Lifestyle

„Choroba nic mi nie dała, tylko odebrała. Zabrała mi bardzo dużo, zabrała mi ten najważniejszy pierwszy rok mojego życia z dzieckiem”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
28 maja 2016
Arch. prywatne
 

– No chłoniaka raczej pani nie ma – powiedziała pani doktor, a ja się zastanawiałam o czym do cholery ona mówi? Jaki chłoniak. Ja tu z dzieckiem – noworodkiem na ręce, którego karmię co pięć minut, a ona mi o jakimś chłoniaku?!?

Wtedy już wszyscy wiedzieli, że jestem chora, każdy podejrzewał najgorsze, tylko do mnie to kompletnie nie docierało. Przecież dopiero co urodziłam moją ukochaną córeczkę. Pięć lat się o nią staraliśmy. Długie pięć lat, kiedy nie raz traciłam nadzieję, kiedy chciałam się poddać. Ale udało się i mogę ją tulić, kłaść na nagiej piersi, czuć jej zapach…

Pod koniec ciąży miałam kiepskie wyniki krwi. Wiadomo – duże obciążenie dla organizmu, niedobór żelaza, anemia. Po porodzie specjaliści mieli się tą moją krwią zająć. – Myślę, że pani nic poważnego nie jest. Taka pani pełna energii i rumiana, tu nie może być nic złego. To na pewno nie jest białaczka, tylko pewnie zwykły niedobór witamin – słyszałam od lekarzy przy pierwszej wizycie w szpitalu.

„Musisz być jutro w szpitalu, jest bardzo źle, jesteś bardzo chora…”

A przecież wtedy moje hormony szalały, zalewała mnie fala szczęścia, kiedy urodziła się Amelia. Mogłam nie spać, siedziałam obłożona poduszkami, żeby się nie przewrócić, gdy nieustannie ją karmiłam. Amelka w ogóle nie spała. Nie czułam zmęczenia, nie czułam, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Tylko te wyniki kiepskie. Szukanie przyczyny. Aż w końcu usłyszałam: – Zbadajmy szpik… Matko, ja nawet jadąc do szpitala na pobranie szpiku w ogóle nie łączyłam oczywistych faktów. Wyniki odebrał mój mąż. – Dlaczego płaczesz – pytałam? – Musisz być jutro w szpitalu, jest bardzo źle, jesteś bardzo chora…

Moja córka, mój malutki skarb, miała wtedy miesiąc. Trzymałam się jednej myśli, że jest styczeń, a z tego, co mówiła pani doktor wynikało, że w czerwcu powinnam być już zdrowa. Trzy chemie, przeszczep i po wszystkim. A później stałam przy recepcji szpitala i wyłam w głos, myślałam, że serce mi pęknie na pół. Naprawdę, przychodzi taki moment, kiedy myślisz, że już więcej nie zniesiesz. – Nad sobą tak płaczesz? Przecież wyzdrowiejesz – mówiła do mnie doktor. A ja płakałam z tęsknoty za moją córką, którą zostawiłam w domu, a która tak bardzo mnie potrzebowała. Kiedy dowiedziałam się, że mam białaczkę z godziny na godzinę zamiast mleka z piersi leciała mi ciecz podobna do wody z wiadra po umyciu podłogi. W pierwszym tygodniu dostałam dwa razy przepustkę na noc do domu. Musiałam stawiać się w szpitalu o siódmej rano. Dopiero później dowiedziałam się, że leczenie może trwać nawet trzy lata…

Pamiętam kobietę, która leżała dwie sale ode mnie, też w izolatce. Przyszły do niej dzieci: 4-letnia córka i 7-letni syn. Mała kompletnie nie rozumiała, dlaczego nie może do mamy wejść, przytulić się do niej, dlaczego może tylko patrzeć na nią przez szybę. Płakała, żeby oddać jej mamę, żeby ją wypuścić…

„Myślałam, że oszaleję ze strachu”

Kiedy wyszłam po pierwszym miesiącu ze szpitala, nie poznałam swojej córki. Amelka spała w wózku… Patrzyłam na nią. Tak urosła przez ten miesiąc. Była taka duża. Popłakałam się. Wzięłam ją na ręce i… nie czułam, że ona jest moja…

