Lifestyle

Brak prezentów, popsute grzyby i napięty dzień w pracy, czyli jak koncertowo spieprzyć sobie Święta

Z życia kobiety
Z życia kobiety
23 grudnia 2016
Fot. iStock/awatchaiprakobkit
 

Znacie to?

Rok temu obiecywałaś sobie: ostatni raz na ostatnią chwilę. OSTATNI RAZ. Za rok wszystko zrobię inaczej.

Po pierwsze przez rok będę zapisywać pomysły na prezenty, które wpadną mi do głowy, od tak po prostu.

Po drugie kupować prezenty będę od listopada, na spokojnie – zamawiać, oglądać mieć czas, żeby w razie czego wymienić. Do 10 grudnia już nie będę i prezentach pamiętać, wszystkie szczęśliwie leżeć będą w domu. Aaa i papier do pakowania, ten też będzie zdecydowanie wcześniej niż zazwyczaj.

Po trzecie nie obiecam szefowi, że do Świąt skończę jeden z ważnych projektów. Co to, to nie. Z góry mu zakomunikuję, że czas mamy do połowy stycznia i tego terminu zamierzam się trzymać, a nie wypruwać sobie żyły, żeby jemu coś udowodnić.

Po czwarte NIKOMU nie obiecam, ze upiekę dla kogoś ciasto, nie dam się nabrać, że tylko mój makowiec smakuje najlepiej. „Chcesz dam ci przepis” – tak tę odpowiedź muszę pielęgnować w głowie. Nie. Koniec i kropka.

Po piąte oleję świąteczne porządki. No przecież nie mam tak zapuszczonego mieszkania, żeby z językiem na wierzchu szorować szafki, które są czyste, na kolanach pięć razy myć podłogę po której i tak zaraz przeleci stado dzieciaków. Nie – świąteczne porządki ograniczę do minimum.

Po szóste – właśnie, przejrzę ozdoby choinkowe, bo zawsze mi się wydaje, co mam, co ocalało po zeszłorocznych Świętach, a w efekcie gonię w dzień przez Wigilią w poszukiwaniu bombek… Pomijam, że to co zostało dalekie jest od mojej wizji przepięknej i kolorowej choinki….

Po siódme – w końcu zrobię pierniki, te które sześć tygodni stać muszą w zamkniętym pojemniku. Zrobię i już. A kto mi zabroni. Niech Święta będą w moim domu szybciej niż na dwa dni przed Wigilią.

Po ósme – lista zakupów – przysięgam, że w tym roku nie będę jej robić na kolanie, na szybko, byleby była, kiedy mąż stoi nade mną ubrany wychodząc do sklepu. Lista zakupów tworzona będzie systematycznie, bez niepotrzebnych rzeczy, by znowu nie zostać z trzema nadprogramowymi puszkami masy makowej i dwoma kilogramami grochu, kiedy to grochówka czkawką w marcu odbijać się nam już będzie.

W końcu po dziewiąte – sprawiedliwie rozdzielę zadania. Mama zrobi tym razem barszcz, siostra ulepi pierogi i uszka, a mąż ogarnie temat ryb. Każdy będzie miał swój wkład w te Święta, niech one będą wspólne, a nie kosztem jednej osoby.

I po dziesiąte – NIC, kompletnie NIC nie będę robić w samą Wigilię. Wszystko przygotuję wcześniej, nie będzie pogoni za makiem do klusek, nie zdarzy się wyławiania ostatniego karpia u pana na targu, który zamierzał się już pakować. Wszystko w piątek wieczorem ustawione w lodówce będzie czekać na achy i ochy przy kolacji, a ja z dziećmi przystroję choinkę – wiedząc, co mam na niej do powieszenia.

Tymczasem jest piątek. Jutro Wigilia, a ja… Nie śpię od szóstej myśląc, co kupić pod choinkę szwagrowi, mamie, teściowej i siostrze męża. W głowie robię szybki przegląd, ale już wiem, że znowu skończy się na koszuli, książce i płycie. W sumie, ro temu każdy z prezentu takiego się ucieszył, to czemu w tym roku miałoby być inaczej.

