną kobietą, która sama nie wie czego chce.  Jak ona mu mówi: „wejdźmy w poważny związek”, to z czym mu się to kojarzy? Z nudą. Ze starością, z tym, że już nic się fajnego nie zadzieje, bo będziemy bawić się w dorosłość, będziemy jak nasi rodzice na tej kanapie przed telewizorem.

Ona pyta: „A czy ty myślisz o mnie poważnie?”, a on ma odruch wymiotny, bo samo słowo poważnie ma niefajne skojarzenia i obdziera relację z głównego powodu dla której on w nią chciał wejść – z poczucia szczęścia! Poważnie czyli jak? Z duszącym pod szyją kołnierzykiem, brakiem przyjemności i sztywnością?

Nie ukrywajmy – związek jest pracą nad sobą i nad tym co jest pomiędzy ludźmi, ludzie którzy pracują nad swoim związkiem, którzy ze sobą rozmawiają, mówią, co czują, mają dużo łatwiejsze relacje, bez tworzenia problemów we własnej głowie. Przecież kobieta wcale nie musi być umęczoną cierpiętnicą.

Ale my kochamy być umęczone…

No tak, zwłaszcza, że gdy my się tak poświęcamy i umęczamy, to mamy nadzieję, ze ktoś w końcu nam to odda, poświęci się w równym stopniu, co my. Do tego myślimy: „jak ja się poświęcę, to on mnie nie zostawi, bo z kim będzie miał lepiej”. Ale to jest tylko i wyłącznie nasz wybór i co gorsza założenie, które nie działa!

To są wszystko wewnętrzne, podświadome schematy.

I budzimy się z ręką w nocniku przed 40-tką myśląc: „Gdzie ja jestem? Zmarnowałam swoje życie dla kogoś, kto tego w ogóle nie docenia”?

Kluczem do tego, żeby się nie pogubić, żeby nie stracić  siebie  jest uważność i samoświadomość. Ja wiem, że nikt nas tego nie nauczył i w tej kwestii mamy ogromne braki, ale to umiejętność taka jak każda inna.

Naprawdę można to w sobie wypracować?

Jasne, że tak. Trzeba tylko chcieć. Jeśli ktoś mówi, ale ja nie mam pieniędzy, żeby iść na jakieś warsztaty czy kurs, to ciężko jest mi traktować chęć do zmiany takiej osoby poważnie… Halo, w Internecie pełno jest informacji, bezpłatnych książek. Wystarczy tylko naprawdę chcieć.

My kobiety przyjmujemy taką wygodną bezradną postawę, bo dzięki temu nie bierzemy odpowiedzialności za własne życie. Bo co jak wezmę na siebie odpowiedzialność i coś mi nie wyjdzie, to kogo za to obwinię? Siebie? No nie, to jest dla nas bardzo niewygodne…

Może odpowiedzialność za siebie jest niewygodna, ale cholernie prawdziwa i działająca. Nikt nie ucieknie od konsekwencji, od byle jakich decyzji i słabych wyborów. Dlatego zamiast iść na skróty i wiązać się z kimś byle tylko był, byle ktoś potwierdził moją wartość może lepiej zadać sobie pytanie, czy naprawdę chcę tak przeżyć  życie? Czy chcesz budzić się codziennie nieszczęśliwa, pytając siebie co dalej? I wiedząc, że sama sobie nie dasz rady zostać przy  facecie, bo on jedynie wyznacza twoją wartość?

Jakkolwiek to nudno nie brzmi, to wszystko sprowadza się do tego, żeby uznać siebie samą za kogoś ważnego, za kogoś kto ma prawo do swoich potrzeb. Jeśli czuję się nieszczęśliwa, to MAM PRAWO coś zrobić, żeby to zmienić, a nie tkwić w układzie, który mnie nie zadowala.

To przecież nie musi oznaczać rozwodu, rozstania. Może, jeśli pozwolimy sobie na to w związku, on paradoksalnie ożyje, nabierze świeżości, stanie się dla nas lepszym?

