Lifestyle

Brrr jeszcze zimno, a wiosenne kiecki już do mnie uśmiechają. Panika! Matko, czy ja w nie w ogóle wejdę?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
24 kwietnia 2017
Fot. iStock / as3d
 

Naszło mnie na porządki w szafie… Te zawsze odkładam do czasu, aż nic już w szafie znaleźć nie mogę i kiedy czas wymienić zimowe ubrania na te wiosenne. To nigdy nie jest miłe… Z drżeniem rąk wyciągam sukienki, spódnice… Oglądam z każdej strony zastanawiając się, czy we nie wejdę po zimie. Bo jak wiadomo zima nie sprzyja trzymaniu wagi, kiedy zimno i szaro i buro i jedynym ratunkiem na dopadający nas dół jest gorąca czekolada, albo butelka wina i… czekolada.

A tymczasem wszem i wobec już głoszą o bikini challenge, już pokazują modowe trendy na wakacje, najlepsze modele strojów kąpielowych, kiedy większość z nas z przerażeniem myśli: „jakie do cholery lato? Jakie wakacje, przecież dopiero co przysięgłam sobie z nowym rokiem więcej się ruszać, mniej jeść i wyglądać jak bogini na bałtyckiej plaży, albo na warszawskim otwartym basenie”. A to już koniec kwietnia, majówka nadchodzi wielkimi krokami. Uff na szczęście tak niepokojące prognozy pogody uspakajają naszą panikę. Bo jeszcze ma być zimno, jeszcze chwila, nic straconego. Jak przez trzy tygodnie schudniemy z pięć kilogramów, to potem będzie już z górki… Ile razy to sobie obiecywałyście?

Ja mam to szczęście, że na diecie w swoim życiu byłam raz. Wyobraźcie sobie mnie głodną i wku*wioną, to wszystko zrozumiecie. No, ale byłam. Nie będę pisać na jakiej, bo to nic mądrego nie było. 13 dni głodówki o kawie i sałacie. Powód – zobaczyłam siebie na zdjęciach kilkanaście miesięcy po urodzeniu drugiego dziecka i… lekko się przeraziłam. To nie byłam ja i źle się ze sobą czułam. Można było w tym trwać i udawać, że przecież nic się nie dzieje, że dobrze mi z tym jak jest. Ale mi dobrze nie było. I nie miałam potrzeby mówienia o tym całemu światu. Stwierdziłam: „Dobra, raz kilogramom śmierć”.

I to uczucie, kiedy spodnie zaczynają być luźne… Nie znam kobiety, która by tego nie uczucia nie lubiła. Zadowolenia, satysfakcji, i lepszego samopoczucia. To nie był jednorazowy zryw. Jak już zrozumiałam, że głodem z nadwagą nie wygram, zaczęłam szukać sposobu, by schudnąć i do starej wagi nie wrócić. Zaczęło się od świadomego jedzenia, zwracania uwagi na to, co jem. Czytania etykiet i gotowania inaczej niż się nauczyłam w domu.

Wyeliminowałam wiele kiepskich nawyków, a raczej wprowadziłam to, co nowe. Moje dzieciaki kochają warzywa, obiadu nie zjedzą bez surówki. I okej, schudłam. Schudłam ponad 20 kilogramów w rok, ale nikt mi nie powie, że to był pikuś, pryszcz i taka tam przyjemność.

Bo przyjemność owszem i przyszła i była, ale okupiona jakże ciężką robotą. Jak ja czasami cierpiałam i się męczyłam. Moja przyjaciółka urodziła czwarte dziecko, wiadomo koło 40-tki trudniej zgubić nadwyżek kilogramów, a ona to zrobiła (celowo nie używam „udało się jej”). Tyle tylko, że kiedy ktoś jej mówi: „Ale super wyglądasz”, to ona bez korygowania się odpowiada: „Dzięki, dużo pracy mnie to kosztowało”. I nagle wszyscy robią wielkie oczy ze zdumienia, bo nie znajdują wymówki na swoje: „Tak mi trudno schudnąć”. No kurde, a łatwo? Gdyby wszystko w życiu przychodziło łatwo, to każdy byłby bogaty, szczupły i szczęśliwy!

