Lifestyle Praca

Dlaczego wezmę udział w strajku nauczycieli?

MamaM&M
MamaM&M
21 marca 2019
Zarobki nauczyciela stażysty w Polsce fot. MamaM&M
 
Jestem młodą nauczycielką. Choć mam 33 lata, jestem nauczycielem stażystą, ponieważ mój staż pracy w oświacie jest niewielki. Uczę języka polskiego, historii i WOS-u w szkole podstawowej, jestem wychowawcą klasy siódmej. Mam przekonać młodych ludzi z klasy siódmej i ósmej, że język polski jest piękny, że literatura jest ciekawa, że warto poszerzać swoje horyzonty i że humanista to osoba, która codziennie powinna chcieć uczyć się czegoś nowego, poznawać ludzi, kultury, życie w szerokim tego słowa rozumieniu.

Jak mam przekonać dzisiejszych kilkunastolatków do czytania literatury? Otworzyłam podstawę programową i znalazłam w niej lektury, których sama w szkole nie umiałam ogarnąć. I ja o tym uczniom mówię, że to są trudne teksty, że moje pokolenie też miało problem z czytaniem i omawianiem, że dla nas 15 lat temu to były nudy. Na historię filmu i gatunki filmowe mogę poświęcić 2 godziny lekcyjne, chyba, że pogonię z czymś innym. Ale jak mam pogonić, jak podstawa jest upchana do granic możliwości, sezon grypowy zdziesiątkował uczniów i nauczycieli, doszły apele, koncerty filharmonii, uroczystości i inne okoliczności, które „zabrały” nam lekcje, a przecież przed sprawdzianem trzeba materiał powtórzyć, po sprawdzianie omówić wyniki.
 
Wrócę do tych lektur jeszcze. W klasie VII i VIII materiał obowiązkowy wygląda tak:
  • Artysta – Sławomir Mrożek
  • Balladyna – Juliusz Słowacki
  • Kamienie na szaniec – Aleksander Kamiński
  • Mały Książę – Antoine de Saint-Exupéry
  • Opowieść wigilijna – Charles Dickens
  • Reduta Ordona, Śmierć Pułkownika, Świtezianka, II część Dziadów, wybrany utwór z cyklu Sonety krymskie, Pan Tadeusz (całość) – Adam Mickiewicz
  • Syzyfowe prace – Stefan Żeromski
  • Quo vadis, Latarnik – Henryk Sienkiewicz;
  • Wybór fraszek, pieśni i trenów, w tym tren I, V, VII i VIII – Jan Kochanowski
  • Wybrane wiersze poetów wskazanych w klasach IV–VI, a ponadto Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Stanisława Barańczaka, Cypriana Norwida, Bolesława Leśmiana, Mariana Hemara, Jarosława Marka Rymkiewicza, Wisławy Szymborskiej, Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia, Jerzego Lieberta oraz fraszki Jana Sztaudyngera i aforyzmy Stanisława Jerzego Leca
  • Zemsta – Aleksander Fredro
  • Żona modna – Ignacy Krasicki
  • Ziele na kraterze (fragmenty), Tędy i owędy (wybrany reportaż) – Melchior Wańkowicz
 
Jak mam przekonać ucznia klasy ósmej do czytania czegokolwiek, jeśli od listopada „kazałam wciągnąć”: Pana Tadeusza, Syzyfowe prace i Kamienie na szaniec?
 
Z takimi tekstami nie da się zaciekawić uczniów literaturą. Przez ostatnie 15 lat powstało wiele ciekawych utworów literackich, filmów, na omawianie których powinien być czas w szkole. Nie ma czasu na nic dodatkowego. Do 15 kwietnia musimy być „wyrobieni” z materiałem do egzaminu. I „wyrobienie się” nie może tu oznaczać mojej gonitwy, bo ja mogę pędzić z materiałem jak na pokładzie pendolino, ale to nie ja mam przedstawić, zaprezentować, ale uczeń ma z moich lekcji wynieść wiedzę dla siebie, każdy uczeń, także ten z problemami, z dysfunkcjami, z kłopotami w domu, po 2-tygodniowej nieobecności spowodowanej chorobą, także ten, który mi rozkłada lekcję życiowymi mądrościami rodem z Paulo Coelho.
 