Tak. Są ogromne szanse na to! Gdy my zaczniemy żyć i się rozwijać – nasza relacja także. Co więcej – nasza atrakcyjność wzrośnie! Kobiety często mówią: mój mąż powinien dbać o mnie i o moje potrzeby, bo jest moim mężem. A w drugą stronę, ty nie powinnaś? On mnie rani, a my ich nie? Krzywdzimy mężczyzn naszym podejściem, oczekiwaniem, że on musi się nam opiekować. Ja mu gotuję, piorę, sprzątam, urodziłam mu dzieci – więc mi się należy… – to wcale nie jest partnerstwo.

Skoro wiążemy się z kimś, żeby ten ktoś potwierdził, jak wiele jesteśmy warte, a potem dla tego kogoś gotujemy i sprzątamy, to równie dobrze możemy pójść na kurs sprzątania i gotowania, i dostać papier, który w tym względzie określi naszą wartość. Nie unieszczęśliwimy przez to dwojga ludzi, a zweryfikujemy nasze umiejętności.

Uważam, że związki mogą być bardzo fajne, ale do tego trzeba dorosnąć. Trzeba poukładać się z samym sobą.

I nie przegapić momentu, kiedy zaczynamy zapominać, że jesteśmy dla siebie ważne, kiedy ustawiamy się na samym końcu rodzinnego łańcucha pokarmowego.

Właśnie! Aby siebie nie zgubić wystarczyłoby już na samym początku przedłużyć proces wchodzenia w związek. Zamiast rzucać się i chcieć natychmiast z nim zamieszkać, wyjść za mąż, mieć dzieci (bo nasz kandydat może się rozmyślić), delektujmy się tym, jak jest… Uczmy się być razem, sprawdzać, dogadywać, konfrontować, wyrażać swoje potrzeby. Zamiast przeskakiwać przez kilka etapów bardzo szybko i na bazie chemii podejmować decyzje – bądźmy mądre. Jeśli to właściwy kandydat – to zgodzi się na nasze tempo. Co więcej – da to nam obojgu szanse na poukładanie się nawzajem i sprawdzenie czy warto się związać ze zdrowych powodów zamiast z desperacji.

Zawsze powtarzam – sprawdź tego mężczyznę, zobacz czy możesz na niego liczyć, czy on na ciebie zasługuje (oczywiście zakładamy, że my także odrobiłyśmy nasze zadania domowe i jesteśmy dobrymi kandydatkami na partnerki).

Masz z klasą i gracją poczekać, aż on się wykaże, aż cie zdobędzie, aż cie przekona, że możesz mu zaufać.  Nie zatracaj się, nie wkręcaj w to, że miesięczne zauroczenia to wielka miłość, nie dawaj z siebie 100% na dzień dobry, bo co dasz później? .

Daj sobie i jemu czas. Nie umniejszaj siebie. Nie stawiaj się w pozycji;„Zobacz jestem taka gospodarna, mało problemowa, nie musisz się starać, we mnie inwestować”, bo tak już zostanie na zawsze i one nie będzie się wykazywał ani o Ciebie dbał.  Mężczyźni mimo wszystko mają zakodowane, że oni w związku kiedyś szli polować, żeby zadbać o kobietę, rodzinę, pozwól mu na to… Pamiętaj, że zaangażowanie faceta rośnie wprost proporcjonalnie do tego, ile on w nas zainwestował. Nie mów: „Oj nie kupuj mi tej sukienki, daj spokój? Zostaw, ja pozmywam, ty sobie odpocznij”. Wręcz przeciwnie -niech się angażuje, niech się stara, niech wykaże się jako Twój mężczyzna.

