Lifestyle

Nie bądźcie tacy święci, nie oceniajcie innych. Spałam z szefem, nie widzę problemu

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 grudnia 2017
Fot. iStock / Jasmina007
 

Owszem, to mi się zdarzyło. Byliśmy na służbowej kolacji, było miło, rozluźniłam się. Zaproponował, że odwiezie mnie do domu, ja poprosiłam, żeby wszedł. Zgodził się, czułam, że nie ma ochoty się ze mną rozstawać. Pierwszy raz rozmawialiśmy o czymś innym niż praca. Zobaczyłam go z innej strony jako faceta, nie kolegę z pracy. No i stało się, przespałam się z moim szefem. A to, że potem postanowił mi to „wynagrodzić”, traktuję jedynie jako dodatkową korzyść.

Od razu wiedział, jak to się skończy. Myślę, że podobałam mu się od dawna. Najpierw delikatny pocałunek, potem większa bliskość i seks. Całkiem dobry seks, muszę przyznać. Na moment zapomniałam, że on jest moim szefem, był po prostu świetnym kochankiem. Po wszystkim był nieco zawstydzony, czym mnie ujął. Udawałam, że też się wstydzę, że nie wiem jak „to” się stało, bo to zawsze świetnie działa na facetów. Myślą wtedy, że są tak atrakcyjni, że nie mogłaś się im oprzeć. To taki „ukryty” komplement. Trafia prosto w męskie ego. Tak się stało i tym razem.

Przyznaję, następnego dnia było dziwnie. Ta granica intymności – jeśli ją już przekroczysz – zmienia wszystko w relacji z drugim człowiekiem. Siedzisz na spotkaniu, wokół inni ludzie, a ty myślisz o tym, że poprzedniego wieczora kochałaś się z nim w twoim łóżku. I zastanawiasz się, czy on myśli tak samo, kiedy zerka na ciebie nieco speszony, ale z tą iskrą w oku.

To może wszystko skomplikować, ale może też wiele ułatwić. W moim przypadku ułatwiło. Mój szef poczuł się winny, uznał, że postąpiliśmy nieetycznie. W korporacyjnym kodeksie tak bliskie relacje są po prostu zakazane. A poza tym, miał wyrzuty sumienia wobec swojej partnerki. Myślę, że przeraził się, że mogę wykorzystać fakt, że spaliśmy ze sobą i spróbować go szantażować. Więc postanowił mnie ubiec. Pod koniec tygodnia przydzielił mi ważny projekt, którego pewnie nie dostałabym, gdybym się z nim nie przespała. Projekt, którego doprowadzenie do końca wiązało się z gratyfikacją finansową.

Z nim to był jeden, jedyny raz. Ale dzięki temu jednemu razowi zrozumiałam, że mam w garści poważny argument: ciało.

Pracuję w bardzo dużej firmie, często chodzę na spotkania od których wiele zależy (w tym, przede wszystkim, moja prowizja). Flirt z naszymi partnerami czy klientami traktuje właściwie jako część mojej pracy. Wiedza wiedzą, ale umówmy się, to dobry wygląd kruszy lody i sprawia, że udaje mi się finalizować umowy. W 90 przypadkach na 100 po drugiej stronie stołu siedzi mężczyzna. Więc staram się wyglądać naprawdę dobrze. Oczywiście, nigdy nie jestem wyzywająca, pilnuje obowiązującego dress code’u. Ale to co i jak mówię, jak patrzę, jakie wtrącam uwagi, to tajemnica całego sukcesu.

Jasne, że nie chodzę z nimi do łóżka. Flirt kończy się w momencie, gdy osiągam swój cel. A co właściwie robię? Powiedzmy, że daję obietnicę, sugeruję, że mi się podobają, wykazuje zainteresowanie czymś więcej niż relacje służbowe, ale w delikatny sposób. Staram się być jak najbardziej profesjonalna i onieśmielona jednocześnie. To taka psychologiczna gra. Mam to szczęście, że świetnie „wyczuwam” mężczyzn. Wiem, co się komu podoba. Można powiedzieć, że obserwuję określone typy facetów tym biznesowym świecie i wiem, jak z każdym z nich postępować.