Eh, jasne, że chciałabym należeć do tej grupy szczęśliwców, co to jeść mogą i nijak to nie wpływa na ich wygląd. Ale nie należę. Ale też nie jestem w grupie tych, które szaleńczo pilnują swojej wagi i uważają, że rozmiar 36 to jedyny słuszny. Od tej skrajności też jestem daleka. Ale wiecie, wtedy na tej diecie zrozumiałam, że mój organizm ma pewne granice. Że daje mi znaki, kiedy mu ze mną dobrze, a kiedy nie bardzo po drodze. Już wiem, że poniżej pewnej wagi nie zejdę, choćby nie wiem, co się działo. No ok, zejdę, w ogromnym stresie, w jakiś traumatycznych dla mnie momentach, ale przecież nie o to chodzi. Poza tym nie jestem w stanie tej wagi utrzymać, więc przestałam się katować i akceptuję fakt, że te trzy kilogramy, które zawsze chciałam zgubić są jednak mi potrzebne, żeby mieć więcej siły, energii i radości z życia.

I już. Wiecie w czym tkwi tajemnica – w słuchaniu siebie, kurde jak zawsze. To już nudne i oklepane się robi, ale co zrobić, skoro taka jest prawda. Do mnie po zimie zawsze przychodzi refleksja: oho, wystarczy już tego dobrego, brzuch się fałduje, spodnie – najlepiej dresy, co by luźne były – to znak, że już czas potraktować siebie dobrze.

Więcej się poruszać, odstawić słodycze – pierwsze trzy dni to koszmar, ale ja sobie przebiegle zakładam: „tylko jeden dzień wytrzymaj” i każdego to sobie powtarzam, a po pięciu rzucone przez dzieci: „Mamo, chcesz czekoladę”, już nawet mnie nie rusza. Zjem, ale za jakiś czas pewnie. Wiecie, co jest najgorsze, te dwie kanapki zostawione przez dzieciaki po kolacji, to pół parówki, te słone paluszki do filmu… Ale wszystko da się zrobić, jak się człowiek zaprze i wie, że robi to dla siebie. I nagle okazuje się, że po dwóch tygodniach spodnie znowu luźne, wysypiam się zdecydowanie szybciej i lepiej. I przestałam mieć kłopoty z porannym wstawaniem. Nabieram sił, energii, jakby wcześniej przykryło je tych kilka zbędnych kilogramów. Co prawda wiosennych kiecek jeszcze się nie odważyłam założyć, ale brrr, przecież jeszcze zimno!


Lifestyle

To cholerne poczucie winy zatruwa nasz mózg. Bo jesteśmy niewystarczająco dobrymi matkami, żonami. Olać to! Czas zaakceptować siebie

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 maja 2017
Fot. iStock/FurmanAnna
 

„O rety znowu zjadłam to cholerne ciastko”.

„Znowu spędziłam za mało czasu z dziećmi”.

„Aj, mogłam się zamknąć, niż wywoływać kłótnię”.

„Mogłabym być mądrzejsza, a nie gadać takie głupoty”..

„Tyle razy obiecuję, że pójdę biegać i znowu nic z tego”

„Nigdy nie będę dobrą matką, skoro tracę cierpliwość”.

Wymieniać dalej? Właściwie ten tekst mógłby się składać z samych komunikatów, kiedy czujemy się winne, bo nie jesteśmy wystarczająco dobrymi córkami, matkami, żonami, kochankami, koleżankami, przyjaciółkami. Poczucie winy to nasze drugie imię, zadręcza nas czasami do granic wytrzymałości samych ze sobą i doprowadza nierzadko do łez. Bo kiedy czujemy się winne, to czujemy się też nic nie warte, słabe, nieciekawe, brzydkie i nudne. A przecież to nieprawda!

