Seks

Dobry seks zaczyna się po trzydziestce…

Femme fatale
Femme fatale
23 lipca 2016
Dobry seks zaczyna się po trzydziestce
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

Wiele kobiet histerycznie boi się trzydziestych i czterdziestych urodzin, jakby były wyrokiem, nieuniknioną równią pochyłą. Dopiero, gdy są już tam, widzą, że… było warto.

– A Ty pamiętasz swój seks młodej dziewczyny, jako coś niezwykłego? – pyta znajoma, a ja gorączkowo przeszukuję swoją pamięć. I muszę się naprawdę skupić. Wniosek jest jeden – seks jak seks, było coś, kiedyś, jakoś, ale żadnych fajerwerków nie było. Hmm, dlaczego? – myślę głośno. Ona też myśli podobnie. Nawet, jeśli wtedy wydawał się cudowny – dziś wiemy, że „wydawał się” to najtrafniejsze słowo.

Inna znajoma opowiada o swoich spotkaniach z nieco młodszym kochankiem, mówi – Dla niego to kosmos. Jakby odkrywał Amerykę, choć wcale różnica wieku nie jest ogromna, a on do nieśmiałych chłopców nie należy. Wciąż i od nowa zachwyca się tym, jak inny i dobry seks można odkrywać ze świadomą, bardziej dojrzałą kobietą – dodaje. I wcale nie ma na myśli żadnych perwersyjnych wyczynów. – On się nie może nadziwić tym, że kobieta szczerze cieszy się seksem!

Chichoczemy chwilę nad błędami swoich młodości i cholernie cieszymy się, że mamy już trzydzieści lat.

Dobry seks zaczyna się po trzydziestce, bo:

– nie traktujesz już swojego ciała jako waluty…

… choć nierzadko właśnie ono jest lepsze niż u niejednej osiemnastki, która jeszcze nie MUSI o nie tak dbać. Jakaś zmarszczka, uda nieprzypominające standardem tych z okładki CKM-u? Co? Nie dowierzasz sama sobie, że kiedyś mogłaś myśleć tymi kategoriami. Nic dziwnego, że wszystko cię zawstydzało. Wcześniej naprawdę wierzyłaś, że musisz być idealna, a nawet jeśli nie – musisz przynajmniej poświęcić się, aby tę nieidealność ukryć perfekcyjnie.

I wcale nie przejmujesz się tym, że twoje ciało będzie się zmieniać – bo będzie. Co, masz z tego powodu założyć pas cnoty i worek pokutny, bo nie jesteś już dwudziestką? Absurd jakiś. Przecież kochasz seks, namiętność – zupełnie inaczej niż kiedyś. I w głowie ci się nie mieści, żeby z tych wszystkich emocji rezygnować przez jakieś „pierdoły”.

Jasne nadal masz swoje kompleksy, bardzo różne. Ale już wiesz, że kompleksy zazwyczaj niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Wiesz, że one mieszkają w twojej głowie – a jeśli ktoś jest blisko ciebie na tyle, by dzielić z tobą łóżko – one zwyczajnie się kurczą.

– dopiero wtedy masz naprawdę wolny umysł…

… a gdy masz wolny umysł, możesz się wreszcie skupić. I naprawdę cieszyć się w łóżku. Nie myślisz cały czas:
– co on sobie pomyśli,
– czy dobrze wyglądam,
– czy dobrze coś robię,
– a co, jeśli…

Itepe, itede. Wcześniej byłaś w łóżku jak uczeń przed egzaminem. Never again. Coś sobie pomyśli, jaśnie pan? Co?! Nawet nie zamierzasz się tym przejmować, za mądra jesteś na to.

A gdy twoja głowa jest naprawdę wolna – dopiero szczerze seks może cię cieszyć.

– nie boisz się ciała swojego partnera…

… Nie zachowujesz się już ani jak stażysta na pierwszych zajęciach z anatomii, ani jak niewprawnie maskujący swoją nieporadność furiat. Nie boisz się, bo nie boisz się rozmawiać w łóżku. To nie te czasy, gdy pewne rzeczy nie przechodziły ci przez gardło (i proszę tutaj nadmiernie nie świntuszyć ze skojarzeniami). Wręcz zastanawiasz się – skoro byłam gotowa TO zrobić – dlaczego nie umiałam TEGO nazwać, zapytać, powiedzieć? Jakież to było beznadziejnie nielogiczne.