Podobnie jest na historii. Uczę rzeczy zbędnych, bez których absolwent szkoły podstawowej doskonale przejdzie przez życie, jednocześnie kradnę minuty, żeby pokazać „prawdziwą” historię na filmach dokumentalnych, na zdjęciach, opowiadając o historii budynków w naszym mieście, o fabryce cygar, o nieistniejącym browarze. I to ich interesuje. W nosie mają natomiast konflikty zimnej wojny.
 
Jak wygląda mój dzień? Wstaję o 7:00, odprowadzam syna do przedszkola i jadę do szkoły, jeśli zaczynam lekcje rano lub wracam do domu, jeśli zaczynam później. Zawsze przygotowuję się do lekcji, szukam materiałów, którymi mogę wprowadzić uczniów w temat, przygotowuję karty pracy, sprawdzam, jakie wiadomości mogą być trudne do zrozumienia, co sprawiło trudność na ostatnim sprawdzianie lub kartkówce, żeby wrócić przy nowym materiale i wyjaśnić, dlaczego systematyczność jest ważna. Jadę do szkoły. Po 4 lekcjach mój mózg się wyłącza. Jeśli jedną z lekcji jest godzina wychowawcza i mam do rozwiązania jakieś konflikty, których z dnia na dzień jest więcej i dotyczą nowych problemów, jestem wykończona. We wtorki zaczynam pracę o 7:45, kończę o 15:10 i po prostu padam na twarz, wracając do domu.
 
Sprawdzam karty pracy, sprawdziany, kartkówki, zadania domowe (te zadaję nad wyraz rzadko, ponieważ uczniowie w 90% przepisują wszystko z internetu i szkoda mojego czasu na sprawdzanie, kto z jakiej strony ukradł czyjś tekst), oceniam wynik pracy w grupach i indywidualnej na lekcji. Staram się oddawać wszystko z lekcji na lekcję, ponieważ wiem, jak ważna jest dla ucznia ocena jego pracy. Uzupełniam dziennik, ogarniam sprawy wychowawcze w klasie, prowadzę rozmowy, jeśli są jakieś konflikty, których rozwiązać na forum klasy się nie da, w czasie okienek umożliwiam uczniom poprawianie sprawdzianów.
 
Kontaktuję się z rodzicami za pośrednictwem prywatnego numeru telefonu (taka wersja „służbowa” opłacana z własnych pieniędzy), mogą do mnie zawsze zadzwonić, jeśli coś się dzieje. Uczniowie także znają mój numer telefonu, ponadto mamy wspólną grupę na messengerze i tam omawiamy sprawy bieżące, tam przypominam o zadaniach domowych, sprawdzianach, zakresie materiału. Zdarza się, że sprawdzam sprawdziany, kiedy pozostali domownicy śpią, także w piątki i soboty, jeśli nie chcę mieć zaległości lub omawiamy lekturę i karty pracy (moim zdaniem jedyny sposób, żeby nawet ci, co nie czytali, zapamiętali cokolwiek do egzaminu) wypadają z każdej wolnej szuflady w domu.
 
Tak, miałam wolne w okresie świątecznym i dwa tygodnie ferii. Tak, będę miała dwa miesiące wolnego w czasie wakacji. Tak, będę miała wolne od czwartku do wtorku w okolicach Wielkanocy. Tak, po spełnieniu pewnych warunków i przepracowaniu odpowiedniej ilości czasu, nauczyciel może wziąć roczny płatny urlop dla poratowania zdrowia. Wszystko tak.
 
Ale ten medal, jak każdy, ma drugą stronę. Nie pojadę na występy mojego dziecka z okazji Dnia Matki, bo będę w tym czasie w szkole, nie byłam na występach z okazji Dnia Kobiet, bo byłam w szkole. Nie zobaczę, jak mój syn jest pasowany na przedszkolaka, bo będę w szkole, nie zaprowadzę mojego dziecka 1 września do szkoły, bo będę w pracy, nie zobaczę, jak moje dziecko odbiera świadectwo ukończenia pierwszej klasy, bo będę w pracy. Nie zabiorę dziecka na wagary w pierwszy dzień wiosny, czy Dzień Dziecka, bo będę w szkole (akurat w tym roku będzie to sobota), nie pojadę z mężem na przedłużony weekend z okazji rocznicy ślubu, urodzin, czy po prostu na kupiony zagraniczny wyjazd w promocyjnej cenie w marcu (znajomi właśnie są na „promocyjnych Kanarach”), maju, wrześniu lub październiku, bo nie mam urlopu, który mogę wykorzystać, kiedy chcę.
 