Skąd się w nas bierze to wściekłe poczucie winy, które zatruwa nasz mózg i emocje? Dlaczego nie możemy się go pozbyć?

Eh, to wszystko ma gdzieś swoje źródło w naszym dzieciństwie. Kiedy na przykład musiałyśmy być najlepsze, żeby zasłużyć na pochwałę, drugie czy trzecie miejsce nie miało dla innych znaczenia, wtedy stawałyśmy się przezroczyste i nikt nie doceniał naszych starań.

A może mama albo tata powtarzali wam, że nie możecie tyle jeść, bo będziecie grube? Albo jak będziecie kłapać, co wam ślina na język przyniesie, to nikt was nie zechce. I że dziewczynki muszą być grzeczne i nie mogą się mazać na każdym kroku, bo co to za dziewczynka, każdy wykorzysta jej słabość. A może mama podziwiała wasze koleżanki, ale te wysportowane, z ładnymi sylwetkami i wy wiecznie czułyście się gorsze? A może na uwagę swojego ojca zasługiwałyście tylko wtedy, gdy skrupulatnie wypełniałyście jego polecenia?

Poczucie winy to taki potwór, który potrafi skutecznie zatruć nam życie. Bo nigdy nie jesteśmy z siebie zadowolone, w krwiobiegu mamy zakodowane, że i tak za mało się staramy, że i tak nie jesteśmy dość dobre. Zawieszamy sobie poprzeczkę tak wysoko, że w życiu do niej nie doskoczymy, choćbyśmy nie wiem, jak się starały.

I wiecie, co jest najgorsze, że my w to, co podsuwa nam poczucie winy wierzymy… Dręczymy się, oskarżamy, czujemy beznadziejnie.

Więc może warto uświadomić sobie kilka istotnych kwestii i zdjąć z siebie ten ciężar, to oskarżenie siebie o niemożliwość bycia perfekcyjną.

Zapamiętaj:

Nigdy nie będziesz idealną żoną

Choćbyś nie wiem, jak się starała, stawiała obiady z dwóch dań, sprzątała, myła podłogę trzy razy dziennie, wyrzucała śmieci i prasowała nawet skarpetki, to ja cię bardzo przepraszam – do perfekcji nadal ci będzie daleko. A wiesz dlaczego? Bo nikt, kompletnie nikt tego od ciebie nie oczekuje. A już na pewno nie twój partner. Nie wierzysz? Spytaj się, co dla niego znaczy pojęcie idealnej żony. Obiecuję, że nie wymieni żadnego z zadań, które ty sobie stawiasz, któremu chcesz podołać, a wiecznie coś ci nie wychodzi, zawalasz na różnych polach. Bo nie da się być dobrym we wszystkim. Zresztą nikt tego nie chce. Uwierz w to, odpuść sobie.

Nigdy nie będziesz idealną mamą

Nie będziesz idealną mamą w swoich oczach, w oczach znajomych, w oczach swojej mamy czy teściowej. Ale wiesz co – zawsze, ale to zawsze będziesz najlepszą mamą pod słońcem w oczach twoich własnych dzieci! One nie oczekują, że będziesz przez trzy godziny dziennie lepić z nimi stworki z plasteliny, albo budować wieżę z klocków, czy co wieczór czytać wyznaczoną liczbę stron jakieś ciekawej książki. Cieszą się z tego wszystkiego,co im dajesz, ale też kochają cię i akceptują, kiedy zasypiasz obok nich zmęczona, kiedy zamawiasz pizzę, bo nie masz siły zrobić obiadu. Szanują, gdy prosisz, żeby były ciszej, bo chcesz odpocząć. Uczysz ich przez to, że każdy ma prawo do odpoczynku, do swojej przestrzeni, do czasu dla siebie. Jeśli ty postawisz swoje granice, jeśli przestaniesz starać się być perfekcyjna w oczach wszystkich innych, bo w oczach swoich dzieci już taka jesteś, to nauczysz te swoje pociechy, że nie muszą spełniać czyichś oczekiwań, że mają czuć się dobrze ze sobą. I być sobą.