Ci po trzydziestce, z narzeczoną na plecach i planami na przyszłość są najbardziej otwarci na bliższy kontakt. Lubią jasne komunikaty, lubią czuć, że się podobają, że jesteś nimi zainteresowana.

Ci po czterdziestce, ze zdjęciami dzieci i żony w portfelu są bardziej nieśmiali i zaskoczeni, upewniają się, że dobrze zrozumieli sygnały, które wysyłam. Dla nich jestem nieco bardziej ciepła, przyjacielska. Tego potrzebują.

A mężczyźni po 50-tce zazwyczaj mają silnie ugruntowaną pozycję zawodową, nastoletnie lub dorosłe dzieci i fajne, mądre żony. Wobec młodszych kobiet są opiekuńczy. Przed nimi najlepiej grać zagubioną, która zobaczyła w nich swojego mentora. Ot i cała filozofia. Dość prosta, właściwie.

Nie uważam, że robię coś złego, absolutnie. To, jakie nawiązuje relacje z mężczyznami znacznie ułatwia mi moją pracę, sprawia, że szybciej osiągam sukcesy, ale nie byłabym tu, gdzie teraz jestem, gdyby nie moja wiedza i zdolności. Nie jest moją winą, że mężczyźni bywają bardzo naiwni.

Myślę, że w naszym kraju jest wiele hipokryzji i obłudy. Tak, spałam z szefem, nie widzę problemu. Może jeszcze kiedyś mi się to przydarzy. Nie bądźcie tacy święci, nie oceniajcie innych. Niech każdy postępuje zgodnie ze swoim sumieniem.


Lifestyle

10 kobiecych kompleksów, których się wstydzimy… a mężczyźni ich nie zauważają

Redakcja
Redakcja
27 grudnia 2017
Fot. iStock / Marisa9
Następny

Kobiety czasem aż za bardzo przejmują się własnym wyglądem. Wiele z nas spogląda na swoje ciała zbyt krytycznym okiem, bezlitośnie punktując wszelki nadmiar, braki lub po prostu niedoskonałości ciała. Jednej nie pasuje wygląd brzucha, druga narzeka na cerę, a kolejna psioczy, że do swojego żyrafiego wzrostu żadnych szpilek nie założy.

Czepiamy się same siebie, narzekamy, a co gorsze, robimy to w towarzystwie naszych facetów. A oni zdziwieni, dopiero uświadomieni, że jakiś kłopot istnieje, zaczynają doszukiwać się tego „zła”, którego w sobie nie chcemy. Na nasze własne życzenie!

Opowiadanie wszem wobec o swoich „niedoróbkach” jest niepotrzebne i szkodliwe. Bo nie tylko same siebie utwierdzamy w tym, że nie jest dobrze, ale zmuszamy bliskich, by przez ten pryzmat nas postrzegali. Mądrzej, choć wcale nie łatwiej, jest przekuć swoje słabości w siłę. To wymaga czasu i zmiany nastawienia, a przede wszystkim uświadomienia sobie, że inni wcale nie muszą widzieć nas przez pryzmat krzywego zwierciadła.

„Jeśli o czymś nie mówisz, tego nie ma”

Nawet u istot takich jak mężczyźni można podejrzewać, że poza walorami kobiecego ciała, interesuje ich także — a może przede wszystkim! — to, co kobieta ma w głowie. I oto cała filozofia. Masz wewnętrzną potrzebę, to walcz z kompleksami. Ale nie wbijaj ich sobie na siłę do głowy i nie zamęczaj nimi faceta. Teoria mówi, że dopóki czegoś głośno się nie określi (wypowie), dana rzecz nie istnieje. Tak samo działa to z kompleksami. Zapewne twój partner nie zauważył tego rozstępu na tyłku, w którego ty, z uporem maniaka, wcierasz co wieczór maści rozjaśniające blizny.