Zanim trafiłam do szkoły, pracowałam w kilku miejscach i nigdy nie zarabiałam tak mało w porównaniu do średniej pensji krajowej i sytuacji rynkowej. Publikuję mój ostatni odcinek wypłaty. Na konto otrzymałam 1949,42 zł i jest to kwota:
– po podwyżce od pani minister,
– z dodatkiem wiejskim (pracuję w szkole na wsi),
– z dodatkiem za lata pracy (nie wlicza się do tego okres prowadzenia działalności gospodarczej 🙂 ),
– z dodatkiem za wychowawstwo (w naszej gminie to „niezła” suma).
 
Żaden inny dodatek mi się nie należy. Szlag mnie więc trafia, kiedy słyszę, że zarabiamy prawie tyle, co posłowie. Semestr trwa średnio 5 miesięcy, więc w czasie całego semestru zarabiam nawet więcej niż poseł… w ciągu miesiąca…
 
 

Dlaczego popieram strajk? Ponieważ dzisiejsza szkoła mogłaby być znacznie lepsza i nam, nauczycielom zależy, żeby taka była…

A tak prywatnie… chcę, żeby moje dzieci miały matkę zadowoloną nie tylko z faktu, że może komuś przekazać swoją wiedzę, że może każdego dnia próbować zarazić uczniów miłością do słowa pisanego, ale też z zarobków, które co miesiąc wpływają na konto.

Jeśli pasja staje się pracą, zapominasz, że pracujesz… do dnia wypłaty… Radością, satysfakcją i poczuciem misji swoich dzieci nie wykarmię.

Lifestyle Praca

Jestem złą matką, bo dzieci nie są pępkiem mojego świata

MamaM&M
MamaM&M
12 kwietnia 2019
Moje życie nie jest skupione wyłącznie na dzieciach © Marta Młodziejewska
 

Jestem matką od 4 lat z niewielkim haczykiem. Dużo i mało jednocześnie. Ani ze mnie dinozaur, ani leszcz. Coś wiem, ale każdego dnia poznaję siebie bardziej. Uczę się swoich emocji, staram się być dla siebie wyrozumiałą kobietą, przeżywać porażki z godnością i wyciągać z nich jak najwięcej na przyszłość. Łatwo nie jest, ale unurana w zmaganiach z życiem też nie jestem… 

Pan Mąż jest dla mnie wsparciem, a nawet stał się fundamentem mojego macierzyństwa. Nie jestem już taką samą matką jak 4 lata temu. Nie zostawiam synów z ich ojcem i nie znikam na całe popołudnia, a nawet wieczory. Nie biorę na siebie miliona spraw, nie wmawiam sobie, że moim zadaniem jest zbawianie świata. Dziś, po tych 4 latach więcej rzeczy mam w… nosie.

Ostatnie pół roku to przełom w moim życiu. Dostałam od życia, od otaczających mnie osób niezłą lekcję. Miałam wąskie grono przyjaciół. Dziś wiem, kto naprawdę jest moim przyjacielem. Okazało się, że, jak się jest choć trochę bardziej rozpoznawalnym od sąsiadki z mieszkania obok, to wolno mniej, to „należy być przygotowanym” na wylewające się szambo, to „trzeba się liczyć”  z bezpodstawnym obrażaniem przez innych. Mniej aktywni w życiu są bardziej aktywni w internetach i „mają prawo komentować”…

Mnie uczono szacunku do czyjejś pracy, zaangażowania i poglądów, ale osoba, która mnie tego wszystkiego nauczyła, pamiętała wojnę, tę prawdziwą, więc jej nauki były „nie na czasie”… Dziadku, wierzę, że niezmiennie byłbyś ze mnie dumny… Przeklinać też kiedyś przestanę. Obiecałam Ci i to ostatnia obietnica do spełnienia…

Ale ja nie o tym dziś chciałam…

Kiedy urodził się starszy M, mój świat się zmienił. Wolny strzelec został nieco uziemiony, a na pewno uziemił Pana Męża, który zajął się popołudniową opieką nad dzieckiem. Wolny strzelec poznał też zalety prywatnego żłobka. Kiedy urodził się młodszy M, wolny strzelec wskoczył na wyższy level życia…
Starszy spał, jadł, spał, sr… kupę robił i spał… Młodszy robił dokładnie to samo, ale też chorował. W międzyczasie zachorował Pan Mąż i do dziś wszystkim moim znajomym, czytelnikom jestem wdzięczna za wsparcie, które wówczas do nas płynęło szerokim strumieniem (czasami czytam wiadomości i ryczę).