Przy porannej kawie wypisuję, co mam do ugotowania, żeby wiedzieć co kupić trzeba i… okazuje się, że znowu wszystko robię sama. FUCK. Moja wina, moja bardzo wielka wina. Jak to się znowu stało? Z piekarnika wyciągam dwie rolady makowe dla koleżanek z pracy, żeby im świeże dowieźć, w głowie (znowu) notując, że maku, mąki i jajek do makowca dla nas brakuje. OSTATNI raz, ten rok na pewno jest ostatnim. Jak to było? „Podam przepis”?

O matko: GRZYBY SUSZONE?!? Spleśniały w pudełku, przecież miałam zajrzeć tydzień temu. A jeszcze pierogi i uszka dziś wieczorem. SMS od męża – pudła z ozdobami stoją w przedpokoju. Jakie pudła? W jakim przedpokoju. Przecież zaraz lecę do pracy. Nie mam czasu. Nie mam czasu. Dobra rok temu chyba kupiłam z zapasem bombek. Coś wymyślę. „Jak zawsze” w głowie dodaję.

Już czuję ciśnienie, spięcie w żołądku. Makowiec, pierogi, uszka, barszcz. Aaa ŚLEDZIE! No jak mogłam zapomnieć o śledziach.

Przez chwilę chce mi się płakać, bo przecież miało być inaczej. Miałam spokojnie zasiąść do Wigilii, a już wiem, że dziś od popołudnia do jutra do popołudnia będę warczeć, krzyczeć, wszystkich ustawiać po kontach.

Jeszcze te prezenty….

Nie, w tym roku miało być inaczej. W tym roku nie miałam spieprzyć sobie Świąt dopiero w drugi ich dzień oddychają z ulgą, siadając z dziećmi na podłodze grając w planszówkę, którą znalazły pod choinką.

Dzwonię do kadr. Urlop na żądanie. Słyszę: „Zwariowałaś, dzisiaj?”. Tak dzisiaj. Kurde od trzech lat tego urlopu nie wykorzystałam, zawsze przepada. Uśmiecham się. Dzwonię do przyjaciółki: „Gdzie zamawiasz pierogi?”, wiem, że mi jeszcze też załatwi. Łapię swoją czerwoną dużą torbę – idealna na szybkie prezentowe zakupowy, wybieram galerię gdzieś na uboczu, największą odpuszczam. O i tam nawet znajduję fajne ozdoby choinkowe. Buraki, śledzie, groch. W tym roku będzie 12 potraw licząc ze stojącym na stole masłem. W końcu to też jakiś rodzaj potrawy.

A z dziećmi wieczorem pójdę na łyżwy. A kto mi zabroni i w sumie dlaczego nie? Bo pierogi zamówione i tylko jedno ciasto gotowe?

Za rok już na pewno będzie inaczej. NA PEWNO!


Lifestyle

Co roku ustawiam na półce kolejne anioły. Wierzę, że one chronią mnie i moje dzieci przez piekłem, które nam zgotowałeś

Z życia kobiety
Z życia kobiety
26 grudnia 2016
Fot. iStock/Vizerskaya
 

Pamiętam te Święta. Kiedy znowu krzyczałeś, że wszystko jest nie tak. Że obrus nie tak biały, że pieniądze na prezenty wydane bez sensu. Kiedy nic ci się nie podobało, choć tak bardzo się starałam, by ten raz było w końcu idealnie.

Nawet nie dodałam grzybów do bigosu, bo wiem, że nie lubisz, a barszcz zrobiłam według przepisu twojej mamy, bo podobno nikt nigdy nie zrobił lepszego. Mi też się nie udało. Był za kwaśny, za słony, stawiając ze złością filiżankę rozlałeś go na biały świąteczny obrus. Znieruchomiałam. Normalnie rzuciłabym się w szał wycierania, czyszczenia. A tymczasem siedziałam wpatrując się w plamę, która pochłaniała coraz większą część obrusu. Coś krzyczałeś, machałeś rękami – nic nie słyszałam. Patrzyłam jak niteczka po niteczce obrusu nasiąka czerwienią barszczu.