10 kobiecych kompleksów, których faceci nie zauważają

1. Miękki brzuch

„Sześciopak” nie jest obowiązkowym atrybutem każdej kobiety. Jeśli nie mieszkasz na siłowni i nie żyjesz zgodnie z zasadami bycia fit, nic dziwnego i złego, że twój brzuch nie jest twardy jak kamień. Większość kobiet ma brzuchy z fałdkami, których się wstydzą. Co ciekawe, faceci patrzą na owe brzuchy łaskawiej, bo sami częściej określają je mianem miękkich i ciepłych, a nie grubych. Oczywiście to nie sprawdza się przy poważnej otyłości, ale w innym przypadku nawet nie powinnaś go podpytywać, jaki brzuch woli. To jest twój brzuch i to ty masz go lubić.

2. Boczki

Nie bądź dla siebie zbyt wymagająca, boczki to część kobiecej, niewychudzonej figury i naprawdę nie musisz za nie przepraszać. Jeśli nie lubisz odciśniętych od spodni boczków, noś te z wyższym stanem, nic nie będzie się z nich „wylewało”. Mężczyźni lubią mieć co pogłaskać i większości z nich kobiece kształty bardzo się podobają.

3. Rozstępy

Kobiety się ich wstydzą i brzydzą, skrzętnie ukrywając je przed partnerami. A jeśli same nie będziecie robić z ich obecności niepotrzebnego zamieszania, mężczyzna na pewno nie będzie ich namiętnie zliczał i mierzył ich długość i grubość linijką. On może z tym żyć, wy także. Poza tym, z czasem każdy rozstęp mocno się rozjaśni i nie będzie rzucał się w oczy. Potraktujcie je niczym blizny zdobyte w prywatnej walce (np. ciąży czy chudnięciu).

4. Cellulit

Prawie wszystkie kobiety mają cellulit, a mimo to wciąż traktujemy to jak największe nieszczęście. To norma, tak bywa, a ty dalej martwisz się, że brzydko wyglądasz i pewnie jesteś gruba, skoro go masz. Faceci pewnie już o tym wiedzą, że cellulit nie jest czymś niezwykłym i zdecydowanie się go nie boją.

5. Piegi

Słodkie i urocze dla mężczyzn, a kobiety są w stanie nałożyć tonę makijażu, by je ukryć. I po co? Piegi to ozdoba, w dodatku kojarzy się z młodością i świeżością.

czytaj dalej
strona 1 z 2

Lifestyle

W życiu są dwie strategie. Napotykając trudności można się załamać lub wyciągnąć z tego doświadczenia niesamowitą siłę

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 grudnia 2017
Fot. Bart Kozłowski

Wyobraźcie sobie młodą dziewczynę, pełną energii, wiary w życie, w to, że wszystko, co najlepsze jest właśnie przed nią.

Skazana na sukces

Kończy studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, jednocześnie pracuje już w Warszawie. Głodna doświadczeń, ludzi, niesamowicie kreatywna. To właśnie ta kreatywność kształtuję ją zawodowo, zdobywa jedną z pierwszych nagród reklamowych w Polsce. Zdolna, ambitna. Właściwie współtworzy raczkujący wówczas świat reklamy w naszym kraju. Chłonie to wszystko, dużo pracuje, ale praca daje jej satysfakcję, jest jej pasją. Ale jest coś jeszcze – malarstwo, z tego nie rezygnuje, maluje kobiece akty. Z jednej strony ma niezależność finansową, z drugiej sztuka daje jej niesamowite poczucie wolności. Kolejne wystawy jej prac dostają znakomite recenzje. – Czułam, że cały świat trzymam w swoich rękach – mówi , bo to o niej mowa.

Skazana na sukces. Tak by można było o niej powiedzieć. Na sukces, nad który sama pracuje. Niewiele osób tak doskonale wie, czego w życiu chce, definiuje siebie tak bardzo wprost i… cieszy się wszystkim, co życie im podsuwa. Malina wie, jest świadoma celów, które sobie stawia. Przecież wszechświat jej sprzyja.

– Zaczęło boleć mnie oko. „Co do cholery” – myślałam, ale zrzuciłam to na karb zmęczenia. Tempo mojego życia było naprawdę ogromne.

Nie zraża się, jeździ autem na spotkania patrząc jednym okiem. Przecież przejdzie, trzeba tylko na chwilkę zwolnić i wszystko wróci do normy.