Wyobraź sobie, że rodzisz dziecko – że o posiadaniu dziecka marzysz od wielu, wielu lat. Nie możesz zajść w ciążę, czas wyznaczany jest twoimi cyklami, kolejnymi badaniami i testami ciążowymi, na których wciąż i wciąż nie widać dwóch kresek. I kiedy zdarza się cud. Kiedy spotyka cię największe szczęście, zostaje ci ono nagle brutalnie wyrwane. Odebrane. Jakby ktoś pogroził ci palcem za to, że odważyłaś się marzyć, a co więcej, że spełniło się twoje marzenie.

Boję się. Jestem bardzo strachliwa. Boję się zwykłego pobrania krwi, a co dopiero wkłucia centralnego czy pobrania szpiku. To tak bardzo boli, nawet teraz. Nigdy, poza porodem nie byłam w szpitalu, i nagle trafiłam tam na miesiąc. Myślałam, że oszaleję ze strachu, jak to będzie.

Mój mąż został z malutkim dzieckiem, i ze mną – chorą w szpitalu, która ciągle płakała, tak bardzo nie chciała być tam sama, tak bardzo się bała. Przyjechali moi teście, pomagała moja mama. W całym tym koszmarze nie przestałam żyć. Nie odliczałam kolejnych danych mi dni. Kupiliśmy mieszkanie. Kiedy byłam w domu planowałam, jak bym chciała je urządzić. Gdy wyszłam ze szpitala było dokładnie takie, jak sobie je wymyśliłam. Wszystko zrobił mój mąż, jakby uparcie wierzył, że to mieszkanie zatrzyma mnie przy życiu. Wyglądał jak cień człowieka. A ja mu powtarzałam, że musi bardziej i bardziej kochać naszą córkę. Ma ją kłaść sobie na nagiej piersi, żeby ona czuła bicie jego serca. Spać z nią, nie odkładać do łóżeczka, nie zostawiać samej. Musi cały czas być przy niej, żeby ona nie straciła poczucia bezpieczeństwa.

Dzisiaj Amelia jest poszarpana psychicznie. Potrafi powiedzieć: „Mamo, a ty mnie kiedyś zostawiłaś”.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

„Żyjesz pod dyktando białaczki”

Kiedy byłam na chemii, mąż przywoził mi filmiki z Amelką. Pielęgniarki odkażały kamerę, a ja w kółko oglądałam to samo, aż się nie wyczerpała bateria. Mąż ładował, nagrywał kolejny film, pielęgniarki odkażały… i tak dalej. Rozmawiałam z Amelią przez telefon. To ja mówiłam, a ona słuchała mojego głosu. A przecież wtedy powinnam spędzać z nią czas, być przy niej, kłaść ją przy swojej piersi. Z tego najważniejszego dla dziecka okresu dany był mi tylko pierwszy miesiąc jej życia.

Dzisiaj myślę sobie, że dobrze, że Amelia była taka mała, że nie do końca rozumiała, co się dzieje.

Kiedy szłam na przeszczep Amelia miała już rok. Nie było mnie przez trzy miesiące. Ona w tym czasie przestała mówić, zamknęła się w sobie. Po przeszczepie ledwo żywa przed powrotem do domu pojechałam kupić perukę, żeby być choć trochę podoba do siebie, do tej mamy, którą pamiętała Amelka, która trzy miesiące wcześniej wyszła z domu. Moja twarz była zniekształcona sterydami, opuchnięta, owłosiona, z krzaczastymi brwiami… Spodziewałam się, że moja córka mnie nie pozna, że się mnie przestraszy, jak obcej osoby. Obudziła się, gdy byłam już w domu. Spojrzała na mnie… „Chodź kochanie do mamusi” – powiedziałam wyciągając do niej ręce. I ona do mnie przyszła… Wtuliła się we mnie, a ja nie miałam siły jej podnieść… I to dziecko przytulone do mnie, które się nie odwróciło, nie zaczęło uciekać… To wtedy uwierzyłam, że ta nasza więź jednak nie uciekła. Ale wiele pracy kosztowało nas jej odbudowanie.