Powtórzę po raz kolejny: żeby mieć dobra relację, to trzeba poukładać się z samym sobą, wiedzieć, że się na nią i na dobre traktowanie zasługuje -więc znów wracamy do korzeni, czyli do nas samych…

Związek nie będzie działał, jeśli ty nie wiesz, kim jesteś, czego chcesz, a Twoje poczucie wartości leży i kwiczy. Gdyby każda kobieta skupiła się na swoim poczuciu wartości, znalazła to, w czym jest dobra, to automatycznie zarabiałaby więcej pieniędzy, byłaby niezależna, nie traktowałaby faceta jak polisy na życie, tylko dała sobie czas na znalezienie tego właściwego, na wybór mężczyzny. Budowanie własnej wartości dałoby jej siłę w pracy nad własnym przekonaniami.

Jednak słyszmy: „Ile chcesz czekać, ile chcesz mieć lat, jak urodzisz dziecko?”.

No i co z tego, że to słyszymy! Przecież to nasze życia i nasze prawo aby o nim decydować! Zakładając, że kobieta żyje przeciętnie 75 lat –  czy naprawdę w wieku 30 lat powinna wiązać się z kimś, bo taka jest presja? Czy nie może poczekać jeszcze dwóch, czy pięciu lat, popracować trochę nad sobą, poznać siebie i DOPIERO z tej perspektywy kogoś wybrać? Droga kobieto – czy naprawdę chcesz przez 45 lat żyć w nieszczęśliwym związku tylko dlatego, że inni ciosali ci kołki na głowie, że to już najwyższy czas? A później przyjdą urodziny, sylwester, święta, a ty pomyślisz: „Co ja zrobiłam ze swoim życiem?”. I kompensujesz sobie w zakupach, w objadaniu się, we własnym pracoholizmie wszystko to, czego nie masz w związku. Ale na pozory zachowane – nie jesteś sama, masz obok siebie faceta.

Takie życie, to wybór każdej z nas. Chcesz – bardzo proszę. Ale nie zapominaj, że nie będąc ważną dla samej siebie, poświęcając się dla faceta, choć on tego poświęcenia kompletnie od ciebie nie wymaga, nie zbudujesz szczęśliwego związku. Jasne, że my byśmy wolały, żeby to facet się nami zaopiekował, żeby to on pokazywał nam, ile jesteśmy warte. Ale choćbyśmy z całych sił tupały nogami – tak nie będzie. Mężczyzna nie jest polisą na życie. Mężczyzna nie jest gwarantem naszego szczęścia. On nie musi uzdrawiać naszych starych ran, pokazywać, że jesteśmy wartościowe. To nie jest jego praca. To MY musimy najpierw zrozumieć, my same, dostrzec, że jesteśmy fajne i wartościowe – nawet nie będąc w związku. To daje wolność wyboru. To tysiąckrotnie zwiększa nasze szanse na bycie szczęśliwą z nim, ale także  bez niego.

Dużo miłości ode mnie!


 

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Ania Witowska – to ona stoi za i mówi: „Potrzebujesz motywacji? Nie wiesz, czego w swoim życiu chcesz? Przyjdź do mnie. Zobaczysz kim naprawdę jesteś”. Jest prawdziwa i szczera do bólu. Otwarcie mówi o tym, co  przeszła. O tym, jak była nieszczęśliwa, o depresji, o obwinianiu całego świata za to, jak wyglądało jej życie. Z tych negatywnych doświadczeń wyszła zwycięsko. Dzisiaj stworzony przez nią motywuje i pozwala zmieniać życie wielu kobiet.


Lifestyle

Poszłam. Żeby nie było, że dam sobie wmówić opinię innych. Obejrzałam „Smoleńsk” i…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
12 września 2016
recenzja filmu Smoleńsk
Fot. Screen z YouTube Trailer filmu “Smoleńsk”

Szefowa MEN uważa, że uczniowie powinni obejrzeć „Smoleńsk”.