Wstałam od stołu, poszłam po ściereczkę i bez słowa zaczęłam wycierać to, czego wytrzeć się już nie dało. Nie dało się zgumkować, wymazać z pamięcią, udawać, że nic się nie stało. Że ty po prostu jesteś taki porywczy, taki wymagający, bo dużo wymagasz od siebie, więc masz prawo żądać od innych, by tobie dorównywali. Także ode mnie, od naszych dzieci.

One cicho siedziały przy stole. „Co jeszcze zjecie?” – spytałam uśmiechając się do nich delikatnie. Stałeś się dla mnie przezroczysty. Nagle przestałam się bać. Tak po prostu. Patrzyłam na dzieci, jak zjadają ze smakiem pierogi, jak nieśmiało podnoszą wzrok niemo prosząc o dokładkę. Nie chciały cię denerwować, nie chciały burzyć tego przez chwilę panującego spokoju. Nie obchodziło mnie, co czujesz, co myślisz. Chciałam postawić szybę między nami a tobą by nie dotknęło ich już żadne złe słowo, żaden krzyk, by nie widziały podnoszonej na mnie ręki.

Kiedy rozpakowywaliśmy prezenty, wyszedłeś. Twoje leżały pod choinką nietknięte. Tak manifestowałeś swoją złość, swoje oburzenie na moje zachowanie. Nie widziałeś, jak Oliwia cieszyła się z nowej czapki i serii książek, o których marzyła, a Tomek wyściskał mnie za nową piłkę do nogi. Już dawno pozbawiłeś ich złudzeń o istnieniu świętego Mikołaja. „Przestańcie wierzyć w takie głupoty, to ja haruję na te wasze prezenty” – powiedziałeś im kiedy jeszcze tak bardzo chcieli wierzyć, kiedy w Mikołaja wierzyli ich rówieśnicy. Dla mnie zapakowany niezdarnie w pudełku był anioł. Oliwia zrobiła go dla mnie. I ten podpis: „Niech chroni cię Mamo”. Tak bardzo nie chciałam płakać i bardzo nie mogłam powstrzymać łez. „Kocham cię”- szepnął Tomek ściskając mnie mocno. Wróciłeś jak już dzieci spały. Położyłam się z nimi w pokoju chcąc choć w ten jeden dzień oszczędzić im nocnej awantury i krycia siniaków przy świątecznym śniadaniu. Wiedziałam, że na obiad pojedziesz do swojej matki. My chcieliśmy iść na spacer, na cmentarz zapalić znicze, tych, których już z nami nie było. Od kilku lat ten pierwszy dzień Świąt spędzaliśmy właściwie osobno.

Wróciłeś wcześniej niż się spodziewałam. Słyszałam, że nie mogłeś otworzyć drzwi. Waliłeś pięścią. „Śmierdzisz tymi smażonymi rybami” – usłyszałam, gdy wpuściłam cię do domu. Złapałeś mnie za rękę, tak mocno jak tylko ty potrafisz. „Na kolana” – wybełkotałeś i pociągnąłeś mnie za włosy. Nie chciałam się szarpać, nie chciałam, by dzieci, które dopiero co zasnęły, obudziły się. Przeciągnąłeś mnie za włosy do pokoju, kopnąłeś w brzuch, aż straciłam oddech. Chciałam nie żyć. Chciałam leżeć na tej podłodze tak długo, aż zapomniesz o moim istnieniu. Ale ty nie zapomniałeś. Otworzyłeś prezent, cisnąłeś płytą przez cały pokój. „Myślisz, że jedna płyta mnie uszczęśliwi, że tyle jestem wart? Haruję na was, a ty mi pod choinkę kładziesz jedną płytę?” – mamrotał. Pociągnął mnie za włosy tak, że musiałam wstać. Uderzył pięścią w twarz. Znowu leżałam. Już nie prosiłam, by przestał, nie tłumaczyłam, że dzieci śpią, nie uciekałam do łazienki, żeby zamknąć się w poczuciu bezpieczeństwa.