I nie traktujesz jego penisa jak poganiacz tygrysów w cyrku. Ani jak osobliwego kaktusa. Bo jest w tobie więcej doświadczenia, życia, tolerancji i akceptacji – nie tylko dla swojego ciała, dla świata w ogóle. Nie analizujesz wszystkiego, częściej bierzesz życie jakim jest.

– bo masz szacunek do swojego ciała…

Wiesz ile potrafi. Często jesteś już matką – wiesz wtedy, że twoje ciało jest zbyt silne, niezależne, by sprowadzać je do pustej powierzchownej oceny. Wiesz jaką może mieć moc. Sporo razem już przeszliście – w końcu ponad trzydzieści lat, byłoby beznadziejnie głupio skreślać je z powodu nie nazbyt smukłej łydki. Przecież to niepoważne. Ale dopiero teraz zaczynasz to rozumieć, ba! w ogóle dostrzegać.

– potrafisz zaufać w łóżku partnerowi…

… nie boisz się, po prostu słuchasz swojego ciała. I wcale nie musi to oznaczać ekstremum. Nie ma przecież listy do odhaczenia. Po prostu wiesz, że niczego nie musisz – i wiesz też, że możesz chcieć. Lubisz szukać, potrafisz się zrelaksować. Wreszcie seks na każdym „etapie” jest odprężeniem – a nie sytuacją, w której czujesz, że musisz się pilnować (po prostu wcześniej nie wiedziałaś tak dobrze, że to nie ma sensu).

– seks nie jest już dla ciebie tak śmiertelnie poważny…

A ty wręcz kochasz się łóżku śmiać.

– orgazm kiedyś i orgazm dziś – znaczy zupełnie co innego…

Jedno jest pewne – trzydzieści świeczek na torcie nie daje gwarancji wygranej w szóstki seksualnym totku, nie. Najczęściej jednak nasze życia toczą się podobnie i gdzieś okolicach tej magicznej trzydziestki – uczymy się bardziej kochać siebie… i sprawiać sobie przyjemności – zamiast wiecznie się karcić.

I możecie się burzyć, że to nie jest prawda, że wcześniej seks może być udany. Owszem, może. Ale nikt tak jak kobieta nie musi nauczyć się w łóżku swojego ciała. Nauczyć się go słuchać, dopieszczać. Tego czasu nie da się kupić i zastąpić. Każda z nas musi sama dojść do tego w momentu w życiu, w którym stanie przed lustrem i po prostu się do siebie uśmiechnie.

I wiecie co? Chyba już nie boję się tego, że kiedyś będę mieć czterdzieści czy pięćdziesiąt lat. Teraz – ja trzydziestolatka wiem, że życie jest za krótkie i zbyt skomplikowane, żeby jeszcze fundować sobie kiepski seks. Więc drogie baby, cieszcie się życiem – i seksem! Bo tak!


Seks

Miłość albo jest albo jej nie ma. I nie ma niczego pośrodku oprócz zwykłych kłamstw

Femme fatale
Femme fatale
21 sierpnia 2016
Fot. iStock / wundervisuals
 

Miłość albo jest albo jej nie ma. A jeśli jej nie ma, jeśli tylko ktoś cię oszukuje, nigdy sama tej miłość nie wytworzysz. Nie dajcie sobie wciskać tych wszystkich kitów, nie mówcie „no tak, ale z nami będzie inaczej” albo „jeszcze tylko…”, bo potem przecież wszystko ma się zmienić. Tylko to potem ucieka za każdym razem, gdy masz je już złapać chociażby koniuszkiem palców.

Ledwo zdołasz musnąć swoje szczęście i okazuje się, że musisz na nie jeszcze poczekać. Ale przecież miłość jest tego warta, prawda? Tylko czy to miłość, gdy…?

Alfabet miłości

A. niewysoka blondynka, eteryczna i zmysłowa, bogini – mówią o niej inne i łypią z zadrością. Taka, która mogłaby (ponoć) mieć każdego. Ale nie ma. Ma JEGO. A właściwie nie ma, bo ON należy do zupełniej innej, tej samej, z którą dumnie oznacza się, raz po raz na Facebooku. „Wreszcie wakacje” – a pod spodem plażowa fotka prosto z Grecji, ponton, płetwy, pasiasty ręcznik z hotelu, dwójka dzieci i ONA… żona… nie A.. No co się dziwić, jak wyjeżdża człowiek raz do roku na ten upragniony urlop lubi się pochwalić. Tak ten sam urlop, którego już dla A. nie starczyło (sorry mała, wiesz jak jest, szef patrzy nieprzychylnie 10 dni to i tak dużo, chyba rozumiesz, dzieci i w ogóle…).