Jeszcze przed urodzeniem starszego syna ludzie mówili, że wrócimy „do kościoła na klęczkach, kiedy pojawi się choroba w rodzinie”. To był bardzo trudny czas, ale jakoś nie prosiliśmy żadnej wyższej siły o rozwiązanie problemów zdrowotnych mojej rodziny.

Pamiętam dobrze tamte emocje. Pamiętam, jak ryczałam nocami pod prysznicem, żeby Pan Mąż nie widział, że boję się kolejnego dnia, kolejnych wyników, że nie mam już siły wszystkim tłumaczyć, że lekarze ciągle każą nam na coś czekać. Pamiętam też napady astmy u młodszego M i chodzenie między naszym łóżkiem a łóżeczkiem syna. Pamiętam liczenie uderzeń serca na minutę, obserwowanie unoszącego się brzucha, wyliczanie dawek leków, żeby płuca zaczęły wentylować normalnie, a przepona uspokoiła się chociaż na kilka godzin. Do tego czytanie składów niemal każdego kupowanego produktu, bo soja, pszenica, mleko, jajko były groźne dla zdrowia tego małego, tupiącego po panelach szczęścia.

Gotowałam więc wieczorami potrawy bez alergenów, pakowałam w słoiki, opisywałam datą, ale z tyłu głowy cały czas miałam wyniki męża i jego chorobę.

Dziś już jest „po sprawie”. Nauczyliśmy się funkcjonować z astmą i alergią młodszego M, onkolodzy twierdzą, że Pan Mąż jest zdrowy. Żyjemy sobie jak (nie)przeciętna rodzina. Wychowujemy naszych synów inaczej niż każda znana nam para, nie stawiamy ich w centrum naszego życia. Kochamy ich, ale jesteśmy surowi i dość stanowczy. Nie pozwalamy na rozwalanie planów, pacyfikujemy fochy, uczymy samodzielności. Osoby postronne często postrzegają nas za kosmitów, odszczepieńców, bo wyjeżdżamy bez dzieci, bo podrzucamy synów do rodziny, żeby pojeździć na motocyklach, bo na rodzinne uroczystości chodzimy bez dzieci, choć inni stroją swoje królewny i swoich rycerzy, a my skupiamy się na sobie i swoim dobrym samopoczuciu, bo pozwalamy dzieciom zrobić sobie krzywdę, spaść ze schodów, rozbić głowę na placu zabaw, bo nie wpadamy w panikę, gdy któraś z naszych latorośli ryczy, jakby świat się kończył.

Staram się przytulać nasze dzieciaki, kiedy tylko jest okazja. Staram się tłumaczyć ciąg przyczynowo-skutkowy. Staram się kochać mądrze, nie rozpieszczać i być partnerem w poznawaniu świata. Najważniejszy w moim życiu jest jednak mąż. Wielokrotnie już mówiłam, że bez niego byłabym w… nie wiem, gdzie bym była, ale na pewno nie tu, gdzie jestem teraz. Jest moją ostoją, gwarancją szczęścia, najlepszym wyborem życiowym. Gwarantuje mi życiowy rollercoaster, nigdy nie jest nudno, życie z nim daje ten dreszczyk emocji, który musi się podobać. Dzieci ten nasz świat uzupełniają, ale nie są centralnymi puzzlami układanki.

 


Lifestyle Praca

Jak polubiłam sklepy stacjonarne…

MamaM&M
MamaM&M
11 marca 2018
© MamaM&M

Mam niezbyt konsumpcyjna naturę. Kupuję przedmioty, które są mi rzeczywiście potrzebne. Na palcach jednej ręki mogę policzyć zbędne wydatki, źle podjęte zakupowe decyzje. Wyprawkę dla pierwszego dziecka niemal w komplecie dostaliśmy w prezencie, drugie dziecko ma wszystko markowe – czyli po Marku… Są jednak miejsca, które jako rodzic odwiedzam chętnie. Jest w okolicy kilka sklepów, które polubiłam z różnych powodów.  Zmieniłam też zdanie na temat targów i akcji sprzedażowych…

Sklepy w moim mieście dzielę na różne kategorie:
– ostatniej szansy,
– przemyślanych wyborów,
– najtańszych zakupów.