Nigdy nie zadowolisz innych

Z czego bierze się poczucie winy? Otóż z tego, że chcemy dobrze wypaść w oczach innych. Spinamy się, kiedy mama ma wpaść na obiad, szorujemy podłogę, wycieramy kurze, żeby tylko nie wytknęła nam błędu, że brudno, że ziemniaki niedosolone, że dzieci źle ubrane. Bo jeśli tylko coś znajdzie, to popołudnie, które miało być radosne i rodzinne zabije poczucie winy, że znowu zawiodłyśmy naszą matkę (czy też teściową), że nie byłyśmy wystarczająco dobre, by zasłużyć na jej pochwałę. Wydaje nam się, że jak schudniemy, to inni będą nas bardziej lubić, że gdy będziemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy, to inni będą nas szanować i doceniać. I oczywiście to się nam nie udaje, bo trudno żyć nie będąc sobą, trudno się nie potknąć, nie popełnić błędu. No za żadne skarby świata się nie da, choćbyśmy nie wiem, jak się starały.

Jak wiele kobiet podobnych do siebie spotykacie? Takich, które zawsze z czegoś się tłumaczą, za coś przepraszają:

– za bałagan w domu

– za to, że tak kiepsko wyglądają

– za to, że nie mają dobrego nastroju

– za to, że może ciasto trochę za mało słodkie

– za to, że dzieci jakieś takie rozbiegane i rozkrzyczane

– za to, że nie zadzwoniły, nie odezwały się pierwsze

I za wiele, wiele innych rzeczy… A gdyby tak stawić czoło temu poczuciu winy, gdyby tak dać sobie prawo do ponoszenia porażek? Prawo do popełniania błędów, do niebycia idealną? Gdyby tak powiedzieć: nie mam siły, nie chce mi się, nie mam humoru, mam to zwyczajnie za przeproszeniem w d*pie! Czy nie byłoby łatwiej? Dla nas, dla naszych najbliższych, którzy zobaczyliby w nas człowieka, zwykłego, ze słabościami, którzy w końcu mieliby odwagę spytać, w czym nam pomóc. Może czas najwyższy, żebyśmy nie przejmowały się tym, że Kowalska spod siódemki zwróciła nam uwagę, że chyba się nam przytyło. Olejmy to. Podnieśmy głowę i takiej Kowalskiej powiedzmy: „Gdyby miała Pani męża, który TAK gotuje…”. I uśmiechnijmy się do siebie, bez poczucia winy, że pozwoliłyśmy sobie na bycie wredną. 😉


Lifestyle

Drogie panie, uderzmy się szczerze w pierś przyznając, że my też nie jesteśmy idealne… Zwłaszcza w związku

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
23 kwietnia 2017
Fot. iStock/Kontrec

To zawsze on jest winny. Bo się nie stara, bo nie rozumie, bo mógłby się zmienić. Bo my zapieprzamy w pracy, w domu, przy dzieciach… Czasami myślę sobie, co jest z nami nie tak. Po co łączymy się w pary na dłużej, słuchając jak wiele jest par w kryzysie, gdzie właściwie o miłości nie ma mowy? Dla prokreacji? To ok, rodźmy dzieci, ale nie zmuszajmy się do bycia razem. Może czasami byłoby to najsłuszniejsze rozwiązanie.

I my kobiety lubimy tak sobie pobiadolić na tych niedobrych facetów, mężów, partnerów. A kiedy pada: „To odejdź, zostaw go”, to żadna tej rady nie traktuje poważnie, bo jak to? I co dalej?