Na następnym zdjęciu żona uśmiechnięta, drink z palemką jak na all inclusive przystało. Psia mać – myśli A., gdyby w moim związku był taki kryzys, to:
po pierwsze: nie zgodziłabym się takie wakacje
po drugie: nie szczerzyłabym tak zębów, raczej korzystała z części „drinki nielimitowane”.

Zresztą jak u licha ona to wytrzymuje. W domu piekło, rozwód wisi na włosku i wspólne wakacje? Utopia? Nie pozabijali się tymi przeklętymi japonkami na plaży?!

Ależ droga A., dlaczego nnie zastanowisz się, czy ONA w ogóle wie o jakimś kryzyzsie w swoim małżeństwie? Może odpowiedź na to pytanie jest dla ciebie ważniejsza niż myślisz.

B. – inteligenta, oczytana, nieco cudaczna w swoich zamiłowaniach do bałakańskiego kina, wina, którego nazwy nie potrafi nikt wymówić i wieczornych lekcji baletu, dzieli swoje życie pomiędzy zawrotną lecz mile łechcząca karierę, kota Fuksa i spotkania z Panem Dupkiem. Już tak ma. Działa na drani jak płachta na byka albo batony czekoladowe na trzylatka bez opieki. Ciagną do niej od zawsze, a ona z lubością katuje się kolejnymi miłosnymi tragediami.

Bo kocha (tak po swojemu, oryginał prawdziwy jak samorodek złota), tylko wiesz, on jest taki niepokorny. Taki dziki facet, który wytarmosi cię w łóżku i porwie na noc na plażę, może się potem przez 3 tygodnie nie odzywać. Wolność (jego) ponoć warta zawsze jest najwyszej ceny, nieprawdaż? (nie droga B., nie jest).

C., to zupełnie inna historia. Nie ma tu żadnych żon, cudzych, własnych, kochanek, zdrad i podwójnego życia. Poznali się jakiś czas temu, tak zwyczajnie, jak wielu innych ludzi wpada na siebie. Były randki, pierwszy i kolejny seks, kwiaty i to wszystko. I w pewnym momencie jak zostało tak trwa… rok… i trochę – jak mawia C., bo przez gardło nie przechodzi już  reszta. Trochę, czyli – i 11 miesięcy. Tak dwa lata. Dwa lata telefonów, litry wypitego wina, nie wiem ile kilometrów kwadratowych wyciętych na chusteczki lasów, ale na pewno grubo już ponad kreską jej wytrzymałości (i mojej), niepokojąco daleko poniżej minimum jej marzeń i oczekiwań.

A wszystko to, „bo on kocha, ale…”.

Ona też kocha – więc każde „ale” wypłakuje nam przy winie, żeby on się nie zraził, nie odszedł, nie wziął jej za wariatkę. My to co innego, choć nieustannie wszystkie z wiernego grona czarownic tłuczemy jej, że tylko wariat tak by się dawał krzywdzić:

„bo on kocha, ale…”
– to najgorszy szantaż emocjonalny,
– to pułapka, w której trwa lata bez żadnej perspektywy zmiany. Tak, bo dwa lata, bez żadnego postępu, kompromisu, kroku w stronę tego, czego ona oczekuje – to dwa lata zamrożenia,
– to związek, który robi bardzo wiele, ale w żadnym wypadku nie daje jej szczęścia. Gdy pytamy, czy jest szczęśliwa, C. mówi: „nie, ale ja go kocham”. To związek okupiony jej frustracją, cieprieniem, samotnością we dwoje – a wszystko w imię „miłości”. Miłości, która jest kartą przetargową, miłością do siebie (ale tylko jego), miłością która w imię strachu przed samotnością, kosztuje o wiele więcej niż życie singielki (a nawet złowrogobrzmiącej starej panny) z kotem.

Tak właśnie rozpoczyna się alfabet miłości… tej miłości „na trochę” albo „tylko trochę”.