Zasnąłeś na siedząco w fotelu. Czułam krew na ustach. Znałam ten schemat – rozcięty łuk brwiowy i warga. Może pęknięte żebro – oby nie. Po ciuchy weszłam do łazienki. Obłożyłam twarz lodem. Posmarowałam maścią. Może rano nie będę wyglądać aż tak źle – pomyślałam.

Kiedy jeszcze rano spałeś – spakowałam nas. W drugi dzień Świąt od ciebie odeszłam. Zabrałam dzieci, świąteczne prezenty i wyjechałam, do ciotki, która mieszkała daleko od nas, z którą nigdy nie miałam kontaktu, a o której wiedziałam, że uciekła od męża. Moja mama, nim umarła opowiedziała mi o niej, dała adres. „Ja nie umiałam ci pomóc, może ona będzie potrafiła” – powiedziała płacząc tuż przed śmiercią. Myślałam, że serce mi pęknie… Dwa lata trzymałam te kartkę głęboko schowaną.

Nie wiedziałam, czy będzie w domu, czy nas przyjmie. Ale wtedy to już nie miało znaczenia. Podjęłam decyzję, choć wsiadając do pociągu przez chwilę pomyślałam, że wrócę, a w głowie krzyczały mi twoje słowa: „Nic nie jesteś warta”, „Nic beze mnie nie znaczysz”, „Jesteś nikim”. Tomek pociągnął mnie za rękaw: „Chodź mamo”.

Dzisiaj mija pięć lat od tamtego dnia. Pięć lat temu stanęłam w drzwiach obcej dla mnie osoby, która pokochała mnie jak własną córkę, której nigdy nie miała, a moje dzieci traktuje jak swoje wnuki. Pięć lat temu byłam gotowa jak pies skamleć o pomoc dla moich dzieci i dla siebie. Pięć lat temu patrząc na plamę barszczu na obrusie zrozumiałam, że odbierasz mi moje życie. Że nie jesteś tym, kogo chciałam kochać. Że ty nigdy się nie zmienisz, że nigdy nie pokochasz nas bezwarunkową miłością. Ty tylko kochałeś za coś, albo po coś, choć dzisiaj myślę, że nie jesteś zdolny do miłości. Przestałam cię żałować, tłumaczyć cię stresem, pracą, dzieciństwem. Ktoś ko kocha nie krzywdzi…

Wylizałam swoje rany. Podniosłam się. Pod choinką co roku znajduję anioła zapakowanego coraz to piękniej. Ustawiam je na półce wierząc, że chronią nas przed tobą, przed twoją nienawiścią, słabością, złością i agresją. Nadal się boję, budzę się czasami w nocy, kiedy śni mi się, że dobijasz się do naszych drzwi.

Ale ciebie nie ma, nie pozwoliłam ci wrócić. Już nie tym razem. Nie uwierzyłam, że się zmienisz, nie dałam się przekupić obietnicami i prezentami.

Narodziłam się na nowo. Dałam miłość i bezpieczeństwo moim dzieciom. Dziś wiem, że moja wartość mierzona jest uśmiechami moich dzieci, ich otwartością i radością. Już nigdy nie dam sobie wmówić, że jestem nikim.


Lifestyle

Rozwodzimy się spokojnie, bez emocji, bo nasze małżeństwo już dawno przestało istnieć. Żyliśmy w iluzji związku

Z życia kobiety
Z życia kobiety
3 grudnia 2016
Fot. iStock / weerachonoat

Straszyli nas kryzysem po siedmiu latach związku. Potem mówili, że jak dzieci się pojawią, to wtedy małżeństwo czeka największy sprawdzian. Tymczasem my nie odczuliśmy krytycznego siódmego roku, kiedy rodziły się nasze dzieci, też nie pojawiło się nic, co mogłoby któreś z nas zaniepokoić, zachwiać pewność naszego związku. Szliśmy ramię w ramię. Jedno kąpało, drugie przewijało, na zmianę wstawaliśmy w nocy. Jeździliśmy wspólnie na wakacje, a nam od czasu do czasu udało się wyrwać samym na weekend, a dzieci „sprzedać” dziadkom.