Był tata, tata usypiał, tata karmił, tata przytulał. Ja byłam jedynie obok. Niezauważana przez dwa długie dla mnie miesiące, do wszystkiego był tata. Zazdrościłam moim koleżankom, które narzekały, że dzieci wiszą im przy nodze… Amelia przychodziła, przytulała się, ale nic więcej… Nie dawałam za wygraną. Od razu zaczęłam z nią spać, tulić ją jak najczęściej, zżyłyśmy się tak bardzo, że  teraz chodzimy do psychologa, żeby tę naszą więź poluźnić trochę.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Cały ten czas walczyłam dla niej. Spinałam się, żeby dostosować się do wszelkich zaleceń lekarzy, nie jadłam słodyczy, nie jadłam warzyw, bo nie wolno. To choroba, w której katar zabija. Jak przyjeżdżałam do domu na dwa, trzy tygodnie przerwy, to znajomi przychodzili pod balkon, a  ja im machałam przez okno. Nie mogłam się niczym zarazić, ważne było, żebym wracała na czas do szpitala, bo każdy dzień zwłoki skutkować mógł nawrotem choroby. Żyjesz pod dyktando białaczki. Choroba steruje twoim życiem, dniem, a nawet tym co jesz.

„Ale do dziś w głowie kołacze mi się myśl: „po co mi to było?”

Do dzisiaj nie zaakceptowałam tego, że zachorowałam. Choroba nic mi nie dała, tylko odebrała. Zabrała mi bardzo dużo, zabrała mi ten najważniejszy pierwszy rok mojego życia z dzieckiem. I nigdy nie chcę słuchać, że ktoś wyciągnął jakieś wnioski, że choroba kogoś czegoś nauczyła, że dzięki niej czują się lepsi. Ja się czuje zwyciężona. Ale do dziś w głowie kołacze mi się myśl: „po co mi to było?”. Nie rozumiem tego.

Te rozmowy w mediach, że choroba uszlachetnia… Nie, no nie, może jak spotyka osobę, która przeżyła już swoje życie, która popełniała błędy, a potem coś takiego się wydarza, to może faktycznie kogoś pozytywnie doświadcza. Ale nie mnie, cieszącą się życiem, cieszącą się dopiero co narodzonym dzieckiem… I przychodzi taka choroba…  Mi ona nic nie dała.

Dla mnie nadal jest koszmarem, bo ja dzisiaj żyję w nieustannym strachu. Każdy ból pleców, kaszel… Chcę, żeby jak najszybciej upłynęło jak najwięcej czasu, chcę uciec od czasu tej choroby jak najdalej. Bo choć wszystko mówi, że jest dobrze, to z drugiej strony wiesz, że wznowienie może wydarzyć się w każdej chwili. Onkolodzy powtarzają, że musi minąć pięć lat, żeby przestać się bać nawrotu, mi jedna pani profesor mówiła, że dziesięć lat po chorobie można odetchnąć spokojnie. U mnie minęło 4,5 roku…

 

„Czułam, jak z tym szpikiem wlewa się we mnie nowe życie”

Magda została zakwalifikowana do przeszczepu. Dawca odnalazł się w Niemczech. Młoda 20-letnia dziewczyna uratowała życie Magdzie, a Amelce mamę. – Czułam, jak z tym szpikiem wlewa się we mnie nowe życie… kropla po kropli. Fizycznie czujesz się fatalnie, ale psychicznie dostajesz takiego kopa… Stajesz się w końcu silna. I to czekanie na efekt aż powolutku, powolutku wyniki były coraz lepsze.

Magda ze swoją dawczynią mają dzisiaj ze sobą kontakt mailowy, swojego bliźniaka genetycznego można poznać po dwóch latach od przeszczepu. Nie udało im się jeszcze spotkać. Obie mają nadzieję, że to się jednak zmieni. Magda powtarza wszystkim, aby się badali. Tłumaczy: – To jest choroba, która nie boli, która nie ma żadnych objawów. Białaczka boli w ostatnim stadium, kiedy trafiasz do szpitala lekarze już tylko rozkładają bezradnie ręce. Gdy widzę, że komuś wypadają włosy, od razu mówię: „idź zrób badanie krwi”. Nawet to podstawowe, które kosztuje grosze, a może uratować nam życie.