Dlaczego ja

Nie przechodzi. Ból staje się coraz silniejszy, zacierają się kolory, świat wygląda jak zasypany śniegiem. Nie ma wyjścia, musi iść do lekarza. Jednego, kolejnego, nawet uznany profesor rozkłada bezradnie ręce. Tymczasem ona na na jedno oko przestaje widzieć.

– Szukam w internecie, co może być przyczyną pozagałkowego zapalenia nerwu wzrokowego… Doktor Google jest bezlitosny. Na wizycie u kolejnej okulistki mówi: „Czytałam dużo na ten temat…”. To chyba daje lekarce odwagę, żeby głośno potwierdzić to, o czym Malina już wiedziała. SM – stwardnienie rozsiane. – 16 lat temu to było, jak wyrok, choroba autoimmunologiczna, o której nikt nie miał pojęcia, jak ją leczyć. Chorzy spychani na margines, bo nie było wiadomo, jak im pomóc. Jedyne, o czym się mówiło, to o ciężkiej niepełnosprawności. Myślałam: „Jak to, nie będę chodzić, nie będę widzieć, będę miała sparaliżowane pół ciała?”.

Pomyślcie przez chwilę, że jesteście tą dziewczyną. Dziewczyną, która osiąga zawodowe sukcesy, dla której malarstwo jest częścią życia, która gdzieś w głowie buduje sobie wizję rodziny, dzieci… Przecież wszystko się układało. Teraz, jedyna wizja, jaka się przed nią rozpościera, to wizja jej samej przykutej do łóżka i zdanej na innych.

Tak, można usiąść, załamać się, poddać temu, czym doświadcza nas życie zupełnie niespodziewanie, kiedy jest w nas ogromne poczucie niesprawiedliwości i niezgoda na to, co się dzieje…

– Płakałam i miałam nadzieję, że to pomyłka, że przecież czuję się dobrze, że nic się nie dzieje… – wspomina Malina. – Ale ból oka wracał, raz jednego, raz drugiego. Przez miesiąc siedziałam jak zahipnotyzowana w swoim cudownym mieszkaniu i patrzyłam w okno nieustannie sprawdzając, czy oczy działają, czy nie, a w tym czasie mój świat oddalał się ode mnie z szybkością rakiety. Miałam wrażenie, że wszystko, co miałam, tracę bezpowrotnie. I to brzęczące w głowie pytanie: „Dlaczego ja”.

Nie będę ofiarą

I koniec? To już? Przecież nie to było w jej naturze. Musiała działać, coś zrobić, a przede wszystkim NIE PODDAĆ SIĘ. Tak, to stało się jej celem. Będzie walczyć, przecież ma jeszcze tyle do zaoferowania światu. Wszystko dzieje się po coś – w to tak bardzo chciała uwierzyć.

Zaczęła szukać, czytać. Za granicą próbowano nowych metod leczenia, szukano leków, za granicą – w Stanach, nie w Polsce. Leki kosztowały tyle, co jej niemała miesięczna pensja. Jak żyć? Skąd wziąć pieniądze, jak spróbować? – Działając sama nie miałam szans, dzisiaj wiem, że życie stawia nam na drodze anioły i ja takie anioły spotkałam – ludzi, którzy mnie wsparli, którzy uruchomili ze mną koło zamachowe, dzięki któremu mogłam działać.

Jest mistrzynią kreacji, także autokreacji. Jak sprawić, by inni chcieli pomóc? Miała swoje obrazy, podziwiane, chętnie kupowane. Z przyjaciółmi zorganizowała kilka wystaw pod hasłem pomocy dla malarki, która może oślepnąć. Zadziałało. Obrazami zainteresował się duży bank, który kupił całe kolekcje do wystroju swoich siedzib. – Nagle miałam zapas leków na dwa lata i ogromną satysfakcję – osobistą, bo autorską – mówi.