Phi, jaki kryzys, skoro tyle lat jesteśmy razem. Zawsze znajdowaliśmy powody do rozmów, to zajęcia dla dzieci, to wywiadówki, to planowanie wakacji, planowanie obozów. Wydatki. Słowem – wszystko kręciło się wokół rodziny, czyli… tak jak powinno być. Tak mi się wtedy wydawało. Nam się wydawało. A dzisiaj? Dzielimy majątek, który do niedawna był wspólny.

Kiedy żartowałam, że nas kryzys dopadnie w 20 roku małżeństwa, wszyscy się śmiali, że po tylu wspólnych latach, o żadnym kryzysie nie może być mowy. Każdy się do siebie jest w stanie przyzwyczaić, zaakceptować swoje wady, rozumieć się bez słów. Takie to zabawne, ale i prawdziwe mi się wydawało.

Pamiętam, jak siedzieliśmy w kuchni. Był wieczór, ciepła herbata. Dzieciaki gdzieś wywiało i dotarła do mnie cisza, tak głośna, że aż w uszach dzwoniła. „Jak dzień?” – spytałam, a mój głos odbił się od ścian, aż się odruchowo lekko skuliłam. Spojrzałeś na mnie zdziwiony. „Okej”. I to wszystko. Wróciłeś do czytania gazety, a ja zastygłam nad kubkiem herbaty próbując sobie przypomnieć, co się ostatnio wydarzyło w twojej pracy, o co zahaczyć, pociągnąć rozmowę. I w głowie pustka… Masz tę swoją pracę od 12 lat, znasz firmę jak własną kieszeń, mało rzeczy tam cię zaskakuje. Ot praca. „Opowiedz, co dziś robiłeś” – nie chciałam dać za wygraną. „O co ci chodzi?”. A mi chodziło o rozmowę. Nie, to nie wtedy zrozumiałam, że w ogóle ze sobą nie rozmawiamy. To przyszło z czasem. Dzieci coraz częściej nie było w domu. Wiadomo – życie nastolatków. W weekendy spotykali się ze znajomymi, spali u kolegów. Wcześniej lubiłam, jak wybywali z domu. Mogłam książkę poczytać, poleżeć w ciszy, nikt ode mnie nic nie chciał. Ale im częściej takie wieczory się trafiały, tym bardziej zaczęła mi ta cisza doskwierać… Proponowałam film – zasypialiśmy w trakcie, albo ty, albo ja. Mówiłam „Może pójdziemy na spacer?”, to byłeś zmęczony, a jak już poszliśmy, to ze sobą nie rozmawialiśmy, a jak rozmawialiśmy to o domowych sprawach, co trzeba kupić, jak zorganizować tydzień, bo dzieci miały jakieś wyjazdy.

„Czemu mnie kochasz?” – spytałam któregoś razu. „Daj spokój” – wywróciłeś tylko oczami i dalej czytałeś gazetę. „Czemu mnie kochasz?” – nie dawałam za wygraną. „Bo jesteś matką moich dzieci” – uśmiechnął się, a ja poczułam ścisk w żołądku.

„Matką dzieci? Naprawdę”.

„No tak, co w tym dziwnego”.

„A widzisz we mnie kobietę, nie tylko matkę”.

„Co ci odbiło?”.

Zdrętwiałam. Siedziałam bez ruchu próbując zrozumieć, co się właściwie dzieje, dlaczego tak mnie to boli? Nie potrafiłam ciągnąć tej rozmowy, a ty wróciłeś do czytania gazety uznając temat za zamknięty. W łóżku mnie przytuliłeś bez słowa.