Kiedy docierają do mnie takie rewelacje staram się zachować ogromny dystans. Od informacji do manipulacji bardzo krótka droga, a ja niejednokrotnie wpadłam już w farbowany przekaz i dzieliłam koloryzowane informacje wśród własnych znajomych. Wynikało to głównie z nieświadomości i braku zapału do weryfikacji treści. Tym razem postawiłam na głęboki research, kupiłam bilet do kina, poznałam postać reżysera, przekrój pracy. Z zaciekawieniem czekałam na start czegoś, czym internet  żywi się od kilku dni w memowych igrzyskach. Będąc rodzicem świadomym chciałam przekonać się, czy diabeł taki straszny, jak go malują i czy szefowa MEN, Anna Zalewska, pospolicie spadła z krzesła wymyślając szkolne wycieczki do kina na  „Smoleńsk”, czy może ja jestem totalnym ignorantem i powinnam się o patriotyzmie jeszcze wiele nauczyć.

„Kaczora wykończyły Ruskie”

Nie miałam nawet szansy na zbudowanie własnej opinii, na wyciągnięcie wniosków, na doczytanie didaskaliów w tej przepastnej książce, bo tak oto zanim dobiłam do środkowej karteczki, reżyser Antoni Krauze, odkrył  przede mną jedynie słuszną prawdę już na okładce, zupełnie jak ekshibicjonista w szarym prochowcu w okolicach Kępy Potockiej. Późniejszy maraton propagandy rozpędził się jak pendolino. Z całej ponad dwugodzinnej historii wyciągnęłam kilka „istotnych” informacji, które po starannym praniu mózgu miały wynieść mnie z kina już jako człowieka oświeconego, a na pewno nawróconego.

I tak: przed lądowaniem polskiego tupolewa do pasa doleciała rosyjska maszyna, dokonała zrzutu sama nie wiem czego, z fabuły nie da się nic wywnioskować. Transport  mgły, brzóz, skórek od banana, czegoś na pewno. Tusk rozmawiał z Putinem na molo w Sopocie po niemiecku, organizując ostatnią wybuchową logistykę i ustawiając ludzi z generatorami mgły w lesie smoleńskim, a kapitanowi Protasiukowi na sam koniec psuje się w kokpicie wielki czerwony guzik. Mało tego. Zaraz po katastrofie, w której zginęło dziewięćdziesiąt sześć osób, rosyjski urzędnik łazi po gruzowisku wśród szczątek samolotu i ludzi, i odrzuca przychodzące połączenia na działających telefonach komórkowych ofiar. Obecność kilku Azjatów skandujących w tłumie niezadowolenie z tytułu grzebania pary prezydenckiej na Wawelu, rozruszała publiczność tak, że ta nie powstrzymała się przed głośnymi komentarzami w kierunku: „A ci co tu robią?” i „Chyba zabłądzili”.  Niestety, chcąc na siłę zachować powagę, czując się wręcz w obowiązku zadumy w obliczu poważnej sytuacji, jakiej doświadczaliśmy sześć lat temu, nie sposób było nie parsknąć śmiechem co drugą scenę i złapać się za łeb w cuglach farsy.

Przecież to, co tu przede mną postawiono, dostałoby w Stanach Złotą Malinę, kosze malin, wywroty,  w Polsce zdeklasuje konkurencję w wyścigu o Węża, o całe syczące stada. Wór totalnego nieporozumienia, jakiemu poddałam się w słusznym celu, wypełnił się po ostatni sznurek kreacją dziennikarki, głównej postaci filmu, która przed oczami niemalże pustej sali kinowej snuła się jak ociosany, drewniany kloc ze starannie umalowanymi ustami. Uśmiech przyklejony do twarzy był irytujący, że aż czasem przerażający, a smoleńska Nina powinna z rozbiegu przyjąć tytuł stalkera roku smoleńskich rodzin.  Postać została tak starannie popsuta, że nawet poważnie wypowiadane przez nią zdania kończyły się ocieraniem łez przez kinowe ławy, a każda kolejna mina dawała cień podejrzeń, że bohaterka jest po prostu upośledzona psychicznie.  Koniec tego i tak długiego babola rozłożył publiczność na części pierwsze. Widok alegorycznego spotkania ofiar z 1940 roku z tymi z 2010, uśmiana po pachy Pierwsza Dama poklepująca po plecach polskiego żołnierza i cala polska delegacja witająca się ze sobą nad wykopanym grobem jak po meczu siatkówki, wdeptała zebranych na sali widzów w ziemię. Zero wszystkiego – obiektywizmu, dobrego smaku, kunsztu, rozsądku, a przede wszystkim – zero szacunku do dramatu tamtego dnia, którego ja, jako obywatel Polski, domagałabym się po filmie o takim tytule. W gębie pozostał mi jedynie niesmak. Do auta wracałam rozchwiana emocjonalnie nie wiedząc do końca, czy w pierwszej kolejności opanować śmiech, zażenowanie, kosmiczne rozczarowanie, a może walnąć po prostu pięćdziesiątkę wódki na kołatanie serca.