Fot. Bart Kozłowski

Fot. Bart Kozłowski

Dobra energia do ciebie wraca, zawsze. Do Maliny też wróciła. Nie można było przejść obojętnie obok jej wcześniejszego zaangażowania w pracę. Dostaje nowe stanowisko, ma zajmować się promocją sztuki i kampanii społecznych. Kolejny raczkujący wówczas w Polsce projekt. I ona znowu w to wpada, daje z siebie dużo, bardzo dużo, przecież się nie podda. Sukces. Kolejne nagrody. – Wierzyłam, że moje doświadczenie, doświadczenie choroby mogę przekuć na sensowne działania. Żeby robić kampanie społeczne, trzeba otrzeć się o te problemy, poczuć na własnej skórze ten obezwładniający strach.

Skok do gwiazd

Tworzy kolejne, po stu nagrodzonych, ktoś jej mówi: „Szewc bez butów chodzi, pomagasz innym, pomóż nam, samej sobie”. Tak zaczyna działać na rzecz osób z SM. – To było szaleństwo, szukałam pieniędzy na sfinansowanie kampanii, przekonałam szefa jednej z firm farmaceutycznych, że warto, on mi dał kontakty do kolejnych. Już żadna siła nie była w stanie mnie zatrzymać.

Malina do stworzenia kampania zaangażowała ludzi żyjących z SM, żadnych aktorów, bała się, bo stres i wysiłek to nie jest coś, co służy doświadczonych SM. To były początki.

Dzisiaj od tej pierwszej kampanii minęło sześć lat. – To co zrobiliśmy przez ten czas jest skokiem do gwiazd. O SM zaczęto mówić głośno, interesować się żyjącymi z SM, a także różnymi metodami leczenia.

Kiedy 16 lat temu usłyszała „stwardnienie rozsiane”, świat się jej rozsypał. Dzisiaj, dzięki działaniom Maliny i ludziom, którzy jej uwierzyli, wsparli ją i poszli za nią, wizja SM już nie przeraża. Refundowane są najnowsze leki, do SM podchodzi się indywidualnie, ludzie nie boją się pytać, a lekarze wiedzą coraz więcej. – Tu liczy się człowiek, z jego zdolnościami, aspiracjami, marzeniami i pragnieniami – tłumaczy Malina.

Założyła fundację , żeby móc działać szerzej, rozmawiać ze specjalistami i decydentami o kolejnych terapiach, organizować konferencje, sympozja. Wszystko po to, by SM było słyszalne, by nikt dotknięty tą chorobą nie czuł się już zepchnięty na margines. Kolejny krok? – portal, który powstał, żeby wspierać, nie odpowiadać na pytanie , ale realnie pomagać, dawać narzędzia do działania także w zwykłych codziennych sprawach. To tutaj zamieszczone są informacje, jak rozmawiać z lekarzem, z pracodawcą, a także z samym sobą, na co można liczyć, co zrobić.

Drobna blondynka

SMS: „Jeszcze parkuję, zaraz jestem”. Wchodzi drobna blondynka z uśmiechem od ucha do ucha i po pół minucie mam wrażenie, że znamy się od lat, choć widzimy po raz pierwszy. Opowiada o sobie, o innych, o tym, co robi, co kocha. Ma męża, syna. I SM. Ale nigdy nie została ofiarą tego, czym doświadczył ją los. – W życiu są dwie strategie. Napotykając trudności można się załamać lub wyciągnąć z tego doświadczenia niesamowitą siłę. Siłę, która będzie nas niosła, która stanie się drogowskazem i autentyczną motywacją do tego, żeby robić rzeczy wspaniałe dla innych, ale też dla siebie. Ja swoje doświadczenie przekułam na coś sensownego. I dzisiaj jestem szczęśliwa.

Fot. Bart Kozłowski

Fot. Bart Kozłowski


Zobacz także

Co przyspiesza starzenie się skóry i jak skutecznie możemy temu zapobiec?

Nie możesz powstrzymać się przed zjedzeniem czegoś? Znak zodiaku może wpływać na twoje kulinarne uzależnienia

13 rzeczy, które łączą silne kobiety

Jak kochać to na zabój, a jeśli kraść to miliony. Czego nigdy w życiu nie powinniśmy żałować

интернет магазин постельного белья

https://pharmacy24.com.ua

дипломная работа на заказ