Wiem, że to była równia pochyła. Że wypełniliśmy swoje role małżonków, rodziców. Założyliśmy rodzinę, pracowaliśmy, mieliśmy mieszkanie, samochód, zaplanowane wakacje nad polskim morzem. Wszystko funkcjonowało jak w zegarku. I nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrezygnowaliśmy z siebie i z siebie nawzajem. Kiedy przestaliśmy się starać, kiedy daliśmy się wciągnąć w kołowrotek codzienności. Szliśmy utartym i wygodnym dla nas szlakiem. Czego nam było brak? Cieszyliśmy się z sukcesów dzieci, kibicowaliśmy im w ich pomysłach, wspieraliśmy. Byliśmy rodzicami, a przestaliśmy być razem, też tylko dla siebie – parą, kochankami, przyjaciółmi. Weszliśmy w swoje role i nie zauważyliśmy, kiedy one nas kompletnie pochłonęły, zniewoliły, ograniczyły.

Pytałam siebie, za co ja ciebie kocham. Paradoks „za to, że jesteście ojcem moich dzieci”. To co jeszcze niedawno zabolało mnie, teraz wypowiedziane na głos mogłoby zaboleć ciebie.

Ta jedna noc była długa… i bolesna. Nie byliśmy szczęśliwi. Nie wiedzieliśmy, czy jeszcze siebie kochamy. Padło tyle żalów, tyle wcześniej nie zgłaszanych pretensji.

– bo dla ciebie ważne były tylko dzieci

– bo ty żyłeś tylko pracą

– przestałaś o siebie dbać, starać się

– nawet prezenty kupowałeś mi od kilku lat te same lub podobne, bez wysiłku

– chciałaś świętego spokoju, jakbym ci przeszkadzał

– nie wychodziłeś z inicjatywą, godziłeś się na każdy mój pomysł nic nie dając z siebie

– seks stał się nudny, przewidywalny

– przestałam chcieć cię poznawać, pytać co u ciebie, bo zawsz słyszałam to samo

– nie wychodziłaś z inicjatywą – romantycznego wieczoru, seksu

– nie wiem, czy cię jeszcze kocham

– ja też nie wiem, czy cię kocham

Kim byliśmy? Parą 20-latków śmiejących się, planujących, siedzących na plaży czekając na wschód słońca. Kim się staliśmy? Parą smutnych ludzi, którzy się do siebie nie uśmiechają, którzy zastygli w garnkach, wymianie żarówek, kupnie lodówki, odwożeniem dzieci do szkoły. Bez własnych pasji, bez chęci na lepsze wspólne życie. Małżeństwem, którym nigdy nie chcieliśmy być – z kanapą, serialem, kanapką z serem i pomidorem, prysznicem, seksem pod kołdrą. Nudni, smutni, bez iskry w oku, kiedy na siebie patrzeliśmy.

Próbowaliśmy. Tak, wiem. Weekend w SPA, gdzie zabrakło nam tematów do rozmów, a te poruszane po butelce wina znowu bolały i rozdrapywały rany. Staliśmy się dla siebie obcy żyjąc kompletnie obok siebie, nie interesując się sobą nawzajem, nie chcąc stawać się lepszym dla tej drugiej osoby, bo nikt nie stawiał nam wyzwań. Udawaliśmy, że ten żar, tę miłość da się wskrzesić jeszcze przez jakiś czas…

Bez szans, bez nadziei na powodzenie… Leży przede mną twoja propozycja podziału majątku. Pozew o rozwód. Dzieci są duże, niech mają prawo głosu decydując o opiece nad nimi… Rozwodzimy się spokojnie, bez emocji. I chyba ten brak emocji jest najgorszy, bo to dowód, że nam na sobie już nie zależy. Niech każde rozejdzie się w swoją stronę, zostańmy przyjaciółmi, może mamy jeszcze szansę na zbudowanie szczęścia, na miłość, o którą tym razem zadbamy, by zapomniana zupełnie nie odeszła.


www.cialis-viagra.com.ua

левитра купить в киеве

У нашей организации важный веб портал со статьями про Кленбутерол https://steroid.in.ua