… a potem tylko jest:

To nie tak miało być

I ogromny żal. Żal – nie do niego, żony, matki, wymówek, kolegów i kręgli, które były bardziej atrakcyjne, od wizji romantycznego we dwoje. Żal do siebie. O to, że te wszystkie miesiące, lata lub całe życie – dawały się oszukiwać. Za swoją zgodę, z milczeniem, z czekaniem na to, aż cos się zdarzy (samo)…

Z milionem:
– muszę
– będzie inaczej
– to nie jego wina
– bla bla bla – wpisać dowolną wymówkę i usprawiedliwienie, która tak naturalnie mnożą się w naszych głowach.

Jedyną osobą, którą zawsze uda ci się oszukać, jeśli się postarasz – jesteś TY sama

Bo jego kłamstwa i uniki wcale przekonywujące nie są. Gdyby ta historia przydarzyła się komuś innemu, tylko zadziwiona pokiwałybyś głową. Bo w życiu różnie bywa, ale:

– jeśli ma odejść, to odejdzie (i nie będzie tego planował za 10 lat),
– nawet jeśli potrzebuje na to czasu, dąży do celu. Pewne rzeczy się zmieniają, idą do przodu, a problemy się rozwiązuje. Nawet wtedy, gdy to trudne. Gdy jest żona, jest dziecko, kredyt hipotetyczny. Jeśli kocha, to szuka sposobu, by nie krzywdzić nikogo z tych kochanych (nawet kochanych kiedyś, jak żona), bo miłość celowo nie rani i nie udaje,
– miłość ma ogromną siłę, jej się nie każe czekać, poświęcać, żeby było bardziej teatralnie,
– miłość ma łączyć ludzi, a nie ich dzielić – jeśli jest inaczej trudno o historię z happy endem.

Bo wiele warto poświęcić dla miłości, ale gdy już na początku przypomina zamiast radości, namiętności i siły, która zdaje się nie mieć granic – jest tylko próżnia, taka w której nie widać nawet cienia przyszłości – to czy to naprawdę jest miłość?

A gdy już zrobisz ten pierwszy krok, żeby żyć i być kochaną naprawdę, by uwolnić się od grania przed sobą – przez chwilę mocno zaboli, a potem poczujesz się tak dobrze, jak nigdy. Gdy zapytasz „kiedy?”, kiedy będzie pora dla ciebie, już bez tych wszystkich „ale”, „musisz zrozumieć” i usłyszysz konkretną odpowiedź, będziesz wiedzieć, czy jesteś blisko nowego domu.


Seks

Tych błędów w miłości już nie popełnię…

Femme fatale
Femme fatale
3 lipca 2016
Fot. iStock/Prochkailo

Jaka ja byłam głupia, jaka ślepa… tak mogłaby się zaczynać ta opowieść, ale się nie zacznie. Nie skończy też się „…i żyli długo i szczęśliwie”. To opowieść zupełnie inna. Te wszystkie błędy, które popełniałam w miłości, zaprowadziły mnie dokądś. Czasem śmieję się, czasem płaczę – ale cieszę się, że jestem właśnie tu. Nawet, gdy myślę, że do szczęścia w miłości jeszcze daleka droga, wiem, że w pewnych miejscach nigdy się już nie znajdę. Bo najlepiej uczyć się życia żyjąc, a miłości – kochając… Tak, czasem kochając głupio i niemądrze.

Tych błędów w miłości już nie popełnię…

Nie będę myśleć, że moja miłość na wszystko „wystarczy”…

Nie będę, bo już tam byłam. Stałam w tej wodzie po kostki, po kolana i po pas… i wiem, że nawet, gdybym zanurzyła się po czubek własnej głowy i tak by nie wystarczyło. Wtedy nie chciałam tego wiedzieć, nawet mi to przez myśl nie przemknęło. Czy żałuję? Nigdy nie będę żałować, bo bez tego, nawet mając pięćdziesiąt lat nikomu bym nie uwierzyła. Jeśli tam byłaś, też to wiesz, jeśli nie – i tak mi nie uwierzysz. Są w naszym życiu takie emocje, którym nie da się nie ulec, które tworzą i niszczą równocześnie, ale przede wszystkim pokazują, jak cholernie mało i dużo zarazem może człowiek kochający.

Nie móc wszystkiego w miłości, nie móc w pojedynkę, nie mieć już jak walczyć – to ważne rozczarowanie, takie, które oswojone, daje siłę. Nie pozwól tylko by cie zatruło. Potem – tak, jest jakieś potem – sobie podziękujesz.