To jedna strona medalu. Druga jest taka, że każdy z nas może uratować życie chorującemu. W Niemczech rejestracja w bazie dawców szpiku jest dla młodych ludzi czymś zupełnie naturalnym, u nas nadal nie jest to powszechne, pomimo wielu kampania i działań między innymi . A rejestracja jest banalna, nie wymaga od nas wielkiego zaangażowanie, oddawanie swojej próbki do badania nic nie boli, nic nas nie kosztuje.

 

Dziś obchodzimy Światowy Dzień Walki z Nowotworami Krwi. W Polsce co godzinę jedna osoba dowiaduje się, że ma białaczkę. Dla wielu chorych jedyną szansę na przeżycie jest przeszczep szpiku lub komórek macierzystych od dawcy niespokrewnionego. Ty też możesz komuś uratować życie!

Magdę paradoksalnie uratowała ciąża. Wtedy w wieku 34 lat nigdy by nie wpadła na to, by regularnie robić badanie krwi.


Lifestyle

Poradnik dobrego męża. Jak uszczęśliwić żonę? Wersja 2016 rok

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
29 maja 2016
Poradnik dobrego męża
Fot. iStock / HultonArchive
 

Wczoraj miałam przyjemność (?) zjeść obiad z moją ponad osiemdziesięcioletnią ciotką. Ciotka, mimo wieku, bardzo sprawna. Cięty język również ma. Robiła sałatkę, mój mąż poderwał się, by jej pomóc. „Siedźźź” wrzasnęła do niego.. „Chyba oszalałeś, masz żonę”. Żona (ja) akurat kończyła pisać wiadomość do koleżanki z pracy.„Tak, ciociu?” poderwałam się. „To jest wprost niewiarygodne, żeby on był taki pomocny, a ty nie…” zaczęła.

Ciśnienie skoczyło mi w sekundę, wewnętrzny głos jednak koił: „Ona ma ponad 80 lat, nie będziesz się kłócić ze starszą panią”. Ciotka niezrażona kontynuowała. To dlatego współczesne kobiety mają taki problem z mężczyznami, Zosie Samosie, kiedyś był porządek, wszyscy znali swoje miejsce, a teraz co?! A Ty co? Taki wspaniały mąż, pójdzie kiedyś w diabły, zobaczysz.

Kroiłam warzywa i zastanawiałam się, ile wytrzymam, kiedy wbiję ten przepiękny nóż ciotce w szyję.

No ale cóż, ciotka rocznik 1934. Matka i babka tłukły jej do głowy zasady Krystyny Hoffmanowej, której poradnik „Pamiątka po dobrej matce czyli ostatnie jej rady dla córki” czytały wszystkie panienki i młode mężatki. A tam porady w stylu

– „u każdej igła powinna pierwsze miejsce mieć przed piórem i pędzlem”

– „kobieta stworzona jest do uległości i posłuszeństwa”

– „każde znaczniejsze ubliżenie przyjmij ze słodyczą, mniejszym pobłażaj, a sama strzeż się najdrobniejszego”

– „niewiasta potrafiąca ulegać na zawsze szczęśliwą zostanie”.

Warto może by napisać nowy poradnik. Poradnik 2016. Koniec już z dręczeniem kobiet i zastanawianiem się co one mogą zrobić, żeby a.) znaleźć faceta, b.) utrzymać faceta, c.) sprawić, żeby się oświadczył, d.) sprawić, żeby nie uciekł, gdy ona została matką, e.) zrobić mu dobrze w łóżku, choć już jesteście długo (żeby nie uciekł do młodszej czy bardziej chętnej), d.) na pewno jeszcze coś znajdziecie.

Poradnik dla mężów o tytule: „Jak być dobrym mężem” miałby dziesięć punktów. Dziesięć malutkich punktów, które mimo wszystko mogłyby zmienić życie pary na lepsze. Na dużo lepsze. Na milion razy lepsze. Na szczęśliwe.