Po premierze „Smoleńska” minister Anna Zalewska powiedziała, że film powinni zobaczyć polscy uczniowie. Ale oficjalnej rekomendacji Ministerstwa Edukacji Narodowej nie będzie.”

Bogu dzięki. Jako matka dwójki nie wyobrażam sobie obecności własnych dzieci na tak zorganizowanej hucpie. Nie chodzi tu jedynie o to, w co się wierzy, a w co nie, nie polemizuję z oczywistym przekonaniem zdrowo myślących ludzi, że rozmawiać o katastrofie wręcz trzeba, uczyć o niej też, ale w takim propagandowym sosie moje dzieci taplać się nie będą. Może uda mi się doczekać produkcji, która ugryzie temat obiektywnie, zostawiając uchylone drzwi do dalszej dyskusji i wyciągania wniosków, ale na pewno nie wyrażę zgody na od początku do końca grane na jedno kopyto nuty, czując się czasami jak programowany właśnie mieszkaniec dyktatury totalitarnej.  Film zakwalifikowany do filmów patriotycznych w moim odczuciu jest materiałem mocno propagandowym i groteskowym.

Abstrahując od powyższych

Wysyłanie młodzieży w ramach rozszerzonej edukacji szkolnej na Smoleńsk, nie ma najmniejszego sensu z trzech głównych powodów. Produkcja nie ma wartości historycznych, bowiem nadal nie wyjaśniono przyczyn katastrofy, a budowanie tez i stwierdzeń na podstawie wróżenia z fusów, objawień prezesa i osobistych frustracji wielu, jest nieprofesjonalne i niepoważne. „Smoleńsk” nie ma wartości estetycznych, a gra aktorska niektórych osób powinna być ukarana pracami społecznymi albo grzywną i ostatecznie – ponad cały tragizm wydarzeń z kwietnia i szacunek, jakiego zabrakło w każdej jednej sekundzie, wybija się brak wartości moralnych, który ostatecznie kładzie „Smoleńsk” na łopatki, a pomysł podzielenia się nim z młodzieżą jest najprościej w świecie niepoważny. Jako Polka o IQ większym od słonego paluszka zastanawiam się, jakim prawem próbuje mi się wmawiać wersje pod płaszczem ustawodawczym? Idąc dalej, w czyim imieniu chcecie zepsuć mi dzieci? We własnym? W imieniu kraju? Jak każdy chcę poznać prawdę, pochylić głowę nad losem ofiar, mieć możliwość i czas na zadumę. Ale nie tak.

Od Syna mojego  i Córki, od domu i poglądów – wara.


Zobacz także

STOP dla bycia perfekcyjną

STOP dla bycia perfekcyjną. Jak krok po kroku wyrwać się z pułapki perfekcjonizmu

Ojciec nie wybaczy jej, że uciekła z zakonu, że żyje z mężczyzną bez ślubu. Ale ona jest silna, jak nigdy wcześniej

Jak dobrze kochać? Cztery filary miłości według buddyzmu

Jak dobrze kochać? Cztery filary miłości według buddyzmu

клиника гинекология киев

3д узи киев

искусственная инсеминация цена киев