A gdybyśmy tak uderzyły się szczerze w pierś i zamiast szukać wiecznie winy po tej drugiej stronie, przyjrzały się też sobie? Oj tak, już słyszę te oburzone głosy: a czemu sobie, ja jestem w porządku, to on jest drań, leń i nieczuły typ. Ale w końcu to jego wybrałaś. To z nim się związałaś zakładając, że spędzicie wspólnie całe życie.

Brałaś w ciemno, czy się przyjrzałaś?

Może zacznijmy od tego, czy wybierając sobie partnera dostrzegamy jego wady. Ha, pytanie powinno brzmieć, czy w ogóle wybieramy, czy bierzemy, co się nam na rękę nawinie? Kobiety rzadko wybierają mężczyzn, to raczej my chcemy zostać wybrane i wkładamy tysiące wysiłków, by zostać dostrzeżoną i by blask jego uwagi na nas spłynął. A to czy on nam się podoba, czy odpowiada nam jego poczucie humoru, sposób bycia, czy nie wkurzają nas jakieś jego odzywki, zachowania – to już nie ma znaczenia. Nasz miłość go zmieni, tak, tego jesteśmy pewne. Kompletnie nie słuchamy intuicji, która mówi: uciekaj gdzie pieprz rośnie. Bardziej od uwikłania się w zły związek, boimy się samotności. Bo same sobie nie damy rady, bo chcemy, by ktoś nas odciążył w codziennych obowiązkach, bo chcemy mieć dzieci tu i teraz, bo ile można czekać i w końcu co inni powiedzą. Masz dosyć słuchania o byciu starą panną.

Pozwalasz sobie pomóc, czy wszystko robisz sama?

„Bo on siedzi na kanapie i nic nie robi”.

„Wraca do domu i nic go nie obchodzi”.

„On to pewnie nawet nie wie, skąd się czyste skarpetki w jego szafie biorą”.

Mówicie czasami podobnie ze złością? Wkurzacie się, że „wszystko jest na mojej głowie”? A prosiłyście kiedyś o pomoc? A może gdy on mówił: „Spoko, ja zrobię zakupy”, rzucałyście: „Nie ja zrobię” myśląc, że a) nie możesz po sobie pokazać, że sobie nie radzisz, b) wolisz zrobić to sama, bo wiesz, że wszystko co potrzebne kupisz. A gdy pytał: „coś ci pomóc” zarzekałyście się, że nie, choć przecież „mógłby się domyślić i ziemniaki obrać, albo dzieciom książkę poczytać”. Nie, my nie mówimy, my chcemy, by on widział nasze poświęcenie, nasze starania. Utyramy się po łokcie, ba – po same pachy, ale słowem się nie zająkniemy. Aż w końcu przychodzi moment, kiedy wszystko z siebie wyrzucamy – i te śmieci sprzed dwóch miesięcy, i dzień kiedy miałaś ważne zebranie w pracy i po dzieci z językiem na wierzchu leciałaś, a on będzie w szoku, że o co ci chodzi, że on o niczym nie wiedział. „Taa, jasne, nie wiedział, jakby się na księżycu urodził”. Haloo, czy słyszysz siebie? A ty języka w buzi nie masz? Nie potrafisz powiedzieć: „weź umyj podłogę”. Co to, to nie, bo:

Przecież ty wszystko robisz najlepiej

My z tych facetów robimy kaleki, dzieci niepełnosprawne, co to dwóch rączek nie mają i naczyń umyć nie potrafią, bo albo niedokładnie, albo wodą gorącą się poparzą. No litości. Ile ja widzę takich kobiet skaczących koło tych swoich tak naprawdę bogu ducha winnych facetów. Pytam: „a dlaczego on nie powiesi prania, tylko ty lecisz, jak ja na kawę wpadłam do ciebie?”. „On pranie? No chyba zwariowałaś, on nawet nie wie, jak to powiesić”. No żesz ja cię pie*dolę. A skąd ma wiedzieć, jeśli wychował się w patriarchalnym domu, gdzie ojciec szedł do pracy, a matka zapieprzała w domu na niego i dwójkę, czy trójkę innych dzieci, wśród której nie wiedzieć czemu synowie zawsze mieli przywileje. To córki musiały sprzątać, gotować, prasować, chłopcy nie, oni stworzeni do wyższych celów. I on może by i chciał się przekonać, że zdolny jest do powieszenia prania, ale kiedy, jak zaraz po matce ty zaczęłaś go niańczyć?

I nawet, gdy on wykazuje chęć, mówi: „Posprzątam”, to ty szybko go ubiegasz, bo przecież i tak będziesz musiała po nim poprawiać, w końcu to ty wszystko co dotyczy domu i dzieci robisz najlepiej, on się do niczego nie nadaje. To skąd później pretensje, że nic nie robi?

Czy ty w ogóle go lubisz?

Czy w ogóle zadajesz sobie takie pytanie? Za co lubisz swojego faceta, co w nim cenisz. Lubicie wspólnie spędzać czas? Co lubicie robić razem? Znam wiele par, które na te pytania nie potrafią odpowiedzieć. Ona patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami rzucając: „o co ci chodzi”. No chodzi mi o to, czy jest wam ze sobą fajnie, czy się dobrze ze sobą bawicie, śmiejecie się? Planujecie jakiś wspólny wyjazd, czy wypad, czy raczej ograniczacie się do wyjścia raz na rok do kina i prezentów na Walentynki, co daje wam poczucie, że jest dobrze. A on? Czy lubi ciebie? I za co może ciebie lubić? Za śmiech, za luz, za wyrozumiałość, za zrozumienie? Za ciekawość świata?

To on ma się zmienić, no przecież, że nie ty?

Gdyby on był inny, to ty też byś była inna. Gdyby on był bardziej czuły, to ty byś była milsza. Gdyby on więcej z siebie dawał, to ty byłabyś bardziej wyrozumiała. A gdyby tak inaczej? Odwrotnie? Gdyby tak najpierw przyjrzeć się sobie, nie mówić mu: „jeśli się nie zmienisz, odejdę”. Tylko spróbować zmieniać się razem? Wysłuchać, co on ma ci do powiedzenia, choć to nie będą pewnie miłe słowa. Ale przyjąć je, przemyśleć, być uczciwą wobec siebie, że naprawdę bywasz zołzą, że nie dajesz mu żadnej przestrzeni do bycia w tym domu facetem, że wiele oczekujesz nic w zamian nie dając, bo on nie chce mieć czystej podłogi, tylko ciekawą siebie i świata kobietę. Chce znowu zobaczyć w tobie tę, w której się zakochał. A może twoja zmiana, wywoła zmianę w nim samym. Może jak oddasz mu trochę zagarniętej życiowej przestrzeni, to on będzie miał szansę się wykazać? Jak wycofasz się, odpuścisz, to on skorzysta z okazji i okaże się dla ciebie wielkim wsparciem. A może to najwyższy czas zaakceptować, że on nie jest idealny, że ma swoje wady, tak jak ty je posiadasz. Świadomość swoich słabości pozwala się uzupełniać, łatać braki w codziennych obowiązkach.

Naucz się na nim polegać, ale nie na niby, nie dla pozorów, które on od razu wyczuje. Tylko szczerze, a o swoich obawach – powiedz mu, powiedz, że to nie jest dla ciebie łatwe, że boisz się, że cię zawiedzie… Ale odpuść. Naucz się odpuszczać. A kto wie, może to okazać się receptą na naprawdę dobry związek?


можно ли купить дапоксетин в аптеке

https://xn--e1agzba9f.com

steroid-eu.com