Pierwsze i najważniejsze:  podążaj z duchem czasu i nawet jeśli słyszałeś od mamy (babci), że żona z zupą powinna czekać, miej to gdzieś i raczej pomyśl, co ty możesz zrobić dla niej.

Po drugie: Bądź radosny i interesujący.  Po nudnym (ciężkim) dniu pracy żona może potrzebować czegoś na poprawę humoru, a w końcu ludzie bliscy powinni wspierać się na duchu (ona, oczywiście, oferuje ci to samo).

Po trzecie: Sprzątaj i wycieraj kurze, gdy jest zmęczona, wyczerpana

a.) pracą

b.) dziećmi

c.) życiem

Nie, przepraszam, sprzątaj i wycieraj kurze nie zważając w jakim ona jest w stanie – w końcu też tu mieszkasz.

Po czwarte: nigdy nie narzekaj, gdy żona wraca z pracy. Także nie krytykuj, gdy spóźni się na obiad lub całą noc spędzi poza domem, u koleżanki. Weź pod uwagę jej pełną napięć pracę.

Po piąte: Troszcz się o wygodę żony. Niech siądzie wygodnie w fotelu lub położy się na chwilę w sypialni. Popraw jej poduszki. Zaproponuj, że zdejmiesz jej buty, miej przygotowana dla niej ciepłe i zimne napoje, mów miłym, spokojnym głosem.

Po szóste: Dbaj o ciszę.

Wyeliminuj wszelkie hałasy. Gdy twoja zapracowana żona wraca do dom po ciężkim dniu, należy jej się relaks na najwyższym poziomie.

Po siódme: Witaj ją szczerym i ciepłym pocałunkiem, a żegnaj szczerym, namiętnym pocałunkiem.

Po ósme:  Słuchaj jej. Nawet jeśli masz ochotę powiedzieć: „gadasz głupoty”, „nudne co mówisz”, ugryź się w język i pozwól jej dokończyć. Nie wtrącaj się też od razu z milionem rad.

Po dziewiąte: szanuj ją i podziwiaj.

Po dziesiąte: nie myśl w łóżku co ona może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla niej.

I uwierz, jeśli będziesz się stosować do tych dziewięciu punktów wyżej, twoje małżeństwo będzie idealne i szczęśliwie. Bo w życiu działa święta zasada wzajemności – dajesz, dostajesz.

Pisząc poradnik dla męża inspirowałam się „Poradnikiem dobrej żony” ( za „The good wife’s guide, 1955 rok)


Lifestyle

Ile rzeczy możemy osiągnąć dotykając przez chwilę czyjegoś ramienia…

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
28 maja 2016
Fot. iStock / KQconcepts

Ale numer! Czy w ogóle zdajecie sobie sprawę z tego, jakie skutki ma zwykły dotyk? Nie taki o seksualnym podtekście, ale dotknięcie po prostu czyjegoś ramienia, nawet przez jedną sekundę.

Psychologowie przeprowadzili badania w różnych sytuacjach sprawdzając reakcję ludzi, tych, których ktoś dotknął, i tych, którzy tego dotyku nie doświadczyli. Zobaczcie, co się okazało.

Dotyk a pieniądze

Okazuje się, że gdy ktoś nas dotknie jest nam łatwiej pogodzić się z utraconymi pieniędzmi, na przykład w budce telefonicznej. Co więcej, jesteśmy bardziej skorzy do zostawienia napiwku kelnerowi, gdy ten nas dotknie choćby przez chwilę. Zwróćcie na to uwagę!

Dotyk a pomoc

Jeśli ktoś prosi nas o pomoc dotykając przez chwilę naszego ramienia, jesteśmy zdecydowanie bardziej chętni do udzielenia pomocy. W przeprowadzonym w 2003 roku odsetek ludzi pomagających, którzy poczuli dotyk proszącego o pomoc wzrósł z 69% do 90%.