Najczęściej kupuję wszystko z wyprzedzeniem, przez internet, dostaję i potem wyciągam z garażu. Często zdarza się jednak, że potrzebuję coś kupić na ostatnią chwilę. W dniu imprezy okazuje się, że koszula Marka ma plamę, której w ostatnim praniu nie udało się usunąć, w dniu wyjazdu okazuje się, że spodnie narciarskie są za małe, a sezon zimowy w sklepach przeszedł do historii kilka tygodni temu. W naszym mieście jest jednak sklep, w którym z podziemi załoga wykopie to, czego potrzebuję i wówczas cena nie gra roli. Po prostu o 16:50 wpadam do sklepu i o 16:59 wychodzę z tym, czego potrzebuję. O 17:00 sklep jest już zamknięty…

Znajomi prowadzą świetnie zaopatrzony sklep z zabawkami – . Znajduję tam wszystkie klocki, pociągi, gry, jakie tylko dzieci wpisują w formularz listu do Gwiazdora, Zająca i „Ciotki z Ameryki”.

Jest też miejsce, gdzie, w miarę posiadanego czasu, personel jest w stanie sprowadzić wiele przedmiotów w bardzo atrakcyjnych cenach. Moje miasto ma jednak jedną wadę. Jest małe, więc wybór producentów, marek, kolorów jest ograniczony i raczej odpowiada popytowi „statystycznego Kowalskiego”, więc gdy koleżanka lubi żółty, ja niebieski, to w Świebodzinie znajdę zielony.

Zmiana fotelika, o której pisałam kilka tygodni temu, sprawiła, że wybraliśmy się do sąsiedniego miasta i tylko dzięki temu, że mieliśmy upatrzony model, producenta i kolor (ostatecznie wybraliśmy inna tapicerkę niż zakładaliśmy na początku), odwiedziliśmy miejsce, do którego normalnie nigdy bym się nie wybrała.

Świat wielkich sklepów, sieciówek nie jest moim światem. Jedynym wyjątkiem są duże sklepy dla sportowców, bo gdzieś musimy robić zakupy na organizowane przez stowarzyszenie imprezy, a Internet jeszcze nie daje możliwości posmyrania zza monitora i sprawdzenia jakości materiałów, czy przekonania się, czy odzież już pozbyła się zapachu chińskiego kontenera.

Jestem uparta i jak już coś sobie sama wmówię, to się tego potrafię trzymać latami. Dlatego, choć może wydawać się to śmieszne, wyprawa po fotelik była dla mnie przełomowa, bo pokazała mi, że warto jest odwiedzać duże, dobrze zaopatrzone sklepy z artykułami dziecięcymi, że warto porównywać, pytać i nie zawsze „używane” (jestem fanką zakupów z drugiej ręki”) jest bezpieczne.

Zielonogórski sklep TOBI to miejsce, które pokochałam od pierwszego wejrzenia, a załoga sprawiła, że czułam się tam na tyle komfortowo, że chcę tam wracać. W najbliższym czasie organizują targi dziecięce. Weekend z Axkidem pokazał, że właściciele podchodzą profesjonalnie do takich wydarzeń (a na organizacji wydarzeń trochę się znam), personel jest przygotowany, magazyn jest zaopatrzony, a to ważne, żeby od razu mieć możliwość kupić, to, co się wybrało. Do tego ceny są w trakcie takich akcji atrakcyjne, promocje znaczące dla portfela.

Nie mam za wiele czasu ostatnio. Jutro zacznie się najbardziej zwariowany tydzień w tym roku, ale postaram się znaleźć czas na to, aby pojechać i pooglądać to, co w Tobi przygotowano na targi, popytać i porozmawiać z rodzicami, co myślą o takich wydarzeniach…

Jak ktoś z moich czytelników jest z Zielonej Góry lub z woj lubuskiego, to zapraszam…

O tym, że naprawdę rzadko odwiedzam wielkie sklepy, niech świadczą słowa starszego M: „Mamo, dlaczego w tym przedszkolu nie ma szatni”?

 

Tekst nie jest sponsorowany.  i świebodziński nie sponsorowały tego wpisu (w sumie szkoda, ale co się odwlecze… 😉 ). Wszystkie opinie na tym blogu są subiektywne. Piszę zawsze, co myślę…

 


Нандролон деканоат

Примобол купить

Сустамед купить