Wierzyłam, że z nami, będzie inaczej – że będziemy inni…

To jeden z najgorszych błędów, bo sama wiara nie wystarczy… Bo ona najmocniej przesłania nam rzeczywistość. Jest wymówką, strachem przed tym, co się zbliża. Aż pewnego dnia możesz obudzić się „tam” i będąc „nimi”. Tymi, których całe życie nie rozumiałaś, w miejscu, do którego przez całe życie nie chciałaś trafić. Nawet nie wiesz, jak i kiedy to się stało.

Myślałam, że miłość jest wieczna…

… a gdy raz uda ci się ją znaleźć i usidlić możesz się czuć bezpiecznie. Że to najtrudniejsze, poczuć to coś, wygrzebać z dna tego popapranego świata. A potem wystarczy już tylko pielęgnować. Voila, gotowe, happy end i konfetti.

Bullshit. Nic wieczne nie jest oprócz pokusy ulegania wizji tego co łatwiejsze, piękniejsze, lepsze. Lubimy mówić: miłość jest wieczna, tylko ludzie się zmieniają… Tak gładko zapominając, że ta miłość to ludzie. Że nie da się jej wlać do słoika i zostawić na potem, w lodówce, żeby się nie zepsuła. Szkoda.

Myślałam, że prawdziwa miłość (każda prawdziwa) jest warta każdej ceny…

Długo tak myślałam. I dojrzałość, i dorosłość z błędu mnie nie wyprowadziły. Dopiero dzieci pokazały mi, że niektóre miłości z innymi nigdy nie wygrają. Że odbywamy milion podróży, a mamy tylko jeden port. Takie miejsce, do którego zawsze prowadzi nas niewidzialna nić, nawet gdy kompas wskazuje zupełnie inną drogę. Może to dobrze, może źle… pewne jest tylko, to, że jest i będzie. I że prawdziwych miłości można mieć wiele, ale nigdy nie da się ich przeżywać sprawiedliwie i po równo. Trudno się z tym pogodzić.

Wierzyłam, że miłość zwycięży wszystko…

Miłość to wszystko czego potrzebujesz, a reszta zawsze się jakoś ułoży… Bo jak mogłoby być inaczej. Przecież tak bardzo kochamy. Kto to wszystko poskłada, sklei jak nie my, no kto? Ten wariant pomija tylko jeden, malutki i najważniejszy detal. Miłość – taka w prawdziwym świecie, to nie solówka na scenie, to nie monodram jednego aktora…

… nie chciałam widzieć, że nie da się kochać za dwoje, być za dwoje, być całym światem…

… bo czasem powiedzieć sobie, że czegoś nie można zrobić – to powiedzieć sobie „nie będę mieć życia, o którym marzyłam”… tyle, że te marzenia się ciągle zmieniają, nie sztuką jest wymyślić, tylko nie przegapić tych, po które możemy sięgnąć.

W miłości nie wszystko zależy tylko do ciebie. Gdy nie grasz w zespole, żadna miłość nie przetrwa i żadna nie skończy się dobrze, jeśli tego nie chcesz widzieć.

Wierzyłam, że miłość z natury jest dobra… i że zawsze jakaś na nas czeka

Ten błąd chcę popełniać w nieskończoność, zawsze. Chcę zawsze mieć w sobie choć krztynę naiwności, dziecięcej wiary, nadziei. Bo bez tego świat byłby smutny, cyniczny, zraniony swoją własną naturą. Bez tego – żadnej miłości nigdy by nie było.

Dziś, po tych wszystkich latach, nadal szukam miłości w miłości. Może znajdę ją tuż za rogiem w miłości nieco utraconej albo potknę się o nią na ulicy. A może wróci ta stara, zupełnie odmieniona?

Nie wiem:
– czy ją mam czy już ja straciłam,
– czy nie potrafię jej dostrzec, bo zmieniła się nie do poznania,
– czy leży na kanapie i czeka, aż znajdę czas by spokojnie obok niej usiąść.

Wiem tylko, że dziś bez moich błędów, nie miałabym tak wiele. Może byłabym już zbyt daleko by dać jakiejkolwiek miłości szansę się znaleźć, gdzieś na dworcu autobusowym w dziale rzeczy zaginionych. Czasem tak dobrze jest jeszcze nie wiedzieć i trochę pobłądzić – najważniejsze, to tylko swoich błędów nie żałować.


steroid-pharm.com

https://rs-clinic.com.ua

https://xn--e1agzba9f.com