Dotyk a zgoda

W badaniu przeprowadzonym w 1980 roku przez Willisa i Hama uczestnicy eksperymentu zostali poproszeni o podpisanie petycji. Z 51% do 88% wzrosła liczba tych, którzy petycję podpisali, co było wynikiem krótkiego dotknięcia ich ramienia. Podobnie było z prośbą o wypełnienie kwestionariusza, kiedy uczestnicy doświadczyli krótkiego dotyku zgodzili się w 70%, a wcześniej zgodę wyraziło zaledwie 40%. Zgodę na wyrażoną prośbę wyrazi jeszcze więcej ludzi, jeśli zostaną oni dotknięci dwukrotnie.

Dotyk a agresja

Nie wszyscy reagują pozytywnie na dotyk. Kilka lat temu przeprowadzono eksperyment w Polsce. Okazało się, że uzyskano całkiem odmienne rezultaty dla kobiet i mężczyzn – ci źle reagowali na najmniejszy dotyk. Prawdopodobnie związane jest z dużą homofobią w naszym kraju. Jak widać, to jak dotyk jest odbierany jest uwarunkowane kulturą i poglądami.

Dotyk a sprzedaż 

W przeciwieństwie do Polski, Francja ma wysoką kulturę kontaktów i tu dopuszczalny jest kontakt fizyczny między dwoma mężczyznami. Więc francuscy badacze Erceau i Gueguen (2007) obserwowali reakcję przypadkowych ludzi na rynku sprzedaży samochodów używanych.

Sprzedawca przez jedną sekundę dotykał ramienia połowy z nich i właśnie oni ocenili sprzedawcę jako bardziej szczerego, przyjaznego, uczciwego i miłego.

Można by się zastanowić, jak zareagowałby Polak, gdyby sprzedawca auta dotknął jego ramienia.

Dotyk a zainteresowanie/zaufanie

Mężczyźni wykazują większe zainteresowanie kobietą, która delikatnie ich dotknęła. Badanie przeprowadził Gueguen (2010), który obserwował mężczyzn którym kobieta położyła na chwilę rękę na ramieniu. W innym badaniu tego samego psychologa okazało się, że kobiety chętniej podawały numer swojego telefonu, jeśli mężczyzna przez chwilę dotknął ich ramienia.

Dotyk a władza

Czy wiecie, że przeprowadzone badanie wykazało, że ci którzy dotykają ramienia innych mają większą moc w społeczeństwie, a też często wyższy status.

Dotyk a emocje

Okazuje się, że dotykając czyjegoś przedramienia możemy wyrazić dwanaście różnych emocji, w tym gniew, strach, wstręt, miłość, wdzięczność, sympatię. Dokładność określenia emocji wahała się od 48% a 83%. By być pewnym co przez dotyk chce wyrazić druga osoba, musimy zobaczyć jej twarz.

Dotyk a nauka

Jeśli jednym krótkim dotykiem można tyle zdziałać, to co dopiero można zrobić masażem. Jedno z badań wykazało, że regularny masaż potrafi zwiększyć umiejętności matematyczne. Masaż dwa razy w tygodniu przez pięć tygodni sprawił, że badani byli bardziej zrelaksowani i osiągali lepsze wyniki z matematycznego testu.

Trzeba wziąć pod uwagę, że podczas eksperymentów dotyk to było delikatne dotknięcie ramienia badanych. Oczywiście okazało się, że istnieje niewielki odsetek ludzi takiego dotyku nietolerujących, oni raczej pozytywnie nie zareagują na żadną z powyższych sytuacji.

To jak? Wypróbujecie moc dotyku? Ja mam zamiar sprawdzić kilka z opisanych sytuacji.


źródło:


Zobacz także

10 filmów, których główni bohaterzy naprawdę się w sobie zakochali

Niedobór żelaza – objawy, przyczyny, skutki. Czy wiesz, jak uzupełnić żelazo w organizmie?

Zaskakujące objawy niedoboru żelaza. Sprawdź, czy twoja dieta cię nie niszczy. Akcja „Polka na diecie”, dzień #12

Jeśli kobiety do szczęścia potrzebują zakupów, to ja jestem w tej części, która dodaje – zakupów w lumpeksach. Kocham

https://steroid-pharm.com

http://steroid-pharm.com

Вы можете купить сварочную проволоку недорого с доставкой.